Gdansk 46 cz. 2

Natan Gurfinkel

*

Dawnym właścicielem Państwowej Fabryki Trykotaży (późniejszych Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego) był kulturalny i bardzo stateczny pan, dr Theodor Kuttenkeuler. Jak opowiadał memu tacie,  w młodości studiował filozofię  na uniwersytecie we Fryburgu. Ledwo zdołał skończyć  studia kiedy stary pan Kuttenkeuler ciężko zaniemógł i pilnie wezwał syna do domu. Nie miał już sił do prowadzenia  przedsiębiorstwa i nakazał synowi przejęcie obowiązków właściciela.

– Masz się ożenić i przejąć firmę, powiedzial mu, Pomogę ci, ile tylko  zdołam, ale czuję, że już długo nie pociągnę.

Młodemu pięknoduchowi zupełnie nie uśmiechała się kariera przedsiębiorcy, ale Kuttenkeuler senior zagroził jednak synowi, że puści go z torbami, jeżeli nie przejmie firmy. Powiedział, że zapisze mu cały swój dość pokaźny majątek, ale tylko pod warunkiem dalszego prowadzenia firmy. W przeciwnym przypadku, wszystkie pieniądze, dochód ze sprzedaży fabryki i zabudowań zostanie oddany na jakiś cel dobroczynny. Przed panem Theodorem stanęło widmo braku pieniędzy na podróże, kupowanie obrazów i poszerzanie księgozbioru. Obiecał ojcu, że fabryka pozostanie w rękach rodziny. Było to jeszcze w czasach Wolnego Miasta Gdańska.

Stary pan dokonał żywota nim jeszcze oddziały Wehrmachtu odbiły Westerplatte z rąk Polaków i Hitler mógł triumfalnie przejechać drogą królewską, by ogłosić  w Dworze Artusa że prastare  germańskie miasto Danzig na zawsze powróciło do Rzeszy.

Dla młodego fabrykanta wynikły z tego tylko kłopoty. Jak opowiadał jednej ze swoich pracownic,, siedział kiedyś z przyjacielem w kawiarni i narzekał  że za czasów Wolnego Miasta lepiej mu szło w interesach. Człowiek przy sąsiednim stoliku zaczął mu się nagle przyglądać z wielką uwagą.

Wzięli mnie na przesłuchanie do Gestapo – opowiadał  –  i oznajmili, że sieję defetyzm, co w wojennych warunkach jest szczególnie ciężkim przestępstwem. Przesiedziałem dwa tygodnie w areszcie i mój adwokat musiał się solidnie napracować, żebym nie wylądował w więzieniu lub KZ-cie.

Utyskiwanie na złą passę w interesach nie było jedyną niesubordynacją pana doktora. Państwo Kuttenkeuler mieli syna w wieku szkolnym, szczupłego, wiecznie zamyśĺonego chłopca z delikatnymi rysami twarzy. Należał on do Hitler- Jugend (tutaj stosowana dygresja: propaganda w czasach PRL tak nas zdołała ogłupić, że kiedy kardynał Ratzinger został papieżem,  media w wolnej już przecież Polsce zarzucały mu, że miał zaplamioną przeszłość, bo w młodości należał do HJ. Nie znalazł się nikt, kto by napisał, że członkostwo nie było dobrowolne. Uczeń, nie należący do organizacji nie mógłby uczęszczać do szkoły). Mały Kuttenkeuler nie chodził na zbiórki i często musiała doprowadzać go na nie policja, więc pewnego dnia zagrożono rodzicom, że jeżeli nie wpłyną na latorośl, to władze   będą musiały ich wyręczyć w wychowaniu chłopca na dobrego Niemca…

 

W naszym podwórku mieszkała  niezaprzeczalnie dobra Niemka, pani Rogalinski. Nazwisko otrzymała po mężu i nie mówiła po polsku. Przekupywała ona urzędników i  kolejarzy, by przemycić swą żydowską  koleżankę z ławy szkolnej do Generalnej Guberni, ulokować w jakiejś kryjówce, a potem móc sterować dyskretnie jej losem i wspomagać w potrzebie. Wysiłek nie poszedł na marne, koleżanka przeżyła wojnę. Pani Rogalinski przyznała się później, że nie bardzo wierzyła w skuteczność swoich wysiłków, ale – jak zwierzała się już po wojnie – pragnęła uspokoić swe chrześcijańskie sumienie, nawet gdyby miała zostać za to ukarana.  Codziennie po przebudzeniu modliła się do Boga o powodzenie akcji.  Gdyby nawet modły nie okazały się  skuteczne – jak tłumaczyła którejś ze swych przyjaciółek, to szkolnej koleżance łatwiej byłoby przetrzymać swe ostatnie chwile dzięki świadomości, że ktoś próbował ją ratować.

– A  gdyby się nie udało i ty w dodatku poszłabyś do więzienia – dopytywala się przyjaciółka – czy nigdy nie ogarniały cię myśli, że gra jest zbyt ryzykowna?

– Sumienie nie jest aż tak podatne na kalkulacię.

 

Spośród kilkudziesięciu niemieckich mieszkańców podwórka tylko jedna osoba, frau Peters – żona poległego na wojnie oficera Waffen SS była zdeklarowaną nazistką.

– No cóż, panie Gurfinkiel – odezwała się pewnego dnia do mego taty – przegraliśmy wojnę i musimy to odpokutować, Ale gdybyśmy wygrali, to byśmy wam pokazali.

– Pani Peters, a co jeszcze moglibyście nam pokazać? Zdaje się, zobaczyliśmy o wiele więcej, niż człowiek może znieść.

To właśnie ona była jedyną osobą, która chętnie nasłałaby Gestapo na panią Rogalinski, bo nie dało się ukryć tego co robiła i wkrótce całe podwórko o tym wiedziało. Nikt jednak jej nie zadenuncjował, bo pani Rogalinski była niepodważalnym  autorytetem moralnym dla wszystkich mieszkańców i frau Peters musiała bardzo wyraźnie odczuć presję środowiska, skoro uznała, że rozsądniej będzie nie robić użytku ze swych domysłów.

W czasie okupacji istnialy w  Polsce dwie szkoły konspiracji:  krakowska o warszawska. Według pierwszej gwarancją bezpieczeństwa było uczestnictwo jaknajliczniejszej grupy w ramach konspiracyjnej mikrospołeczności. Konspiracja umacnia więź do tego stopnia, że ludzie powiązani wspólną tajemnicą potrafią  wypracować  mechanizmy zapobiegające przeciekom. Taktykę tę ilustruje angegdota o tym, jak to pewien akowiec zapukal do niewłaściwych drzwi.

– Proszę pana, to zebranie komórki AK jest w mieszkaniu  dokladnie nad moim, o dwa  piętra wyżej.

– Skąd pan wie?

– Oj, pan chyba z Warszawy się urwał…

Szkoła warszawska zakładała, że każdy uczestnik konspiracji powinien znać tylko dwie osoby: tę przez którą został wprowadzony i tę, którą potem sam wprowadził w arkana potajemnych operacji.

Nasza niemiecka sąsiadka bezwiednie przetestowała skuteczność krakowskich metod walki konspiracyjnej.

Dopiero po latach od poznania historii pani Rogalinski, już w zupelnie innych czasach naszła mnie refleksja, że w warunkach dehumanizacji władzy korupcja jest najmniejszym złem, a często staje się wręcz dobrem przez to,  że tylko ona potrafi jeszcze wyzwolić przytłumione ludzkie instynkty.

 

W fabryce dochodziło niekiedy  do zatargów wśród załogi i jedna z polskich pracownic  w ferworze kłótni , zwymyślała swą koleżankę od niemieckich kurew. Mój ojciec wykazał się siłą charakteru, jakiej się nawet się nawet po nim nie spodziewałem. Później, w latach 50. i 60. nigdy już nie zdobył się na samodzielną ocenę sytuacji.  Powtarzał propagandowe slogany o zachodnionemieckiej żądzy odwetu i strofował mnie za niedocenianie niebezpieczeństwa ze strony militarystów i odwetowców.

Ale w owych czasach, bezpośrednio po wojnie,  nie był jeszcze spętany strachem, odbył więc rozmowę z polską dziewczyną.

– Pomyśl, jeżeli zaczniemy  traktować Niemców tak jak oni  postępowali z nami, to staniemy się tacy sami, a wówczas możemy całe to nasze tak ciężko wywalczone zwycięstwo   wsadzić sobie w dupę, bo to oni będą prawdziwymi zwycięzcami. Teraz już wiesz dlaczego nie mogę tolerować takich zachowań. Przeprosisz publicznie swą koleżankę…

Podczas przerwy obiadowej  niemiecka pracownica została przeproszona na oczach całej załogi. Dziewczyny podały sobie ręce. Sprzeczki zdarzały się nadal, ale nigdy już nie padał argument, że  jest się Polakiem lub Niemcem. Często jednak obserwowałem w różnych miejscach  antagonizmy w stanie wrzenia. W mojej klasie mieliśmy koleżankę z   imieniem i nazwiskiem  nie nasuwającym żadnych podejrzeń (już  nie pamiętam po tylu latach, jak się nazywała). Mówiła bardzo nieporadną polszczyzną, z silnym niemieckim akcentem, stała się więc szybko przedmiotem docinek i drwin. dziewczyna smutniała w oczach, aż któregoś dnia przestała przychodzić na zajęcia.

Pewnego dnia przyszedł do klasy dyrektor szkoły – polski gdańszczanin sprzed wojny.

– Wasza koleżanka dostała przez was rozstroju nerwowego i wzięto ją do sanatorium na kurację. Jej ojciec był działaczem polonijnym w Wolnym Mieście. Zginął w Stutthofie. Jej mama rozchorowała się od tych przeżyć, a ponieważ nie mogła w tym stanie zapewnić dziecku należytej opieki, koleżanka wasza została w trybie administrayjnym zabrana z domu i oddana niemieckiej rodzinie na wychowanie.

W klasie zapanowała cisza i siedzieliśmy wszyscy ze spuszczonymi głowami…

CDN

Poprzednie czesci

KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: