Maciej Jaźwiecki/Polin

O tym jest wystawa w Polin
Rok zakończenia wojny był dla polskich Żydów rokiem trudnych wyborów. Opowiada o nich otwarta właśnie w Muzeum Polin wystawa „1945. Nie koniec, nie początek”.
Zperspektywy mieszkających w Polsce Żydów koniec drugiej wojny światowej nie oznaczał końca zagrożeń. Tułaczka się nie skończyła, nie odeszła niepewność. Dopiero teraz przyszło im się też zmierzyć z przytłaczającymi konsekwencjami Zagłady. „Nigdy przez wszystkie lata przed 1939 r. polscy Żydzi nie czuli się tak niepewnie, nie bali się tak o swoje życie jak po drugiej wojnie światowej. Antysemityzm był wyraźniejszy, bardziej zjadliwy, bardziej krwiożerczy niż przed wojną” – opisywał działacz lewicowego Bundu Bernard Goldstein w swojej autobiografii, cytowany przez Annę Bikont w wydanej w tym roku książce „Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów”.
Te emocje – lęk, niepewność, traumy – pokazuje wystawa „1945. Nie koniec, nie początek” autorstwa Anny Bikont i Kamila Kijka w POLIN otwarta 7 marca. Oglądamy lata tużpowojenne oczami Ocalałych.
Powrót jako inwazja
Przed wojną mieszkało w Polsce blisko trzy i pół miliona Żydów. Przez stulecia Polska była ich ojczyzną, centrum życia, kultury, cywilizacji. W Zagładzie zginęło niemal 90 proc. tej społeczności. A przez wojenne lata Polacy przyzwyczajali się, że Żydów nie ma. Władze emigracyjne w Londynie miały świadomość, co tu się może wydarzyć po wojnie. Przedstawiciel Delegatury Rządu RP na Kraj Roman Knoll napisał w raporcie wysłanym do Londynu w sierpniu 1943 r., że „powrót Żydów w masie odczuty byłby przez ludność nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną”.
I choć wojnę przetrwała ich zaledwie garstka, autorzy wystawy wyliczają, że w całej Polsce doszło jeszcze do 600 śmiertelnych napaści. Ginęły w nich pojedyncze osoby albo całe grupy. Historyk Julian Kwiek, autor książki „Nie chcemy Żydów u siebie. Przejawy wrogości wobec Żydów w latach 1944–1947” wydanej w 2021 r., ustalił, że w pierwszych trzech powojennych latach zamordowano co najmniej 1080 Żydów.
W Polsce przeżyło 5 tys. żydowskich dzieci – z blisko miliona przed wojną. Przechowane przez polskie rodziny, klasztory, błąkające się po wsiach. Były wycieńczone fizycznie i psychicznie; wykluczane przez polskich rówieśników, którzy je wyszydzali, bili i obrzucali kamieniami. Znalazły opiekę w domach dziecka prowadzonych przez Centralny Komitet Żydów w Polsce i inne organizacje. Ale nie znalazły spokoju: ten dla najbardziej chorych, dom dziecka w Rabce, nie działał nawet przez dwa miesiące. Był atakowany przez Polaków. Za pierwszym razem, już w sierpniu 1945 r., wrzucono do niego granat. Za drugim razem budynek ostrzeliwali uczniowie gimnazjum – harcerze z komórki Ruchu Oporu Armii Krajowej dowodzeni przez polonistę Edmunda Chodaka i księdza Józefa Hojoła. Nikt nie zginął, bo dzieci układano do snu w korytarzach na podłodze, z dala od okien. Wychowawczyni Lena Küchler pomogła części uciec z Polski, część przeniesiono do innych placówek. W tym do Zakopanego, gdzie zaraz potem dom dziecka ostrzelali ludzie z oddziału Józefa Kurasia „Ognia”. Potem domów dziecka strzegli żydowscy wartownicy. A po pogromie kieleckim uzbrojone żydowskie warty, za zgodą władz, pilnowały wszystkich żydowskich instytucji.
Cmentarz Polska
Zatem – pisze w swojej książce Anna Bikont – „tylko w nielicznych żydowskich świadectwach pojawia się radość. Koniec wojny oznaczał – paradoksalnie – stanięcie twarzą w twarz z Zagładą. Pojęcie jej rozmiaru. Ci, którzy byli pod okupacją niemiecką i walczyli o przetrwanie – funkcjonowali w wycinku rzeczywistości. Ci, którzy przeżyli w Związku Radzieckim – a to była większość polskich Żydów, którym się udało – nie wiedzieli nawet tyle. Szukałam choć jednego takiego przypadku, by – tak jak to się zdarzyło milionom ludzi po wojnie – ktoś wrócił do swojego przedwojennego życia, do rodziny, do domu, do pracy. Nie znalazłam. Dla każdego z ocalałych, jakkolwiek był zrozpaczony, wycieńczony, oniemiały, koniec wojny oznaczał, że oto musi wymyśleć i zbudować swoje życie na nowo”.
Jej rozmówcy tłumaczą, że jedni za żadne skarby nie chcieli wyjeżdżać, inni za żadne skarby zostać. Część uważała, że nie można żyć na cmentarzu, jakim stała się Polska. Część, że cmentarza zostawiać nie wolno. „Całkowicie już polska Warszawa sprawia nieludzki ból” – pisał żydowski dziennikarz Mordechaj Canin (swoje relacje drukował w jidysz w nowojorskiej gazecie „Forwerts”, w Polsce ukazały się w 2018 r., zatytułowane „Przez ruiny i zgliszcza”). Jednocześnie, notuje Bikont, „jedynym żywym miejscem wydał mu się cmentarz żydowski, gdzie chodząc wśród nagrobków, czuł ślady żydowskiej obecności”.
Irena Hurwic-Nowakowska, autorka bodaj jedynych badań socjologicznych dotyczących powojennej kondycji polskich Żydów, w 1947 r. zebrała ponad 800 ankiet i wywiadów. W tym wypowiedzi takie jak te: „Gdyby nie brak wiary, że w Polsce też da się z czasem wykorzenić zoologiczny antysemityzm, tkwiący jeszcze w większości społeczeństwa, z pewnością opowiedziałabym się za ojczyzną, którą kocham szczerze, to jest za Polską”; „Gdy słyszę drwiny i dowcipy o tych, którzy zginęli taką śmiercią, jak mój ojciec i moi bliscy, nie mogę już być Polką. I dziś nie mam już ojczyzny”.
Przegrać życie
1945 był dla Żydów rokiem wyborów: zostać czy wyjechać. Jeśli zostać, to jako Żyd czy jako Polak. Jeśli wyjechać, to dokąd. Jak zachować tożsamość, jak kulturę i pamięć. Te wybory i ich konsekwencje pokazuje wystawa w POLIN. W dziesiątkach zdjęć, biografii, nagrań.
Co zrobić z myślą: Przeżyłem, lecz nie ocalałem? Z tym ostatnim pytaniem i emocjami, które mu towarzyszą, niektórzy zostali na całe życie. Widzimy np., jak bezradny pozostawał wobec niego Jerzy Cyns – w nagranym na wideo w połowie lat 90. wywiadzie dla Fundacji Shoah wyznaje: „Nie mogłem iść do szkoły. Nie mogłem sobie dać rady. Ciężko mi było zawsze uczyć się. Skończyłem szkołę zawodową jakoś, budowlaną. Potem poszedłem do pracy. Walczyłem ze sobą, ciężko pracowałem”.
Cyns miał pięć lat, gdy z krakowskiego getta trafił najpierw do obozu w Płaszowie, potem do Auschwitz, Gross-Rosen i z powrotem do Auschwitz. Eksperymentowano na nim, tracił przytomność od zastrzyków. W styczniu 1945 r. znalazł się w żydowskim domu dziecka w Krakowie, potem w Rabce. Tam przeżył pierwszy napad Polaków. Ale podczas innego napadu widział, jak partyzanci mordują jego matkę. Bo w międzyczasie okazało się, że jego rodzice żyli, przez chwilę znów byli razem. Cyns cierpiał na nerwicę lękową. W 1968 r. chciał wyemigrować, ale nie udało mu się. Zmarł w 2001 r. „Do końca życia będę Żydem” – mówił.
Bajla Gertner, nastolatka, szykowała się, by wyjechać do Palestyny. Jako jedyna z rodziny ocalała z Zagłady, przeżyła Auschwitz. W 1946 r. była w kibucu w Kielcach, wysłana tam, bo duże miasta miały być dla Żydów bezpieczniejsze. Zginęła w pogromie kieleckim 4 lipca.
Awrom Suckewer był poetą, pisał po hebrajsku, ale był przywiązany do języka jidysz i ludowej kultury żydowskiej. Mieszkał w Wilnie. Niemcy wyznaczyli go do skatalogowania zbiorów Żydowskiego Instytutu Naukowego – większość planowali zniszczyć, a część zabrać. Wspólnie z tzw. papierową brygadą Suckewer ratował książki i dokumenty – zakopywali je w piwnicach, szmuglowali. Miał szczęście – przeżył i po wojnie mógł je odszukiwać. Potem w Izraelu troszczył się o dziedzictwo jidysz. Prowadził pismo literackie, w którym oprócz pisarzy żydowskich publikował np. własne tłumaczenia Czesława Miłosza. Pisał, że w Jerozolimie śni o Wilnie, tak jak wtedy, gdy był w Wilnie, śnił o Jerozolimie.
Maria i Izrael Galler z 12-letnim synem Dawidem zdecydowali, że uciekną z Polski. W drodze ciężarówką do granicy wiosną kolejnego roku chłopca (i dziesięć innych osób) zamordowali pod Krościenkiem ludzie z oddziału „Ognia”. „Jeden strzelił do mego syna, trafiając go w głowę – zeznała matka w śledztwie dotyczącym tego mordu – mnie rzucili na ziemię, dwukrotnie do mnie strzelając, ale oba strzały chybiły. Słyszałam, jak mówili między sobą o moim synu: »Ten mały dużo stęka, popraw mu«, i strzelił mu w głowę drugi raz”. „»Długi« oddał strzały ze swego pistoletu do małego chłopczyka, który prosił, aby nie zabijać go i jego mamusi” – zeznał jeden z oskarżonych o koledze z oddziału.
Barbara Beatus z biednej robotniczej Łodzi jako 14-latka zaczęła pracę w fabryce włókienniczej, należała do młodzieżówki komunistycznej, potem do Komunistycznej Partii Polski. Więziona przed wojną, a potem w Auschwitz i Bergen-Belsen. Wróciła do kraju, pracowała w Wydziale Zagranicznym Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, później w biurze paszportowym. W 1968 r. odeszła z partii. „Tak zupełnie przegrać swoje życie…” – zanotowała w dzienniku.
Żyd górnik, co za wydarzenie
Nie można powiedzieć, żeby wybór Beatus był typowy. „Większość polskich Żydów w sprawie komunizmu zagłosowała nogami – pisze Bikont – wyjechali z Polski zaraz po wojnie. Dla wielu był to wybór ideowy; rząd dusz należał wówczas do syjonistów, ocalali marzyli o własnym państwie, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie”.
Ale w kraju, w kręgach kościelnych i partyzanckich, propagowany był mit „żydokomuny”: „Ogromna większość Żydów w Polsce szerzy gorliwie komunizm, pracuje w osławionych urzędach bezpieczeństwa” – mówił raport bp. kieleckiego Czesława Kaczmarka dla ambasadora USA w Warszawie Arthura Blissa Lane’a po pogromie kieleckim. „Kto stoi u steru komunizmu? Przede wszystkim żydostwo” – głosiła ulotka polskiego powojennego podziemia.
Historyk Łukasz Bertram w towarzyszącej wystawie zbiorowej publikacji POLIN „1945. Nie koniec, nie początek” pod redakcją Bikont i Kijka zauważa: „w drugiej połowie lat 40. przeciętny mieszkaniec powojennej wsi albo powiatowego miasta nie stykał się z żadnymi »żydowskimi komunistami«. Jako reprezentantów nowej władzy widział głównie synów polskich i katolickich rodzin o ludowych korzeniach. Z kolei w Biurze Politycznym, najwyższej kierowniczej instancji PPR, a potem PZPR, przez cały okres powojenny zasiadało w sumie czterech mężczyzn o żydowskim pochodzeniu”.
„Jesienią 1945 r. 1,7 proc. wszystkich pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego było Żydami – informuje jeden z podpisów na wystawie w POLIN. – To wyraźna nadreprezentacja (Żydzi stanowili po wojnie 0,5 proc. ludności), co nie zmienia faktu, że 98 proc. pozostałych Żydami nie było. Im wyżej w strukturze władzy, tym odsetek Żydów był wyższy. Jesienią 1945 r. na 500 kierowniczych stanowisk w MBP Żydzi zajmowali 67, czyli ponad 13 proc. Nie zmienia to zasadniczo proporcji, że Żydów było wśród komunistów mało, było ich mało w ogóle”.
Jednocześnie Żydzi – i niekoniecznie komuniści – patrzyli na polskie powojenne władze przychylnie. Dawały im one bezpieczeństwo i równouprawnienie. „Za kluczową sprawę uznano też dopuszczanie Żydów do miejsc pracy i zawodów przed wojną dla nich niedostępnych. Żyd górnik, co to było za wydarzenie! Dlatego jego widok wzbudzał taki szok u Polaków i taką radość u Żydów” – wyjaśnia Bikont.
Niepokój
To banał: żydowskie losy nadal nie są dostatecznie znane. Na wystawie w POLIN czytamy o ucieczkach do brytyjskiej jeszcze Palestyny organizowanych przez działającą w latach 1945–48 Brichę. O życiu w obozach dla uchodźców w Niemczech, gdzie w jakimś momencie było więcej polskich Żydów niż w kraju.
Czytamy, że 90 tys. ze 140 tys. Żydów, którzy przyjechali w wielkiej fali repatriacji między lutym a lipcem 1946 r. skierowano na Dolny Śląsk, a Dzierżoniów stał się centrum żydowskiego życia. Są tutaj wątki radości. Choć radość ta ma swoje limity.
Współautor wystawy Kamil Kijek wydobywa z niepamięci emigracyjną falę Żydów z Polski między tą powojenną a tą z marca 1968: 50 tys. osób opuściło Polskę w wyniku wzrostu antysemityzmu w latach 1956–60. Przeważnie noszący żydowskie nazwiska robotnicy i rzemieślnicy. To dużo więcej niż po Marcu, gdy wyjechało 13–20 tys. osób, głównie inteligencja.
Oglądamy w POLIN rozsypane losy. Rozsypujemy się więc sami. I staramy na nowo poskładać, licząc, że z tych skrawków ukaże się jakaś prawda. Tylko że tym razem materiał nie bardzo się skleja. Zmienił się dzisiejszy kontekst. Historia nie brzmi już jak ostrzeżenie, raczej niepokoi jako zapowiedź.
Ocalali odrzuceni. Kłopoty Żydów nie ustały z końcem wojny.
***
Wystawę „1945. Nie koniec, nie początek” w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN można oglądać do 15 września.
Kategorie: Uncategorized

