
Francja zaczyna się bać własnego cienia, i co gorsza, udaje, że to cnota. W kraju, który laickość postawił na piedestale i traktował jak świecką świętość, zaczynają się zdarzać decyzje, o których kiedyś nikt by nawet nie pomyślał: usuwanie szopek bożonarodzeniowych z przestrzeni publicznej. To jeszcze nie fala, nie lawina, nie „zakaz ogólnokrajowy”, ale coraz częstsze przypadki – tu jedna gmina wycofa dekorację z ratusza, tam mer zepchnie szopkę do magazynu, gdzie indziej jakaś organizacja składa skargę i miasto ulega. Jeszcze rok temu mówiono o pojedynczych incydentach. Dziś te pojedyncze incydenty zaczynają układać się w niepokojący wzór. To nie jest przypadkowy kaprys urzędnika, lecz objaw lęku, który narasta tak wyraźnie, że widać go już gołym okiem. Nie chodzi o religię, a już na pewno nie mówię tego z pozycji osoby wierzącej, bo nie wierzę ani w opłatek, ani w menorę. Ale grudzień miał zawsze znaczenie kulturowe: światła, zapach, rytm roku, dzieci czekające na prezent. Chanuka, Boże Narodzenie – światełka to światełka, ciepło to ciepło, tradycja to tradycja. A jednak w dzisiejszej Francji właśnie ta tradycja zaczyna być problemem, jakby stała się czymś wstydliwym, czymś, co trzeba chować po kątach, byle tylko nikt nie poczuł się urażony. To jeszcze nie wszędzie, ale coraz częściej. I właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo: w cichym przesuwaniu granicy. W tym, że ludzie przyzwyczajają się, że „tak już jest”. W tym, że coś, co było wyjątkiem, staje się powtarzalnym precedensem.
Trzeba też powiedzieć jasno, że nie cała Europa wygląda dziś jak Francja. Są kraje, które jeszcze bronią swoich tradycji instynktownie, wręcz odruchowo – jak Polska czy Włochy, gdzie chrześcijaństwo, niezależnie od osobistej wiary, jest tak organicznie wpisane w kulturę, że jego usuwanie przypominałoby amputację pamięci. Tam nikt nie odważyłby się chować szopek, tam jeszcze działa coś, co Zachód dawno utracił: poczucie, że kultura gospodarza nie jest opcją do negocjacji. Ale w krajach takich jak Francja, Niemcy czy Belgia narasta strach – nie przed dekoracjami, tylko przed tym, jak zareaguje rosnąca część społeczeństwa muzułmańskiego, które nauczyło się, że wystarczy uraza, by politycy natychmiast padli na kolana. I dlatego dziś, paradoksalnie, nie przybysze niszczą europejską tożsamość – tylko Europa robi to sama z siebie, z lęku, że mogłaby zostać oskarżona o pewność siebie.
A w tym wszystkim Chanuka jest lustrem tej sytuacji. To święto w ogóle nie ma odpowiednika europejskiej oprawy – żadnych iluminacji, girland, jarmarków, niczego, co dałoby się „zakazać”. Chanuka to chanukija i błogosławieństwo. A tam, gdzie stoi chanukija przy synagodze, reakcja bywa zupełnie inna: nie skarga o laickość, tylko wandalizm, graffiti, wybite okna. Synagogi w Rouen, Sarcelles czy w centrum Paryża były niszczone nie dlatego, że stała tam chanukija, ale dlatego, że stała tam synagoga. To właśnie pokazuje groteskowość sytuacji: to, czego państwo nie usuwa, bywa niszczone przez antysemitów; to, co powinno być chronione jako część europejskiej kultury, usuwa sama władza, byle tylko uniknąć konfliktu; a to, co naprawdę wymaga odwagi, leży nietknięte, bo politycy boją się naruszyć tabu jednej grupy, która nauczyła się wykorzystywać „urażenie” jako narzędzie presji.
To nie jest neutralność. To nie jest tolerancja. To jest kapitulacja ubrana w język postępowej poprawności. Cywilizacja, która zaczyna się wstydzić własnych świąt, własnych symboli i własnych tradycji, nie potrzebuje wrogów, bo sama zadba o własny upadek. Francja nie jest jeszcze w ruinach, ale widać już rysy. A jeśli nikt nie powie tego głośno, te rysy przerodzą się w pęknięcia, a pęknięcia – w przepaść. I wtedy będzie za późno. Bo cywilizacje nie giną od jednego ciosu. Giną od powtarzających się drobnych ustępstw: od jednej znikniętej szopki, od jednej uległości, od jednej decyzji, która miała być „wyjątkiem”, a staje się regułą. Od ludzi, którzy pozwalają, by strach był ważniejszy niż kultura, do której należą.
Kategorie: Uncategorized


Francja jest krajem oficjalnie laickim, i antyklerykalnym. Te szopki w ratuszach czy innych instytucjach państwiwych bylyby nie do pomyslenia jakies 10 lat temu. Szopki w ratuszach to nowy trend fundamentalnych katolików czy innych mocherów.
Francuska tradycja to jest laicka przestrzeń publiczna.
Jest wystatczajaco duzo kosciolów i kaplic czy shopek na jarmarkach czy « swiatecznych wiosekach ».
Ekstremalnz prawica RN tez ma swoje szopki, bez Zydów i Arabów, zostaly im same osly.