Uncategorized

Henryk Grynberg, uchodźca: Trafiłem do hurtowni blach, gdzie przede mną pracował Marek Hłasko

 

Z Henrykiem Grynbergiem rozmawia Donata Subbotko 

Dlaczego pan stąd wyjechał?

– Nie wyjechałem. Uciekłem.

Przed czym?

– Przed antysemityzmem i antysemitami. Tak jak – nie porównując się – Tuwim, Słonimski i Wittlin, którzy wbrew pozorom nie byli uchodźcami wojennymi, bo uciekli, gdy jeszcze nie było pewne, że dojdzie do wojny, i gdy powszechnie wierzono, że jeśli tak, to Niemcy zaraz przegrają. Uciekli od antyżydowskiej propagandy, pogróżek przeciw nim osobiście.

A pan?

– Uciekłem, gdy w Polsce zaczęła się propaganda antyżydowska, która naruszała moją godność ocalałego z zaglady

Pamięta pan moment decyzji?

– Zobaczyłem w „Twórczości” moje opowiadanie tak ocenzurowane, że wiedziałem, że nie będę mógł więcej pisać na mój najważniejszy, żydowski temat. Na jesieni 1967 wyjeżdżałem jako aktor z teatrem Idy Kamińskiej na występy do Nowego Jorku. Postanowiłem, że nie wrócę.

Uchodźca kim jest?

– Zbiegiem szukającym bezpieczeństwa. W moim przypadku kimś, kto nie chciał żyć bez godności.

Co pan zabrał z Polski?

– Dwie walizy z książkami, przeważnie współczesnych pisarzy polskich, z ich dedykacjami. Rozstałem się z nimi dopiero kilka lat temu, oddając je wraz z innymi osobistymi zabytkami do archiwum pisarzy słowiańskich na nowojorskim Uniwersytecie Columbia. Wziąłem również rozmaite słowniki, bałem się rozstania z polskimi słowami.

Z jaką nadzieją pan jechał?

– Znałem Amerykę z dwóch poprzednich pobytów. Moja matka tam mieszkała od 1960 roku. Poczułem się u niej jak w domu. Zamierzałem wystąpić o azyl, ale przekonano mnie, że praktyczniej będzie, jeśli matka zwróci się o przyjęcie mnie jako imigranta w ramach łączenia rodzin.

Miałem tam przyjaciół, którzy zawsze się dziwili, że wracam do Polski, a teraz mi gratulowali, że nareszcie „zmądrzałem”. Nie rozumiałem tylko, co mieli na myśli tacy, co mówili, że podziwiają moją odwagę. Odpowiadałem, że więcej odwagi bym potrzebował, żeby pozostać w Polsce. Później zrozumiałem. Pół roku po mojej ucieczce.

Coś konkretnego się wtedy wydarzyło?

– Zastrzelono mojego ojczyma w jego sklepie w biednej dzielnicy Los Angeles. Niby napad rabunkowy, ale nietypowy, bo z samego rana, gdy prawie nic nie było w kasie. I czy trzeba było aż siedmiu kul? Po latach, czytając w IPN szczegóły dochodzenia, jakie prowadzono w związku z moją ucieczką, doszedłem do wniosku, że to mogła być kara. Z ostrzeżeniem. Pewno dlatego podziwiano moją odwagę.

Kara?

– Większość dokumentów w mojej IPN-owskiej teczce dotyczy dochodzenia, które prowadzono zaraz po mojej ucieczce. Jest tam wzmianka o proteście polskiej ambasady w Departamencie Stanu z powodu moich publicznych wystąpień, zwłaszcza w mediach. Okazało się, że były dokuczliwsze, niż przypuszczałem. O przyczynach swojej ucieczki mówiłem najpierw w wywiadach dla „New York Timesa” i „Los Angeles Timesa” oraz przed kamerami, m.in. stacji CBS. Potem wypowiadałem się dla wielu amerykańskich rozgłośni radiowych, dla gazet żydowskich. Oczywiście dla Wolnej Europy. Obszerniejsze wypowiedzi opublikowałem w londyńskich „Wiadomościach” i paryskiej „Kulturze”. Występowałem też na paru kampusach Uniwersytetu Kalifornijskiego: UCLA i Berkeley, w tym ostatnim razem z Miłoszem.

Raz podczas mojego występu w San Francisco przysiadło się do mnie dwóch nieznajomych, ścisnęli mnie z obu stron tak, że nie mogłem się ruszyć, i indagowali mnie. Cztery miesiące później zastrzelono mojego ojczyma.

A pan czego bał się najbardziej?

– Że przestanę być pisarzem, i o mało tak się nie stało. Gdy zastrzelono ojczyma, nie miałem materialnego oparcia i musiałem pójść do pracy fizycznej. Trafiłem nawet do tej samej hurtowni blach, gdzie przede mną pracował Marek Hłasko, jak to opisałem w książce „Uchodźcy”.

Co pan tam robił?

– Ciąłem i układałem ostre arkusze blachy do wysyłki. Gołymi rękami, w rękawicach nie dałoby się rozdzielić ciężkich, gładkich arkuszy, które do siebie przylegały. Pracowałem tam całe lato 1969 roku. Legalnie, bo miałem już zieloną kartę. Przedtem byłem jakiś czas kierowcą małej ciężarówki w hurtowni kosmetyków, które sam ładowałem, rozwoziłem do sklepów i wyładowywałem. Odszedłem stamtąd, bo magazynier na mnie warczał. Żyd i firma była żydowska, pewno komuch, bo takim w Ameryce nigdy się nie podobałem. Parę miesięcy byłem też sprzedawcą w czymś, co miało być księgarnią, ale sprzedawano tam wyłącznie książki pornograficzne, lubieżnie ilustrowane czasopisma i propagandowy miesięcznik „Soviet Union”.

W hurtowni blach nieźle płacono. Zaoszczędziłem trochę i wstąpiłem na Uniwersytet Kalifornijski, gdzie w ciągu dwóch lat zrobiłem magisterium z rusycystyki. Jesienią 1971 przyjąłem posadę rządową w Waszyngtonie.

Jako przybysz z Polski wstydził się pan czegoś?

– Tego, że podczas poprzednich pobytów w Ameryce przekonywałem ludzi, że w Polsce Ludowej antysemityzm jest pod kontrolą i że przynajmniej pod tym względem jest lepiej, niż było przed wojną. Tego, co się działo w Polsce marcowej i pomarcowej, wstydziła się zresztą większość polskiej emigracji politycznej, bo prześladowania rasowe przeszły najgorsze oczekiwania. Wyraził to Kazimierz Wierzyński w wierszu „Czarny polonez” z puentą: „Polak, który się wstydzi”. Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego w praworządnej Polsce do dziś nie ukarano nikogo za tamto bezprawie.

Marcowy rechot Gomułki

W Stanach był pan dyskryminowany?

– Pracując w polskiej sekcji radia Głos Ameryki, zauważyłem, że my, pracownicy sekcji językowych – czyli emigranci i uchodźcy – jesteśmy w siatce płac o co najmniej jedną kategorię niżej od naszych amerykańskich kolegów piszących i nadających po angielsku, pomimo że nasza praca była trudniejsza. Łatwiej redagować materiał w tym samym języku, niż tłumaczyć frazeologię, terminologię oraz teksty i podteksty polityczne i dyplomatyczne. Interweniowałem przez związek zawodowy, bezskutecznie. Argumentowano, że anglojęzycznych fachowców trzeba przyciągać wyższymi stawkami, bo pójdą gdzie indziej.

Ale na co dzień dawano panu odczuć, że jest pan „gorszy”?

– Do dziś zdarza się, że kiedy rozmawiam z Amerykaninem, a podchodzi drugi Amerykanin, to od tej chwili nie reagują na to, co mówię, nie słyszą mnie.

Co w kondycji uchodźcy jest najtrudniejsze?

– Alienacja.

Nam bardzo długo nie wierzono. Dopatrywano się u nas „niecnych” tendencji politycznych, uważano za reakcjonistów i szkodników. Psuliśmy „postępowcom” dobre samopoczucie, utrudnialiśmy im ciepłe stosuneczki z instytucjami komunistycznych reżimów. Tak było nie tylko na uniwersytecie, lecz nawet w rządowym Głosie Ameryki. Dopiero masowy ruch „Solidarności” skłonił ich do zmiany orientacji.

A pana doświadczenie uchodźstwa zmieniło?

– Jeden świat mi się zawalił, ale drugi otworzył. W tym drugim jest mi lepiej. Życie w Stanach poszerzyło mi horyzonty. Oduczyło nawyków i odruchów przywiezionych z chamskiego systemu. Zmieniłem się na lepsze. Ceną za to było rozstanie z bliskimi mi ludźmi, z naturalnym środowiskiem. Na zawsze. Nie można po latach wrócić do tego samego kraju, tak jak nie można powtórnie wejść do przysłowiowej tej samej rzeki.

Podobno to do pana odnosi się początek piosenki „W żółtych płomieniach liści” Agnieszki Osieckiej: „Wśród ptaków wielkie poruszenie, / ci odlatują, ci zostają”?

– Agnieszka zatrzymała się u mnie i mojej ówczesnej żony zimą 1968 roku. Wiersz ten z dedykacją dla mnie przysłała mi w liście, który napisała zaraz po wyjeździe, w drodze z Los Angeles do Santa Fé.

Właściwie nigdy nie rozmawialiśmy o mojej sytuacji, ale dwa pierwsze wersy wyraźnie do niej nawiązują i pewno stąd dedykacja. Dalsze wersy: „I ja żegnałam nieraz kogo / I powracałam już nie taka / Choć na mej ręce lśniła srogo / Obrączka srebrna jak u ptaka”, poruszają kwestię wierności małżeńskiej i są aluzją do jej przewlekłego romansu z Hłaską, z którym spotkała się ponownie właśnie u mnie.

Gdyby mógł pan cofnąć czas, podjąłby pan decyzję o ucieczce?

– Tak, to była konieczność. Mądrość żydowska uczy, że jeśli nie można studiować Tory w domu, trzeba opuścić dom. Tora jest tu symbolem wierności sobie i tego, co w życiu najważniejsze.

CV

Henryk Grynberg (1936) – wielokrotnie nagradzany pisarz, poeta, kronikarz losu Żydów polskich. Na Dworcu Gdańskim, na tablicy upamiętniającej Żydów, którzy po 1968 musieli wyjechać z Polski, umieszczono cytat z jego wiersza: „Tu więcej zostawili po sobie, niż mieli”. Autor m.in. powieści: „Żydowska wojna”, „Zwycięstwo”, „Memorbuch”; tomów opowiadań: „Szkice rodzinne”, „Drohobycz, Drohobycz”, „Ojczyzna”; zbiorów esejów: „Prawda nieartystyczna”, „Monolog polsko-żydowski”; wspomnień: „Kadisz”, „Uchodźcy”, „Szmuglerzy”; a także dwóch tomów „Pamiętnika”. We wrześniu ukaże się kolejny tom jego zapisków „Pamiętnik 3”. Mieszka w McLean pod Waszyngtonem. Z Polski wyjechał w 1967

Przyslal Janusz K

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: