Uncategorized

Mój kraj – mój język

Napisala i nadeslala Halina Birenbaum

birenbaum

Napisałam w pamiętnikach (opublikowanych po latach w książce Każdy odzyskany dzień) jeszcze na długo przed pierwszym przyjazdem do kraju, bo w 1968 r. w moich spontanicznych reakcjach, wstrząśnięta do głębi ponownym wybuchem jawnego, „rządowego” antysemityzmu w Polsce, usunięciem z wielu uczelni, z pracy i ostatecznego wygnania ostatnich niemal Żydów, którzy tam pozostali po Holokauście. Szkalujące Izrael wypowiedzi przedstawicieli rządu polskiego w ONZ nazywające syjonizm nazizmem oburzyły mnie dogłębi i wyraziłam taką właśnie refleksją: „Mój język – mój kraj”-

… nieraz pytałam sama siebie: kim jestem, która jest moja ojczyzna? Dawniej, przed laty nie zastawiałam się nad tym. Wiedziałam jedno: jestem Żydówką, więc moje miejsce jest wśród Żydów, czy będzie mi tam dobrze, czy źle. Dlatego ruszyłam na wędrówkę przez góry i morza, aby dotrzeć do kraju, gdzie powstawało państwo żydowskie. Ale język, którym mówiłam, to nie był jidysz, ani tym bardziej, nie hebrajski, panujący w nowo obranej ojczyźnie. Moim językiem był ten, którym nasiąkłam w kraju urodzenia i dzieciństwa. I tak do dziś…
Po polsku zawiązują się myśli w głowie, układają się usta do mówienia, porusza się język. Słowa polskie zsuwają się same spod palców, kiedy ręka unosi pióro, nawet gdy pamięć zaczyna zawodzić. Pośród nich mogę najbardziej czuć się w domu, być sobą, mimo że nie jestem przecież Polką, choć w Polsce urodziłam się, wyrosłam – radowałam się i cierpiałam. Jestem polską Żydówką – dziś Izraelitką.
Izraelką, która nie zna dobrze języka swego państwa, historii swego narodu…Związana niezliczonymi więzami z polską ziemią, niebem warszawskim, ulicami, a nawet dawnymi gruzami. Ich zapach jest mi taki znany, swój – a przecież od lat nie mam tam nikogo. Tylko swą przeszłość – siebie z poprzednich lat. Pozostałam tam uczuciami, wspomnieniami, z postaciami tych, których kochałam – których utraciłam. Wszystko wielkie moje było w Polsce i nie pomogą mijające lata, odległość. Nie zakrzyczą fale wrogości, wzgardy, nienawiści – Tamto pozostanie bliskie i swoje, choć wiem, że swoim nie jest. Dziś tam chcieliby odebrać mi nawet te cienie, zaprzeczyć przeszłość, moje rany. Wyrwaliby nawet korzenie mojego Ja, zwęglone Wtedy przez nazistów, a z których jeszcze sączy się krew! I nic tam już chyba nie może być moje, bo urodziłam się w Polsce nie-Polką. A jednak, boli, gdy tam dzieje się źle, i cieszy, gdy dzieje się dobrze.
Tutaj, w Izraelu, urodziły się moje dzieci, zbudowałam swój dom po przebytym piekle. Tu nikt nie woła obelżywie „Żyd!”. Jednak tę miłość, satysfakcję – smutek czy protest względem tego, czym tutaj żyjemy, uświadamiam sobie i wyrażam – po polsku.
Ciężko w tym rozdwojeniu, ale tak chyba musi być, nawet, jeśli udaje się osiągnąć pewną harmonię. I tak chyba czują wszyscy wygnani z Polski w 1957 i 1968 roku, którzy uwierzyli w możliwość swej egzystencji w kraju urodzenia. Spotykałam ich w Izraelu i słuchałam wiele ich gorzkich opowieści, ale z nadzieją na przyszłe zadośćuczynienie sprawiedliwości. (5.05. 1968)

Dwie ojczyzny?
W świetle tego co przeżywałam, tak naprawdę nie mam żadnej, jakoś nie ta i nie tamta!… Ale można też powiedzieć, że w zasadzie mam dwie ojczyzny, bo chcę być tu w Izraelu, choć jestem w wielkiej części, myślami, sercem (i krótkimi ale częstymi przyjazdami) w Polsce. W Izraelu jest mój mąż, są moje dzieci, wnuki, nasz pies, kot – nasz dom, język hebrajski wspólny z urodzonymi tutaj dziećmi, z nowymi przyjaciółmi. I żadna nie jest do końca tą wyłączną moją ojczyzną – na ile to też zależy ode mnie…

 

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.