„To możliwe, że Artur Rubinstein grał lepiej niż ktokolwiek inny mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona”

Fragment pochodzi z książki Ula Ryciak „Nela i Artur.

 

 


Po którejś z kolacji, w środku lata, baron Rothschild przysłał do ich wakacyjnego domu w Marbelli swojego osobistego kucharza z zaleceniem, by nauczył się gotować ten słynny bigos

Gdy odszedł od niej do innej kobiety, gniew pożarł tęsknotę. Snuła się po pokojach, pustych przez nieobecność Artura, i chciała rwać na strzępy tkankę wspomnień. Brakowało jej sił. Przyjechała przyjaciółka z dzieciństwa. Ukochana Fela. Była z nią kilka miesięcy. Próbowała pocieszać. Dopingowała do wydania książki kucharskiej. Pomagała ułożyć listę przepisów. Po latach odmawiania Nela wreszcie przyjęła propozycję zaprzyjaźnionej z nimi Blanche Knopf, która wraz z mężem prowadziła słynne w Ameryce wydawnictwo. To był właściwy moment. Umiała spiąć się przed światem, żeby nikt nie dojrzał łez. Noszenia zastygłej twarzy nauczyła ją matka. Skupiła się na pracy, porządkowała notatki, włączyła nawet do zestawu przepis męża Feli, Kazimierza Kranca, na pieczoną rybę z pomidorami i cebulą. Poprosiła każde z czworga swoich dzieci, by wypisało zestaw ulubionych potraw w jej wykonaniu.

Dawno temu uświadomiła sobie, że tak jak muzycy miewają słuch absolutny, ona ma dar absolutnego wyczucia smaku.

Odkąd pamięta, potrafiła w restauracjach czy na przyjęciach rozpoznawać składniki najbardziej wyrafinowanych dań. Po powrocie do domu bawiło ją rekonstruowanie zapamiętanych kompozycji smakowych. Gdy odtworzyła potrawę, zaczynała ją udoskonalać. Zawsze ufała kulinarnej intuicji, a ta raczej jej nie zawodziła. Nie odmierzała, nie ważyła, po prostu wyczuwała proporcje. Głównymi dowodzącymi w jej kuchni były pamięć i instynkt. Ocalałe notatki okazały się pobieżne, zaczęło się więc uściślanie miar. Gotowała po kolei potrawy, a Fela pomagała ważyć i odmierzać. Towarzyszyła temu Peggy Yntema, znana ze swojej detalicznej pamięci współautorka książek kulinarnej gwiazdy Ameryki – Julii Child. Zaangażowała się w skrupulatne zapisywanie receptur. Dołączyła do tego starsza córka Rubinsteinów – Ewa.

Nela, tracąc chwilami cierpliwość w buchalterii szczypt, gramów, garści i mililitrów, pocieszała się, że wreszcie jej od dawna dorosłe dzieci zawieszone nad patelniami w Nowym Jorku i Los Angeles, dzwoniąc po kulinarne porady, nie będą jej wprawiać w stupor pytaniami, ile czego dosypać. Ewa od dziecka asystowała w krojeniu, mieszaniu, pilnowaniu duszących się potraw. Gdy wyszła za mąż za pastora, gotowała dla rodziny, dzieci, uczniów męża. Młodsza córka Alina, gdy wyrosła ze studenckiej epoki żywienia się jogurtami, też zaczęła gotować i pytać matkę o wskazówki. Wreszcie dostaną spisane gotowe instrukcje, cieszyła się. Czekały na nie tyle lat. Może i inni znajdą w gotowaniu źródło radości – karmiła się tą nadzieją, by nie stracić zapału. Uruchomią wyobraźnię, porzucą sztywne reguły, zaczną łączyć ingrediencje, bawiąc się odkrywaniem nowych kombinacji smaków. Najważniejsze, by nie tracić głowy, gdy potrawa wyjdzie zupełnie inna, niż miała być. Nieraz tego doświadczyła.

Telefon z Genewy zadzwonił tego dnia, gdy córka spisywała ostatni przepis. Artur umarł, zanim wyszła książka. Jedyne jej dzieło. Zapis smaków i doznań towarzyszących im przez całe wspólne życie. Koncert radości, który trwał kilka dekad i znajdywał aplauz u najbardziej wyrafinowanych koneserów.

„To możliwe, że Artur Rubinstein grał lepiej niż ktokolwiek inny mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona”, zażartuje jeden z przyjaciół.

Uznani i wielcy tego świata przychodzili na koncerty, podziwiali jego grę do chwili, gdy zaproszeni na domową kolację zasiedli do stołu. Wtedy jej kulinarne dokonania odrywały uwagę od wirtuoza i zaczynało się opiewanie smaków. Rozmowy o pulpetach, pierogach, zachwalanie egzotyki bigosu. Artur często się tym niecierpliwił.

Po którejś z kolacji, w środku lata, baron Rothschild przysłał do ich wakacyjnego domu w Marbelli swojego osobistego kucharza z zaleceniem, by nauczył się gotować ten słynny bigos. Nela przypomniała sobie, jak z mercedesa wysiadł elegancki mężczyzna. Obrzucił ją wyniosłym spojrzeniem. Jakby się uważał za potomka samego Marie-Antoine’a Careme’a, kulinarnego ojca Europy, który gotował dla cara Aleksandra i księcia regenta Wielkiej Brytanii. Wchodził do kuchni z wyrazem pobłażliwości.

Chwilę później, gdy zalała suszone prawdziwki bulionem, przyglądał się z podniesionymi brwiami, z jaką wprawą naciera wieprzową łopatkę solą i pieprzem, polewa wodą i wstawia do pieca. Gdy kroiła boczek w kostkę, pomógł obierać i wydrążać jabłka. Przyrumieniła ten boczek w rondlu, a on już nie mógł oderwać oczu od tego, z jakim wyczuciem po wrzuceniu kiszonej kapusty dokładała w sobie tylko znanych proporcjach grzyby, pomidory, jabłka, a między nimi jałowiec, kminek, ziarna pieprzu i liście bobkowe. Niby go zabawiała, ale na tyle czujnie, by wychwycić moment, gdzieś po upływie godziny, i do piekącego się mięsa dodać pokrojoną cebulę, podlać wodą. Jeszcze podsmażanie kiełbasy na małym ogniu, szynka w kosteczkę i rozrobienie karmelu. Co? Karmelu? Do mięsa? Oui, monsieur. Zaraz go połączy z bulionem, w którym moczą się prawdziwki. Teraz mogą się spokojnie napić wina, trochę uleje z butelki do garnka. Bo bigos bez wina to nie bigos.

Jak upieczona łopatka przestygnie, pokroi ją w kostkę. Wszystko zmiesza i jeszcze poddusi, przynajmniej z pół godziny. Opowie mu w międzyczasie, jak wydała pierwsze przyjęcie jako żona Artura. W ich małym mieszkanku na Montmartrze zrobiła właśnie bigos. Gdy się przenieśli do Hollywood, też na wejściu, by ugościć cały zespół występującego tam akurat baletu rosyjskiego, przyrządziła swój bigos. Ach, a jak gotowała bigos w Wenecji, by wydać kolację na cześć Igora Strawińskiego, który miał tam właśnie premierę… To dopiero była nerwówka! Bo znajdź tu, człowieku, kiszoną kapustę w mieście dożów.

Nim zapachniało gotowe danie, obydwoje śmiali się jak kompani ze wspólnego rejsu. Kucharz Rothschildów jadł ten bigos i jadł. Zapisywał wszystkie detale, a potem całował ją z wdzięczności po rękach. Wychodząc, zabrał jeszcze wielki słój bigosu do rezydencji dla całej rodziny barona. Rothschild wydzwaniał z podziękowaniami i wysłał bukiet kwiatów.

Kiedy podjęła decyzję o przygotowaniu książki, nieoceniony okazał się rodzinny kajet, który przetrwał mimo wojennych zawieruch. Matka spisała w nim dla niej przekazywane od pokoleń sekrety kuchni polsko-litewskiej. Znalazły się tam również przepisy ich litewskiej kucharki Barbary Zinkewiczus, którą Nela podglądała przy garnkach jako dziewczynka.

Od dziecka uwielbiała życie przy stole. Chwile wydzielone z dnia na posiłek miały posmak uroczystości. Toczyły się w innym rytmie, poza dynamiką codziennych zajęć. Dawały przywilej bycia razem, niezależnie od okoliczności. Celebrowało się jedzenie, podziwiało plony wydane przez ziemię, na której budziły się i zasypiały kolejne pokolenia. Ojciec często był w rozjazdach, dyrygował za granicą. Kiedy wracał, rekompensował rodzinie chwile tęsknoty. Stół w jego obecności ożywał. Gdy się uśmiechał, Nela czuła, jakby wzeszło słońce. Nie ona jedna. Ludzie go uwielbiali. Roztaczał wokół dużo ciepła. O mamie mówili: „Pani Anna jest taka twarda”. A mama po prostu była nieśmiała i to jej milczenie brano za szorstkość. Może zresztą to nie była tylko nieśmiałość. Strasznie drżała na widok tych petentów, którzy wiecznie kręcili się wokół męża, a zwłaszcza zastępów śpiewaczek i baletnic gotowych na wszystko, by zrobić karierę.

Kiedy siadali całą rodziną przy stole, całokształt zjawisk zamierał za niewidzialną kurtyną. Jej miłość do gotowania, Nela nieraz o tym myślała, brała się z tęsknoty za tamtymi chwilami we dworze, w ukochanym Iłgowie, gdzie każdy dzień mógł się zaczynać bez echa poprzedniego dnia. Para unosząca się nad garnkiem, odgłos talerzy, smak dań odtwarzanych na rożnych stołach świata przywoływały tę bezpieczną aurę z dzieciństwa. Teraz czuła się gotowa do jej utrwalenia. Jakby coś w rozkładzie dnia upominało się o minioną wspólność, już zmiażdżoną przez bieg zdarzeń, poganianą przez starość.

Książkę Ula Ryciak „Nela i Artur. Koncert intymny Rubinsteinów”, opublikowało wydawnictwo Agora. Książka do kupienia na kulturalnysklep.pl

Przyslal Janusz G

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,150462,22888532,to-mozliwe-ze-artur-rubinstein-gral-lepiej-niz-ktokolwiek.html

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: