WOLNOŚĆ I BUNT cz. 6 i ostatnia

Albert Camus był coraz bardziej osamotniony. Zabrał się do pisania jednej z  najciekawszej książki. Podjął w niej temat, który zbulwersował opinię. „Człowiek zbuntowany”

(ukazała się w 1951 r.) – uważa Joanna Guze – to analiza buntu w jego postaci metafizycznej i historycznej, plus relacja: bunt – sztuka. To dzieło w pełnym tego słowa znaczeniu filozoficzne. Camus odżegnywał się od bycia filozofem, sięgał do refleksji literackich, społecznych i politycznych. W „Człowieku zbuntowanych” przekroczył granice, w których dotąd się obracał, przekroczył granicę absurdu. Camus: W obliczu zła i śmierci człowiek całą swoją istotą woła o sprawiedliwość. Chrystianizm historyczny odpowiedział na to wołanie ogłoszeniem królestwa i życia wiecznego, w które trzeba uwierzyć. Cierpienie zużywa nadzieję i wiarę; po czym trwa dalej, bez żadnych już wytłumaczeń. Toteż ludzie pracy, ten tłum, który cierpi i umiera, nie ma boga. Nasze miejsce jest u jego boku, z dala od dawnych i nowych doktorów. Chrystianizm historyczny uleczy od zła i zbrodni poza historią; ale zła i zbrodni doświadcza się w historii. Materializm współczesny, ze swej strony, wyobraża sobie, że daje odpowiedź na wszystkie pytania; ale służąc historii powiększa zbrodnię, wszelkie usprawiedliwienie pozostawiając przyszłości, co także wymaga wiary. W obu przypadkach trzeba czekać, gdy niewinny wciąż umiera. Od dwudziestu wieków suma zła nie zmniejszyła się na świecie.

Ani Marks, ani Biblia – tak lakonicznie i trochę na skróty może być skomentowana moralistyka Camusa. A co pozostaje w zamian? Bunt! Problematyka buntu interesowała Camusa gdzieś od 1943 roku. W 1945 r. napisał artykuł (liczący 15 stron) dla „L`Existence” pt. ”Uwagi na temat buntu”. Pytał w nim, kim jest człowiek zbuntowany? Jest nim przede wszystkim człowiek, który potrafi powiedzieć: nie. Który się nie lęka. Nie jest jednak przy tym człowiekiem, który rezygnuje, zatem umie powiedzieć: tak. Jeśli człowiek buntuje się przeciwko temu, że czeka go śmierć, jest to naturalne, zrozumiałe. Życie człowieka zawsze wydaje się mu niespełnione, a nieśmiertelność złudna. Wszelką negację należy jednak przekuć w afirmację wolności i sprawiedliwości. Ziemski los wzbogacić o bunt. Buntuję się, więc jestem. Camus swoją życiową postawą i w swojej twórczości sięgał do źródeł wartości ludzkiej egzystencji. Wyrażał sprzeciw wobec nieposzanowania godności człowieka. Ponieważ człowiek jest skazany na umieranie i nie może odwrócić swojego losu, ponieważ świat jest absurdalny i człowiek jest w absurdzie zanurzony, ponieważ trucizna zaraża ludzkość, człowiekowi „pozostaje” być absolutem. Nicola Chiaromonte, po tragicznej śmierci Camusa, tak o nim pisał („Tempo Presente”, styczeń 1960): Zwyciężył…zdołał bowiem powiedzieć na swój gorączkowy sposób, w ostrych, wciąż jak struna napiętych rozważaniach, dlaczego pomimo przemocy i grozy historii człowiek pozostaje absolutem; zdołał także  precyzyjnie wskazać gdzie, jego zdaniem, można ten absolut odnaleźć: więc w świadomości, nawet kiedy jest uwięziona i niema, w dochowaniu wierności samemu sobie, nawet kiedy zostało się skazanym przez bogów na nieskończone powtarzanie tego samego daremnego trudu.

Camus nie proponował buntu dla samego buntu. Camus proponował bunt twórczy, ozdrowieńczy, bunt, który nie niszczy, bunt nie potrafi obejść się bez pewnego rodzaju miłości.  Camus w „Człowieku zbuntowanym”: Ci, co nie znajdują odpoczynku ani w Bogu, ani w historii, chcą żyć dla innych, którym równie jest trudno jak im samym, to znaczy dla upokorzonych…I tak skazańcy katoliccy w więzieniach Hiszpanii odmawiają przyjęcia komunii, ponieważ księża reżimu w pewnych więzieniach wprowadzili przymus komunii. Oni także, opowiadając się z ukrzyżowaną niewinnością, odrzucają zbawienie, jeśli ceną za nie ma być niesprawiedliwość i uciska. Ta szalona wielkoduszność jest wielkodusznością buntu, który darzy siłą miłości i odrzuca niesprawiedliwość. Bunt, i w tym jego honor, odrzuca wyrachowanie i wszystko podporządkowuje życiu i żyjącym braciom. Oto jego dar dla tych, którzy przyjdą: prawdziwa wielkoduszność wobec przyszłości polega na oddaniu wszystkiego teraźniejszości.

W 1956 r. pojawił się, dość nieoczekiwanie „Upadek” – obszerne opowiadanie, ukazujące człowieka w jego dwoistości, zakłamaniu, fałszu. Mężczyzna z nieposzlakowaną opinią, szlachetny, wspierający potrzebujących, słowem: ideał, pewnej nocy wracając od przyjaciółki, idąc jednym z mostów nad Sekwaną, dostrzegł sylwetkę dziewczyny przechyloną przez balustradę. Ten pod każdym względem dobry, porządny człowiek, niewiadomo czemu minął desperatkę szykującą się do samobójczego czynu. Minął ją bez słowa, nawet nie odwrócił głowy. Za chwilę usłyszał krzyk. A potem zaczęło się dla niego całkiem inne życie. Zobaczył siebie, jakim był w rzeczywistości. Prysł wizerunek człowieka sukcesu, jakbyśmy dziś powiedzieli. Skończyło się harmonijne, chlubne życie. Zakończyło się klęską. Zaczął oskarżać siebie i innych, wszystko, wszystkich. Żadnych usprawiedliwień, nigdy i dla nikogo… nie uznaję dobrej intencji, szacownej pomyłki, niechcianego kroku, łagodzącej okoliczności. U mnie nie błogosławi się, nie rozdaje rozgrzeszeń. Robi się rachunek, zwyczajnie, i potem: Tyle i tyle. Jest pan człowiekiem zepsutym, lubieżnikiem, mitomanem, pederastą, artystą etc. Tak. Zwięźle i krótko. W filozofii i polityce jestem więc za każdą teorią, która odmawia człowiekowi niewinności, i za każdą praktyką, która traktuje go jak winnego. Jednak Camus rzucił człowiekowi koło ratunkowe. Włożył mu do ust słowa o łaknieniu, pragnieniu łaski: O dziewczyno, skocz raz jeszcze do wody, żebym po raz drugi miał szansę uratować nas oboje!

W październiku 1957 roku, Alfred Camus otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Był najmłodszym laureatem Nobla, po Kiplingu (42 lata). Znajdujemy dwa zapisy w „Notatnikach”. Pierwszy: Nobel. Dziwne uczucie przygnębienia i melancholii. Dwudziestoletni, ubogi, nagi, znałem prawdziwą chwałę. Moja matka.

Drugi zapis: Porażony tym, co mnie spotyka i o co się nie ubiegałem. I na domiar jeszcze wszystkie te ataki tak podłe, że mam serce ściśnięte. Rebatet (  Lucie Rebatet – dziennikarz, kolaborował z hitlerowcami, w czasie wojny Algierii z Francją był autorem oszczerczych artykułów o Camusie  – JK) ośmiela się mówić o moim pragnieniu dowodzenie plutonem egzekucyjnym, gdy razem z innymi pisarzami z Ruchu Oporu żądałem ułaskawienia dla niego (i innych) skazanych na śmierć. Został ułaskawiony, ale dla mnie nie ma łaski. Znowu chęć opuszczenia tego kraju. Ale dokąd?…Pogardzać jest ponad moje siły. Tak czy inaczej, muszę sobie poradzić ze strachem i niepojętą paniką w jakie mnie wtrąciła ta niespodziewana nowina.  

Do matki, przebywającej w Algierii wysłał telegram: Mamo, nigdy mi Ciebie tak bardzo nie brakowało.

W Polsce, jego triumf zbiegł się z odwilżą Października 56`. Na półkach księgarskich znalazły się dotąd niedostępne pozycje. Polski bunt październikowy był rozumiany nieco inaczej od camusowskiego, jednak pozostawał buntem, więc w gronie gimnazjalnym i studenckim utożsamialiśmy się z autorem „Upadku”. W październiku 1957 r. rozpocząłem studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Zajęcia z etyki prowadził młody wówczas asystent Adam Stanowski ( w latach stalinowskich siedział w więzieniu za polityczną działalność). Na jednych z pierwszych zajęć zadał temat: sprawiedliwość i wolność w twórczości wybranego pisarza. Pierwszym utworem Camusa przetłumaczonym w Polsce był dramat „Kaligula”. Byłem pod wpływem Camusa.  Nie wiem, czy to, co napisałem o autorze „Obcego” miało jakąkolwiek wartość, wiem, że z ówczesnym magistrem Stanowskim (później wybitnym działaczem „Solidarności” w Lublinie i senatorem III RP) potem wiele razy rozmawialiśmy o Camusie, te rozmowy sprawiły, że po dzień dzisiejszy, tak jak przed pół wiekiem, w osobie Adama Stanowskiego widzę współbrata w camusowskim buncie i absurdzie życia.

Kończę pisać ten tekst i stwierdzam, że nawet nie dotknąłem sedna camusowskich myśli. Nie ukazałem bohatera absurdalnego, jakim jest Syzyf.  Jest nim, czy może być nim każdy z nas. Syzyf napina ciało i zaczyna dźwigać kamień , pcha go w górę po stoku, na twarzy Syzyfa  widać ból i wysiłek. Dłonie obejmują głaz, paznokcie zdają się wbijać w  kamień, palce krwawią. Należy zrobić wszystko, aby się nie wymknął. I wreszcie cel został osiągnięty. Alleluja! – zawołają jedni. Hurra ! – krzyczą drudzy. Ale jest to jedynie złuda nie zwycięstwo. Syzyf za chwilę zobaczy jak kamień runie w dół. Syzyf  żyje w absurdzie. W absurdalnym marszu przez życie. W zmęczonym skupieniu schodzi więc na równinę. Tam, gdzie głaz spadł z góry i już czeka na niego. Głaz-kamień. Życie w radości i udręce. Syzyf zbiera w sobie resztki sił i resztki nadziei – stanął przy kamieniu. Będzie próbował jeszcze raz, potem kolejny raz, i jeszcze jeden  raz. Nabiera powietrza w płuca, kilka łyków wody dla orzeźwienia, połyka lekarstwo, aby wróciła sprawność. Aż do bólu spina mięśnie. Znowu zmierzy się z górą. Choć już teraz wiadomo, wie o tym Syzyf, wiemy o tym my wszyscy, jaki będzie finał. Syzyf stojąc na równinie, jeszcze przed startem jest świadom klęski. Więc cierpi. Cierpienie i  myśli o samobójstwie towarzyszą nam  przez całe życie. Ale mimo to Syzyf  nie odpuszcza, nie poddaje się, nie tchórzy. Choć przecież wie, że kamień znowu spadnie. Nie liczy się to, co będzie, ważne jest to, co teraz. Więc teraz trzeba pchać kamień, aby wynieść go na górę. Już stanął przy nim, ujął go, zaparł się nogami, pcha głaz na szczyt, po raz kolejny rozpoczyna życie przez mękę. Absurdalny sens egzystencji. Szczyt przed nami! Szczyt nie do zdobycia!

Alfred Camus zginął 4 stycznia 1960 roku, w wypadku samochodowym, cztery kilometry za Sens, między Champigny-sur-Yonne a Villeneuve-la-Guayard. Samochód wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Samochód prowadził przyjaciel Camusa, jego wydawca Michel Gallimard. Z czworga pasażerów na miejscu zginął tylko Camus. Jadący z nimi pies – zaginął. Gallimard umarł w szpitalu pięć dni później. Na adres Camusa, 4 stycznia 1960 r. przyszło pismo z ministerstwa przyznające mu subwencje na założenie i prowadzenie własnego teatru. Miało się spełnić marzenie jego życia.

                         

 klechtaJerzy Klechta
korzystałem z pracy Oliviera Todda, Albert Camus, 1999, str. 854 i książki Joanny Guze, Albert Camus: Los i lekcja, 2004, str. 70 oraz utworów Alberta Camusa: Notatniki (1935-1959);  Dwie strony tego samego; Obcy; Mit Syzyfa; Dżuma; Człowiek zbuntowany; Upadek; Pierwszy człowiek.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: