Nadzieja w beznadziei ( 8 )

Marian Marzynski

 


Dalszy ciąg mojego monodramu: „Wiersz o Stalinie, za który mój mąż oddał życie, nigdy nie został opublikowany”, wspomina Nadieżda Mandelsztam.

Zastanawiałam się komu, poza rodziną, mógł Mandelsztam ten wiersz powiedzieć. Jednym z takich ludzi był dziennikarz „Komsomolskiej Prawdy”,

Dligacz. Ale wiersz ten Mandelsztam powiedział przy nim tylko raz. Czy mógł zapamiętać 16 usłyszanych linijek?

Nie pamiętam, aby Dligacz kiedykolwiek mówił wiersze z pamięci. Obecny przy tym był też nasz przyjaciel — malarz, któremu Osip pozwolił wiersz zapisać. Ale sądząc po jego życiu, jest on poza wszelkim podejrzeniem. A może ktoś wykradł mu ten wiersz?  Czy należy mnie winić za to, że nie wyganiałam z domu wszystkich przyjaciół i znajomych, jak robiło to wiele współczesnych mi dobrych żon i matek? Moją winę umniejsza jedynie fakt, że Osia i tak wyrwałby się spod nadzoru i powiedział niedopuszczalny wiersz — a z naszego punktu widzenia wszystkie wiersze były niedopuszczalne — pierwszemu spotkanemu człowiekowi. Zresztą Mandelsztam nigdy nie pałał chęcią zdemaskowania zdrajcy i nie bardzo wierzył, że starczy mu na to czasu.

Żyliśmy w świecie, w którym wszystkich „ciągano”, żądając informowania władzy o myślach i nastrojach swoich bliźnich. Ciągano piękne i brzydkie kobiety, przeznaczając dla nich role i kusząc nagrodami. Ciągano ludzi z haczykami w życiorysach i w psychikach — jednego straszono tym, że jest synem urzędnika, bankiera czy oficera, a drugiemu obiecywano laski i zaszczyty. Nic tak nie łączy, jak wspólne przestępstwo; czym więcej jest zamieszanych, zaplątanych i splamionych czy więcej donosicieli, tym reżym ma więcej zwolenników, marzących, żeby trwał przez tysiąclecia. I kiedy wszyscy wiedzą, że wszystkich ciągają, ludzie tracą zdolność obcowania, więzi między nimi słabną, każdy zaszywa się w swoim kącie i milczy, co przynosi władzy nieoceniony pożytek. Zapraszano zazwyczaj nie do więzienia na Łubiankę, a do specjalnych mieszkań. Opornych trzymano tam godzinami, proponując „zastanowienie się”. Tym, którzy wyrażali zgodę, ułatwiano awans; w razie redukcji lub czystki mogli oni liczyć na życzliwość działu kadr. Starsi mieli wyrzuty sumienia, że ze strachu dali pisemną obietnicę zachowania rozmowy w tajemnicy. Młodsze generacje wkręcały się: „Jak się czegoś dowiem, do was przyjdę”. Oprócz ludzi zmuszanych do „współpracy” były jeszcze tłumy ochotników. Wszystkie instytucje zasypywano donosami, donosicielstwo stało się klęską żywiołową. Na gruncie wezwań rozpleniły się dwie choroby: jedni podejrzewali w każdym konfidenta, inni bali się, że ich za konfidentów wezmą. Całkiem niedawno pewien poeta wzdychał, że nie ma wierszy Osipa; zaproponowałam mu, że dam mu jakieś kopie, co wprawiło go w przerażenie; a nuż pomyślę, że wyciąga ode mnie wiersze dla Łubianki. Takie było nasze życie i dlatego staliśmy się podejrzliwi, zakłamani, z podejrzanym, niedojrzałym optymizmem.

Po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie oficer śledczy i zaproponował, żebym przyszła na wizytę. Weszłam szerokimi schodami tajemniczego gmachu, przeszłam przez korytarz i zgodnie z poleceniem, zatrzymałam się u drzwi śledczego. Raptem zdarzyło się coś niezwykłego: na korytarz wprowadzono więźnia; widocznie nikt się nie spodziewał, że do takiego sanktuarium może trafić ktoś obcy. Zdążyłam zauważyć, że aresztant był wysokim Chińczykiem ze straszliwie wybałuszonymi oczami. Dostrzegłam tylko te szalejące oczy i opadające spodnie, które więzień przytrzymywał ręką. Zobaczyłam, a raczej odczułam twarze konwojentów. Wrażenie było przelotne, ale pozostawiło uczucie grozy i dziwnego dreszczu. Konwojenci zaniepokoili się i cała grupa natychmiast znikła w jakimś pokoju czy bocznym korytarzu. Chińczyka usunięto, ale kiedy słyszę słowo „rozstrzelanie”, zawsze widzę przed sobą jego oczy.

Imię odojcowskie śledczego brzmiało tradycyjnie dla rosyjskiej literatury: Christoforowicz. Nazwiska nie zapamiętałam. Był to mężczyzna solidnej budowy, o mentorskim sposobie mówienia, z niemal aktorskimi — według reguł Teatru Małego — intonacjami. Nie mówił, tylko nakazywał i zaznaczał, brzmiał groźnie i ponuro. Zjawiwszy się tu z wolnej stopy, nie odczuwałam lęku, a tylko wstręt.

Osip Mandelsztam, zdjęcie więzienne

Kiedy wprowadzono Mandelsztama, zauważyłam, że oczy ma tak samo oszalałe, jak Chińczyk i tak samo opadają mu spodnie, co było profilaktyką antysamobójczą: odbierano pasy i szelki, i odcinano wszelkie sprzączki. Mimo swego nieprzytomnego wyrazu twarzy, Osia natychmiast zauważył, że jestem w cudzym palcie, Czyim? Mamy… Kiedy przyjechała? Wymieniłam datę. „Więc cały czas byłaś w domu?”. Nie od razu zrozumiałam, dlaczego tak się interesował tym głupim paltem, ale teraz do mnie doszło: mówili mu, że też jestem aresztowana. To zwykły chwyt psychologicznego stłamszenia więźnia. Osip oznajmił mi, że śledczy ma wiersz. Śledczy nazwał go „niesłychanie kontrrewolucyjnym dokumentem”, a mnie — współuczestniczką przestępstwa. Spytał: „Jak powinien na waszym miejscu postąpić człowiek radziecki?”. Okazało się, że powinien natychmiast poinformować organy bezpieczeństwa. Nasz literacki rozmówca używał co trzecie słowo „zbrodnia i kara”.

Ja nie zostałam pociągnięta do odpowiedzialności, tylko dlatego, że postanowiono nie wszczynać sprawy. Było polecenie z „samej góry”, żeby Mandelsztama „izolować, ale zachować przy życiu”, z pewnością rezultat interwencji przyjaciół — pisarzy. Przewidziany początkowo wyrok — wysyłka do obozu, na budowę kanału — został uchylony przez wyższą instancję. Przestępcę zsyłano do syberyjskiego miasta Czerdynia. W tym momencie Christoforowicz zaproponował mi towarzyszenie Osi do miejsca zesłania. Był to kolejny, niesłychany przejaw łaski. Gdyby w roku 1937 chętnym proponowano dobrowolny wyjazd na zesłanie razem z rodzinami, dziećmi, książkami i dobytkiem, żony stałyby w kolejce z kochankami, macochy z pasierbami.

Wróciłam do domu. Mieszkanie wypełniało się ludźmi. Mężowie — literaci nie przyszli do nas, zadżumionych, ale przysłali żony; kobietom groziły mniejsze niebezpieczeństwa.  Układałam rzeczy w koszach do bielizny: ubrania, garnki, książki. Osia wziął ze sobą do więzienia Dantego i zabrał go do celi, ale powiedziano mu, że książka, która była w celi nie wychodzi na wolność, a trafia do więziennej biblioteki, więc zabrałam mu inne wydanie.

Na dworzec odprowadzali mnie nas bracia: Aleksander i Żenia. Zgodnie z umową ze śledczym, po drodze zatrzymałam się przy wejściu do więzienia. Dyżurny wpuścił mnie do środka, a po chwili pojawił się śledczy z walizeczką Mandelsztama. „Jedziecie?” – „Jadę…” Zapominając z kim mam do czynienia, na pożegnanie machinalnie wyciągnęłam do niego rękę, ale uścisk dłoni nie doszedł do skutku.

Weszliśmy do budynku dworca. Drogę zastąpił mi niewysoki blondyn w workowatym cywilnym garniturze; poznałam w nim tego, który grzebał w kufrze i rozrzucał rękopisy po podłodze. Wręczył mi bilet, nie biorąc pieniędzy. Bagażem mam się nie przejmować, będzie dostarczony. Podstawiono pociąg; w oknie mignęła mi twarz Osi. Konduktorka kazała mi przejść do końca wagonu. Mandelsztam siedział w towarzystwie trzech żołnierzy. „To cud”, powiedział Osip i przylgnął do szyby. Na peronie stali bracia. Osip chciał otworzyć okno, ale konwojent powiedział: „Nie wolno”. Osia nie odchodził od okna. Po obu jego stronach ludzie rwali się do sobie, ale szkło nie przepuszczało dźwięków; słuch był bezsilny, sens gestów — niejasny. Byliśmy już odgrodzeni od zewnętrznego świata — szklaną, przejrzystą, ale nieprzenikalną przegrodą. I pociąg ruszył w kierunku Swierdłowska.


Nadzieja w beznadziei ( 8)

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: