Nasi sąsiedzi: los Flinkierów

Nadeslalo FZP

fzp

 W styczniu 2014 r. redakcja FŻP otrzymała ciekawy e-mail od pana Tomasza Kowalkowskiego:

„Szanowni Państwo,

przeglądając pozostałe po moim św.p. zmarłym Ojcu (rocznik 1922) dokumenty, natrafiłem na spisane na kilkunastu kartkach wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Pozwalam sobie przesłać dwie strony, które są maleńkim świadectwem naszej historii”.

W załączniku znajdował się skan maszynopisu, którego treść poniżej publikujemy.

Nasi sąsiedzi: los Flinkierów

W przewojennej Warszawie 

 

Dom, w którym się urodziłem był położony na skraju rozległej dzielnicy żydowskiej, zajmującą północno-zachodnią część Warszawy, którą zamieszkiwała 1/3 jej mieszkańców – w głównej mierze Żydów. Przykładowo, w kamienicy, w której ja mieszkałem, na ogólną liczbę 50 mieszkań, zaledwie 3 wynajmowali chrześcijanie. Właścicielem domu był Żyd, lecz dozorcą chrześcijanin. Współżycie lokatorów układało się normalnie. Pewne zakłócenia powstawały w okresie świąt żydowskich – głośno i hucznie obchodzonych przez mieszkańców, bowiem na parterze w dwóch oficynach były zlokalizowane dwie bożnice, jedna dla kobiet i jedna dla mężczyzn. Ponieważ pomieszczenia te były zbyt małe, by wszyscy modlący mogli się w nich zmieścić, część z nich modliła się na klatce schodowej. Modlący zachowywali się dość głośno i nie pomagały żadne uwagi pozostałych mieszkańców. Gdy prośby nie skutkowały, stosowano swoistego rodzaju represję tj. wpuszczano między modlących się kota lub psa. Najpierw powstawał tumult jeszcze większy, lecz po wypędzeniu przerażonego zwierzaka, następował względny spokój. Podobne sceny powtarzały się cyklicznie. Natomiast święta tak u chrześcijan jak też Żydów były okazją do wzajemnych wizyt i częstowania się świątecznym smakołykami. Ja przyjaźniłem się z równolatkami-synami naszych sąsiadów noszących nazwisko Flinkier. Sąsiadowaliśmy „drzwi w drzwi”. Miejscem spotkań nas tj. dzieci były schody.

Flinkierowie nie byli rodziną typową. Rodzina ich składała się z matki, która zajmowała się domem, ojca który pracował jako tzw. „naganiacz”. Stojąc bez względu na pogodę przed sklepem z odzieżą na pobliskiej ulicy Świętokrzyskiej (właścicielem sklepu był jego brat) zachęcał głosem i gestami do wejścia do sklepu. Gdy się to udało i klient dokonał zakupu, Flinkier otrzymywał napiwek. Czy tylko te datki były jedynym zarobkiem głowy rodziny Flinkierów, tego nie wiem. Chyba otrzymywał jeszcze dodatkową pensję od właściciela sklepu. Mając na utrzymaniu żonę i trzech synów rodzina Flinkierów żyła skromnie. Sytuacja uległa zmianie, gdy najstarszy syn Moniek skończył piętnaście lat i rozpoczął pracę jako „majdaniarz”, czyli rozwożący na rowerze gazety. Kto najszybciej dowiózł gazety, ten na pewno je sprzedał. Moniek musiał być dobrym „majdaniarzem” bo w 1939 roku kupił samochód marki Chevrolet [w oryg. „Schewrolet”], i zaczął zarabiać jako taksówkarz. Samochodem jeździł zatrudniony kierowca, Moniek dalej rozwoził na rowerze gazety.

Przynajmniej kilka razy w roku można było oglądać żydowskie śluby, które odbywały się w mieszkaniach, na balkonie (balkony były w oficynie tzw. frontowej także od podwórza, oraz na podwórku). Wznoszono tosty, grała orkiestra, całą ceremonię można było widzieć w oknie. Moniek był pracowity, zamknięty w sobie, wyglądał na bardzo silnego. Unikający obcych. Młodszy od niego Abram był wesołym chłopcem, pracował jako ślusarz, do pracy poszedł zaraz po ukończeniu szkoły powszechnej siedmiu klas, która była obowiązkowa. Abram służył w wojsku – był kapralem. Robił duże wrażenie w czasie oblężenia Warszawy, gdy w hełmie, mundurze z karabinem i pełnym polowym wyposażeniem odwiedzał rodziców. Z najmłodszym Władkiem spotykaliśmy się ja i mój brat najczęściej, gdyż był on najbliższy nam wiekiem. Flinkierowie starsi zginęli w czasie likwidacji getta. Razem z nimi zginął Moniek. Abram i Władek uciekli do ZSRR w 1939 roku i tam pracowali jako mechanicy w kołchozie. Mając przepustkę do getta, gdyż tam znajdowały się magazyny firmy w której pracowałem, spotykałem Flinkierów i Mońka jak sprzedawali gazety na placu Grzybowskim. Widząc jak są mizerni oddawałem im swoje śniadanie. Wierzyli, że wojnę przeżyją,.. ”że Hitler nie odważy się na wymordowanie warszawskich Żydów”. Ze względu na wygląd i swoistą wymowę języka polskiego uważali, że nie mogą się ukryć w części zamieszkałej przez ludność polską.

Flinkierowie należeli do części biedniejszej mieszkańców tej kamienicy. W oficynie „frontowej”, gdzie mieszkania były najdroższe, żyli Żydzi zamożni. Należał do nich np. Ackermann zajmujący się importem owoców południowych i ich hurtową sprzedażą. U Ackermana na szabas świece paliły się w srebrnych lichtarzach. U Flinkierów – w drewnianych. U tych pierwszych była służąca. Flinkierowie z Ackermanami nie znali się. Wśród mieszkańców nie było zjawisk antysemityzmu ani też antypolonizmu.

Tadeusz Kowalkowski

—–

Pan Tomasz napisał nam jeszcze:

Mój św.p. Ojciec Tadeusz Kowalkowski na pewno chętnie podzieliłby się swoimi wspomnieniami.

Kilka innych epizodów, których nie opisał, a ja nie zdążyłem nagrać, pozwolę sobie przedstawić poniżej.

1. Obrazek z życia domu [w Warszawie] na ul. Pańskiej: W czasie Świąt Bożego narodzenia mój Ojciec ze swoim bratem organizowali grupę kolędników i obchodzili z nią okoliczne kamienice. Ku oburzeniu niektórych mieszkańców (tak Żydów jak i chrześcijan) w rolę Heroda wcielał się najmłodszy z braci Flinkierów.

2. W czasie okupacji Ojciec pracował w składzie żelaznym na Pl. Grzybowskim. Na kilka dni przed Świętami Wielkiej Nocy w 1943 roku do firmy zadzwonił z getta jej były współwłaściciel (telefony z getta wtedy jeszcze działały) i rozmawiał z moim Ojcem :”Tadziu, my tu giniemy . W skrzynce (tu opis gdzie ukryta) znajdziecie sardynki i koniak . Wypijcie za nas”. Kiedy słuchałem jako dziecko tej historii nie mogłem zrozumieć, że mogli z kolegami tak po prostu otworzyć te sardynki i pić ten koniak ciesząc się życiem. Ojciec wspominał: „nie mieliśmy wątpliwości, że dzisiaj oni jutro my”, miał wtedy za sobą Pawiak i 3 miesiące Majdanka.

3. Podczas lekko zakrapianych uroczystości rodzinnych Ojciec lubił wznieść toast „siulim chaim”. Dopiero podczas moich zawodowych kontaktów na kolacji w towarzystwie Żyda z Izraela dowiedziałem się, że ten toast to „warsiawska” wersja Szalom Lechaim.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: