Hirsz Litmanowicz wraca do Polski

Fragment okładki „Chiduszu” 10/2018 autorstwa Edyty Marciniak
Przyslal Adam Mer

KIEDY ZOSTAŁ CHŁOPCEM NA POSYŁKI DOKTORA MENGELE, MIAŁ DWANAŚCIE LAT. POTEM, W SACHSENHAUSEN, BYŁ OBIEKTEM ŚCIŚLE TAJNYCH MEDYCZNYCH EKSPERYMENTÓW. W MARSZU ŚMIERCI PRZEZ DWA TYGODNIE SZEDŁ W PIERWSZEJ PARZE PIERWSZEJ KOLUMNY. Z WYZWOLENIEM KOJARZY MU SIĘ TYLKO JEDNA MYŚL – JEDZENIE. MIAŁ CZTERNAŚCIE LAT I WIEDZIAŁ, ŻE MUSI PATRZEĆ JUŻ TYLKO NAPRZÓD. WYEMIGROWAŁ DO PERU, ZAŁOŻYŁ RODZINĘ, POWIODŁO MU SIĘ W ŻYCIU ZAWODOWYM. GDY WNUCZKA OZNAJMIŁA MU, ŻE PRZEPROWADZA SIĘ DO POLSKI, SKWITOWAŁ TO KRÓTKO: CZAS WRÓCIĆ NA STARE ŚMIECI. NA PYTANIE, CZY PODOBA MU SIĘ TU TERAZ, ODPOWIADA: CLARO! PO SIEDEMDZIESIĘCIU LATACH OD ZAKOŃCZENIA WOJNY ZE SWOJĄ RODZINĄ ZNÓW MÓWI PO POLSKU.


Stajnia

Jedzenia nie było już od dawna, nie jest w stanie sobie przypomnieć, czym się żywili. Może ktoś przyniósł im czasem kawałek chleba? Wody też brakowało. Żeby ją zdobyć, trzeba było wyjść ze stajni. Pewnego dnia usłyszeli szczekanie psów. Jego siostra Masza kazała jemu i drugiemu bratu, Nisimowi, wejść pod łóżko. Ona, jej mąż Abraham i ich roczny synek Szlomo Lejb zostali złapani. Wiedział, że trafią do Auschwitz. Wiedział, że to obóz śmierci. Nie rozumiał jednak, co znaczy słowo „eksterminacja”.

Nie pamięta już dokładnie, czy było to łóżko, czy tylko sam materac, obrócony tak, żeby można było się pod niego wsunąć. Razem z bratem przeczekali tam cały dzień. Kiedy wyszli, ulice były zupełnie puste. Złapano ich kolejnego dnia. W wywiadzie dla Fundacji Shoah, która w latach dziewięćdziesiątych nagrywała relacje ocalałych z Zagłady, rozmówczyni pyta Hirsza, jak to się stało, że zostali złapani?

„Jeśli mam być szczery, to nie chcieliśmy się już ukrywać. Byliśmy zupełnie sami. Ja miałem dziesięć lub jedenaście lat, mój brat trzynaście. (…) Wyszliśmy więc z ukrycia. Co innego mogliśmy zrobić?”.

 

Będzin

Wojna wybuchła, kiedy miał osiem lat. Kończyły się wakacje po pierwszej klasie. Cały język polski, który teraz sobie przypomina, jest właśnie z tego czasu. W domu rozmawiali w jidysz, nie byli przesadnie religijni, choć przestrzegali tradycji. Żyli skromnie, matka zajmowała się pięciorgiem dzieci, ojciec pracował jako szewc. Hirsz w zasadzie go nie pamięta, bo Szlomo Lejbusz zmarł młodo, już w 1933 roku, dwa lata po narodzinach syna.

Sprzed wojny pamięta jeszcze śmierć Józefa Piłsudskiego. Miał cztery lata, w całym mieście zaczęły wyć alarmy i dzwonić dzwony. Nie wiedział, co się dzieje, ale zapytał siostry i zapamiętał datę.

– Nie było getta, ale żyliśmy osobno – Żydzi i reszta – wspomina. Stanowili połowę populacji Będzina, więc i nie-Żydom zdarzyło się czasem wtrącić w rozmowie coś w jidysz. Życie było dobre, choć czasami w stronę wracających ze szkoły żydowskich chłopców leciały kamienie. – Miałem normalne życie, które przerwała wojna. Dopiero kiedy się skończyła, zrozumiałem, co się stało – mówi dzisiaj.

 

Auschwitz

Podróż z Będzina trwała godzinę. Około drugiej po południu stanęli na rampie w Birkenau. Z transportu trzech tysięcy osób oddzielono dziewiętnaście. Za selekcję odpowiedzialni byli lekarze Josef Mengele i Arnold Dohmen. Ten ostatni przyjechał do obozu po materiał do swoich badań nad wirusem hepatitis. Mengele jowialnie żartował, że znaleźli się daleko od raju, że jeszcze nikomu nie udało się stamtąd wydostać. – Mówił, ale nam było już wszystko jedno – opowiada Hirsz.

Kazano im pomaszerować do Auschwitz, tam ogolono im głowy i wysłano pod prysznic. Bali się, wiedzieli, co może oznaczać kąpiel. – Słyszeliśmy wcześniej różne rzeczy – przyznaje. Kiedy wyszli, ustawili się w rzędzie i dostali tatuaże. – Jesteście dziećmi, więc wytatuujemy wam małe cyfry – powiedział im czeski Żyd, któremu przydzielono to zajęcie. Hirsz dostał numer 125424.

Nisima już z nim wtedy nie było. Na rampie Hirszowi kazano przejść na jedną stronę, a bratu na drugą. Nie było czasu na pożegnanie, powiedzenie czegokolwiek. Poza dziewiętnastoma osobami reszta trzytysięcznego transportu trafiła prosto do komory gazowej.

– Będąc w obozie, zastanawiał się pan, dlaczego akurat panu się udało?

– Nie. Głowa była pusta.

– Myślał pan o Bogu?

– Nie.

– Co pomagało panu w takim razie przetrwać kolejne dni?

– Nadzieja na jutro i brak oczekiwań. Poza tym: szczęście  to jest cały sekret przeżycia.

 

Chłopiec na posyłki

Hirsz w wywiadzie dla Shoah Foundation opowiadał: „Zamieszkaliśmy [w bloku] obok ludzi w agonii. Ciał pozbywano się od razu. Pierwszego dnia, jedno z naszych pierwszych doświadczeń… Leżeliśmy na piętrowych pryczach i w nocy usłyszeliśmy stukanie. Nie wiedzieliśmy co to, ale brzmiało to tak, jakby ktoś rzucał kamieniami. Ponieważ byłem na górnym łóżku, trzecim od dołu, wyjrzałem przez okno. Tuż pod naszym blokiem gromadzili zwłoki. W nocy wrzucali je na ciężarówki. Słychać było więc odgłos głów uderzających o boki ciężarówek. Tak było każdej nocy”.

Saul Hornfeld, kolega Hirsza, numer obozowy o trzy niższy: „Na bloku umierał cygański mężczyzna. Dostał zastrzyk fenolu prosto w serce, ale nie umarł od razu. Prosił o wodę, ale jej nie dostał. Umierał powoli, w ekstremalnym cierpieniu”.

W bloku nr 28, w którym przebywali, mieściło się też biuro komendanta obozu. Kiedy był w środku, strzałka na budynku wskazywała do wewnątrz. Kiedy wychodził, przekręcano ją w odwrotną stronę.

Hirsz został chłopcem na posyłki doktora Mengele, biegał z dokumentami po całym obozie. Polecenia zawsze dostawał jednak od cywilnych lekarzy, Żydów – jak sądzi – którzy zmuszani byli do pracy przy eksperymentach. Sam Mengele nigdy się do niego nie odezwał. Czasami udało mu się zamienić kilka słów z innymi więźniami. Dorośli pytali go, skąd jest, co stało się z jego rodzicami. – To były jednak głównie jęki, nie normalne rozmowy – mówi. Poza tym bał się komukolwiek zaufać. – Najlepiej było się nie odzywać. Nic i tak nie można było zrobić. Mimo że byłem bardzo młody, wiedziałem, że najlepszym wyborem było nic nie mówić.

Po około dwóch miesiącach w Auschwitz nagle z dziewiętnastki wybrano dwunastkę i wręczono im ich własne ubrania, w których przyjechali do obozu. Byli w szoku, nie słyszeli, żeby coś takiego wcześniej miało miejsce. Kazano im iść za krematorium. – Ciężko było sobie nawet wyobrazić, co może się stać – mówi Hirsz. Na rampie też przecież zostali powitani przez Żydów mówiących w jidysz. Jeden z dwunastu, Saul, który został wytypowany wraz ze swoim bratem, w ostatniej chwili wybłagał oficera SS, żeby Mosze został w Auschwitz. Powiedział, że brat ma gorączkę. Był przekonany, że muszą się rozdzielić, bo tych wybranych czeka pewna śmierć.

Po paru godzinach czekania wręczono im po kawałku chleba i zaprowadzono na stację. Jechali zwykłym pociągiem, w eskorcie dwóch SS-manów. Dzień później znaleźli się w Berlinie, stamtąd pojechali do pobliskiego obozu Sachsenhausen.

 

Eksperymenty

W obozie, po siedmiu tygodniach kwarantanny, stali się obiektem ściśle tajnych badań doktora Dohmena. O tym, że „sekretna formuła”, jaką musieli przyjmować, miała pomóc w wynalezieniu szczepionki na hepatitis, wirusa szerzącego się wśród niemieckich żołnierzy, dowiedzieli się dopiero po wojnie.

Hirsz, najmłodszy z całej grupy, dostawał tylko zastrzyki. Nieoznakowane ampułki w skórzanej lekarskiej torbie Dohmen przynosił ze swojego laboratorium. Saul, tak jak kilku innych chłopców, miał robione również punkcje do wątroby, które uchodziły za szczególnie niebezpieczne. Chłopcy gorączkowali, byli osłabieni, niektórym żółkła skóra. „W porównaniu do innych, którzy wykazywali się dużą brutalnością, Dohmen nie znęcał się nad nami. (…) Któregoś razu posadził mnie na kolanach i rozmawialiśmy przez kilka minut. Pytał mnie o moich rodziców i o to, skąd jestem. Chyba nie chciał pytać o zbyt wiele. W sumie zachowywał się poprawnie”, wspomina Hirsz.

Z kolei Saul mówił: „Dohmen, zanim usiadł, wykonał symboliczny gest. Zdjął pas, przy którym miał pistolet, i podał go Hirszowi. Chciał pokazać swoją pewność, żebyśmy odwdzięczyli się zaufaniem. Powiedział, że będzie starał się nie robić nic, co mogłoby poważnie zaszkodzić naszemu zdrowiu. (…) Na tym spotkaniu zdobył trochę naszego zaufania, ale pozostało dla nas zagadką, kim naprawdę jest”.

Czasami zastrzyki dostawali dwa razy w tygodniu, czasami przez kilka tygodni nie działo się nic. Mniej więcej w połowie 1944 roku Dohmen przestał przychodzić i eksperymenty ustały. Po wojnie Hirsz dowiedział się, że laboratorium, w którym prowadzono badania, zostało wtedy zbombardowane i cały zgromadzony materiał przepadł.

Przed sądem – a stanął przed nim dopiero w latach siedemdziesiątych – Dohmen zaprzeczał, aby kiedykolwiek miał być w Auschwitz, mimo że obciążały go zeznania grupy chłopców osobiście wytypowanych przez niego do eksperymentów. Utrzymywał, że w Sachsenhausen nie prowadził prawdziwych badań, a jedynie robił wszystko, by swoich podopiecznych uratować. Ta linia obrony nie została zakwestionowana i Dohmen nigdy nie otrzymał wyroku. Zmarł w 1980 roku.

 

Sachsenhausen

– Nie było tam źle – wspomina swój pobyt w obozie Hirsz. – Mieszkaliśmy w czystej celi. Tylko jedzenia nie było. Dieta taka sama jak wszędzie – na trzymiesięczne przeżycie.
Nie mieli przydzielonych zbyt wielu obowiązków. Saul był odpowiedzialny za czyszczenie łazienki, Hirsz i inni chłopcy za mycie okien. – Budziliśmy się wcześnie rano i jedliśmy śniadanie, na które składał się kubek kawy, tak jak w innych obozach. Na obiad była zupa. Wychodziliśmy na korytarz z miotłami i ścierkami. Robiliśmy to raczej po to, żeby mieć zajęcie, niż dlatego, że nas zmuszano. Lepiej było zamiatać podłogi niż po prostu leżeć w łóżku.

W lutym 1945 roku, gdy zbliżał się front, zdecydowano, że wszystkich, na których prowadzono eksperymenty, należy zabić, bo stanowili niewygodny dowód niemieckich zbrodni. Interweniował wtedy norweski lekarz, więzień polityczny Sven Oftedal, który w Sachsenhausen znalazł się za działalność w ruchu oporu. Przekonał lekarza obozowego, że chłopcy nie są zainfekowani chorobami zakaźnymi.

20 kwietnia Saul przyszedł do celi, w której mieszkali, i powiedział: – Szykujcie się, coś zacznie się zaraz dziać.

 

Marsz morderców

Podzielili ich na grupy, na każdą pięćsetkę przydzielając kilogramowy bochenek chleba. Hirsz i Saul znaleźli się w pierwszej kolumnie, w pierwszej parze. Widać było, że wojna powoli się kończy. Czasami jakiś Niemiec podrzucił worek ziemniaków, ale nie było tego nawet na tyle, żeby każdy dostał po jednym. Hirsz zapamiętał jednak przede wszystkim wrogość. Odmawiano im nawet wody. Wspomina też dziecko, które na niego wskazało i powiedziało do swojej matki: – Mamusiu, patrz, tam jest dziecko. – To nie dziecko, to morderca, jak wszyscy inni – odpowiedziała mu.

Po piętnastu dniach dotarli do Lubeki. Miasto było niezniszczone, sklepy pełne towaru. Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.

 

Francja

Myślał, że wróci do Polski, spróbuje dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie. Ktoś wskazał mu miejsce, gdzie przebywali żydowscy żołnierze z armii francuskiej uznani za więźniów wojennych. Jeden z nich, Markus Kohn, powiedział mu, że w Polsce nie ma czego szukać. Zaproponował, żeby chłopcy razem z nim wyjechali do Palestyny. Opuścili Lubekę 15 maja.

– Wszyscy wiedzieliśmy, że nasi rodzice nie żyją – mówi Hirsz. O rodzeństwie starał się nie myśleć w ogóle. – Gdybym sobie na to pozwolił, rozchorowałbym się. Dwie siostry miały już mężów. Gdyby nie wojna, mógłbym mieć dużą rodzinę w Polsce.

W trzy miesiące nauczył się francuskiego i poszedł do szkoły w Moissac, małej miejscowości nad rzeką Tarn. Przyuczał się do zawodu stolarza i przygotowywał do wyjazdu do Izraela. W międzyczasie siostra Hirsza, Sara, która przeżyła wojnę, pracując w fabryce w Karpatach, zamieściła w nowojorskiej gazecie ogłoszenie z informacją, że poszukuje swojej ciotki. Kiedy skontaktował się z nią Hirsz, ciotka wiedziała już, że Sara żyje i jest w obozie dla uchodźców we Włoszech. Od końca wojny minęły już wtedy prawie trzy lata. Kiedy przyjechał do obozu, w którym przebywało też sporo ocalałych z Będzina, nikt nie wierzył, że to Hirszowi, najmłodszemu z rodziny, udało się przeżyć. Wszyscy brali go za jego starszego brata.

Wrócił do Francji, zaczął pracę w Paryżu. W fabryce codziennie była popijawa. Mówiło się, że to z okazji dnia świętego takiego a takiego. Nie podobało mu się to. Chciał wyjechać do Stanów, ale polska kwota emigracyjna była już wyczerpana. Znajomy wyjechał do Kanady. Już miał do niego dołączyć, kiedy otrzymał list, że koledze wcale się tam nie podoba. – We Francji nie miałem futuro – mówi Hirsz. – Miałem za to ciotkę w Peru.

Jego siostra Sara miała wyjechać do Izraela. Kiedy jednak usłyszała, że w wojnie o niepodległość zginął brat jej męża, uznała, że za dużo strat już przeżyła. Wyjechali do Stanów.

Saul, kolega Hirsza, który w Auschwitz rozdzielił się z bratem, odnalazł go po dziesięciu latach od zakończenia wojny.

Hirsz ze swoim prawnukiem Noamem /fot. Chidusz

Hirsz ze swoim prawnukiem Noamem /fot. Chidusz

 

Rozmowy po polsku

– Nie mam szkoły, w sumie tylko cztery lata edukacji, to wszystko. Języków nauczyłem się ze słuchu. Po hiszpańsku mówiłem już po trzech pierwszych miesiącach pobytu w Peru u ciotki. Potem konstruowałem domy, najlepsze w tamtym czasie. Produkowałem meble do kuchni. Dwadzieścia pięć lat pracowałem dla Philipsa. Powodziło mi się – opowiada. W 1955 roku ożenił się z Normą. Mają trzy córki i syna. Żadnemu z dzieci nie opowiadał o tym, co przeżył w czasie wojny. Nie mówił też żonie, wystarczała jej świadomość tego, że wiele przecierpiał. Otworzył się dopiero przed wnukami. Teraz zapraszany jest na spotkania z młodzieżą i studentami, trzy lata temu napisał książkę. – Jeśli chodzi o politykę, wiele rzeczy może się powtórzyć – uważa.

Postanowił przyjechać do Polski, bo kiedy jego ojciec zmarł w 1933 roku, rodzina nie miała pieniędzy na postawienie mu macewy. Teraz na cmentarzu w Będzinie upamiętnił też całe swoje rodzeństwo, które zginęło w Zagładzie. – To, że jestem w Polsce, to dla mnie cud – mówi, siedząc na kanapie w domu swojej wnuczki Danielle we Wrocławiu. – Mam 87 lat. To dużo.

Danielle, która urodziła się w Izraelu, jest żoną rabina Wrocławia Davida Basoka. Ich syn, czteroletni Noam, chodzi do polskiego przedszkola, w którym szybko nauczył się języka. Dzięki temu może rozmawiać z pradziadkiem, bo to jedyny język, który obaj znają.

– Wszystko to jest nadal we mnie – przyznaje Hirsz. – Mimo to jestem szczęśliwy, udało mi się. To moja satysfakcja. Dzisiaj jestem stary, życie się kończy. Ale głowa pracuje, to najważniejsze. A kiedy jestem w Peru, mogę sobie zapalić cygaro.

Na do widzenia chce wiedzieć, gdzie zje we Wrocławiu dobrą zupę grzybową. – Pamiętam ją z domu. Nie skończę życia bez tej zupy – śmieje się

Chidusz

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: