Mojzesz i jego zwiazek zawodowy

JERZY ŁUKASZEWSKI


 

We współczesności tak się już zapętliliśmy, że przyda się chyba chwila oddechu od spraw bieżących.

A jeśli ktoś uważa tytuł za prowokację obliczoną na zwiększenie zainteresowania, to zapewniam, że jest w błędzie. Tytuł jest absolutnie serio, o czym dalej.

Kiedy proponuję gdyńskim seniorom jakiś nowy cykl, staram się przekazać im poza swoimi wynurzeniami także stan wiedzy jak najbardziej aktualny i dostępny polskiemu czytelnikowi zawsze powtarzając, że nic nie stoi w miejscu i nauka w każdej ze swoich dziedzin ma jeszcze wiele do powiedzenia i odkrycia. A wszystko po wykładzie najlepiej i tak sprawdzić samemu.

Kiedy zaczynałem cykl pt. „Historia w Biblii”  nie sądziłem, szczerze mówiąc, że będzie on aż tak interesujący. Tymczasem wystarczyło trzymać się uparcie metodologii nauk historycznych nie pozwalając sobie na najmniejsze od niej odstępstwo, by kolejne wykłady stały się równie zaskakujące dla wszystkich, wykładowcy nie wyłączając.

Przyzwyczajony do polskiej literatury biblistycznej nie sądziłem, że jest w temacie miejsce na cokolwiek nowego. Fachowa literatura rosyjska (wyjątkowo wartościowe artykuły naukowe – Rosjanie przez długie lata pisali najlepsze prace z zakresu historii starożytnej BW) też nie zwiastowała jakiejś rewolucji w tym zakresie.

Trzymam się zwykle zasady, że przekazuję słuchaczom dokładnie to, i w całości to, co „wyjdzie mi” z rozumowania i analizy źródeł. Nawet za cenę „dania plamy” – liczę się z takim ryzykiem.

Problemy zaczęły się, kiedy próbowałem przypisać wydarzeniom biblijnym jakąś sensowną chronologię.

I tu pierwsze zaskoczenie. Okazuje się, że biblistyka polska hołduje chronologii tradycyjnej bez jakiejkolwiek korekty nawet w obliczu oczywistości jakich są pełne same wersety Księgi. Nawiasem mówiąc tych „tradycyjnych” chronologii jest co najmniej kilka w samej tradycji rabinistycznej, co już samo w sobie powinno być powodem do nieufnego traktowania jakichkolwiek „ustaleń”.

W dyskusji z salą próbowaliśmy szukać błędu w rozumowaniu opartym na opowieści o Abrahamie, który wg „tradycji” opuścił Ur chaldejskie w XIX w. p.n.e.

Z lektury Księgi Rodzaju wynikało jednak, że wielokrotnie miał kontakt w Kanaanie z królami filistyńskimi, wymienionymi z imienia. Tak się składa, że dość dokładnie wiemy kiedy Filistyni do Kanaanu przybyli. Razem w innymi tzw. Ludami Morza przywędrowali w XIII w. p.n.e. Rozumując logicznie musielibyśmy przyjąć, że Abram miał wówczas ok. 600 lat. Ale Biblia podaje, że zmarł w wieku 175 lat. Pomijając umowność i raczej symboliczność wszelkich liczb biblijnych, to się kompletnie nie trzyma kupy. Oczywiście, zawsze można zwalać na wielokrotne redakcje tekstu itd., ale szczerze mówiąc pachnie to naciąganą wymówką. Po uważnej lekturze stało się oczywiste, że (zakładając historyczność opisywanych postaci), jeśli te kontakty miały miejsce, należy umieszczać Abrahama, Izaaka, Jakuba et cons. na przełomie XIII i XII wieku p.n.e. To dość ważne dla reszty historii biblijnych.

Jak bardzo ważne – okazało się przy następnym temacie, a mianowicie wyjściu Żydów z Egiptu i wszystkim co się z tym wiązało.

Najciekawsze, że opracowując temat poszukałem bieżącej literatury sięgając poza polskich autorów i trafiłem na książkę niezwykłą!

„Starożytny Izrael” pod red. Herszela Shanksa ucieszył mnie jak mało co ostatnio!

Pozycja cenna, bo po pierwsze, uznałem za ważne dowiedzieć się w jaki sposób żydowscy historycy traktują opowieści biblijne mówiące, jak by nie patrzeć – o początkach ich narodu, a po drugie książka jest stosunkowo „świeża” co dla moich słuchaczy jest istotne, bo starsze publikacje sami czytają nawet bez mojej zachęty, o czym się kilkakrotnie już przekonałem.

Mity założycielskie niemal wszystkich narodów wykazują cechy wspólne. Pokusiliśmy się nawet o schematyczną ich typologię. Ponieważ dwie pierwsze księgi biblijne ewidentnie należą do tego gatunku literatury, nie powinna dziwić moja ciekawość jak odbierają je naukowcy narodu, o jakim mowa w tekście.

I zdumienie!

W odróżnieniu od wielu polskich, szczególnie kościelnych biblistów, czytałem pracę ludzi o niezwykle trzeźwym spojrzeniu, rzeczową, zgodną ze wszelkimi przyjętymi w nauce zasadami, a już pełnię szczęścia osiągnąłem kiedy okazało się, że nasze luźne uwagi dotyczące biblijnej chronologii są toczka w toczkę identyczne z tym, co piszą żydowscy historycy.

Reszta była już tylko konsekwencją.

I tak doszliśmy do Mojżesza i wyjścia Żydów z Egiptu, który to temat frapuje od wieków ludzi różnych stanów, wykształcenia, poglądów religijnych itd. Jest tematem niezliczonej ilości dzieł sztuki stworzonych przez największych mistrzów wszystkich epok.

Pomijając fakt, że cała ta opowieść pisana jest post factum i nie na podstawie czyichś rzeczywistych wspomnień, ale w określonym celu politycznym, już na pierwszy rzut oka widać, że wersety Biblii ewidentnie przeczą panującemu powszechnie przekonaniu, że Mojżesz wyprowadził z Egiptu Żydów.
Kogóż więc, jeśli nie ich?

Przeprowadziliśmy następujące rozumowanie: za czasów faraonów Ramzesa II i Merenptaha (co zgadza się z przyjętą przez nas chronologią) Egipt borykał się z kryzysem gospodarczym, był osłabiony, tracił wpływy w regionie.

Faraonowie, jak wielu władców przed nimi i po nich, usiłowali uporać się z problemem za pomocą restrykcyjnej polityki wewnętrznej. Być może to legło u podstaw późniejszych biblijnych narzekań na „egipską niewolę”. Księga Wyjścia wspomina o trudnych normach dla pracowników i nowych ich obowiązkach, co w żadnej epoce nie cieszyło się popularnością.

Tyle, że taka polityka nie dotyczyła tylko Hebrajczyków. Zawsze, w każdym miejscu świata i w każdej epoce cenę kryzysu płacą najubożsi. Niezależnie od etnicznej przynależności.

A jeśli już o Mojżeszu mowa, to coraz więcej głosów badaczy daje wyraz przekonaniu, że Hebrajczykiem nie był on z całą pewnością. Raz – imię egipskie, co jeszcze dałoby się wytłumaczyć nadaniem mu go przez „córkę faraona”, a dwa – zapożyczona z akkadyjskiej opowieści sprzed tysiąca lat legenda narodzinowa.

Przecież gdyby był „swój” nie musiano by tworzyć tej opowieści, by w ten sposób uwiarygodniać go w oczach potomnych. Również jego rozmowa z Jahwe w krzaku gorejącym nasuwa myśl, że nie był z plemienia Jakuba. Z ich rozmowy wyraźnie wynika nieznajomość bóstwa, które mu się ukazało, a przecież był to ponoć bóg Abrahama. Podobnie dziwnych „niekonsekwencji” jest więcej.

Ale wróćmy do ludu wyprowadzonego z Egiptu. Trudno o bardziej przekonujący dowód, niż R12, w 38, w którym czytamy, że „wiele też ludu obcego szło z nimi”.

Ta niejednolitość etniczna nasuwa z miejsca pytanie: dlaczego „obcy” szli z nimi? Etnicznie obcy, z pewnością i językowo i religijnie. A jednak poszli za Mojżeszem. Co ich do tego skłoniło?

Jeśli przypomnimy sobie polityczną i ekonomiczną sytuację Egiptu z XII w. p.n.e.  to szybko dojdziemy do wniosku, że wszystkich tych ludzi musiało połączyć coś, czego w Biblii wyraźnie nie nazwano po imieniu. Był to najprawdopodobniej wspólny pewnej warstwie społecznej interes. Wspólny ciężar codziennego bytowania w podobnych warunkach, wspólna nadzieja na polepszenie swego losu w dobie kryzysu. Jeśli tak, to etniczna przynależność nie miała tu najmniejszego znaczenia.

Stąd nazwanie Mojżesza szefem związku zawodowego nie jest tak szokującym pomysłem, jak to się z pozoru wydaje.

Dodatkowo należy pamiętać, że skoro dwie pierwsze księgi Biblii uznaliśmy za mit założycielski nowego narodu, to logicznie rzecz biorąc musimy uznać, że tego narodu nie było. On się dopiero tworzył. Kiedy w KW jest mowa o „Izraelitach” to należy zawsze się zastanowić, czy mowa o wszystkich prowadzonych przez Mojżesza, czy tylko o potomkach Jakuba (onże Israel co znaczy „walczący z bogiem”, na pamiątkę walki z Jahwe we śnie)

I to jest największa wartość opowieści biblijnych. Kiedy krok po kroku śledzimy wysiłki na rzecz powstania nowej spójnej grupy, wiemy na pewno, że podobne procesy musiały zachodzić w większości narodów obecnych w historii. Z żadnego jednak innego źródła nie mamy tak drobiazgowych ich opisów. Jakże ubogo przy tym wyglądają nasze rodzime opowieści o Rzepisze i Piaście kołodzieju!

Przygotowania do wyjścia z Egiptu pełne są wręcz gorączkowych zabiegów o spojenie grupy, co dawałoby jakąś gwarancję sukcesu projektowi Mojżesza. Narzucanie reguł, wspólnych pojęć, świąt, natrętne wskazywanie, że dzielimy się na „swoich i obcych” wyłaniające się z Biblii to właśnie takie zabiegi w celu aż nadto zrozumiałym, bo świadczącym, że przedtem ich nie było. Ci ludzie nie mieli najwyraźniej wiele wspólnego ze sobą. Oprócz – o czym wspomniałem – sytuacji życiowej.

Podobnie łatwa do wychwycenia zasada, że to co złe jest dziełem „grzeszników” sprzeciwiających się nakazom boga albo „obcych”, natomiast cokolwiek dobrego spotyka lud mojżeszowy – jest efektem interwencji Jahwe. Trzeba było przecież tego Jahwe „wbić do głów” ludziom, którzy go nie znali.

Cuda ze znajdowaniem wody, przepiórki, manna itd. też należą do tego rodzaju zabiegów. Mojżesz dobrze wiedział gdzie idzie. Prowadził ludzi na tereny, które znał. Stamtąd przecież miał żonę, a pracując u teścia Jetro wiedział jak można przeżyć na tych terenach. Dla niego żaden z tych „cudów” nie mógł być zaskoczeniem. Ale – oczywiście – przypisał je wszystkie Jahwe, bo było to potrzebne.

Jeśli zaś chodzi o cel wędrówki to historia widziana na trzeźwo nie ma najmniejszych wątpliwości. Opowieść o Amalekitach, którzy „przybyli by walczyć z Izraelitami” budzi od początku opór. Amalekici – plemię żyjące z ochrony karawan z Egiptu do Arabii nie operowali w rejonach, do których prowadził ludzi Mojżesz. Biblia nie wyjaśnia też dlaczego w ogóle ich zaatakowali.

Wytłumaczenia są dwa. Po pierwsze: taki fakt w ogóle nie miał miejsca. Amalekici mogli interweniować, jeśli ludzie Mojżesza zagrażaliby szlakom karawan, a zgodnie z biblijną geografią taki przypadek nie zachodził. Po drugie Amalekici zostali „wymyśleni” jako wrogowie Izraelitów, bo operowali w miejscach, które w przyszłości planowano zająć. Nie mówiąc już o tym, że wspólny wróg to kolejne „spoiwo” jako tako poskładanej grupy.

To tylko najciekawsze wątki z naszych poszukiwań, a jest ich o wiele więcej.

Wspomniałem o swojej radości po znalezieniu książki Herszela Shanksa, która w wielu miejscach potwierdziła domysły z naszych poniedziałkowych rozmów.

Znalazł się i drugi powód do radości!

W czwartek 23 bm. Radio TOK FM nadało audycję z dr hab. Łukaszem Niesiołowskim – Spano, w której nie dość, że usłyszałem kolejne potwierdzenie tego, do czego doszliśmy na własną rękę, ale także informację, że p. Niesiołowski zna i podobnie ocenił książkę, o której wspomniałem.

Tak, wiem, że to wszystko są tematy „niedzisiejsze”, w żaden sposób nie odnoszące się do gorączki dnia dzisiejszego w Polsce, ale …

Nie znam większej radości jak poszukiwania w obszarze, który człowieka interesuje. A jeśli do tego trafi mu się jeden czy drugi człowiek rozumujący podobnie to zwiększa się dystans między brudem dnia dzisiejszego, a ogólnymi regułami życia, radość odkrywania których jest chyba samą istotą ludzkiego istnienia.

By powtórzyć za Okudżawą „ … a inaczej za cziem na ziemle etaj wiecznaj żywu”?

Jerzy Łukaszewski

http://studioopinii.pl/archiwa/183549

Jedna odpowiedź to “Mojzesz i jego zwiazek zawodowy”

  1. Moze prawda a moze nie. Moze legenda a moze nie, a moze tylko bajka bez rzadnych korzeni prawdy. A kogo to obchodzi? Caly Zydowski narod na podstawie tej i innych legend sie narodzil. Jak Pesach przyjdzie, wokol stolu bedziemy siedziec i Hagada Na Pesach bedziemy czytac i pytac dlaczego ta noc rozni sie tak od innych nocy, bo wszystkie inne noce spozywamy kiszone lub nie kiszone, nocy tej tylko nie kiszone. Po wsystkie inne noce…. i tak dalej i tak dalej. I nie bedziemy sie pytac czy to prawda czy nie, to nie ma wogole jakiegokolwiek znaczenia, co jest waznym to to ze to nasza przeszlosc, nasza wiara i nasza tradycja. Zawsze jest jakis madrak ktory bedzie chcial nam pokazac jakim madrym jest i wiare w to co wierzymy podkopie swoimi badaniami.
    A co, Jezus istnial? Bog istnieje? Mohammad istnial? co to ma do znaczenia? Jestesmy narodem ktory sie skrystalizowal wokol pewnej bajki czy legendy, a czy jest to legenda prawdziwa? to nie ma znaczenia, rzadnego. A akademicy niech swoje badania niosa i glowe zakrecaja innym akademikom bo zawsze musza cos znalezc i publikowac, prawda? Ale prosze nie nam !

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: