50 lat po wojnie sześciodniowej – wspomnienia żołnierza piątej kolumny

Ludwik Lewin

 


Najlepiej pamiętam jak szedłem bardzo ciepłym czerwcowym wieczorem przez ulice Łodzi, wszystkie okna były otwarte i z każdego dochodził najpierw sygnał a potem głos spikera Wolnej Europy. I myślałem wtedy – nie pierwszy raz się myliłem – o przegranej władz komunistycznych, którym nie udało się nastawić społeczeństwa wrogo do Izraela, syjonistów i – łudziłem się – Żydów.

Najpierw był niepokój, który mierzyć można było długością kolejki pod spółdzielnią WSS. Peerel żył wtedy w psychozie wojny i panice sprowadzonego przez nią głodu. Z każdym kryzysem półki sklepowe i na co dzień nieuginające się pod towarami, wyczyszczane były doszczętnie z oleju, mąki, cukru.

Nasz niepokój był inny. Nie o słodką herbatę baliśmy się, ale o los milionów Żydów, których egipski dyktator Naser obiecywał utopić w morzu. Wtórowali mu przywódcy innych państwa arabskich i rzecz zaczęła wyglądać beznadziejnie, gdy na żądanie Egiptu, który zablokował Cieśninę Tirańską – jedyny dostęp do izraelskiego portu w Ejlacie – sekretarz ONZ U Thant wycofał stojące na Synaju siły ONZ.

Nie miał innej możliwości – twierdziły warszawskie gazety i radio. Nie musiał się tak spieszyć – tłumaczył mój ojciec i dodawał, że zablokowanie szlaku morskiego jest zakazanym przez konwencje międzynarodowe casus belli, czyli krokiem wojennym, usprawiedliwiającym obronę. Moja mama nie miała wątpliwości: kolejny raz świat sprzyja projektowi wymordowania Żydów.

Z radia – warszawskiego i Wolnej Europy – dowiadywaliśmy się, że Naser posłał wojska na zdemilitaryzowany dotąd półwysep Synaj, że Syria otrzymała od Moskwy kolejne MIGi, a syryjskie jednostki stoją w bojowym szyku na Golanie.

Dziś wiadomo, że nasz niepokój był nie tylko przesadny, był niepotrzebny. Na usprawiedliwienie słabo poinformowanych Żydów zamkniętych w obozie socjalistycznym, przypomnieć trzeba, że nawet ówcześni przywódcy polityczni Izraela, nie podejrzewali, że Cahal, czyli armia obrony Izraela, ma tak przytłaczającą przewagę techniczną, taktyczną i ludzką nad wojskami arabskimi.

Opowiadali mi Izraelczycy, że podczas narady rządowej przed rozpoczęciem wojny, premier Lewi Eszkol zapytał ówczesnego zastępcę szefa sztabu generalnego, odpowiedzialnego za operacje lotnicze, przyszłego prezydenta Państwa Ezera Weizmana, czy izraelskie siły powietrzne zdołają pokonać lotnictwo egipskie. Weizman odpowiedział – zniszczymy je w ciągu godziny. Podobno ministrowie spojrzeli na siebie z zażenowaniem, a premier wezwał generała by się opamiętał. Wiem co mówię – odrzucił Weizman. Wiedział.

Myśmy dokładnie nie wiedzieli co się dzieje na polu bitwy. Wiadomości z przekaziorów były niepełne, przekręcane, głównie ze źródeł arabskich.
Krążyłem między Łodzią a Warszawą, przygotowując ćwiczenie, jakim miał być krótki dokument o dyrektorce Państwowego Teatru Żydowskiego, wielkiej aktorce Idzie Kamińskiej.

W Szkole powitała mnie straszna panika Rupen-Roro Vosgimorukiana, naszego ormiańskiego kolegi z Libanu, zrozpaczonego, że sklep fotograficzny jego ojca znajduje się w pobliżu żydowskiej dzielnicy w Bejrucie, i że zostanie zrabowany przy okazji pogromu. Też się przestraszyłem, ale nie o rolleiflexy i hasselblady.

Student wydziału reżyserii Feridun Erol, urodzony w Polsce Turek, krzyczał w bufecie, że jako muzułmanin jest po stronie Arabów, ale jako student łódzkiej szkoły filmowej, oczywiście, po stronie Izraela. Choć ostatni żydowski przodek legendarnego rektora Szkoły Jerzego Toeplitza umarł w XIX w., wszyscy uważali go za Żyda. Żydem naprawdę był wybitny dokumentalista Jerzy Bossak, tak samo jak dziekan wydziału operatorskiego Stanisław Wohl. Na tym chyba koniec, ale starczyło by wszyscy wiedzieli, że PWSTiF jest w rękach żydowskich.

Z żydowskimi profesorami nie rozmawialiśmy o Bliskim Wschodzie. O tym co się dzieje w Izraelu nie wspominano też w Teatrze Żydowskim, przynajmniej przy mnie. Jakże miałem to im wtedy za złe.

Radio podało, że egipskie lotnictwo bombarduje Tel Awiw. W atmosferze straszliwego zagrożenia, nawet dobre wiadomości, źle zrozumiane, mogły wzbudzać niepokój. Przyjaciel przypomniał mi, że moja mama, usłyszawszy, że wojska doszły do Ramali, myślała, że chodzi o Ramlę, miasto w pobliżu Tel Awiwu. Wojska były izraelskie, a Ramallah, obecnie siedziba „autonomii palestyńskiej”, odebrane Jordanii.

Mój przyjaciel Witek Ben Dor – jeszcze się wtedy tak nie nazywał – był tego lata na obozie TSKŻ w Ostrowiu. Opowiadał mi, że gdy chodzili do miejscowej gospody, orkiestra witała ich Hawa nagilą. Było to już po 19 czerwca, kiedy to ówczesny szef partii Gomułka pierwszy raz powiedział o żydowskiej „piątej kolumnie”.

Miejscowe środki masowego przekazu, jak mówiono wtedy na media, rozkręciły propagandę, oficjalnie antyimperialistyczną, antywojenną i antysyjonistyczną, a w rzeczywistości wyłącznie antysemicką. Była to dobra szkoła, na której uczył się cały świat i pół wieku później wciąż posługuje się tym samym schematem.

Przez trzy miesiące przed wyjazdem z Polski miałem przecież wrażenie, że Polacy nieprzemakalni byli na te pomyje. Historyjek takich jak ta z Witkową Hawa nagilą słyszałem wiele i sam nawet byłem aktorem i reżyserem jednej z nich.

Z innym moim przyjacielem Wojtkiem Nowickim poszliśmy do warszawskiego Grandu, na rogu Hożej i Kruczej. Wśród restauracyjnych gości przeważali cudzoziemcy, wśród kobiet panienki tu pracujące. Nie brakło pewnie szpicli, ale nie zważając na potencjalne niebezpieczeństwo (tylko potencjalne, jak większość zagrożeń trzymających w ryzach społeczeństwa demoludów) lekko już podpity poprosiłem kierownika orkiestry wykonującej utwory na życzenie i za opłatą, by zagrał Hawa nagilę (Zarówno ja, jak i muzycy repertuar hebrajski mieliśmy nieco ograniczony). Oczywiście – odpowiedział grajek i zapytał – dla kogo? Dla Moszego Dajana – odpowiedziałem, wręczając mu dwudziestozłotowy banknot. Wróciłem do stołu. Nieco napięty wychyliłem kolejny kieliszek i usłyszałem z głośnika zapowiedź – „A teraz, dla pana Moszego Dajana, Hawa nagila! Odegrali chyba ze dwa razy i przeszło, bez konsekwencji i bez echa.

Już wtedy w żydowskich rodzinach opowiadano o tym, że polski lud jakoby dumny jest ze zwycięstwa, bo to „nasze żydki pobiły sowieckich arabów”. Rzecz wydaje mi się apokryfem, choć przyznać muszę, że kilka razy zdarzyło mi się korygować znajomych, twierdzących, że Dajan był oficerem w armii Andersa.

Decyzję wyjazdu z Polski podjąłem słuchając jak Gomułka zapluwał się piata kolumną. Niczego się nie bałem. Chodziło mi o honor, nie chciałem być gościem kraju, którego gospodarze nie chcieli mnie przyjmować. Odczuwana na każdym kroku sympatia dla Izraela powodowała, że do głowy mi nawet nie przyszło, że antysyjonistyczna propaganda powróci falą powszechnego antysemityzmu.

We Francji przekonałem się, że antysemityzm bynajmniej nie jest polskim monopolem i dopiero po wielu latach zrozumiałem, dlaczego Jerzy Bossak mieszkał w Polsce by realizować dokumentalne filmy o szoah i dlaczego Ida Kamińska tak długo zgadzała się na pozorną groteskę swego teatru, w którym aktorzy recytowali tekst, którego nie rozumieli, dla publiczności, która nie znała języka.

Obecność artystów żydowskich, tak samo, jak i tych wszystkich innych Żydów, którzy w peerelu, odważnie lub tchórzliwie, byli Żydami tak jak mogli, stanowiła, najważniejszy, bo żywy pomnik dla pomordowanych. Pomnik, który i dziś trzeba budować.

5 czerwca r.2017, dowiaduję się z państwowego radia francuskiego, że mija pięćdziesiąta rocznica napaści Izraela na Palestynę.

Gomułka uśmiecha się z piekła.

Ludwik Lewin

Ten tekst ukazał się w czerwcowym numerze miesięcznika Słowo Żydowskie.

komentarzy 5 to “50 lat po wojnie sześciodniowej – wspomnienia żołnierza piątej kolumny”

  1. wojtek kornacki 16/07/2017 @ 00:41

    „Antysemityzm bynajmniej nie jest polskim monopolem”. Dziekuje za to zdanie!

    Lubię to

  2. zbereznick 16/07/2017 @ 07:20

    Nic dodac,nic ujac.Tylko lza sie w oku kreci…

    Polubione przez 1 osoba

  3. Valery Amiel 19/07/2017 @ 10:34

    Dobry tekst i wspomnienia osobiste nie tylko dla autora lecz dla wszystkich nas, tam, i wtedy 🙂

    Lubię to

  4. Po 50 latach syjonistycznej lapanki w Polsce marzenia o beztroskiej egzystencji zmienily sie w rzeczywistosc Swiatowej Republiki Islamskiej.
    Musi Jan III Sobieski zmartwychstac by toczyc perpetualna walke z Muzulmanami.

    Lubię to

  5. W tym samym okresie kopalem kanaly obronne w kibutzu i bylem jak wszyscy inni upojony naszymi zwyciestwami i bohaterswem Tzahal. Po latach zrozumialem ze wielkie zwyciestwo wojny Szesciodniowej stalo sie Izraela pszeklenstwem. Mlodzi ludzie zgineli za nic. Pokoju nie ma, Izrael zamienil sie w kraj kolonialny, rzadzony przez nacjonalistyczna klike i Chardim. Szkoda ze tyle mlodych Izraelczykow zginelo za to czym Izrael jest dzisiaj.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: