Z wirusem w chowanego

.

.

Marian Marzynski


Kończąc śniadanie, za oknem widzimy zbliżającego się listonosza. Nie nosi ani maski, ani plastykowych rękawiczek. Gołymi rękami z torby wyciąga paczkę listów. Segreguje je, a potem wrzuca do naszej skrzynki. Idę po listy, a po powrocie kładę je na kuchennym stole. Grażyna odwraca głowę w kierunku kranu i mówi: happy birthday, przypominając mi zalecenie krajowego instytutu epidemiologii, żeby ręce myć przez 20 sekund, podśpiewując amerykańskie „Sto lat”, bo tyle trwa pierwsza zwrotka tej piosenki. Ręce myjemy wodą z mydłem, ale szefowa bezpieczeństwa domowego, z braku w sklepach płynów dezynfekcyjnych, zaopatrzyła nas w spirytus, który będzie mieszała z aloesem.

Ale czy wirusa tyka się tylko palcami rąk? Co na przykład z moimi łokciami, którymi wczoraj na spacerze dookoła wyspy, robiąc przysiady, podpierałem się na barierce mostku? Kto przede mną opierał się na tej barierce? A jeżeli zostawił ślady wirusa, to czy ja w nocy, śpiąc na tym łokciu, nie wprowadziłem go sobie do nosa? Gdybym wieczorem wziął prysznic, nie byłoby problemu, ale prysznic biorę rano.

– To bierz wieczorem, radzi mi Grażyna.

W sprawie kuchni, którą dla naszej sąsiadki buduje Grażyna, przychodzi do nas jej córka Rachel, rehabilitantka w szpitalu, maskę ma spuszczoną na brodę, mówi, że wirus jest lekki: jeżeli go się wykrztusi w powietrze, utrzyma się tam 2–3 godziny, ale jeśli padnie na podłogę, to już się nie podniesie.

Lekceważąco o wirusie wyrażał się również urodzony w Mołdawii, ale tu wykształcony, dentysta Anatoly. Gdy tydzień temu pasował mi do korony ząb, zapytałem go, dlaczego nie nosi maski, odpowiedział, że z wirusami ma do czynienia na co dzień i jest uodporniony.

M. dzwoni do swego brata, mikrobiologa w Polsce i pyta, czy może pływać w basenie swojego kondominium w Miami.

– Możesz, jeżeli sypią chlorynę, odpowiada brat. Na wszelki wypadek będzie pływał w oceanie.

– Czy można się zarazić, otwierając list, pyta ktoś w telewizji.

– Nie można, odpowiada ekspert, bo list tak się w drodze wytrzęsie, że z wirusów nic nie zostanie.

M. w Nowym Jorku zostawił żonę, dwa psy i kota. Jest tam 20 razy więcej zarażeń niż na Florydzie, ale żona jest odosobniona w domku za miastem. Chciałby do niej wrócić, ale boi się, że ją zarazi, bo używał windy w kondominium i kto wie, czy nie złapał tam wirusa.

Trump, który ogłosił się wodzem w tej wojnie z niewidzialnym wrogiem, połączył ją ze swoim hasłem wyborczym „Keep America Great” i tak mówi: zwykła grypa przynosi więcej ofiar, nie mówiąc już o wypadkach samochodowych, a przecież nie możemy Amerykanom zabronić jazdy samochodem, jesteśmy największym narodem świata i nie nadajemy się do bezczynności.

M. Leci do Nowego Jorku. Ktoś mu doradził, żeby w czasie lotu, strumień zimnego powietrza lekko skierować w stronę sąsiada, a wtedy ewentualne wirusy spadną na podłogę.

Nie widzimy wirusa, ale wirus widzi nas. Gramy z nim w chowanego.


Z wirusem w chowanego

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: