Tajemnica pana Cukra – Fragment 2 „PRZYTYK”

tajemnica pana cukraPrzytyk. 18 kilometrów od Radomia, taksówką jedzie się pół godziny, senne miasteczko, dwie ulice, od i do rynku. Drewniane parterowe domki i kilka murowanych kamienic jednopiętrowych przy Warszawskiej i przy samym rynku. Przed Przytykiem rzeczka Radomka rozgałęzia się na dwie odnogi i opływa miasteczko, są dwa drewniane mosty, dwa młyny żydowskie, rzeka jest szeroka i płynie leniwie, kobiety piorą w niej bieliznę, mężczyźni łowią ryby, latem dzieciaki z piskiem taplają się na mieliznach, a na Rosz ha-Szana rzeka ze spokojem przyjmuje, wytrząsane z kieszeni, żydowskie grzechy.

Za drugim mostem stoi kościół katolicki i zaczynają się przedmieścia: Podgajek i Zachęta.

Żydzi zamieszkali w Przytyku po tym, kiedy wypędzeni z Radomia w 1746 roku szukali schronienia przed oskarżeniami o „mordy rytualne”. W Radomiu na stosie spalono wtedy Żyda oskarżonego o „kradzież hostii”, i tak skończyła się historia pierwszej gminy żydowskiej w Radomiu, a rozpoczęła gminy żydowskiej w Przytyku.

Ulice sztetla są piaszczyste, tylko rynek wybrukowany kocimi łbami, na środku pompa. W poniedziałki – dni targowe – roi się tu od ludzi, słychać krzyki, śmiechy, gospodarze sprzedają kupcom świnie, ziemniaki, zboże, handlarki wciskają perkalowe sukienki chłopskim córkom. I jeszcze w piątek, przed szabatem, Przytyk znowu budzi się na kilka godzin, poza tym nuda, spokój.

Po awanturze w Odrzywole, w listopadzie zeszłego roku, życie było coraz cięższe, ostatnio bieda zaczęła zaglądać ludziom w garnki, kilka razy delegacje gminy żydowskiej chodziły na skargę do administracji państwowej, że chłopcy „endecy” odciągają im klientów, że stoją po dwóch przed sklepem i nie dają nikomu wejść. Wystarczy, że endecy nie dopuszczą ani jednego klienta do żydowskich straganów i sklepów, i nie ma z czego żyć. Przytyccy Żydzi pisali do gazet, jeździli z prośbami do starosty radomskiego, do żydowskich parlamentarzystów. Od początku 1936 roku w prasie pojawiały się apele o pomoc dla Przytyku i innych miasteczek radomskich Że najbiedniejszym grozi głód, że mnożą się napady i pobicia tych, którzy jeżdżą od wsi do wsi i skupują jaja, sery, ziemniaki, że wybija się okna w mieszkaniach, że na ulicy można dostać kamieniem. A już po tym, jak jesienią 1935 przywieźli na przytycki rynek furę wyładowaną pobitymi Żydami z Klwowa, było wiadomo, że to nie przelewki. Ludzie zaczęli głośno mówić o obronie, Izrael Cymbalista kupił w Radomiu dwa rewolwery, pokazywał znajomym. Zresztą nie tylko on. Młodzi kupowali na rynku w Radomiu pistolety, można było dostać broń za 35 zł.

8 marca w niedzielę było święto Purim. Święto radości z udaremnienia zniszczenia narodu żydowskiego przez perskiego dostojnika Hamana, jedno z weselszych świąt żydowskich. Je się hamantasze – ciastka z dżemem lub makiem, pije wino i tańczy w przebraniach. To czas żydowskiego karnawału.

A w poniedziałek od świtu wszyscy czekają na pierwszy wiosenny targ, w samym Przytyku żyje 600 rodzin żydowskich, to 3000 ludzi, stanowią 87 procent mieszkańców miasteczka, są zdeterminowani, przetrwali zimę na krawędzi ubóstwa, mają wielkie nadzieje, że wiosna przyniesie zmiany.

Na pierwszy wiosenny jarmark ma przyjechać kilka setek furmanek, może być nawet 2000 ludzi. Będzie można wreszcie zrobić interes i zarobić pieniądze na następny. Napięcie między chrześcijanami a Żydami jest ogromne. W Przytyku przez kilka ostatnich miesięcy powstały chrześcijańskie sklepy, wyraźnie oznakowane (są informacje wypisane kredą i obrazki święte na wystawach), na targu staje coraz więcej kramów chrześcijańskich, a wejścia do sklepów żydowskich są blokowane. Polacy mówią, że Żydzi szykują się na nich, Żydzi są przekonani, że „endecy” planują większą awanturę w czasie jarmarku.

Wystarczy tylko iskra. Po wizycie przedstawicieli gminy żydowskiej starosta radomski zarządził wzmocnienie posterunku policji na dzień targowy do szesnastu szeregowych. W Radomiu w rezerwie czekało jeszcze dwudziestu policjantów.

Targ rozpoczął się w miarę spokojnie, ludzie kręcili się wśród straganów, kupowali w chrześcijańskich sklepach i oprócz wznoszenia haseł „swój do swego!” właściwie nic się nie działo. Dopiero koło 14.00 posterunkowy Kazimierz Aniołek zauważył chłopaka szarpiącego klientów chcących coś kupić na jedynym rozstawionym tego dnia żydowskim straganie z pieczywem. Chciał chłopaka wylegitymować, ale młody się stawiał, a z okolicznych straganów zaczęły dobiegać okrzyki, że policja zawsze broni Żydów. Czego posterunkowy od niego chce? Dobrze chłopak robi, po co chłopi mają kupować bułki żydowskie?

I teraz już z górki, jak domino:

Przodownik Wojtas wraz z pięcioma posterunkowymi zatrzymują endeka, tłum buczy, lecą „kamienie, orczyk i krzesełko”, zatrzymany krzyczy: „Koledzy! Nie ma tu was?!”, w okamgnieniu sytuacja się zmienia, ludzie krzyczą: „Hurraaa! Na policję! Nie dać go!”. Policjanci barykadują się na posterunku, a tłum, razem z Józefem Strzałkowskim – bo to jego chciał wylegitymować Aniołek, wali kamieniami w posterunek. Chłopak jest z Goszczowic, należy do Stronnictwa Narodowego, na ławie oskarżonych zasiądzie w mundurze, bo kilka dni po zajściach przytyckich dostanie powołanie do wojska.

Jeszcze dało się wytłumaczyć ludziom, że nie ma co robić awantur. Dwaj nauczyciele ze szkoły powszechnej przekonywali: dajcie spokój, co za sens ma walka z policją? Nie pamiętacie, co było w Odrzywole?

Żydzi pozamykali okiennice sklepów, było już koło wpół do trzeciej, nikt nie chciał ryzykować wstawiania nowych szyb.

Jakaś grupa chłopaków wiejskich pod wodzą Kubiaka krzyczącego: „Chłopcy! Do roboty”, wpadła na rynek, dobiegli do straganów krawców żydowskich, któryś walnął laską Mosze Dalmana w głowę. Mosze upadł, chłopcy zaczęli rozwalać stargany, rozrzucać i rozdzierać materiały i ubrania.

KLIKNIJ NA ZDJECIA A OTWORZA SIE W PELNYM ROZMIARZE

prztyk 1

 

 

prztyk 2

prztyk 4

 

 

 

Policja zabarykadowana, na kocich łbach rynku leży zakrwawiony Dalman, kupiec gotowymi ubraniami z Radomia, wokół podarte spodnie, palta, koszule. Ludzie wpadli w panikę, chłopi biegną do swoich furmanek, wszyscy naraz próbują wyjechać ulicą Warszawską. Ulica jest wąska, w dodatku prowadzi przez most, setki ludzi zaczynają się tratować. Jeden wielki wrzask i przeklinanie, konie wpadają na pieszych, świsty batów, krzyki ludzi. Na uciekających wyskoczyli z mieszkań i warsztatów żydowscy mieszkańcy, przeklinając i szarpiąc, walili, czym kto miał, szewskim kopytem, deską, młotkiem, rzucali kamieniami w wozy i konie. Chrześcijanie oddawali im na oślep, laskami i kijami, wydawało się, że świat oszalał, senny Przytyk zamienił się w jedno wielkie pole bitwy, spanikowani chłopi byli łatwym celem dla Żydów, którzy pierwszy raz w życiu odważyli się podnieść na nich rękę. Ranni zostali: Franciszka Sobolowa (l. 43, rany tłuczone nosa i policzka), Stanisław Zasada, Józef Kowalczyk, Władysław Drabik (dostali kijami po głowach) i Józef Szymański (l. 65, po ciosie kołkiem w potylicę był w stanie ciężkim).

Na rogu Rynku i Warszawskiej padają strzały w stronę uciekających. Kto strzelał?

Jeden ze świadków zezna, że widział Jankla Kirszencwajga, inni mówili, że pistolet miał też jego brat Luzer. Na rynku podobno widziano, że ze sklepu Joska Frydmana wybiegł jego syn Icek i strzelał w stronę tłumu.

Ranni zostali: Kubiak w okolice biodra, Popiel w lewą łopatkę, a Stanisława Regulska w ramię.

Policja, która wreszcie mogła opuścić posterunek, wezwała telefonicznie posiłki z Radomia i ruszyła na ulice. Udało się im zepchnąć tłum w kierunku mostu i przedmieść ulicą Warszawską. Ludzie już się nie tłukli, ale złorzeczyli i wygrażali sobie wzajemnie. Żydzi pochowali się w domach, warsztatach i „ściankach”, czyli wąskich przejściach między domami. I wtedy znowu padły trzy, może cztery strzały.

Posterunkowy Leon Pawłowski stał najbliżej Wieśniaka. Po pierwszym strzale spojrzał odruchowo w górę.

W sądzie będzie zeznawał, że przez szybę okna na pierwszym piętrze widział twarz młodego chłopaka w okularach.

Na ziemi obok posterunkowego leżał 53-letni Stanisław Wieśniak. Nie żył. Ludzie porwali ciało Wieśniaka na ręce i ponieśli na ramionach w stronę mostu. Policjanci wpadli do domu Hendl i Moszka Lesków przy ulicy Warszawskiej, na pierwszym piętrze, tuż pod oknem leżały trzy łuski rewolwerowe kaliber 6,35 mm.

Zatrzymano starego Leskę, a później jego syna Szulima Chila. W czasie śledztwa Szulim zezna, że kupił pistolet w Radomiu, bo chciał zapewnić ochronę rodzinie w razie zapowiadanych akcji antyżydowskich, że strzelał trzy razy w powietrze, bo się bał.

Sekcja zwłok Wieśniaka wykazała, że kula trafiła go w lewy bark, przeszła przez klatkę piersiową i rozerwała tętnicę.

Szulim w śledztwie mówił w kółko, że strzelał, ale przecież tylko na postrach i nikogo nie zabił.

Z tym, że tylko dwie z jedenastu szyb w oknach domu jego rodziców (poza tą, przez którą strzelał) były wybite, w dodatku, w chwili gdy strzelał, pod jego domem było sześciu policjantów kierujących tłumem. Z zeznań świadków wynikało, że Stanisław Wieśniak nie brał udziału w rozróbach, wrócił do Przytyku, bo szukał swego syna Józefa.

Tłum niesie ciało Wieśniaka do domu tutejszego lekarza, na Zachętę, przedmieścia Przytyku. Płacz kobiet, zawodzenie żony zabitego, przekleństwa chłopów.

Kto pierwszy zaczął krzyczeć o zemście? Przed sądem, oskarżeni o podburzanie, staną: Józef Pytlewski, Józef Olszewski, Szczepan Zarychta, Franciszek Wlazło, Józef Czubak, Aleksander Pytlewski i Wacław Kacperski.

„Won z Żydami! Śmierć!”.

Ktoś krzyknął, ktoś chwycił kłonicę. Ludzie wyrywali dyszle z wozów, sztachety z płotów, brali kłonice i orczyki, wszystko, co nadawało się do bicia.

Pierwsza była piwiarnia i mieszkanie Ruchli Milsztajn. Rozwalono okiennice, wybito okna, wyważono drzwi. Byli tam Jan i Józef Florczakowie, Bieńkowski, Bankiewicz, Kwietniewski. Przewrócili bufet, roztrzaskali krzesła i stoły. Ruchla i Herszek Fisz zwiali przez okno, zamknęli się w sławojce na podwórku i modlili o życie. Słyszeli przeraźliwe krzyki, jak wycie zwierząt w rzeźni, i przekleństwa, i „zabijemy was, Żydy!”. Aleksander Pytlewski walił na odlew laską Chaję Heicman, a Józef Tkaczyk okutą i owiniętą drutem kolczastym laską pobił do nieprzytomności Moszka Bojmajla.

Policja była bezradna. Grupy po 20–30 osób z drągami i kłonicami w rękach rozbiegły się po Podgajku i Zachęcie (przedmieścia Przytyku), niszcząc mieszkania, sklepy, warsztaty. Wyrywano okiennice, wyrzucano z mieszkań meble, wyważono drzwi dyszlami.

Sklep po sklepie, dom po domu – wpadali do środka, niszczyli i biegli dalej. Rodziny żydowskie chowały się w piwnicach, na strychach, w szopkach i komórkach. W kolejnych domach, od mostu w stronę kościoła, pobito: Surę Borensztajnową, Gidalego Hempla, Jankiela Borensztajna i jego żonę (w jego domu w czasie oględzin policja znajdzie 48 kamieni różnej wielkości), u Hindy Borensztajn rozbity piec, połamane łóżko, rozpruta pierzyna i wyłamane okno. Świadkowie mówią, że do mieszkań wskoczyli przez okno Zieliński, Budzik, Pytlewski i Krzos, Hinda Borensztajn rozpoznała jeszcze Kacperskiego. Pod piątką pobili Lejbusia Tobera kłonicą, głowę miał całą we krwi, krew była na ścianach, na meblach, w mieszkaniu w czasie śledztwa znaleziono widły, sztaby żelazne, kamienie i kłonice, na których była krew Lejbusia.

Następny był sklep Przybyszewiczowej, rozwalili trzy pary drzwi i okiennice, wpadli do środka, w ostatnim pokoju schował się syn Przybyszewiczowej – Izrael, bili go kłonicami, złamali lewą rękę, matkę pokłuli nożami. Bili: Rojka, Wlazło i Józef Wierzbicki. I jeszcze mieszkania i sklepy: Hindy Haberberg, Estery Malc, Gołdy Borensztajn, Gitli Minkowskiej, Dawida Margllesa, Borucha Ajzmana, w każdym po kolei rozbijali okiennice, wybijali okna, wpadali do środka, łamali, darli, rozbijali meble i bili właścicieli. W domu pod nr 36, u Jerakmila Płachty, zniszczyli sprzęty, naczynia, patefon, obrazy, ale Płachta z rodziną siedzieli na strychu, wciągnęli za sobą drabinę, więc byli cali.

A to dopiero początek, policji z Radomia ciągle nie ma, jest krzyk, huk, kłęby pierza z rozprutych pierzyn i szkło na ulicy. Teraz piekarnia Kiwy Frydman, wyrwane okiennice, Kiwa leży na łóżku, ma pięciotygodniowe dziecko, zasłania je własnym ciałem, reszta dzieci ucieka. Frydmanowa jest ciężko pobita. Następne mieszkanie Szlamy Majerfelda: zniszczone, podarte, rozerwane, Szlama pobity.

Alter Kozłowski schował się za szafą. W wielkiej szafie schowana była służąca Chana i dzieci Altera. Krzos, ZielińskiPasek walili kamieniami, w końcu rozwalili drzwi szafy, pobili Chanę i Kozłowskiego kamieniami i drągami.

W Podgajku, od kościoła w stronę Wrzeszczów, niszczono domy systematycznie, najpierw Faigi Pieczątki, później Gołdy Przytyckiej, Małki Łęgi.

Do sklepu i mieszkania Berka Tobera na Podgajku nr 44 wpadło kilkanaście osób, połamali meble, drzwi i okna, a Tobera bili po głowie i ciele kołkami. Krew była nawet na suficie. Policja zabezpieczyła w jego domu 60 kamieni. W obdukcji lekarskiej odnotowano: „pięć ran tłuczonych głowy i rozległe sińce na obu ramionach, co naruszyło czynności centralnego układu nerwowego i kończyn górnych na okres ponad 20 dni”. Żona Berka siedziała w czasie napadu na strychu, z dziećmi. W sąsiednim domu Fajga Szuchowa kazała ósemce swoich dzieci siedzieć cicho na strychu, a sama wyskoczyła przed próg i zaczęła wrzeszczeć na napastników: Władysława Strzałkowskiego, Stanisława Żebraka, Franciszka Bankiewicza, kazała się im wynosić z jej domu, wołała policję. W obdukcji lekarskiej zanotowano: „3 rany tłuczone głowy, rozległe sińce na piersiach i plecach oraz uszkodzenie kręgosłupa w odcinku lędźwiowym, co naruszyło czynności tych organów na okres dłuższy niż 20 dni”.

Jochweta Palant, siedemdziesięcioletnia staruszka, biegała w panice po ulicy, szukając swoich synów. Laską pobił ją Józef Strzałkowski (nazywano go „Byczek”). Jochweta: „odniosła ranę tłuczoną głowy, połączoną z wklęśnięciem blaszki kostnej”. Na drugim końcu Przytyku, na Piaskach, gdzie był koński targ, młode chłopaki, wśród nich Władek Gospodarczyk, Kostek Kozłowski i Józef Tkaczyk, wpadli w żydowskich handlarzy, orczykami i kamieniami lali ile się dało. Rozwalili głowę i złamali rękę Abramowi Berkowiczowi, Mordce Goldbergowi złamali nos i rozbili głowę, wrzeszczeli i kopali, jakktoś chciał podejść do leżących, najbardziej dostał Szlomo Tober. Na moście sprali Chila – Chaima Bojmla, chcieli go utopić w rzece.

Kiedy Przytyk zamieniał się w ruinę, zwłoki Stanisława Wieśniaka przeniesiono pod dom lekarza, urzędującego na Zachęcie, doktora Gazdowskiego. Lekarza nie było, Wieśniaka położono pod domem. Rodzina, znajomi i nieznajomi modlili się nad ciałem. Kobiety zawodziły, mężczyźni ściskali w dłoniach czapki.

Jakieś 50 metrów od mieszkania doktora, prawie naprzeciw, w domu kowala Stanisława Rogulskiego wynajmował izbę szewc, Josek Minkowski. Miał 40 lat. W pokoju, który był jednocześnie warsztatem i mieszkaniem, żyła cała rodzina Minkowskiego: żona Chaja (42 lata) i dzieci: Gabryś (15 lat), Hersz (14 lat), Czarna (12 lat), Eljasz (10 lat) i Szmul (6 lat).

Według dwóch żydowskich świadków, wśród ludzi kręcących się koło domu lekarza był Józef Czubak, który poderwał mężczyzn okrzykiem: „Tam mieszka Żyd!”. Chłopi chwycili kamienie, drągi, orczyki i kłonice.

Wbiegli na podwórko domu.

Minkowscy mieszkali daleko od rynku, Podgajek to przedmieścia. Tylko droga rozdziela Zachetę od Podgajka, po jednej stronie to, po drugiej to.

Ale wszędzie ta sama bieda. Kilka rozpadających się drewnianych domków. Minkowscy mają jedną izbę, jeden stół i dwa szerokie łóżka. Piątka dzieci i dwie pary rąk, żeby to wszystko ogarnąć. Szewskie kopyto i wieczny brak skóry na buty.

prztyk 4

przytyk 5

prztyk 6

 

 

 

 

 

Szewc w Przytyku zeluje, łata, przeszywa, ratuje stare buty, trzewiki. Za kilka groszy. Nikt nie zamawia u niego oficerek. Najmłodsi chłopcy, Szmulik i Eli, chodzą do chederu, Czarna pomaga mamie w domu. Gabryś i Hersz chodzą do szkoły, pomagają ojcu, biegają z kolegami po polach, kopią jakieś szmacianki na drodze. W domu mówią po żydowsku, z kolegami po polsku. Normalne życie normalnej rodziny.

Josek nie jest chuderlawy, owszem, szczupły, ale nie słaby. I nie tchórz.

Słyszał, co się dzieje od południa w Przytyku, żona była z synem na targu, wrócili wcześnie, bo Żydzi się bili z Polakami, później jeszcze wyskoczyła na chwilę kupić drewna, żeby było czym rozpalić pod blachą. Schowali się u nich sąsiedzi (Sura Sztark z mężem i dziećmi), ale kiedy kamienie zaczęły walić w ściany i okna, Sztarkowie wyskoczyli z ich mieszkania i pobiegli przez sień do Regulskich, właścicieli domu.

Jeszcze chwilę Minkowscy mieli nadzieję, „to chrześcijański dom! Nie wejdą tu”.

Hałas. Wrzask. Walenie kamieniami w okiennice, drzwi, ściany. Matka krzyczy: „Pod łóżka! Chowajcie się pod łóżka!”.

Trzask wyrywanych okiennic, w tej samej chwili do pokoju wpada wielki kamień. Gabrysia głowa robi się czerwona, chłopak leży na ziemi, ale ani matka, ani ojciec nie zdążą do niego podbiec.

Oboje biegną na podwórko, chcą opanować chłopów. Minkowski podnosi wysoko ręce i krzyczy coś. Świadkowie będą zeznawać, że brzmiało to jak: „Panie Stanisławie! Daj pan spokój!”.

Josek Minkowski upada w sieni. Na podwórko wybiega sama Chaja, widzi wkoło twarze ludzi, których zna. I których nie poznaje. Zawołała jeszcze: „Maine Kinder”?

Chaja i Josek leżą na ziemi, twarze we krwi, nie ruszają się, nie krzyczą, nie powiedzą już ani słowa, kiedy do ich mieszkania wbiegnie grupa chrześcijan.

Jeden wrzask i przekleństwa. Na podłodze leży Gabryś, wokół głowy ciemna kałuża, ktoś kopnął go w ten żydowski łeb, ktoś walnął pałką. Dają mu spokój, szukają reszty parchów. Hersz, Czarna i Eljasz wklejają się pod samą ścianę, ale Szmulik zaczyna płakać i ktoś wyciąga go za nogę, mały wrzeszczy, kopie, rzyga ze strachu, widzi tłum wrzeszczących, oszalałych mężczyzn. Bili go po twarzy, po głowie.

Chłopi rozwalają meble, ktoś złamał łóżko, pod którym leżą dzieci, ale nawet nie pisnęły, widziały pobitych braci leżących na podłodze i starały się nie oddychać.

Na zasłonie nad łóżkiem, na pościeli i na ścianach śledczy stwierdzili „obfite splamienie krwią i treścią żołądkową”. Mieszkanie zostało zupełnie zniszczone. W pokoju znaleziono 20 kamieni, złamany kij i siekierę ze śladami krwi na stylisku. Sekcja zwłok Joska (zmarł na miejscu) wykazała „5 ran głowy, z czego trzy zadane narzędziem twardem i tępem a połączone ze złamaniem kości potylicowej i zniszczeniem mózgu, pozostałe dwie rany zadane narzędziem twardem i ostrem”. Chaja zmarła po przewiezieniu do szpitala w Radomiu. Miała „trzy rany tłuczone głowy, połączone ze złamaniem prawej kości ciemieniowej i skroniowej oraz zniszczeniem prawej półkuli mózgu, a także ciętą ranę wargi głównej”.

Dzieci Minkowskich przeżyły.

Gabryś ma „dwie rany tłuczone głowy, które skutkiem pęknięcia lewej kości sutkowej i prawej ciemieniowej naruszyły czynności centralnego układu nerwowego”. Szmulek ma „trzy rany tłuczone miękkich części głowy”.

Pół godziny po śmierci Joska Minkowskiego do Przytyku przyjeżdża policja z Radomia.

Joska pochowano w Przytyku, Chaję Minkowską na radomskim cmentarzu. Dziś nie ma śladu po przytyckim cmentarzu, na radomskim stoją nieliczne, odzyskiwane po 1989 roku macewy.

Chrześcijański Przytyk nie pada na kolana, nie woła: „wybaczcie nam!”, nie błaga, nie prosi, nie wyrywa sobie włosów i nie drze ubrań, nie tarza się w ziemi, nie sypie popiołu na głowy. Nie powie nawet szeptem: „wybaczcie”.

Żydowski Przytyk stoi jak wmurowany, nie oddycha, nie drgnie nawet.

Świadkowie, w tym Herszek Minkowski, w czasie okazania wskazali: Józefa Czubaka, Jana Wójcika, Józefa Olszewskiego, Stanisława i Antoniego Frączkiewiczów, Gustawa Iwańskiego i Franciszka Kwietniewskiego – jako obecnych w domu zamordowanych.

Na ławie oskarżonych siądą i oni, i wszyscy inni rozpoznani przez świadków. Żydzi i Polacy. Ale przewodniczący składu sędziowskiego kilka razy przywoła do porządku adwokatów jednej i drugiej strony: „Na tej sali nie ma Żydów i Polaków, są oskarżeni”. Przebieg rozprawy relacjonowały gazety codzienne w całym kraju. Wszyscy oskarżeni chrześcijanie odmówili składania zeznań, na pytania odpowiadali tylko oskarżeni Żydzi. Przed sądem stają kolejni świadkowie, jedni nic nie widzieli, drudzy nic nie pamiętają. Chyba że trzeba wskazać, który z Żydów ich bił lub strzelał, wtedy padają nazwiska, świadkowie wskazują oskarżonych siedzących na ławach. Chrześcijanie zeznają solidarnie, że żaden z oskarżonych nie bił żadnego Żyda, nie niszczył sklepów i mieszkań. Mówią, że Żydzi sami wytłukli swoje okna, bo rzucali kamieniami, które odbijały się od ścian i wybijały szyby.

Kilka razy na sali rozpraw słychać płacz, kilka razy mdleją ludzie. Kiedy zeznawać będą dzieci Minkowskich, atmosfera zrobi się szczególnie ciężka. Najmłodszy, Szmulik, stał na krześle przed sądem, żeby można go było w ogóle zobaczyć zza stołu składu orzekającego. Ale nie spojrzał na nikogo, nie odpowiadał na pytania sędziego, stał z brodą przyciśniętą do klatki piersiowej, nie podniósł oczu ani razu. Później, już w sierocińcu w Radomiu, dziennikarz pytał go, czy pamięta, co się stało, powiedział tylko:

„…jakieś obce ludzie mnie bili kamieniami… bardzo mnie bili i nie wiem za co…”.

Jest bardzo drobny, ma wielkie ciemne oczy i króciutkie włosy, przez które prześwitują blizny. Dwaj najstarsi synowie Minkowskich dostaną w 1937 pozwolenie na wyjazd do Palestyny. Młodsza trójka zostanie w Polsce.

Do czasu procesu życie w Opoczyńskiem nie wróciło na dawne tory. Bilans ekonomiczny „zajść” w Przytyku, Klwowie i Odrzywole był dramatyczny. Przytyk nie mógł się podnieść po marcowym poniedziałku. Starosta radomski zawiesił targ, kupcy i rzemieślnicy żydowscy pozostawali bez środków do życia. Pomagał im Joint, Ort, organizowano zbiórki, np. w Łodzi „Dzieci dla dzieci”. Powstał Komitet Niesienia Pomocy Żydom w Przytyku, wysyłano do Przytyku artykuły spożywcze, odzież, nawet krowy. W Klwowie przed wydarzeniami z jesieni 1935 żyło siedemdziesiąt rodzin żydowskich, po zajściach dziesięć rodzin wyjechało (do Łodzi bądź Warszawy). Przed rozpoczęciem akcji bojkotowej było tu trzynaście żydowskich sklepików, zostały cztery, z dwóch piekarzy jeden został zabity, drugi pozostaje bez środków do życia. Emigrowało pięciu szewców, zamknięto pięć jatek. W Odrzywole, gdzie mieszkało osiemdziesiąt rodzin żydowskich, zlikwidowano dziewięć warsztatów szewskich, dwa krawieckie, piętnaście sklepów, składy pięciu kupców zbożowych, dwie jatki i cztery piekarnie.

W czasie procesu endecki obrońca adw. Kazimierz Kowalski kilka razy podkreśla, że wszystkie zeznania Żydów są fałszywe, bo Talmud zakłada, że Żydzi mogą, a nawet powinni kłamać w swojej obronie. Wnosi o powołanie na świadka ks. Trzeciaka (samozwańczy „Żydoznawca”, pasjonat tropienia „światowego spisku żydowskiego”), sąd oddala wniosek. Ale oddala też wniosek obrony głównego oskarżonego o śmierć Stanisława Wieśniaka Szulima Chila Leski o wizję lokalną w Przytyku. Według adwokata Szumańskiego nie ma technicznej możliwości, żeby strzelając przez szybę w podwójnym oknie, Leska mógł trafić Wieśniaka. Wylicza dokładnie grubość okiennic, kąt nachylenia broni (wlot rany świadczy o tym, że do Wieśniaka strzelano z naprzeciwka, a nie z góry), odległość od okna do leżącego na ulicy zabitego (32 m). Przekonuje, że uczeń szkoły rabinackiej, który nigdy nie miał zajęć fizycznych, za to wadę wzroku plus 6,5 dioptrii, nie był w stanie w takich warunkach oddać precyzyjnego strzału. Powołuje się na to, że Leska przyznał się do tego, że strzelał, jednak, jak zeznawał, „strzelał na postrach”. Ale nie udaje mu się przekonać sądu. Adwokat Margolis przywołał w swojej mowie zdanie obrońcy chrześcijan: „Bądźcie zadowoleni, że tylko dwa trupy są po waszej stronie”, a adwokat Ettinger deklaruje: „Nie ma siły, nie ma mocy, która temu, kto ma wolę być Polakiem, polskość tę kiedykolwiek odbierze”. Obrońcy Żydów podkreślają, że mimo deklaracji przewodniczącego składu sędziowskiego na sali odbywa się sąd nad Żydami.

Niewyjaśnione też pozostaje, dlaczego droga z Radomia do Przytyku zajęła policji ponad trzy godziny, skoro normalnie można ją pokonać autem w pół godziny. Dlaczego, mimo że do starosty radomskiego jeździły delegacje Żydów, bojących się, że wydarzy się coś strasznego (po tym jak narodowcy pobili Jankiela Palanta i próbowali go utopić w Radomce, po tym jak pojawiła się informacja: „Do Wielkanocy już żadnego Żyda w Przytyku nie będzie” – Wielkanoc wypadała 12–13 kwietnia, Pesach 7–13), nie podjęto żadnych kroków mogących uspokoić nastroje narodowców. Dlaczego na targu w Przytyku policja nie dała sobie rady z tłumem, zabarykadowała się i nie reagowała na koszmar, który dział się na ulicach? W śledztwie zabezpieczono 386 kamieni (każdy o wadze nie mniejszej niż 1 kg) znalezionych w żydowskich mieszkaniach, 25 wyrwanych z ramami okiennic i wyłamaną żelazną kratę.

Wyrok zapadł 27 czerwca. Szulim Chil Leska został skazany za zabójstwo na osiem lat więzienia, Luzer Kirszenzwajg za usiłowanie zabójstwa na sześć lat, Icek Frydman na pięć lat. Ze wszystkich oskarżonych Żydów skazano jedenastu, trzech uniewinniono. Z czterdziestu trzech oskarżonych chrześcijan najsurowsze wyroki usłyszeli: Wacław Kacperski, Szczepan Zarychta i Józef Pytlewski – po roku więzienia. Olszewski, Wlazło, Czubak, Wójcik, Kubiak, Kosiec i Bugajczyk po kilka miesięcy. Oskarżeni o zabójstwo małżeństwa Minkowskich: Antoni Frączkiewicz, Stanisław Frączkiewicz i Gustaw Iwański, zostali uniewinnieni, Franciszek Kwietniewski został skazany za udział w zbiegowisku na karę sześciu miesięcy więzienia.

Józefa Strzałkowskiego „Byczka”, od którego wszystko się zaczęło i który tłukł laską każdego – także siedemdziesięcioletnią Jochwet – sąd skazał na sześć miesięcy więzienia.

Kiedy sędzia odczytywał wyrok, a później uzasadnienie, na sali było cicho. Najpierw narodowcy wiwatowali, ale później nawet oni siedzieli w ciszy.

W sobotę 27 czerwca z więzienia karno-śledczego wypuszczono trzydziestu jeden chrześcijan. Przez dwie godziny tłumy radomian witały zwolnionych. Przeszli wśród szpalerów, witani kwiatami, do lokalu SN przy ul. Żeromskiego 46, tam przemówił do nich wzruszony prezes koła Stanisław Książkiewicz. Później odbył się uroczysty obiad, wśród gości reprezentant koła narodowych adwokatów mecenas Bohdan Gajewicz i członkowie SN. Kiedy uniewinnieni narodowcy ruszyli w stronę Przytyku, naprzeciw nim wyjechała delegacja z prezesem Korczakiem na czele. Konie przystrojone kwiatami, gromady kobiet i dzieci odprowadzały zwolnionych do domów. Przytyk był teraz „sercem Polski”, „miasteczkiem, które postawą antyżydowską dało wzór do naśladowania”.

prztyk 7

prztyk 8

przytyk 9

 

 

4

 

 

 

 

przytyk 10

przytyk 11

 

 

 

 

 

Narodowo-katolickie wnioski z procesu:

Wśród oskarżonych Żydów znajduje się kilku karanych za komunizm. I znów unaocznia się nam prawda na każdym kroku potwierdzana przez życie polskie, że Żydzi są rozsadnikami, pionierami i szermierzami komunizmu w Polsce.

(W rzeczywistości za działalność polityczną karany był brat jednego z oskarżonych, zresztą już nieżyjący, oraz jeden z oskarżonych). Omawiane są też zagrożenia płynące z ewentualnego pozostawienia na wolności tak niebezpiecznych przestępców jak np. Chil Leska (mniejsza z tym, że Leska chodził do szkoły religijnej). Młodzi, zaangażowani polityczne Żydzi to członkowie międzynarodowego spisku, żydokomuny, która ma konkretne plany wobec Narodowej Polski:

(…) Żydzi więc kierują komunizmem oraz finansują go. W jakim celu? Zasadniczym celem, jaki im przyświeca, jest rozkład wewnętrzny narodów rdzennych. Narody pozbawione podstaw moralno-etycznych, jakie stwarza religia i nacjonalizm, przekształcają się bądź w rozwydrzone, zezwierzęcone hordy, dążące za wszelką cenę do użycia i wyżycia się we własnych namiętnościach, bądź pod wpływem nędzy i beznadziejności życia, które nie posiada przedłużenia w postaci życia wiecznego, jakie daje religia, oraz konieczności i celowości poświęceń dla przyszłych pokoleń, jakie daje naród, popadają w apatię, beznadziejność i zniechęcenie. Tego zaś właśnie dla rządów żydowskich trzeba. Myliłby się także ten, kto by sądził, że wywłaszczenie wszelkiej własności przyczyniło się do wzrostu dobrobytu mas. Rozruchy głodowe w najżyźniejszych okręgach Ukrainy są jaskrawym tego zaprzeczeniem. Kto inny z ziemi odebranej chłopu rosyjskiemu korzysta. Z tej ziemi tworzy się republikę żydowską w Birobidżanie, na niej powstają kolonie żydowskie na Krymie, Ukrainie, Białorusi, chłop zaś, prawowity dziedzic ziemi swych ojców i dziadów, jest wysiedlany masowo na Syberię.

„Polska narodowa. Tygodnik społeczno-polityczny”, 7 VI 1936

Społeczność żydowska nie mogła pogodzić się z wyrokiem. 30 czerwca, we wtorek, ogłoszono strajk protestacyjny i solidarnościowy całego żydostwa polskiego:

(…) ku wieczystej pamięci poległych męczennikówi na znak solidarności z żyjącymi ofiarami Przytyku. Jako protest przeciwko fali antysemityzmu i aktów terroru antyżydowskiego. Przeciwko polityce zagłady. O pełne równouprawnienie narodu żydowskiego. O prawo do życia, egzystencji i pracy dla mas żydowskich w Polsce. Ludność żydowska w Polsce wezwana zostaje do przerwania pracy i zamknięcia przedsiębiorstw od godz. 12.00 do godziny 2 po południu.

Wyrok Sądu Okręgowego w Radomiu nie był ostatnim w sprawie Przytyku. W sumie w kolejnych instancjach odbyło się sześć rozpraw. Skazani wnieśli apelację – Sąd Apelacyjny w Lublinie podwyższył kary wszystkim żydowskim oskarżonym, utrzymał jedynie wyroki Szulima Leski i Lejzora Kirszencwajga. Sąd lubelski podał w uzasadnieniu, że „Żydzi przytyccy strzelali, mimo że życiu ich nie groziło niebezpieczeństwo”. Obrona wniosła skargi kasacyjne do Sądu Najwyższego. W maju 1937 roku Sąd Najwyższy uchylił wyrok skazujący Icka Frydmana za usiłowanie zabójstwa oraz wyrok Leski i Kiszencwajga w zakresie wymiaru kary, oraz częściowo uchylił wyrok Józefa Strzałkowskiego, Wójcika, Wierzbickiego i Gospodarczyka; utrzymał natomiast wyrok półtora roku dla braci Frączkiewiczów – uznanych za winnych udziału w zbiegowisku, którego uczestnicy zamordowali p. Minkowskich.

Endecy nie mieli wątpliwości – wojna ekonomiczna trwa nadal. Mimo wyroków skazujących dla uczestników „bojkotów” nie poddawali się. Jeszcze w maju 1936 roku, a więc przed procesem, do starosty radomskiego przybyły delegacje żydowskie z trzech miasteczek: Przytyku, Białobrzegów i Kornabiku. Żydzi z Białobrzegów prosili o wzmocnienie posterunków policji ze względu na mający odbyć się jarmark, ci z Kornabiku także bali się o swoje domy i życie. W nocy wybito wszystkie szyby w żydowskich domach. A delegacja z Przytyku miała problem z prezesem Korczakiem. Otóż polecił on, aby do miasteczka nie wpuszczano nikogo, kto nie miał specjalnej „endeckiej przepustki”, a chłopi wracający z targu mieli okazywać straży endeckiej zaświadczenia, że robili zakupy u Polaków. Jeśli zaświadczenia nie mieli, straż zabierała im towar i niszczyła. Członkowie i sympatycy SN robili, co mogli, żeby zatruć życie żydowskim sąsiadom, a ci nie pozostawali im dłużni. Kiedy prezes Korczak chodził po rynku, obrzucali go ogryzkami i wołali do niego „polska świnia”. Po tym incydencie prezes Korczak pozwał „o obrazę narodu Polskiego” sześciu żydowskich mieszkańców Przytyku: Rafała Bendę, Moszka Berenstejna, Chaima i Moszka Pieczków, i Moszka Preussmana. Głównymi świadkami oskarżenia był sam Korczak, jego córka Janina oraz Czesława Jopkowa.

Jopkowa przed sądem zeznawała, że doskonale pamięta, jak w czasie pamiętnego jarmarku nie tylko oskarżeni, ale „cały Przytyk – około 3000 mieszkańców Żydów – wołało chórem na rynku: «Idą polskie świnie!»”.

Jednak inni świadkowie, w tym komendant policji, nie widział ani nie meldowano mu, że Żydzi zaczepiają chrześcijan słownie, czymkolwiek w nich rzucają lub w jakikolwiek sposób ich obrażają. Słyszał natomiast, że śpiewano w Przytyku antysemickie piosenki. Prokurator żąda surowych kar dla oskarżonych, ale sąd „ogłosił wyrok uniewinniający wszystkich, a w motywach podał, że gdyby nawet oskarżeni wołali «Idą polskie świnie» (czego nie udowodniono), nie byłoby to obrazą narodu polskiego, lecz obrazą osobistą Korczaka”.

Rozprawa „przytycka” do 1939 roku podawana była za przykład pierwszego realnego rozdzielenia kultury, gospodarki, interesów i świadomości polskiej i żydowskiej. Narodowo- katolicka prasa chwaliła to, że polscy adwokaci na sali siedzieli osobno, dzięki czemu „nie mieszali się z żydowskimi”. Podobnie powinna zachować się cała polska inteligencja, która

organizuje się w odrębnych związkach, zrywa kontakt z Żydami, wprowadzając paragraf aryjski do statutów swych stowarzyszeń. Znikają małżeństwa mieszane, zachwaszczające polską rasę i degenerujące polski naród. Inteligencja polska coraz samodzielniej idzie własną, narodową drogą. Przoduje w tym zakresie oczywiście młodzież akademicka i ci, co z jej szeregów wychodzą w życie. Na terenie akademickim w każdym razie istnieje zupełne usunięcie Żydów poza ramy życia zbiorowego uniwersyteckiego. (…) Rozdział Polaków od Żydów jest faktem zdrowym. (…) Nowa bowiem era w życiu polskim nastąpi całkowicie wówczas, gdy jemioła zostanie usunięta pod każdym względem i zupełnie z życia narodu polskiego.

W czasie gdy przed sądem w Radomiu toczył się proces o zajścia w Przytyku, 100 km dalej na północny wschód paliło się inne żydowskie miasteczko. Mińsk Mazowiecki.

O Minsku Mazowieckim przeczytasz jak

KLIKNIESZ TUTAJ

Przyslala Anna Karolina  Klys

anna karolina klys

One Response to “Tajemnica pana Cukra – Fragment 2 „PRZYTYK””

  1. Maria Tajchman 13/03/2018 at 01:49

    Nie mogę polubić, bo płaczę. I nie mogę już czytać o tych wszystkich strasznych rzeczach, bo muszę mieć siły, żeby żyć.
    Pana Cukra, który kupuje za dużo jedzenia mam w Kindlu i w sercu. Czytam i przerywam. Mam bardzo dużo książek, których nie mogę przeczytać.
    Pani Barbara Engelking powiedziała w Tok FM, że to brak dojrzałości, taka niemożność poznania faktów, znam ich chyba już zbyt wiele, szczegóły są zbyt okrutne.
    Dziękuję Pani Anno.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: