
Izrael znalazł się na progu wojny domowej – i to w momencie, gdy kraj prowadzi już wojnę na pięciu frontach: w Gazie, na Zachodnim Brzegu, w Libanie, w Syrii i przeciwko odpalającym rakiety balistyczne jemeńskim Huti. Do tej pory zagrożenie z zewnątrz działało jak bezpiecznik, zapobiegając przechodzeniu wewnętrznych konfliktów w fazę czynną. Bezpiecznik właśnie się przepalił. Izrael rządzony jedynie wolą Netanjahu, podobnie jak rządzone arbitralnie przez Trumpa Stany Zjednoczone, dla znacznej części obywateli nie będą już ich krajem.

„Popatrzcie na Trumpa. On w Ameryce zrobił trzy rzeczy: otoczył się ludźmi, którzy są lojalni wobec niego i tylko wobec niego, wywalił wszystkich ludzi, którzy nie są wobec niego lojalni, oraz metodycznie i dogłębnie eliminuje «głębokie państwo»”. Tak premier Netanjahu referował – z wyraźną aprobatą – na posiedzeniu rządu swe wrażenia po spotkaniu z nowym lokatorem Białego Domu.
Lojalność wobec osoby prezydenta miała odtąd w USA zastępować lojalność wobec urzędu, który pełni. Dlaczego z izraelskim premierem miałoby być inaczej? Zaś „głębokie państwo”, czyli zbiór bezosobowych zasad, od konstytucji po ustawy, regulujących funkcjonowanie państwa „płytkiego” oraz instytucji stojących na ich straży, było wszak wspólnym wrogiem.
To nie jest nowa idea. Przemawiając w 2015 roku na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu nowej kadencji, marszałek-senior Kornel Morawiecki stwierdził: „Nad prawem jest dobro narodu. Jeżeli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać tego za coś, czego nie możemy naruszyć. […] Prawo, które nie służy narodowi, to jest bezprawie”. Siedliskiem takiego bezprawia jest głębokie państwo właśnie. Zaś dobro narodu uosabiają ci, których naród do sprawowania władzy wybrał. I którym wszyscy winni są osobistą, bezwzględną lojalność.
Katar wspierał Hamas za zgodą Izraela
Tego nowego ducha praw nie zrozumiał najwyraźniej Ronen Bar, szef izraelskiego wywiadu wewnętrznego Szin Bet, gdy wszczął dochodzenie w sprawie uprawiania przez dwóch współpracowników Netanjahu, za pieniądze Kataru, promocji tego gazowego mocarstwa na arenie międzynarodowej. Promowanie Kataru to niełatwe zadanie: ten szejkanat wspiera islamskich fundamentalistów, w tym Hamas, tak mocno, że sąsiednie państwa Zatoki traktują go jak wroga.
Tyle że wsparcie Hamasu przez Katar – 30 milionów dolarów miesięcznie na pensje i pomoc socjalną, przywożone w walizkach przez Izrael do Gazy – dokonywało się za wiedzą i zgodą rządu Netanjahu. Proceder ten trwał do 7 października 2023 roku – choć przynajmniej rok wcześniej Szin Bet i wywiad wojskowy alarmowały, że z tych pieniędzy Mohammed Deif, czołowy dowódca Hamasu, pobiera 4 miliony na finansowanie terroru. Netanjahu był jednak przekonany, że Hamas, zbyt zajęty zarządzaniem Gazą, nie zaatakuje, a władza islamistów w Strefie, z której wypędzili świecki Fatah palestyńskiego prezydenta Abbasa, pogłębia palestyński rozłam, co miało być dla Izraela korzystne.
Po dokonanej przez Hamas 7 października rzezi ujawnienie szczegółów współpracy rządu z Katarem byłoby jednak dla premiera skrajnie niekorzystne. Dlatego odbył z Barem rozmowę o jego osobistej lojalności, która wymagałaby odstąpienia od dochodzenia. Gdy ten zapewnił o swej bezwzględnej lojalności dla urzędu premiera, lecz nie obiecał tego samego obecnie piastującemu go politykowi, Netanjahu stwierdził, że stracił do Bara zaufanie i postanowił go zwolnić.
W historii Izraela nie zdarzyła się jeszcze dymisja szefa Szin Betu. Dwaj zrezygnowali ze stanowiska, gdyż nie zgadzali się z polityką premiera – lecz Bar odmówił, gdyż uważał, że z ukrywaniem wątku katarskiego zgodzić się po prostu nie można. Według niego lojalność wobec urzędu premiera wymaga dochodzenia w sprawie działań pana Netanjahu.
Podkop pod „głębokim państwem”
Rząd ogłosił więc, że zamierza Bara zdymisjonować. Netanjahu twierdzi zresztą, że przyczyną była ogólna niekompetencja szefa Szin Betu, w tym niezdolność przewidzenia ataku z 7 października – i że Bar podjął katarskie dochodzenie, żeby móc zarzucić premierowi, że go zwalnia w obronie własnych interesów.
Fakty są jednak jasne: najpierw było otwarcie dochodzenia, a wniosek o dymisję dopiero potem. Po tym wniosku zaś prokurator generalna oświadczyła, że szefa Szin Betu nie można zwolnić bez zasięgnięcia opinii Rady Służby Cywilnej, a Sąd Najwyższy, zasypany skargami na zapowiedzianą dymisję, wydał jej tymczasowy zakaz do czasu, aż te skargę rozpatrzy – co ma się stać 8 kwietnia. Wówczas też Sąd orzeknie, czy w tych okolicznościach Netanjahu może zwolnić Bara.
Na te działania „głębokiego państwa”, i kierując się „dobrem narodu”, rząd jednomyślnie zdymisjonował prokurator generalną, a premier Netanjahu uznał, że Sąd Najwyższy nie ma prawa w tej sprawie orzekać, więc jego tymczasowego oraz przyszłego orzeczenia nie przyjmuje. Opozycyjny polityk Yair Lapid wezwał prezydenta Herzoga, by ten jednoznacznie poinstruował agendy państwa, że muszą się stosować do wymogów prawa, a nie do bezprawnych decyzji rozmaitych władz.
Niczym nieograniczona wola Netanjahu i Trumpa
Izrael, stwierdził emerytowany prezes Sądu Najwyższego, znalazł się na progu wojny domowej – i to w momencie, gdy kraj prowadzi już wojnę na pięciu frontach: w Gazie, na Zachodnim Brzegu, w Libanie, w Syrii, i przeciwko odpalającym rakiety balistyczne jemeńskim Huti. Do tej pory zagrożenie z zewnątrz działało jak bezpiecznik, zapobiegając przechodzeniu wewnętrznych konfliktów w fazę czynną. Bezpiecznik właśnie się przepalił. Izrael rządzony jedynie nieograniczoną wolą Netanjahu, podobnie jak rządzone arbitralnie przez Trumpa Stany Zjednoczone, dla znacznej części obywateli nie będą już ich krajem. W demonstracjach w obronie Bara uczestniczyło dwieście tysięcy ludzi.
Podobnie jest w Turcji, gdzie do miliona ludzi protestowało na ulicach przeciwko aresztowaniu burmistrza Stambułu Ekrema Imamoğlu, któremu prokuratura zarzuca korupcję, kierowanie organizacją przestępczą oraz terroryzm. Rzeczona organizacja przestępcza to stambulski samorząd, terroryzm polegać miał na współpracy burmistrza, z legalną kurdyjską partią DEM. współpracy burmistrza, z legalną kurdyjską partią DEM. Ten ostatni zarzut sąd jednak odrzucił.
Dowody korupcji mają być przedstawione później. Najważniejsze jest jednak to, że na tydzień przed aresztowaniem Uniwersytet Stambulski unieważnił dyplom magisterski burmistrza, twierdząc, że student Imamoğlu w niewłaściwy sposób przeniósł się w 1990 roku z uczelni na Cyprze na US, a tym samym całe jego studia są niebyłe.
Nieważne, że administracyjne naruszenie sprzed 35 lat, o ile rzeczywiście do takowego doszło, dawno się przedawniło. Nieważne, że dyplom może unieważnić jedynie rada wydziału, który go wydał, a ta milczy jak głaz. Ważne jest natomiast to, że konstytucja stanowi, że w wyborach prezydenckich kandydują jedynie osoby z wyższym wykształceniem – zaś burmistrz Stambułu, czołowy działacz opozycyjnej CHP, ma wielkie szanse je w 2028 roku wygrać.
Co prawda dla obecnie panującego prezydenta Erdoğana byłaby to już trzecia kadencja, czego konstytucja też zabrania, lecz usłużni eksperci podpowiedzieli, że jak się rozpisze przyspieszone wybory, to można powiedzieć „zamawiam” i konstytucyjny zakaz przestaje obowiązywać. Dlatego też pozbawienie Imamoğlu dyplomu stało się pilne, aresztowanie go (bo kto wie, co zrobi taka rada wydziału) też – i będąca dobrem narodu prezydentura Erdoğana została póki co przed głębokim państwem obroniona.
Puściły kolejne bezpieczniki. Zobaczymy, jakie obciążenie zniosą te amerykańskie.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Czegoś nie kumam. Po co w ogóle jakaś zabawa w wybory, po co komu premier, rząd i Knesset, jeśli okazuje się, że ani premier, ani rząd nic nie mają do gadania, a rządzi (ta-daam!!) jakaś pani prokurator, która może premierowi jednego zakazać a drugie narzucić? Przy okazji można się dowiedzieć, że spece od urządzania ulicznych zadym mają prawo narzucać swoje zdanie premierowi i rządowi, bo ich jakoby było „dwieście tysięcy”. Ja proponuję dorzucić jeszcze jedno zero i twierdzić, że ich było dwa miliony. I jeszcze jeden mlion, malutki. A co sobie będziemy żałować!
Tak w ogóle to autor artykułu wciska swoim czytelnikom ciężki kit, pie.. sorki, _twierdząc_, że „podobnie jest w Turcji”. Kiepski ten kit. Otóż jak na razie w Izraelu politycy opozycji przebywają na wolności (a nie w mamrze) i nikt jakoś nie zamierza ich do więzienia zamykać. Kolejny, ciężki kit to wywody na temat złej i niedobrej Ameryki, w której Trump „rządzi arbitralnie” czy coś tam. Otóż Trump może rządzić akurat w takim zakresie, w jakim pozwalają na to obie izby Kongresu i Sąd Najwyższy. A że zwolennicy Trampka zdobyli większość w obu izbach Kongresu, to już taka była wola wyborców.
Wracając do wątku – jeśli premier i rząd nie posiadają nawet tak oczywistych prerogatyw, jak powoływanie i odwoływanie szefów podległych (???) rządowi urzędów, to na kiego grzyba jakieś wybory? Prościej od razu się umówić, że rządzi dożywotnio ta pani prokurator generalny, a premiera i ministrów mianuje i odwołuje (ta-daam!!) Sąd Najwyższy. No i dla pewności należałoby uczynić urząd pani prokurator tudzież fotele sędziowskie dziedzicznymi, coś na wzór dynastii Kimów. Urząd dożywotni sprawy nie załatwia, następca może nie sprzyjać Siłom Pokoju i Postępu.
Chciałem zwrócić uwagę panu K.G, że w Szwecji urzędników państwowych mianuje i odwołuje premier jeżeli ma większość w parlamencie, a nie sądy.
@Richard Studnicki
”Izraelska opozycja jest bardzo słaba i nie ma zadnej mozliwosci sie sprzeciwic”
No czysty horror. Rządzi, bezczelnie i po chucpiarsku, rząd wybrany przez większość obywateli – a nie ”bardzo słaba” ”opozycja”. Ludzie najwyraźniej zagłosowali zupełnie nie tak, jak by sobie ”Richard Studnicki” życzył.
Bardzo dobra analiza ale smutna. Kto nas ocali? Izraelska opozycja jest bardzo słaba i nie ma zadnej mozliwosci sie sprzeciwic, po prostu nie ma tam przywództwa albo liderów. Cos mowia ale mas nie ciągną za nimi. Benet to jedyna nadzieja ale czy się sprawdzi? kto wie…