Morderstwo w Ejszyszkach

Anna Karolina Klys

 

Przy okazji pracy nad wspomnieniami pewnej pani z Kresów, opisywałam rozstrzelanie ludzi z Naczy i Ejszyszek. Oto fragment opisujący morderstwo w Ejszyszkach ( 70 km od Wilna)

Opiszę teraz niezwykle tragiczne wydarzenia, które miały miejsce w Ejszyszkach, leżących 7 kilometrów od Bołądzi, i 11 km od Jurszyszek, jesienią 1941 roku. 23 września zamordowano 3446 osób narodowości żydowskiej, w tym 990 mężczyzn, 821 kobiet i 1636 dzieci.

Pewnego wrześniowego dnia, przed południem szłyśmy z moją kuzynką, wówczas 14-o letnia Marysią Sakowicz z Jurszyszek do Ejszyszek do cioci Ewy Jassowicz. Nie pamiętam po co, ale chyba miałyśmy jej coś zanieść. To była długa droga, miała 11 kilometrów, wiodła przez wsie Bołądziszki, Bołądzie, szosę wileńską, Jurysdykę do Ejszyszek.
Gdy szłyśmy szosą wileńską i dochodziłyśmy do Jurysdyki, usłyszałyśmy wielką, nieustającą strzelaninę może z kilkudziesięciu karabinów maszynowych. Spojrzałyśmy w stronę skąd dobiegały strzały, ale nic nie było widać, bo dobiegały zza murów cmentarza katolickiego.
Nie wiedziałyśmy co ta strzelanina znaczy? Kuzynka powiedziała, że to pewnie jakieś wojskowe ćwiczenia, albo może Niemcy strzelają się z partyzantami?
Gdy doszłyśmy do kościoła katolickiego, po lewej stronie Jurysdyki i weszłyśmy w ulicę Wileńską zobaczyłyśmy niewiarygodnie dużo ludzi idących w naszą stronę. Szara kolumna szła całą szerokością ulicy w kierunku Jurysdyki. Dopiero kiedy zbliżyliśmy się zobaczyłam, że to były żydowskie kobiet z dziećmi. Były otoczone przez żołnierzy SS, Gestapo, policję i litewskich szaulisów z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału.
Kobiety szły w gęstej i szerokiej kolumnie, okryte grubymi chustami albo szarymi kocami. Szło przy nich mnóstwo dzieci, niektóre kobiety niosły na rękach niemowlęta. Wśród nich były również starsze kobiety. Niektóre miały małe tobołki, może z żywnością albo ubraniem? Pytałam się kuzynki, dokąd one idą, ale nie wiedziała. Myślała, że może idą do jakiegoś większego getta, a może do pracy? Kiedy oglądałam się za nimi, wyglądały jak płynąca szara rzeka.
Doszłyśmy w końcu do wujostwa Ewy i Piotra Jassowiczów. W domu przy Wileńskiej panowało wielkie poruszenie i zdenerwowanie. Ciocia Ewa była zszokowana i przerażona, nie mogła się uspokoić, wuj też był bardzo zdenerwowany. Opowiadali, że rano, zanim zaczęto wyprowadzać z Ejszyszek kobiety z dziećmi eskortowano najpierw samych mężczyzn w stronę na Jurysdykę. Kolumnę zatrzymano koło murów cmentarza katolickiego. Żołnierze SS i niemieckie jednostki policji kazali im kopać wielkie rowy wzdłuż murów. Wtedy Einsatzkommandos wraz z podlegającymi pod niemieckie rozkazy litewskimi policyjnymi jednostkami rozpoczęły egzekucję żydowskich mężczyzn rozstrzeliwując ich z karabinów maszynowych. Część ludzi wpadała do rowu, część leżała na ziemi. Wówczas ci, którzy stali dalej rzucili się do ucieczki w stronę najbliższego lasu. Żołnierze zaczęli do nich strzelać, a kilku szaulisów biegło za nimi. Wielu Żydów zostało zabitych bądź rannych, ale spora grupa zdołała uciec w różnych kierunkach. Kilku dobiegło do Ejszyszek, gdzie przedtem mieszkali, do sąsiadów, których znali, prosząc ich o ratunek.
Czterech Żydów wpadło od strony podwórka do domu cioci i wujka.
Byli zdyszani, ledwo mogli mówić. Prosili i błagali: „Panie Jassowicz niech Pan nas ratuje, zaraz nas zabiją!”
Dwóch z nich było tak wyczerpanych, że nie mogli dalej uciekać. Wujek szybko kazał im wczołgać się pod piec, gdzie normalnie leżało drewno na opał. Położyli się obok siebie, głęboko pod piecem, a wuj z powrotem ułożył porąbane szczapy. Druga dwójka była młodsza, mieli więcej sił, więc postanowili uciekać dalej. Wuj otworzył im kłódkę wiszącą na bramie od strony wychodzącej na ogrody z krzakami.
Wszystko to działo się błyskawiczni. Chwilę później do mieszkania wpadło dwóch żandarmów z karabinami maszynowymi. Zaczęli przeglądać szybko pokoje i kuchnię, wyszli na podwórko, spojrzeli na zamkniętą na kłódkę bramę, obejrzeli jeszcze przybudówkę.
Pytali o Żydów, ale Wujek Piotr powiedział, że nie zauważył nikogo, bo siedział w domu.
Może po godzinie wujek tą samą drogą, przez bramę wychodzącą na pola wypuścił tych dwóch spod pieca. Znał dobrze tych ludzi, byli sąsiadami.
Po tym wszystkim ciocia Ewa musiała wyjść z domu, żeby coś załatwić. Ale nie przeszła nawet przez ulicę Wileńską. Stała na chodniku przed swoim domem i patrzyła na niekończącą się kolumnę kobiet i dzieci, prowadzonych środkiem drogi.
I wtedy stało się coś jeszcze gorszego. Do cioci podeszła znajoma młoda kobieta, która trzymała na rękach malutkie dziecko, niemowlę, i nie pytając się o nic wcisnęła je cioci w ręce. Powiedziała szybko: „Pani Jassowiczowa, niech Pani uratuje moje dziecko, ja zginę, ale moje dziecko musi żyć”. Ściskała w dłoni węzełek, pewnie z biżuterią. „To niech Pani weźmie na jego przeżycie”.
Wtedy podszedł do nich policjant z karabinem maszynowym i powiedział: „Oddaj dziecko matce bo inaczej pójdziesz razem z nami”.
To malutkie dziecko zaczęło płakać i wyciągać ręce do swojej mamy. Matka zabrała je z powrotem.
Dla cioci Ewy była to niespodziewana i dramatyczna sytuacja, znała tę kobietę. Wszyscy znali mieszkających przed wojną w Ejszyszkach i okolicy Żydów. Mieszkali i żyli przecież razem.
Kiedy słuchałyśmy z kuzynką tego co opowiadali wujostwo, wrócił ze szkoły litewskiej z Jurysdyki, mój 10-o letni kuzyn Florian Jassowicz „Lolek”. Wyglądał strasznie, był blady i z trudem mówił. Opowiadał, że po szkole poszedł z grupą kolegów na polanę przed cmentarzem katolickim, bo tam zawsze grali w piłkę nożną. Zaczęli mecz, ale po chwili zauważyli idącą od Ejszyszek w kierunku Jurysdyki tę ogromną kolumnę idących całą szerokością ulicy kobiet i dzieci żydowskich. Wszyscy skręcili w lewo, w drogę przed cmentarzem, a następnie w prawo i zatrzymali się przy rowach.
Później wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Einsatzkommandos rozstrzelało pierwszą grupę kobiet z dziećmi. Wtedy wybuchła niewyobrażalna panika.
Kobiety zaczęły krzyczeć: „nie zabijajcie nas!”. Dziesięcioletni chłopcy, przerwali grę i stali skamieniali patrząc, co się dzieje. Kilka kobiet zauważyło ich i zaczęło wyciągać ręce w do nich ręce i wołać: „Ratujcie nas!! Ratujcie nas, bo nas zabiją, powiedzcie ludziom, że nas zabijają!!” Jedna z kobiet z dzieckiem podbiegła do chłopców, ale natychmiast któryś żołnierz popchnął ją kolbą karabinu, a kiedy zatoczyła się w stronę rowów, zastrzelił ją i dziecko.
Krzyknął do chłopców wściekły: „Sofort raus! Raus!!!”
Uciekli szybko, ale cały czas słyszeli krzyk i strzały.
To już był koniec września, dni nie były długie, więc zostałyśmy na noc w Ejszyszkach z kuzynką, bałyśmy się wracać do Jurszyszek po tym wszystkim. Dopiero na drugi dzień ruszyłyśmy w drogę powrotną.
Przez kilka następnych dni Gestapo i Żandarmi przeszukiwali jeszcze domy w Ejszyszkach w poszukiwaniu ukrywających się mężczyzn.
Później, przy kolejnym spotkaniu z wujostwem, słyszałam jak opowiadali, że Szaulisi, którzy pili dużo wódki, opowiadali jak ta akcja była zorganizowana, jak udało w jednym dniu zgromadzono taką ogromną ilość oddzielnie mężczyzn – Żydów i Żydówek z dziećmi do egzekucji.
Niemcy planowali zagładę wszystkich Żydów nie tylko z Ejszyszek ale także z całej okolicy oraz z Raduni. Miała się ona odbyć wczesną jesienią, bo później, kiedy nastąpią mrozy, nie można byłoby wykopać dużych rowów dla zabitych w zamarzniętej ziemi.
Sprowadzono większą ilość tzw. Einsatzkommandos, które najpierw zebrały wszystkich polskich Żydów z miejscowości Radunia. Następnie, kazali wszystkim żydowskim mieszkańcom zEjszyszek i okolic zgromadzić się w Synagodze i w pomieszczeniu przy rynku, gdzie przed wojną odbywały się bale.
Następnie sprowadzili Żydów z Raduni do Ejszyszek. Osobno mężczyzn i kobiety z dziećmi. Tłumaczyli, że mężczyźni mają udać się do pracy, i dlatego ich rozdzielają. A później wszystkich rozstrzelano

Komentarze 3 to “Morderstwo w Ejszyszkach”

  1. Winkler Anna 28/06/2017 @ 13:48

    ja mysle czasem, ze Polska dlatego pozbyla sie swoich obywateli pochodzenia zydowskiego po wojnie zeby odciazyc swoje sumieniie wlasnie takimi jak powyzej opisanymi scenami, gdzie najblizsi sasiedzi widzieli co sie z ich sasiadami robi i nic nie robili lub za malo. I nie przeszkadzalo im tez, ze NIemcy te rzez na cmentarzu katolickim robili. Ciekawa jestem ilu sasiadom zydowskim dali polscy sasiedzi pomoc, ilu z tych okolic ocalalo. Jak moga okoliczni ludzie dalej zyc z takimi wspomnieniami? W ilu domach rdzennych obywateli znalezc mozna pozostalosci po sasiadach?
    Mnie sie zdarzylo, ze moja przyjaciolka ze studiow poprosila mnie przed rokiem zebym wziela troche bizuterii rodzinnej i sprobowala ja sprzedac w Niemczech, bo w Polsce nie dostawala dobrej ceny. Ja siedzialam i ogladalam te pierscionki i branzoletki i nie moglam wyrzucic z pamieci opowiadania babci tej przyjaciolki (1966-67?) o przechowywanych przez jej rodzinach Zydach… Wtedy nie mialam sily sie zapytac czy przezyli… Nie moglam inaczej myslec, jak ta bizuterie z tym opowiadaniem skojarzyc. Bizuterii nie wzielam, przyjazn sie po pol wieku skonczyla jak ni z gruszki ni z pietruszki powiedziala do mnie : ”wiesz, dla nas Polakow byloby lepiej gdyby NIemcy te wojne wygrali”

    Polubienie

  2. Słów, łez i sumienia brak, by się do tego odnieść

    Polubienie

  3. aleksander 25/06/2017 @ 08:27

    Przecież tego się nie da komentować.To odbiera człowiekowi spokój i sen.
    Czy miejsce zbrodni zostało jakoś upamiętnione?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: