Uncategorized

Co Polacy zrobili Żydom?

.

 Wyjątkowy wiersz Podsiadły. Ten jeden, którego Miłosz nie napisał

 

Przyslala Rimma Kaul


Jacek Podsiadło

Jacek Podsiadło (Fot. Beata Zawrzel/REPORTER)

Dwie dekady temu Joanna Tokarska-Bakir, współautorka tego tekstu, dostała list od Czesława Miłosza, który potem długo nosiła przy sobie. List zawierał kilka kurtuazyjnych zdań z gratulacjami z powodu jakiejś nagrody i jeszcze pytanie. „Jak Pani uważa, czy ja powinienem napisać wiersz o Jedwabnem?”.

„Czy ja powinienem napisać wiersz o Jedwabnem?”… Nigdy nie będziemy mieli już pewności, o co naprawdę zapytał wtedy Miłosz. Czy było to pytanie o powinność poety, który bez wątpienia czuł się spadkobiercą Mickiewicza? Dyplomaty, który zdawał sobie sprawę z tego, że jego pozycja mogłaby pomóc, ale równie dobrze zaszkodzić w zmaganiach z tymi, którzy marzyli o plemiennej Polsce? A może za tym pytaniem było ukryte inne – pytanie samotnego do samego siebie – dotyczące tego, jaki to powinien być wiersz i jak go napisać?

Miłosz nie dożył momentu, gdy prawda o stosunkach polsko-polskich, mylnie zwanych polsko-żydowskimi, na naszych oczach zaczęła wchodzić do annałów wiedzy wspólnej, powszechnej.

Możemy jednak puścić wodze wyobraźni: jakiego wiersza o Jedwabnem, o Kielcach, o wielu innych pogromach, o roli granatowej policji potrzebujemy?

Czy mógłby być podsumowaniem domykających się sporów o jakąś część polskiej pamięci? Odczarowaniem, nadzieją na nowy początek? Przeprosinami, aktem ekspiacji? A jeśli, to jak sformułować „przepraszam”, by zabrzmiało autentycznie, skoro przepraszamy dziś nie za winy własne? Jak bez kabotyństwa odnieść się do ludobójstwa i cierpienia ofiar?

No i – przede wszystkim – czy w ogóle wolno taki wiersz popełnić?

„Toć to dziwne, a nowe” – mamy ochotę powiedzieć, kiedy stykamy się z dziełem arcydzielnym. Jesteśmy zdezorientowani, wyczuwamy emocje autora, ale nie do końca rozumiemy przekaz, czujemy się wystawieni na próbę, kuszeni i podpuszczani. Musimy rozwiązać zagadkę.

Tak właśnie było z wierszami Miłosza, w tym z „Traktatem moralnym” (1947). Jego niski – powiedzieć „prosty” to za mało – ton mający w sobie coś ze szkolnej czytanki raz po raz przebijał dowcip spod szubienicy. Zaraz po wojnie taki język okazał się odkryciem. „Naiwność” Miłosza w „Traktacie” była tak bezwstydna, wykonanie tak przy tym wirtuozerskie, autor tak inteligentnie i cynicznie podpuszczał czytelnika powierzchowną zgodnością ze stalinowską doktryną artystyczną, że loża szyderców, zanim zawyła, musiała na dłuższą chwilę stracić oddech. Kto podejmie ryzyko i w tej sytuacji zareaguje na wiersz jako pierwszy?

List miłosny, ale od kogo do kogo?

Wiersz „Słup ze słów” Jacka Podsiadły, który miał premierę w najnowszym numerze „Książek. Magazynu do czytania”, budzi w czytelniku podobne emocje, skazuje go na podobny efekt.

Zastąpiwszy dziewięciozgłoskowiec Miłosza (pamiętany z „Traktatu moralnego”) raperskim, plebejskim, używanym bardziej w mowie niż w piśmie pięciozgłoskowcem, autor stworzył utwór na wskroś oryginalny i równie niepokojący. Bulgoczący, emocjonalny i podejmujący wysiłek powściągania emocji, zderzający prywatne wspomnienia i aluzje z katalogami tytułów czy nazwisk, wybujałą literackość z krańcową ascezą, wściekłość i czułość, obrzydzenie i współczucie. Ten wiersz jest zarazem niespotykaną chyba nigdy w historii literatury polskiej skargą syna na matkę. Może także listem miłosnym. Od kogo do kogo?

Roland Barthes napisał, że publiczność, która nie może przyjąć czegoś do wiadomości, najpierw żąda, aby to coś udowodnić, a gdy to już zostanie zrobione, pyta, wzruszając ramionami: „No i co z tego?”.

O Jedwabnem, pogromie kieleckim, o tym, co zrobiliśmy Żydom w trakcie II wojny, jeszcze przedwczoraj nikt nic nie wiedział, wczoraj nikt nie chciał uwierzyć. Dziś adwersarzom Grossa i jego następców brakuje dawnej pary i słów.

Ale co będzie dalej, co zrobi publiczność, która przeczyta wiersz zatytułowany „Słup ze słów”?

PS A „dalej” zaczęło się tak.

Wiersz Jacka Podsiadły trafił niedawno do Renée Levkovitch, ostatniej żyjącej jeszcze ocalałej z pogromu kieleckiego, która wtedy na Plantach 7 była w brzuchu mamy.

Renia Lewkowicz urodziła się w Łodzi jesienią 1946 r. Jest pełną życia Kanadyjką, lubi tańczyć, całe życie pracowała w służbie dyplomatycznej swojego kraju, przygotowując dla niego m.in. wizytę Tadeusza Mazowieckiego. Sporo rozumie po polsku.

Zachwyciła się wierszem, czyta go sobie na głos. Prosiła, żeby jak najszybciej przełożyć go na angielski.

 

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Napisał czy nie napisał, (może napisał ale nie tak bezpośrednio) obowiązkiem każdego poety jest być zaangażowanym. Nie można żyć w świecie wirtualnym nie połączonym z realnością i z tym co się dzieje. Jak Tuwim który umiał napisać wiersz poetyczny i niezagazowany jak ”Dwa wiatry” ale również napisał wiersze zaangażowane jak ”Quatorze Jullet” czy ”Żydek”. Pan Bóg dal poetom zdolności językowe które są silna zbroja. Słowa mogą przynieść zmianę na lepsze albo na gorsze. Obowiązkiem poetów jest używać ich zdolności językowych i intelektualnych dla wspólnego dobra, jak Julian Tuwim.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: