UWAŻAMY POLSKĘ ZA PRZYJACIELA

Nadeslala Monika Krawczyk

fzp

 Wywiad z Ambasadorem Państwa Izrael w Polsce – Zvi Rav-Nerem

 ambasador

Ambasador Zvi Rav-Ner

MK: W jakim języku będziemy rozmawiać? Po polsku, hebrajsku czy angielsku?

Zvi Rav-Ner [po polsku]: No zobaczymy, jak to pójdzie. Dla mnie osobiście najbliższym językiem jest hebrajski. Urodziłem się w Polsce, i cały czas z mamą, która ma już 97 lat, rozmawiam po polsku. Tak długo już mieszkamy w Izraelu, ale nadal rozmawiamy po polsku. Jednak najbliższy mi jest hebrajski. Nie poszedłem do szkoły w Polsce. Dopiero jak przyjechaliśmy do Izraela zacząłem naukę w szkole podstawowej. Miałem siedem lat. W pierwszym semestrze, w naszej klasie mówiliśmy w różnych językach, zgodnie ze swoim pochodzeniem: po polsku, po węgiersku, po arabsku, rumuńsku, francusku. Nikt nie mówił po hebrajsku – tylko nauczycielka.

MK: A wyście słuchali, nie rozumiejąc…

ZRN: Tak. Ale jednocześnie tak szybko, już w drugim miesiącu rozumieliśmy, co się do nas mówi.

MK: To było w Tel Awiwie?

ZRN: W Bat Jam, niedaleko Tel Awiwu. To był właściwie taki obóz przejściowy, pamiętam baraki z azbestu. Ale dla nas, dzieci, tam było przyjemnie. Blisko morza. Przyjechaliśmy z Polski, tu było ciemno, zimno, tam ciepło, codziennie kąpiel w morzu – 200 metrów od nas. Rok 1957.

MK: Pan Ambasador ma rodzeństwo?

ZRN: Nie, jestem jedynakiem. W moim pokoleniu, a właściwie w pokoleniu rodziców, które przeszło przez Holocaust, dzieci było mało. Chyba się trochę bali mieć dzieci po tym, co przeszli. Mój tata urodził się w Polsce, a mama w Rosji. Rodzina ojca pochodziła z Przemyśla. Część z nich uciekła do Rosji, a właściwie ZSRR, i została od razu wywieziona na Syberię. W zamkniętych bydlęcych wagonach jechali jakieś 2 tygodnie. Później przeżyli tam kilka lat. Po wojnie, jako repatrianci, już w 1945 r. wrócili do Polski. Ale nie do Galicji, tylko na Dolny Śląsk. Nie można było wrócić do swoich stron rodzinnych. Nie było takiej możliwości. Podobnie jak tysiące innych Żydów, zostali skierowani na Dolny Śląsk, bo tam były mieszkania, praca.

MK: A ojciec nie chciał pojechać do Przemyśla, żeby zorientować się co tam zostało, czy ocalała rodzina?

ZRN: Wygląda na to, że nie. Ci, którzy nie uciekli do Rosji, cała rodzina z Przemyśla, Radymna, Sanoka, zginęła w Holocauście. Podobnie jak w innych rodzinach wtedy, dyskutowano, czy uciekać, czy zostać. Wiadomo, że byli tacy, którzy przeszli na stronę sowiecką, a potem z powrotem uciekali pod okupację niemiecką. Nasza rodzina był religijna, pobożna, byli kupcami, i myśleli, że w Rosji zostaną zaliczeni do burżuazji czy kleru. A Niemców znali z czasów I wojny światowej. Znali niemiecki, bo byli w zaborze austriackim. Dlatego w końcu tylko ojciec uciekł, i został z miejsca wysłany na Syberię, gdzie przez kilka lat pracował, w temperaturze -50 C, ale nie zabijano ich. Chociaż, ojciec mówił, że wielu nie wytrzymało trudów i zmarło z chorób i wycieńczenia.

MK: po przyjeździe na ten Dolny Śląsk, w jakim mieście rodzice zamieszkali?

ZRN: W Świdnicy. Z reszty pozostałej przy życiu rodziny jedna ciocia zamieszkała w Krakowie, inna we Wrocławiu. Po wojnie Dolny Śląsk miał żywą i aktywną społeczność żydowską, w takich miastach jak Świdnica, Wałbrzych, Dzierżoniów, Wrocław. W Dzierżoniowie (właściwie Rauchenbach) przed wojną mieszało zaledwie 200 niemieckojęzycznych Żydów, a po wojnie tam były tysiące Żydów. Nigdy nie udało mi się spotkać nikogo z oryginalnych, „Jekes”, przedwojennych mieszkańców Świdnicy. Żydzi niemieccy pierwsi padli ofiarą hitleryzmu.

MK: Co pan pamięta z tych lat dziecięcych w Świdnicy?

ZRN: Moje dzieciństwo było dość przyjemne. Przed wyjazdem do Izraela, prywatny nauczyciel uczył mnie hebrajskiego, ale do szkoły nie poszedłem, bo mieliśmy wyjeżdżać.

MK: Czy trudno było w tamtym czasie wyjechać do Izraela?

ZNR: Nie pamiętam, żeby to było ciężkie doświadczenie. Ale coś było na rzeczy. Kiedy odwiedziłem Świdnicę już jako ambasador, to tam spotkałem się z kilkoma znajomymi – wtedy dziećmi – dziś babciami i dziadkami, Polakami. Oni oczywiście też byli ze Wschodu. Jedna z tych kobiet, z którą bawiłem się jako dziecko, przypomniała, że w lipcu 1957 r., kiedy wyjeżdżaliśmy, bardzo płakałem, i pytałem, dlaczego musimy wyjeżdżać. Ja tego nie pamiętałem. Mieszkałem w Tel Awiwie, teraz mieszkam w Jerozolimie, byłem ambasadorem w Londynie – to duże miasta. Obraz Świdnicy z dzieciństwa wydawał mi się dużo większy. Jak tam było? Owszem rodzice mówili o antysemityzmie, ale to nie było bardzo odczuwalne. W bóżnicy o tym mówili, mój tata był religijny i chodziliśmy tam razem. Raz był taki przypadek, że w szabat wrzucono cegłę wybijając okno w synagodze. Ale w sumie większość mieszkańców, to byli Żydzi. W 1956 r. pamiętam, jak zaczęto wyjeżdżać – to była rodzina za rodziną. Większość nawet nie była syjonistami. Mój ojciec był, należał do Beitaru przed wojną, i stale chciał jechać do Izraela. Było takie uczucie, że „Żydzi jadą”, już kończy się, trzeba wyjechać. Bardzo niewielu zostało.

MK: Jakie to było uczucie wrócić po tylu latach do miasta rodzinnego, już jako ambasador – osoba niezwykle ważna?

ZRN: Oczywiście, emocjonalne przeżycie. Byłem kilka razy, nawet odbyła się konferencja Żydów pochodzących ze Świdnicy. Wszyscy rozmawiali po polsku. To było bardzo interesujące. Kiedy odwiedzałem dom, w którym mieszkaliśmy, zobaczył mnie tam jeden staruszek i zawołał: „O! Rabner!”, ale on miał na myśli mojego ojca, Mojżesza. Nie wiedziałem, że wyglądaliśmy podobnie. Przyjemnie tam przyjechać, ale czułem, że to już historia starożytna.

MK: W 1967 roku, kiedy wybuchła Wojna Sześciodniowa, to Pan Ambasador miał jakieś 16-17 lat? Jakie ma pan wspomnienia z tego okresu? Czy to było straszne? Czy, że Izrael jest silny, i zwyciężymy?

caly wywiad

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: