
Niezależnie od tego, co stanie się z amerykańską demokracją, administracja – czy to demokratyczna, czy republikańska – może porzucić szacunek dla obaw Izraela, które w dużej mierze determinowały politykę amerykańską od 1967 roku.
Autor: Paul Scham
Zwolennicy izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu twierdzą, że ostatnie piętnaście miesięcy było pełne sukcesów w polityce zagranicznej, w tym osłabienia lub eliminacji długoletnich przeciwników, takich jak Hamas, reżim Assada w Syrii, Hezbollah i Iran, a także powrotu prawie wszystkich zakładników. Tymczasem sojusznik, który jest dla Izraela ważniejszy niż wszyscy wyżej wymienieni, traci poparcie w całym spektrum politycznym. Przyjrzyjmy się niektórym ostatnim wydarzeniom, które powodują lub powinny powodować ogromny niepokój w izraelskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Paradoksalnie może się okazać, że jednymi z najlepszych przyjaciół, jakich pozostało Izraelowi, są państwa arabskie, choć nie potrwa to wiecznie bez fundamentalnych zmian w postawie Izraela. Najpierw jednak przyjrzyjmy się Stanom Zjednoczonym, zaczynając od najnowszej historii.
Historyczne wsparcie USA
Lata 90. nadały ton temu, co wielu postrzega jako „tradycyjny” układ zwolenników – i niektórych przeciwników – państwa Izrael (w kolejnym poście omówię historię wsparcia Amerykanów dla Yishuv i początków państwa). Prawie wszyscy Żydzi i większość liberałów popierała Izrael, choć z rosnącym niezadowoleniem ze strony lewicowych liberałów, głównie z powodu nasilającej się działalności osadniczej na Zachodnim Brzegu od czasu dojścia do władzy Likudu w 1977 roku. Ewangelicy popierali Izrael w coraz większej liczbie, ale z mniejszą intensywnością, jaką wkrótce mieli wykazać. Reagan z pewnością popierał Izrael, ale wyznaczył pewne granice, a George H.W. Bush skonfrontował się z premierem Icchakiem Szamirem w sprawie osadnictwa, nie spotykając się z większym sprzeciwem ze strony swojej partii. Izrael był zasadniczo kwestią demokratyczną, z wyjątkiem republikańskich prezydentów, którzy nie mieli innego wyboru, jak tylko się nią zająć.
Bill Clinton i Icchak Rabin objęli urzędy w 1992 r., a w następnym roku rozpoczęto proces pokojowy z Oslo. Społeczeństwo amerykańskie zaczęło długotrwały proces polaryzacji, w ramach którego konserwatyści i republikanie wykazywali coraz większą sympatię dla osadników i prawicy w Izraelu. W latach 90. nastąpił również wzrost ideologicznie motywowanego ruchu neokonserwatywnego, który opowiadał się za „większym” Izraelem (eretz yisrael sh’laymah) i bardziej zdecydowaną polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych, i który reprezentował pierwszą (jedyną?) frakcję republikańską kierowaną w dużej mierze przez Żydów. Ewangelicy aktywnie włączyli się do walki, wykorzystując swoje oparte na wierze powiązania z Zachodnim Brzegiem, podobnie jak ortodoksi i charedim, którzy poczuli się na tyle silni, aby zacząć politycznie odrzucać tradycyjny amerykański liberalizm żydowski. Niemniej jednak, nawet po fiasku porozumień z Oslo, prezydent George W. Bush opowiadał się za rozwiązaniem dwupaństwowym (2SS) i ogólnie wspierał izraelskiego premiera Ariel Sharona aż do jego nagłej śmierci na początku 2006 roku.
Lewica, Liga Arabska i Obama
Międzynarodowa lewica, która popierała powstanie Izraela w 1948 r., zaczęła sympatyzować, a następnie poparła sprawę palestyńską zaraz po wojnie z 1967 r., podobnie jak ówczesny „trzeci świat”. Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęła w 1975 r. rezolucję „Syjonizm jest rasizmem”, ale następnie uchyliła ją w 1991 r. Jednak w 2002 r. konferencja w Durbanie pokazała, że trzeci świat był zdecydowanie pro-palestyński i antysyjonistyczny, podobnie jak rosnące nastroje w europejskim społeczeństwie obywatelskim. Co ciekawe, rok 2002 był również rokiem, w którym cała Liga Arabska oficjalnie opowiedziała się za pełnym pokojem z Izraelem, pod warunkiem utworzenia państwa palestyńskiego. Ta nieoczekiwana oferta nadal pozostaje aktualna, ale Izrael nigdy oficjalnie na nią nie odpowiedział.
Amerykańska lewica żydowska miała trudności z pogodzeniem współczucia dla Izraelczyków, którzy ginęli w zamachach podczas drugiej intifady, z gniewem wywołanym równoczesnymi represjami ze strony Izraela. Mieli jednak nadzieję, że wraz z inauguracją Baracka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2009 roku nadejdzie nowy świt, ponieważ Obama obiecał wznowić działania na rzecz pokoju izraelsko-palestyńskiego w oparciu o rozwiązanie dwupaństwowe. Jednak rok 2009 oznaczał również powrót Bibiego Netanjahu na stanowisko premiera Izraela, które piastuje nieprzerwanie – z wyjątkiem 20-miesięcznej przerwy – do dziś. Bibi zabiegał o poparcie ewangelików jako ambasador Izraela przy ONZ w latach 80. i postanowił również uwieść zwykłych republikanów, nawet po upadku neokonserwatystów w następstwie klęski w Iraku. Z powodzeniem przedstawił Obamę Izraelczykom i amerykańskiej społeczności żydowskiej jako zwolennika Palestyńczyków i uczynił sztuką unikanie presji amerykańskiego prezydenta. Amerykańscy Żydzi pozostali liberalni i demokratyczni i nadal wspierali Izrael, ale kolejne rządy Bibiego dały jasno do zrozumienia, że uważają Partię Republikańską za swoją amerykańską ojczyznę. Obama ostatecznie poniósł porażkę w kwestii Izraela/Palestyny. Co ciekawe, Pew poinformował w 2022 r., że od 2019 r. Amerykanie stali się bardziej przychylni zarówno Izraelczykom, jak i Palestyńczykom, ale znacznie mniej przychylni ich rządom.
Trump, Biden i rok 2025
Donald Trump w swojej pierwszej kadencji przedstawiał się jako zwolennik Bibiego i Izraela, co pokazał, uznając Jerozolimę za stolicę Izraela i tworząc Porozumienia Abrahama, które wydawały się spełniać marzenie Bibiego o stworzeniu pokoju arabsko-izraelskiego, bez skrupułów ignorując kwestię palestyńską. Joe Biden w dużej mierze kontynuował jego politykę, jednocześnie składając deklaracje poparcia dla rozwiązania dwupaństwowego. Amerykańska lewica żydowska była coraz bardziej sfrustrowana jego niezdolnością do wywarcia poważnej presji na zakończenie okupacji, ale administracja była przede wszystkim zainteresowana włączeniem Arabii Saudyjskiej do Porozumień Abrahama, a Saudyjczycy wskazali, że wymagają jedynie formalnego przyzwolenia na dwa państwa. Ewangelicy wydawali się być lojalni wobec izraelskiej mesjanistycznej prawicy, która kontrolowała również nowy rząd Netanjahu, który objął urząd w ostatnim dniu 2022 roku.
W związku z tym sytuacja dotycząca amerykańskiego wsparcia dla Izraela na dzień 6 października 2023 r. wydawała się podobna do tej sprzed dwudziestu lat, w czasach drugiej intifady. Co jednak najważniejsze, narracja palestyńska była znacznie bardziej widoczna, zwłaszcza na uniwersytetach, a Amerykanie pochodzenia arabskiego i muzułmańskiego byli bardziej widoczni, choć nie tak bardzo w polityce. Jednak na poziomie politycznym Izrael pozostawał prawdopodobnie naszym najwierniejszym sojusznikiem, przynajmniej w retoryce politycznej.
Dwa lata później, pod koniec 2025 r., sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wielu Amerykanów sympatyzuje obecnie bardziej z Palestyńczykami, a Izrael jest przez wielu postrzegany jako niemal parias. Antysyjonistyczna organizacja Jewish Voice for Peace była szeroko cytowana jako przeciwwaga dla amerykańskiego establishmentu żydowskiego, a nie bardziej umiarkowane grupy pokojowe, takie jak JStreet czy Partners for Progressive Israel, choć wydaje się, że w ostatnich miesiącach tendencja ta uległa osłabieniu. Niedawna przesadna kampania przeciwko antysyjonistycznemu Zohranowi Mamdaniemu jako burmistrzowi Nowego Jorku, a także jego zwycięstwo z jedną trzecią głosów żydowskich, podkreślają te fermenty. Jednak trwające zawieszenie broni w Strefie Gazy pozwoliło antagonizującym się żydowskim frakcjom złapać oddech.
Zmiana na amerykańskiej prawicy
Nie dotyczy to jednak amerykańskiej prawicy, gdzie toczy się bardziej fundamentalny konflikt. Od lat krążą pogłoski, że poparcie białych ewangelików dla Izraela zaczyna słabnąć, a tendencja ta nasiliła się wraz z wojną w Strefie Gazy. Obecnie jednak widzimy, że silna prawica o orientacji chrześcijańskiej, głosząca hasło „America First”, nagle straciła zainteresowanie wspieraniem Izraela, szczególnie w obecnej sytuacji konfrontacyjnej. Towarzyszy temu chrześcijański nacjonalizm J.D. Vance’a, a także jawny antysemityzm Nicka Fuentesa i innych młodych influencerów. Z jednej strony sympatią dla trudnej sytuacji Palestyńczyków, z drugiej ideologią „America First”, która gardzi zagranicznymi uwikłaniami i wydatkami, a z trzeciej prawdziwym antysemityzmem, poparcie dla Izraela ze strony ewangelicznych chrześcijan, zwłaszcza tych młodszych, może w najbliższej przyszłości gwałtownie spaść.
Starsi neokonserwatyści, tacy jak Lindsey Graham, Ted Cruz i Sekretarz Stanu/Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego Marco Rubio, sprzeciwiają się temu kierunkowi, ale odkrywają, że nie mają kontaktu z ważnymi częściami swoich wyborców. Tymczasem prezydent Trump cieszy się ogromną popularnością w Izraelu, mimo że zasadniczo narzucił swój 20-punktowy plan pokojowy niechętnemu i w dużej mierze niezadowolonemu rządowi izraelskiemu, wywierając większą presję na izraelskiego premiera niż jakikolwiek prezydent od czasów Eisenhowera. Chociaż izraelska prawica i część amerykańskiej prawicy żydowskiej narzekają, zdają sobie sprawę, że przynajmniej na razie nie mają szans.
Amerykańscy i żydowscy liberałowie starają się poprzeć plan pokojowy Trumpa, potępiając jednocześnie wszystko inne, co dotyczy jego osoby, a wielu z nich zarówno chce, aby plan się powiódł, jak i spodziewa się, że zakończy się niepowodzeniem. Partia Demokratyczna może uznać, że w 2028 r. niemożliwe będzie osiągnięcie nawet niejasnego konsensusu w sprawie Izraela. Wielu jej darczyńców może być jedyną pozostałą bastionem tradycyjnego krytycznego, ale popierającego stanowiska, które od czasów administracji Cartera zajmowali prezydenci z Partii Demokratycznej.
Nadzieja na Bliskim Wschodzie
Po drugiej stronie globu, z dala od tego ideologicznego chaosu, istnieje inna zainteresowana grupa, która od lat, a właściwie od dziesięcioleci, wydaje się zajmować dość stabilne stanowisko w sprawie Izraela. Obejmuje ona główne państwa arabskie, na czele z Arabią Saudyjską, ale także Egipt, Jordanię, Zjednoczone Emiraty Arabskie i inne państwa Porozumienia Abrahama, a mianowicie Maroko i Bahrajn. Optymistycznie, ale realistycznie, zaliczyłbym do niej również Syrię, Liban, Turcję i Katar. Wszystko wskazuje na to, że prezydent Syrii Al Sharaa, który w tym tygodniu jest fetowany w Białym Domu, całkowicie wyrzekł się swojej dżihadystycznej przeszłości i w pełni uznaje potrzebę zawarcia pokoju ze swoim silnie uzbrojonym sąsiadem na południowym zachodzie.
Teraz, gdy twierdzenia o potędze Hezbollahu zostały obalone, nowo utworzony rząd Libanu również szepcze pod nosem o potrzebie pokoju z Izraelem. Turcja i Katar są często wyśmiewane jako prohamasowskie, ale wynika to głównie z wewnętrznych powodów islamskich. Żadne z tych państw nie wykazało zainteresowania walką z Izraelem, a tym bardziej próbą jego zniszczenia. W rzeczywistości wydaje się, że praktycznie wszyscy sąsiedzi Izraela we wszystkich kierunkach, z wyjątkiem oczywiście Iranu i Jemenu, wydają się czekać z zaskakującą cierpliwością na pojawienie się pewnego siebie, ale mniej wojowniczego Izraela, który zaakceptowałby dwupaństwowe rozwiązanie w jakiejś formie i, co być może ważniejsze dla większości, służyłby jako główny motor wzrostu dla całego Bliskiego Wschodu. Należy zauważyć, że wszystkie powyższe państwa (z wyjątkiem niearabskiej Turcji) były częścią arabskiej inicjatywy pokojowej z 2002 r., która została nieco złagodzona dla Izraela, ale nadal pozostaje aktualna.
Niebezpieczna interpretacja
Czy jest to nierealistycznie optymistyczny scenariusz, zwłaszcza w świetle brutalnej wojny, która nie została jeszcze zakończona, i ogromnego gniewu po wszystkich stronach? Po stronie arabskiej nie sądzę. Władimir Żabotyński miał rację w swoim eseju z 1925 r. pt. „Żelazna ściana”. Spodziewał się, że gdy państwo żydowskie udowodni, że jest gotowe i zdolne do obrony, zostanie zaakceptowane przez swoich sąsiadów. Gdyby Izrael był obecnie siłą stabilizującą i integrującą Bliski Wschód, jak spodziewał się Żabotyński, a także siłą napędową postępu gospodarczego i technicznego, prawdopodobnie tak by się stało.
Niestety, istnieje większy problem, który obecnie uniemożliwia nawet rozpoczęcie realizacji tego scenariusza. Izraelczycy nie są w nastroju, aby przychylnie odnosić się do jakiegokolwiek poważnego planu samostanowienia Palestyńczyków, który jest niezbędny do normalizacji stosunków z resztą świata arabskiego. Lekcja, jaką wielu, prawdopodobnie większość Izraelczyków wyciągnęła z wydarzeń z 7 października 2023 r. oraz z brutalnej i niepotrzebnie przedłużającej się wojny, która nastąpiła po nich, jest taka, że każde postrzegane zagrożenie dla Izraela musi być brutalnie tłumione już w zarodku. Izraelczycy są zdeterminowani, aby najpierw strzelać, a potem zadawać pytania, nie zważając na konsekwencje. Lekcja, jaką wielu izraelskich Żydów wyniosło z ostatnich 80 lat, nie polega na tym, że samostanowienie Palestyńczyków jest niezbędne dla pokoju, ale raczej na tym, że wszelkie przejawy palestyńskiego ruchu narodowego, o ile nie są pod kontrolą Izraela, stanowią poważne zagrożenie dla istnienia Izraela i muszą zostać stłumione za wszelką cenę. Moim zdaniem jest to niebezpieczna błędna interpretacja obecnej sytuacji. Nierzadko rozwiązanie militarne przynosi skutki odwrotne do zamierzonych.
Kolejne wybory w Izraelu odbędą się w 2026 roku. Byłoby błogosławieństwem dla kraju Bibiego i całego regionu, gdyby zdecydował się nie kandydować lub gdyby koalicja opozycyjna zdobyła wystarczającą liczbę głosów, aby utworzyć rząd. Jednak nawet jeśli taki rząd faktycznie obejmie władzę, będzie zdominowany przez siły centroprawicowe i mainstreamowe prawicowe, których jedyną zaletą jest to, że nie mogą znieść bycia w rządzie z nielubianym Netanjahu i (prawdopodobnie) nie zaakceptowałyby ograniczeń ze strony mesjanistycznej prawicy. Obecnie nie są one zainteresowane żadnymi działaniami zmierzającymi do zakończenia okupacji, które doprowadziłyby do prawdziwego samostanowienia Palestyńczyków. Chyba że zostaną do tego zmuszone przez siły zewnętrzne, którymi mogą być tylko Stany Zjednoczone.
W tym miejscu wracamy do niejasnego stanowiska Ameryki wobec Izraela, które wydaje się ulegać zmianie. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak daleko i jak szybko może posunąć się ten proces. Jednak niezależnie od tego, co stanie się z amerykańską demokracją, nie jest wcale nie do pomyślenia, że w niedalekiej przyszłości administracja demokratyczna lub republikańska zrezygnuje z uwzględniania obaw Izraela, które w znacznym stopniu determinowały politykę amerykańską przynajmniej od 1967 roku. Zakładając, że państwa arabskie nadal czekają, pokój z praktycznie całym światem arabskim jest możliwy. Bez takiej zmiany…
Koniec bezwarunkowego wsparcia: Nowy kurs Ameryki wobec Izraela
Kategorie: Uncategorized


Tak jakby sluchac pajaca Persa pouczajacego Izraelczykow ze…
Pani Silver z przygranicznego kibutzu nie tylko to samo myslala, latami wozila tez kobiety z Gazy od granicy do izraelskich szpitali.. Zadna z nich nie pomogla jej, zamordowano ja w tunelach tam, poto zeby nowonarodzony Peres, P.S,twierdzil ze ” wojna byla niepotrzebnie dluga..”
Panstwo patestyncow tak wymarzone przez P.S. mialoby rakiety iranskie nie 10 ale cwierc minuty od Izraela, a mrzonki o rozbrojeniu tak jak zapewnienia EU i Abbasa ze nie beda fianansowali zlapanych terrorystow.
P.S. chce byc Protected Jew, to jego sprawa, niech juz teraz spakuje 5 kg zywnosci i stawi sie na najblizej stacji kolejowej w celu transportu ” na Wschod”.