
Kto kontroluje język,kontroluje też percepcję rzeczywistości.
Jest jedna — sprawiająca niestety wrażenie nieśmiertelnej — iluzja, wedle której antysyjonizm jest spontanicznym odruchem, wyrazem oburzenia opinii publicznej, solidarnością z ofiarą ucisku czy wreszcie niezbędną pokutą za kolonialną przeszłość Zachodu. W taki sposób przedstawiają to organizacje pozarządowe, środowiska akademickie, ludzie kultury, media, wszelkiego rodzaju postępowi aktywiści, organizacje broniące praw człowieka, a wreszcie agendy ONZ. Jest to narracja dominująca, wartościująca, a zarazem wykluczająca każdego, kto odmawia racji bytu tej iluzji.
Dzisiejszy antysyjonizm nie jest niczym nowym ani oryginalnym. Wprawdzie większość dzisiejszych gorących antysyjonistów żachnęłaby się na powinowactwo z carską Rosją czy Związkiem Sowieckim i propagandą zimnowojenną, bo są rzeczy tak odległe, że wydają się dawno martwe. Ale dzisiejszy antysyjonizm jest jak Frankenstein: pozszywany z martwych części, a jednak żywy.
Wcześniej pisałam o antysyjonizmie carskiej Rosji, antysyjonizmie Wielkiego Muftiego Jerozolimy wspieranego przez Wielką Brytanię oraz o zimnowojennym antysyjonizmie Związku Sowieckiego. Ale jest ktoś, kto wszystkie te warstwy wygładził, nadał im akademicki szlif i nieodparty urok, sprawiając, że antysyjonizm z tępej propagandy stał się pożądany, pachnący i nowoczesny. To Edward Said sprawił, że antysyjonizm wszedł na uniwersytety, a stamtąd przeniknął w naturalny sposób do organizacji pozarządowych i mediów. Stracił toporność i jasny rodowód — zyskał intelektualną głębię i stał się remedium na postkolonialne rany zachodnich elit.
Edward Said, urodzony w Jerozolimie w zamożnej rodzinie chrześcijańskich Arabów, stał się dla zachodnich elit ucieleśnieniem mitu „wygnanego Palestyńczyka” — tak zresztą lubił o sobie mówić. Fakt, że w domu mówiono po angielsku i francusku, unikając języka arabskiego; że ojciec miał amerykańskie obywatelstwo; że po 1948 roku rodzina znalazła się w Kairze, raczej nie tracąc dotychczasowego statusu materialnego — to wszystko starannie ukrywano pod opowieścią o „wygnaniu”.
Ten wysoki status materialny pozwolił wysłać Edwarda Saida do jednej z najdroższych szkół średnich w Stanach Zjednoczonych, w której czesne wynosiło kilka tysięcy dolarów rocznie (rok 1951). Później Said studiował na Uniwersytecie Princeton, a doktorat zrobił na Harvardzie. W dostępnych źródłach nie ma wzmianki o jakimkolwiek amerykańskim stypendium — koszty w całości pokryła rodzina.
W 1978 roku Edward Said wydał książkę „Orientalizm”. Elity były zachwycone nowym, odważnym spojrzeniem. Książka stała się biblią lewicowych i antyimperialistycznych środowisk, fundamentem teorii postkolonialnej i ugruntowała postrzeganie Izraela jako państwa kolonialnego, a Palestyńczyków — jako ofiary opresji. Rok później wydał „The Question of Palestine” i wprowadził do zachodniej humanistyki gotową ramę delegitymizującą żydowską historyczność, podmiotowość i suwerenność. Język był już gotowy — Said go po prostu użył i przekształcił polityczną propagandę w nakaz moralny. Antysyjonizm został nobilitowany.
Said dopuścił się świadomej manipulacji: Żydzi to Europejczycy, Palestyńczycy to lud rdzenny, syjonizm to kolonializm kulturowy, a Izrael to narzędzie zachodniego imperializmu. Doskonale znał historię Mandatu Brytyjskiego, realia demograficzne, był świadom obecności silnych instytucji żydowskich na wiele lat przed powstaniem Izraela, a jednak świadomie to przemilczał. Najbardziej charakterystycznym elementem saidowskiej teorii było sprowadzenie Żydów do „Europejczyków”: nie ma Mizrachim, nie ma ciągłości żydowskiej obecności w Palestynie. Said świadomie ignorował arabską i osmańską kolonizację, islamizm, decyzje arabskich elit już od lat 20. XX wieku — całkowicie pozbawił Arabów sprawczości.
Said nie był członkiem Fatahu, nie był rzecznikiem OWP, nie był ani marksistą, ani agentem Związku Sowieckiego, ale był politycznie i emocjonalnie lojalny wobec narracji OWP. Doradzał Arafatowi i był członkiem Palestyńskiej Rady Narodowej. Chociaż konstrukcja „narodu palestyńskiego” narodziła się w 1964 roku wraz z Kartą OWP, napisaną w Kairze pod dyktando Kremla, nie przeszkadzało to Saidowi twierdzić, że Palestyńczycy byli nowoczesnym narodem na długo przed 1948 rokiem, że działał ruch narodowy z jasno sformułowaną wizją polityczną i zakorzenioną jednością społeczną. Said świadomie dopuścił się nadużycia intelektualnego i historycznego — stworzył teorię wiedząc, że jest historycznie fałszywa. Przyjął fałszywe założenia, by obronić polityczną tezę.
Na uniwersytetach amerykańskich i europejskich powstawały katedry studiów postkolonialnych, a teza Saida o Izraelu jako projekcie kolonialnym Europy ugruntowała się na lata. Świat Zachodu mógł w końcu odpokutować za kolonializm, jednocześnie niemal całkowicie ignorując przeszłość kolonialną Arabów i islamizm — z obawy przed oskarżeniem o islamofobię.
Said formalnie nie pochwalał ani nie akceptował przemocy palestyńskich Arabów — ani Fatahu, ani później Hamasu — ale dokonał czegoś moim zdaniem znacznie gorszego: zrelatywizował tę przemoc i znormalizował ją, zawsze usprawiedliwiając jako opór uciskanych przeciw agresorowi. To doskonale widać w sposobie opisywania Izraela — ataki terrorystyczne tłumaczone są jako uzasadniona i nieunikniona odpowiedź. Takie podejście na zawsze zaciera fundamentalną różnicę między ofiarą a sprawcą.
Od lat osiemdziesiątych do mediów i organizacji pozarządowych przesiąkał język sowieckiej i arabskiej propagandy, który Said uszlachetnił. Dziś media takie jak BBC, „Guardian”, „NYT”, a za nimi wszyscy pozostali, kiedy relacjonują jakikolwiek konflikt izraelsko-arabski, mówią językiem Saida — kolonizatorzy i lud rdzenny, przemoc strukturalna. Co charakterystyczne, Said poróżnił się z Arafatem definitywnie po podpisaniu porozumień z Oslo, traktując je jako zdradę i oddanie Palestyny okupantowi. W jego logice nie było miejsca na rozwiązanie dwupaństwowe, nie było miejsca dla państwa żydowskiego. Said i jego naśladowcy byli w stanie poświęcić możliwości normalizacji życia palestyńskich Arabów w imię wyższych celów.
To przypomina mi Marksa i Engelsa — uprzywilejowanych, zamożnych teoretyków mówiących o walce klas i proletariacie. Said mówił o wiecznym „oporze uciśnionych” z katedry na Uniwersytecie Columbia, a kolejne pokolenia Palestyńczyków ani na krok nie przybliżały się do szansy na normalne życie. Byli i są tylko figurą w utopii.
Cztery sposoby wyrażenia nienawiści do Żydów, które zostały sprytnie zamaskowane pojęciem antysyjonizmu:
- Nienawiść carskiej Rosji, która potrzebowała figury Żyda „agenta obcych sił”, „żydowskiego spisku”. Wciąż obecna — „sieć żydowskich wpływów”, „lobby żydowskie rządzi USA” — to jak współczesne klony Protokołów Mędrców Syjonu.
- Nienawiść Muftiego — antysyjonizm motywowany religijnie. Palestyna jako ziemia islamu, przemoc jako obowiązek obrony świętości, a Żydzi — religijni wrogowie. Ta sakralizacja konfliktu jest dziś jawnie obecna w retoryce i działaniach Hamasu i Bractwa Muzułmańskiego.
- Sowiecka nienawiść — Żyd jako kolonialista. Narracja cyniczna, ale niezwykle spójna i skuteczna. Sowieci doskonale wiedzieli, że Izrael nie jest projektem kolonialnym Europy, ale teza ta była użyteczna w walce z Zachodem o wpływy w krajach postkolonialnych. Stąd hasła: Żydzi to europejscy osadnicy, Izrael to narzędzie imperializmu amerykańskiego, syjonizm to rasizm.
- To wszystko zebrał i uszlachetnił Said — nie demonizuje, ale odbiera Żydom prawo do suwerenności. Żyd jako najeźdźca odbierający ziemię autochtonom; syjonizm — nie ruch narodowy, lecz narracja zachodniej dominacji. To, co zrobił Said, jest najskuteczniejszą odmianą nienawiści — udaje moralność, odwołuje się do poczucia winy i potrzeby odkupienia win kolonialnych.
Te cztery języki, którymi opisywany był i jest antysyjonizm, weszły w obieg różnymi kanałami. Do dziś w krajach muzułmańskich obecna jest religijna nienawiść do Żydów, wciąż wznawiane są „Protokoły Mędrców Syjonu”, powielające dawne oskarżenia. Sowiecka propaganda zagnieździła się w ONZ, korzystając z większości politycznej ZSRR i krajów arabskich. W końcu narracja Saida przeszła do Amnesty International, HRW, a potem do innych organizacji pozarządowych, które — zwłaszcza po konferencji w Durbanie — stosują pojęcia kolonializmu osadniczego, rasizmu, okupacji nie jako terminy prawne czy historyczne, lecz wyłącznie propagandowe.
Język akademicki opisujący Izrael działa w zasadzie wyłącznie na założeniach Saida — redukcji historii do narracji, moralizacji konfliktów etnicznych, podziale na opresora i ofiarę, pomijających żydowską autochtoniczność, religijną motywację arabską i sowiecki wpływ propagandowy.
Współczesny antysyjonizm to Frankenstein zszyty z czterech rodzajów nienawiści — różne epoki, różne ideologie i różne motywacje.
Carska nienawiść dała mu paranoję spisku, nienawiść Muftiego — sakralizację konfliktu, sowieckie wyrachowanie — język kolonialny, a Said dał mu moralną i akademicką elegancję.
Frankenstein naszych czasów, czyli współczesny antysyjonizm.
Kategorie: Uncategorized

