Ala Goldblum Elczewska: Wiem jak to jest, bo kiedyś i ja byłam uchodźczynią

O wielokulturowej Łodzi, antysemickiej nagonce, wypędzaniu obcych i traumach, które noszą w sobie uchodźcy opowiada psycholog Ala Goldblum Elczewska.

W ramach Kolorowej Tolerancji prowadziła pani w Łodzi warsztaty dla młodzieży na temat uchodźców. Dlaczego?
Zaprosiła mnie Joanna Podolska z Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chodziło o to, by młodzież skłonić do refleksji na temat takich haseł jak: nienawiść, szacunek, miłosierdzie czy miłość. Ale jest to też moja życiowa misja: sprawić, żeby ludzie prowadzili ze sobą dialog, rozmawiali, byli siebie nawzajem ciekawi.

Ta misja skąd się wzięła? Ma związek z działalnością pani mamy, Haliny Elczewskiej?
Ma związek z domem rodzinnym i atmosferą w której wyrosłam. Mama, mimo iż przeszła wojnę, jak to mówiła, „za drutami”, nigdy nie wyrażała niechęci do Niemców. Siostry i ja urodziłyśmy się we Wrocławiu i naszą pierwszą nianią była Niemka Elsa. Mama nie miała żadnych uprzedzeń. Miała dzieci, potrzebowała opiekunki, była wolna Niemka, to wzięła Niemkę. To dla nas było tak oczywiste jak to, że się je owsiankę na śniadanie.

Mama miała trudne przeżycia w czasie wojny…
Poszła do getta. Potem została wysłana do Oświęcimia, z Oświęcimia do kolejnego obozu, w końcu wyzwolili ją Rosjanie. Przez całą wojnę była sama, za drutami.

Co z resztą rodziny?
Getto przeżyli, mama nawet wyszła tam za mąż. Potem przewieziono ich do Oświęcimia. Tam zginął mąż mamy, najmłodsza siostra Inka oraz rodzice. Natomiast mama i jej druga siostra w Oświęcimiu były krótko, zostały przewiezione do Gross Rosen, który okazał się obozem pracy. Przeżyła, jej siostra też.

Po czymś takim mogła mieć uraz do ludzi…
Mogła, ale wychowała się w Łodzi. Mieszkała w przyfabrycznej willi przy ul. Łąkowej 3/5. W fabryce pracowali Niemcy i Polacy, stróżem był Niemiec. Za to w willi mieszkała rodzina mamy, czyli polscy Żydzi, na górze współwłaściciel willi, kuzyn dziadków, też była żydowska rodzina. Mama cały czas wychowywała się z Niemcami, Polakami, w mieście wielu kultur. Może dlatego w ogóle nie miała w sobie nienawiści?

Panie też tak wychowała?
Tak. Nauczyła, że trzeba ludziom pomagać, wyciągnąć rękę, interesować się.

Mama była też działaczką. Stworzenie Parku Ocalałych w Łodzi to jej inicjatywa.
Była pomysłodawczynią tego parku. Kochała Łódź, całe życie była z tym miastem związana. Była człowiekiem życia, a nie śmierci. Dlatego chciała zostawić w Łodzi coś, co będzie żyło. Ten park żyje, ludzie chodzą z pieskami, biegają. Myślę, że mama byłaby zadowolona.

Pani przejęła to spojrzenie na świat?
Myślę, że mamie nie sięgam do pięt. Jestem może podobna w tym, że dla mnie absolutnie nie ma znaczenia, czy ktoś jest chrześcijaninem, żydem, muzułmaninem czy buddystą. Jeśli ktoś przychodzi do mnie i potrzebuje pomocy, to tę pomoc uzyska.

A jak trafiła pani do uchodźców?
Sama jestem uchodźczynią. Wyjechałam w 1969 r. na skutek kampanii antysemickiej. Po maturze wyjechałam na Kubę na studia. W tym czasie aresztowano moją siostrę za udział w studenckich strajkach. Po roku wróciłam do Polski, ale po marcu 68 nie było dla mnie powrotu na Kubę. Nie mogłam dostać paszportu. Nie mogłam też pójść na studia w Polsce. Zaczęłam szukać pracy. Znałam rosyjski, hiszpański i angielski, ale gdy okazywało się, że jestem córką mojego ojca i mamy. Nie było dla mnie pracy. W końcu przyjęto mnie w Ruchu, bo interweniował mój wuj Arnold Mostowicz. Ale nie było dobrze. W 1969 r. były do podziału premie. Moi koledzy stwierdzili, że nie potrzebuję premii, bo i tak wyjadę do Izraela. I podzielili się nią. Wtedy zdecydowałam, że nie będę obca w Polsce, że będę studiować i nikt mi tego nie zabierze.

Wcześniej nie czuła się pani w Polsce obco?
W ogóle nie. Nie myślałam o tym, że jestem Żydówką. Wiedziałam oczywiście, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Mama też całe życie czuła się Polką. Złożyłyśmy z siostrą podanie o dokumenty podróży. W zamian odebrano nam obywatelstwo polskie. Musiałyśmy wyjechać w ciągu pięciu dni od uzyskania dokumentów.

Wyjechała pani z rodziną?
Nie, samiuteńka. Miałam 20 lat i wyjechała do obcego kraju, nie znając jego języka. Trafiłam do Danii, bo mieliśmy znajomego, któremu mój ojciec w latach 50. XX wieku pomógł wyjechać. On powitał mnie na dworcu i na początku bardzo pomógł.

Jak się pani czuła za granicą?
Okropnie. Na dworzec w Polsce odprowadzała mnie mama. Była bardzo dzielna, ale musiało jej być strasznie. Żegnałam się z nią, z przyjaciółmi i z resztą rodziny. Miałam poczucie, że już nigdy w życiu ich nie zobaczę. Wyjechałam z dwoma walizkami i wiedziałam, że muszę sobie poradzić. Nie miałam obywatelstwa żadnego kraju na świecie, byłam kompletnie zależna od kraju, do którego jadę: od jego polityki, władz, tradycji.

Ten kraj panią przyjął?
Dania otworzyła wtedy granice dla ludzi z Polski. Przyjechało nas ponad 3,5 tys.

I jakie było życie na uchodźstwie?
Trudne, choć wtedy żyło się zupełnie inaczej niż dzisiaj. Politycy byli bardzo przychylni. Była szkoła językowa, a my byliśmy na tyle mądrzy, że bardzo szybko się języka nauczyliśmy. Dzięki temu była praca. Młodzi zaczęli studiować. Bardzo szybko zostaliśmy wchłonięci przez społeczeństwo duńskie. Uchodźstwo dla nas nie było takie ciężkie, aczkolwiek tęsknota była straszna. Mieliśmy poczucie, że z bliskimi się już nigdy nie zobaczymy. Na rozmowę z Polską trzeba było czekać po kilka godzin, a mama w ogóle nie mogła do mnie zadzwonić, bo nie było mnie stać na założenie telefonu.

Społeczeństwo duńskie było przychylne?
Było nas mało, nie byliśmy też pierwszą emigracją. W 1956 r. był duży napływ uchodźców z Węgier. Duńczycy byli przyzwyczajeni do tego, że małym grupom uchodźców trzeba pomóc. Dziś to wygląda zupełnie inaczej.

Jak trafiła pani do swojej pracy?
Przez jakiś czas pracowałam w USA jako psycholog, a gdy w 1991 r. wróciłam do Danii pojawiły się duże fale uchodźstwa z Jugosławii. Do pracy z nimi potrzeba było psychologów klinicznych. I od 1992 r. pracuję z uchodźcami.

I jacy oni są, ci uchodźcy?
Tacy jak pani i ja, czyli różni. Pracuję z uchodźcami z Afganistanu, Iraku, Palestyńczykami z Libanu. Pracuję z ludźmi, którzy w swoim kraju zostali poddani torturom albo stracili bliskich. Ci ludzie uciekają, a gdy uzyskają prawo azylu w Danii, jeśli mają mądrych lekarzy, to zostają przez nich skierowani do naszego ośrodka i z nimi pracujemy. Mamy wspólne to, że moja rodzina też przeszła przez straszne cierpienia. I rozumiem, że to ciąży na całej rodzinie. Jestem specjalistką od traumy. A ponieważ ci ludzie przeszli przez straszną traumę, a bycie uchodźcą też jest dla wielu traumatyczne, to w naturalny sposób się w to wpisałam.

To satysfakcjonująca praca?
Absolutnie. Tym ludziom można pomóc. To trwa, bo trzeba odbudować zaufanie do drugiego człowieka. W czasie, gdy inni nas torturują tracimy wiarę w drugiego człowieka. Ale można to zmienić. Pracuję z tłumaczem (bo nie znam arabskiego ani perskiego) w zespole, z rehabilitantem, bo wiele osób po torturach ma obrażenia. Współpracujemy też z kuratorem społecznym oraz z lekarzem, bo mają syndrom posttraumatycznego stresu, depresje i stany lękowe. Chodzi o to, aby ludzie się odnaleźli w nowym społeczeństwie, ale też we własnej rodzinie. Bo powrót po traumatycznych doświadczeniach bywa trudny.

Gdy czyta pani o uchodźcach, którzy gwałcą i mordują i nie wiadomo jeszcze co robią, to co pani myśli?
Gwałcą ludzie we wszystkich kulturach. Gwałty, przemoc, nadużywanie dzieci zdarzają się wszędzie. Gwałcili też księża i pozostawali bezkarni. To nie jest tak, że to muzułmanin gwałci. Gwałci ktoś, kto nie ma kontroli swoich impulsów. Ale jest to naganne w każdej religii. Każda religia, każda społeczność potępia tego typu zachowania. To co się dzieje teraz, podobnie jak to było z rozpętaniem nagonki antysemickiej w 1968 r., to odwrócenie uwagi społecznej od innych problemów. W narodzie wielomilionowym przyjęcie kilkudziesięciu tysięcy ludzi i niesienie im pomocy, żeby tu się urządzili nie może być dużym problemem.

Ale poza odwracaniem uwagi skądś ten lęk się bierze. Co mówi o tym psychologia?
Jest mechanizm strachu przed obcością. Widzimy to u zwierząt. Pies biegnie za kotem, kot za myszą. Boimy się obcości, bo nie jesteśmy jej ciekawi. Boimy się też konkurencji: oni nam zabiorą kobiety, oni nam zabiorą mieszkania, oni nam zabiorą pracę, zabiorą, zabiorą, zabiorą… To po prostu ludzki mechanizm, ale równocześnie są ludzie, którzy mówią: my im pomożemy.
W Polsce jest bardzo dużo cudzoziemców, którzy się tu dobrze czują. Współpracowałam z uchodźcą z Iraku, który studiował w Polsce i zaczął przewód doktorski. Potem musiał wrócić do kraju. Tam został uwięziony i zmuszony do brania udziału w wojnie. Dziś mówi, że lata w Polsce to były najpiękniejsze w jego życiu i chce tylko rozmawiać z psychologiem po polsku, nie chce tłumacza.
Polska ma tradycje pomagania innym grupom społecznym, kulturowym, religijnym. W Polsce jest wielu Wietnamczyków, uchodźców po wojnie wietnamskiej. Po wojnie domowej w Grecji przyjechali też greccy komuniści. Tych grup się dziś nie widzi, zostali wchłonięci przez Polskę.

Jednak teraz obcych zaczyna się traktować jak wrogów. Pani zdaniem to minie, czy jednak zmierza w złym kierunku?
Jeśli pałamy nienawiścią do całych grup społecznych to zmierza w złym kierunku. Gdyby Polska w latach 1967-69 roku nie stworzyła nagonki na obywateli pochodzenia żydowskiego, to dziś by kwitła. Wyjechali ludzie bardzo zdolni. Cały świat dostał przez to wielu zdolnych ludzi, którzy dziś są profesorami, lekarzami, inżynierami. Każdy kraj wykrwawia się wtedy, kiedy wypędza ludzi. Teraz wykrwawiła się Syria, kiedyś się wykrwawiła Polska, a wcześniej Niemcy.

A jeśli ktoś się boi uchodźców to co ma zrobić?
Niech z nimi porozmawia. Poprosi, by opowiedzieli o sobie, o Syrii, niech spyta, czy mają wspólny język.

Pani się boi uchodźców?
Ja? Absolutnie nie. Oni do mnie przychodzą po pomoc. Zresztą gdybym się bała, to zaprzeczyłabym własnym wartościom, bo kiedyś sama byłam uchodźcą i ktoś mi pomógł.

***
Ala Goldblum Elczewska
Urodziła się w 1949 r. we Wrocławiu, jest córką Haliny Elczewskiej, łodzianki ocalałej z Litzmann-stadt Getta i inicjatorki parku Ocalałych. Po maturze w 1969 r. wyjechała do Danii, gdzie została psychologiem. Specjalizuje się w pomocy osobom po traumie. Pracuje w ośrodku pomagającym uchodźcom. Trafiają do niej ludzie, którzy przeżyli więzienia, tortury lub wojny.

3 komentarze to “Ala Goldblum Elczewska: Wiem jak to jest, bo kiedyś i ja byłam uchodźczynią”

  1. zbereznick 16/04/2016 at 13:42

    W wiekzosci prypadkow lepiej zyc z zasilkow socjalnych…

  2. Dla moich arabskich, perskich czy innych pacjentøw nie jest najwazniejsze jakie jest moje pochodzenie. Dla nich najwazniejsze to czy nasza wspølpraca pomoze im przezwyciezyc brak snu, stany lekowe czy tez inne symptomy z ktørymi musza sie uporac. Dla nich jestem psychologiem, ktøry razem z reszta zespolu moze pomøc im i ich rodzinie lepiej zyc
    Jesli pytaja mnie o moje pochodzenie nie ukrywam tego. Dyskusje na temat Izraela czy mojego pochodzenia nie sa czescia terapeutycznej pracy.

  3. zbereznick 12/04/2016 at 21:00

    Ciekawi mnie czy p. Elczewska opowiada swoim arabskim podopiecznym ,ze jest Zydowka,albo pyta sie o ich opinie na temat Izraela lub Holokaustu?

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: