KARMAZYNOWA

 

Napisal Ludwik Lewin

lewin

 

 

 

 

reunion 69

 

 

To w takim razie dekretujemy młodą godzinę. Siadam przy bufecie, Franck odnajduje się przy mnie, ale szczęśliwie zagadują go inni dziennikarze i piwko też mu postawią. Biorę poncz.

W zagięciu kontuaru, tam gdzie barman przygotowuje drinki, rozmawiają ze sobą dwie dziewczyny. Rozmowa musi być śmieszna, bo śmieją się do siebie i do kelnera, a jednocześnie, nie przerywając konwersacji, pilnie śledzą salę, dokładniej mężczyzn w sali. Rodolfo, stary Meksykanin, wygląda jak statysta z filmu o partyzantach Zapaty, stawia im piwo. Jest to gest platoniczny, przyjechał z jakąś narzeczoną, więc już bardziej z niego dziś nie skorzystają.

Jedna z nich, jakby już o tym wiedziała i po podziękowaniu przekreśliła fundatora, podnosi kufel w moją stronę. – Pańskie zdrowie – Zauważam, że to ta młodsza i ładniejsza, po czym odpowiadam wzniesieniem szklanki i promiennym uśmiechem. I pijemy każde po swojej stronie, co nie znaczy, że każde sobie.

Podchodzą do mnie jacyś koledzy żeby się podzielić głębokimi spostrzeżeniami o tym co widzieli i szczególnie o tym, co zobaczą, albo po prostu, żeby się walnąć kielichem.

Ja piję i dziewczyny piją. A wiem o tym, bo się patrzę. Wcale nie dyskretnie, ale też i nie bezczelnie, ot tak, żeby widać było, że się patrzę. Patrzę się na jej karmazynową suknię i na dekolt za suknią, ale przede wszystkim na jej buzię, cały czas uśmiechniętą, choć może trochę zakłopotaną, kiedy w kuflu nie ma już piwa.

Zakłopotaną jednak nie za bardzo, bo przy następnej wymianie spojrzeń i uśmiechów, nie wiem jak, ale niewątpliwie i jednoznacznie daje mi do zrozumienia, że nie byłoby nie na miejscu, gdybym postarał się o ponowne napełnienie naczynia.

Pytam więc czy pozwoli, tak sobie, może w imię przyjaźni międzynarodówki korespondentów zagranicznych z międzynarodówką, no, piękna. Mam ochotę powiedzieć kurestwa, ale dosyć łatwo się pohamowuję. To określenie narzuca mi się, bo myślę o Patricii, o kilku przyjaciółkach i najbliższych mi paniach, ale prostytutki kurestwo mają czysto profesjonalne i jeśli niecałkiem dyskretne, to przecież do dyskrecji nakłaniające. Przynajmniej przy powierzchownych kontaktach, bo pewnie przy lepszej znajomości okazują się dokładnie takie same jak wszystkie inne.

Pozwoli, ale ani jej, ani tym bardziej mnie do niczego to nie zobowiązuje, po prostu napijemy się, osobno, ale życząc sobie nawzajem zdrowia.

Przenoszę się do stolika, gdzie nad rumem medytują dwaj nudziarze, Duńczyk i Holender, na długość ponczu włączam się do ich milczącej rozmowy. I jest to niezły wymiar bo podają w butelce, a dokładniej w dwóch – w jednej syrop trzcinowy, w drugiej rum, żeby sobie samemu zmieszać według gustu. Jeszcze się nie zorientowali, że wlewam całą szklankę alkoholu, szybko przełykam ile wlezie i zaraz dopełniam po brzegi. Wstrętne, ale procentów marnować nie wolno.

Opowiadam błyskotliwe anekdotki. Mentalnie. Do moich kompanów nie dociarają, ale telepatycznie bawią Karmazynową bo wyczuwając nie istniejącą pointę za każdym razem odwraca się do mnie i śmieje.

Rum a pewnie i zmęczenie, wbija mnie w stupor. Czuję jak sztywnieję. Też mentalnie, bo fizycznie pełna dętka. Wstaję i cały wysiłek wkładam w to by iść prosto, ale staram się też by nie widać było skupienia. Chód mimochodem to pojęcie bardzo abstrakcyjne i jeszcze bardziej pijackie, ale w sposób niepojęty, rezultat jest przyzwoity. Pewnie dlatego, że para nóg ma do bufetu tylko parę kroków. Opieram się o kontuar, o gościa na barowym stołku i docieram naprzeciw barmana. Naprzeciw barmana i w bezpośrednie pobliże dziewczyny.

Bardzo to sympatyczne z pana strony, a może jeszcze wypijemy razem? – dziękuje mi Karmazynowa. Wyczuwam też szczerość i sympatię w jej zaproszeniu do następnego drinka, choć oczywiście nie ma nawet śladu wątpliwości, kto zapłacić ma za tę kolejkę. W stosunkach międzyludzkich nie należy jednak wszystkiego sprowadzać do pieniędzy. Dlatego zamawiam piwo dla moich bardzo przelotnych znajomych i usprawiedliwiam się – Noc się robi bardzo krótka, muszę uciekać zanim się tak skurczy, że nie będę się mógł nią już przykryć.

Wie pan w tym klimacie się nie kurczy i dlatego mężczyzna do przykrywania potrzebuje czegoś zupełnie innego od nocy i kołdry – dziewczyna robi propozycję w formie sentencji, ale ja w tym nie zauważam nawet maksymy.

Kelner wypisuje rachunek i podsuwa mi pod nos. Grzebię w kieszeniach, ale nie natrafiam na banknoty. – Starczy numer pokoju i podpis – oszczędza mi trudu barman. Jaki jest ten mój numer? – zastanawiam się głośno – 26 czy 28? Macam się po ubraniu w poszukiwaniu karty kluczowej, znajduję i patrzę w trzęsące się, wirujące cyferki.- 28 – upewnia mnie przez ramię Karmazynowa.

Dobranoc – mruczę.

Och, dowidzenia – odpowiada i śmieje się pod ironicznym spojrzeniem barmana. Ale ta ironia to już dla mnie.

Człapię obok błękitnego basenu, kafelki wirują czarnymi plamami. Zbiera mi się na wymioty. Wszystko wraca. Znaczy bardziej rum niż tapir. Kiedy przechodzę przez parking, myślę, że na pewno zjadłem szczura. Waniajet.

Trzymam przecież pawia żeby potem, za każdym razem kiedy będę tędy przechodził, nie kojarzyć tego smrodu z własnymi rzygowinami czyli po prostu z sobą.

Obijam się o metalową szafę koło windy, to automat z napojami, wygrzebuję monetę, nie mogę znaleźć dziury – po pijanemu trudniej się wkłada – pięciofrankówka z brzękiem spada na kamienną podłogę, schylam się, padam, ale ściskam pieniądz w dłoni i na kolanach podczołguję się do rozświetlonej witryny, wpycham bez oporu do drgającej szpary, słyszę odpowiednie chrzęsty, opieram się o podłużną plastykową wajchę, podnoszę się, dociskając ją trochę. Z brzękiem spada puszka coca-coli.

Wchodzę do windy, potykam się przy przekraczaniu nieistniejącego progu, na podwójnej tablicy rozdzielczej nacisnąłem kilka pięter na raz, nie ma sprawy, bo moje też, przechylam napój, czuję jak chłodna strużka cieknie mi po brodzie, koszula i tak do prania, a kolę za kołnierz wylewać wolno.

Dobrze, że ten klucz nie klucz tylko plastyk, znowu wsadzam, kiedy się rozbieram jakiś guzik strzela przy koszuli.

Teraz szybko pod prysznic. Wymiotuję w strugach ciepłej wody, troche może lżej, odczepiam słuchawkę i zmywam starannie wannę, znowu mi sie zbiera, ale teraz klękam i pilnuję żeby wszystkiego nie zaświnić. Nadmierna ostrożność, bo do spływu wlatuje tylko trochę flegmy i żółci.

Płukam usta, ale odrzuca mnie odór chloru na podniebienu. – Możeby Marka poprosić o coca-colę – myślę, ale myśl, jak chlor mnie, odrzucam, bo jak sie pokazać w takim stanie i do tego nie wychodząc z łazienki.

Zakręcam kran, słyszę jakieś chrobotanie. To ktoś puka do drzwi. Marek przynosi mi kokę – myślę optymistycznie. Kiedy jednak byle jak owinięty ręcznikiem pytam – kto  tam –  okazuje się, że czekają mnie całkiem inne atrakcje. Otwórz, otwórz – bezbłędnie poznaję głos Karmazynowej. Otwieram z drżeniem w sercu. Jakby wyczuła mój lęk, ale źle go sobie tłumaczy – nie bój się, wcale nie chcę tu u ciebie nocować, zrobimy miłość i sobie pójdę. – Dasz mi stówę albo dwieście franków, jak będziesz uważał – prosi, ale zdecydowanie, chociaż i bez nachalstwa, bo nie przekracza progu czekając na wyraźne zaproszenie z mojej strony.

O tej porze, a głównie po tylu wódkach, jej propozycja nie ma najmniejszego sensu, ale z powodu tej pory nie mogę przecież trzymać samotnej kobiety w korytarzu, pokazuję więc żeby weszła, natychmiast tłumacząc jej, że zbyt chory jestem i pijany, i że wszystko mi zwisa, łącznie z narzędziem, które choć moje to przecież do jej pracy niezbędne.

Liczy się oczywiście tylko to, że ją wpuszczam, podpisując tym samym niepisany kontrakt o pracę. Prymitywana łagodność obyczajów pozostawiająca w pewnej nieostrości wysokość wynagrodzenia, a pozornie i samo wynagrodzenie, powoduje, że umowa jest jeszcze bardziej definitywana. W Paryżu miałbym jakąś szansę, bo wszystko zaczyna się od płacenia, a bez płacenia się kończy.

Zobaczysz, będziesz zadowolony – zapewnia mnie Karmazynowa rozglądając się po apartamencie. Musi jej imponować metraż – myślę sobie wiedząc, że własnym metrażem jej nie zaimponuję. Chyba, że ma suwmiarkę.

A ona, choć rozpina suknię, wciąż jest jakoś beze mnie. I szybko okazuje się dlaczego. – Pozwolisz, że się wykąpię – informuje raczej niż pyta.

Pozwolę, oczywiście, że pozwolę, choć zostawiając mnie w pokoju sam na sam z niepokojem, przedłuża mi tylko potężniejące w bezsile napięcie.

A przecież nie przesadza z pluskaniem. Kilka dni później, oprowadzany przez przywódców szczątkowej partii niepodległościowo-komunistycznej, czy może trockistowskiej albo guevarystowskiej, zwiedzać będę wzniesione ze skrzynek miasteczko uchodźców, a dokładniej nielegalnych przybyszy do Gujany. W domach nie ma oczywiście kanalizacji, ale władze żeby nie dopuścić do zarazy ustawiły tam publiczne ubikacje oraz pompy uliczne. Elektroniczne. Rada miejska rozdziela mieszkańcom karty z mikroprocesorem, bardzo przypominające karty kredytowe. Są to kartki na wodę. Zarejestrowana jest na nich miesięczna porcja, przysługująca rodzinie. Żeby napełnić wiadro, trzeba włożyć plastyk do otworu, kiedy kontyngent został wyczerpany, hydrant się nie otwiera. Podczas tej wycieczki wydawało mi się, że poznaję dziewczynę, wieczorami pracującą przy hotelu. I pomyślałem, że dla Karmazynowej możliwość kąpieli to pewnie też dodatkowy awantaż, tak jak dla mnie drinki i kanapki na konferencjach prasowych.

Wychodzi z łazienki całą czernią nagiego ciała, ale dla mnie wciąż karmazynowa. Szpiczaste, lekko opadające piersi powtarzają ostrość profilu twarzy.  Jest jak totem, a mnie ogarnia totemiczny lęk przed nieznaną podwójnie ciemnością, w którą zanurzyć się nie będę w stanie.

Konwersacją tchórzliwie wyprzedzam, znaczy opóźniam, akcję. – Skąd jesteś? – pytam, bo w akcencie i wyglądzie zabrakło mi Antyli. –  Jestem z Senegalu.

Ta odpowiedź na chwilę przynosi pocieszenie. –  Tam stosunkowo mało aidsu. – Tylko na chwilę, bo zaraz przychodzi myśl, że mało bo mało, ale głównie stosunkowo. A do tego Gujana ma rekord Francji w tej dyscyplinie.

Nowy alarm – gdzie dałem kondony? – ale już wyłącza go palcami na moich sutkach, strąca ręcznikową tunikę i wraz z nią, bardziej  powiewnie i sprężyście powtarzając ruch materiału, opada na kolana po drodze muskając mi  wargami skórę na brzuchu i udzie.

Pod dotykiem języka mój penisek – gdyby był tylko on, nie byłoby falokracji – kurczy się jak skropiona cytryną ostryga.  – Nie ma mowy, nie postawisz – uprzedzam Karmazynową. – Postawię – odpowiada lekko tylko sepleniąc, z przekonaniem pełniejszym niż usta.

Przypominam sobie proces, przegrany we Francji przez emeryta, który podał do sądu prostytutkę żądając zwrotu pieniędzy ponieważ mu się nie udało. Pani broniła się, że używała rutynowych sposobów, nie ma więc sobie nic do zarzucenia, a klientowi nic do zwrócenia. Sędzia uznał jej argumenty stwierdzając, że w tym wypadku wykonawca czyli wykonawczyni ma wyłącznie obowiązek środków, a nie rezultatów.

Przyjemnie mi, że na peryferiach bywszego imperium, etos zawodowy nie pozwala Karmazynowej zadawalać się „rutynowymi sposobami”, że pracownica miłości okazuje się w niej miłośnicą pracy i rutynowe ma tylko przekonanie o swej niezawodności, wykluczającej zawodność klienta.

Niezawodność znaczy systematyczność i Karmazynowa cmoka mnie regularnie, pewnie machinalnie, ale na pewno nie maszynowo, bo kiedy się opiera o moje pośladki, z jakąś czujną niepewnością rozdziela je w poszukiwaniu czułych miejsc, zanim paznokciem trafi do odbytu.

Mam ją pod sobą, przede mną na klęczkach, widziana z góry zmienia mnie na bóstwo.

I jakąś boskość ze mnie wydobywa, bo rum wyparowuje, głowa jaśnieje i coś się prężyć we mnie zaczyna. Ona przyspiesza drobne uderzenia poduszkami palców, które oscylują między korzeniem kutasa i jądrami, a jednocześnie, jakby uwierzyła w długość, wargami powtarza te uderzenia wzdłuż członka.

Ależ ona to sprawnie robi – myślę. No cóż to jej fach – umniejszam zachwyt, ale następna myśl dementuje tę małostkowość – Ja też jestem zawodowym dziennikarzem, a na maszynie tak dobrze nie piszę. –

Czuje się nagle zbyt hieratycznie w tym nieruchomym pionie, jakbym był tylko przedmiotem rytuału. Dosyć bezsensownie przypomina mi się grób Victora Noira z cmentarza Père Lachaise, dziennikarza, jak pies zastrzelonego przez księcia Piotra Bonapartego, cesarskiego kuzynka. Na jego pogrzeb w roku 1870 przyszło sto tysięcy ludzi. Pomnik wyrzeźbił mu znany wtedy, a i dziś widoczny w muzeach, Amédée-Jules Dalou. Niewiele wiem o doczesnym życiu dalekiego kolegi, ale jak się wydaje, nic w nim nie zapowiadało kultu, którym otoczono go w życiu pośmiertnym.  Jego mogiła wciąż przyciąga niezliczone zastępy kobiet, spragnionych potomstwa albo po prostu miłości. Dotknięcie intymnych części ciała, fałdą spodni wyraźnie zaznaczonych przez rzeźbiarza, przynosi jakoby spełnienie tych marzeń. Dziś cała figura pokryta jest szlachetną śniedzią, a męskość zmarłego, wyfroterowana tysiącami damskich dłoni i warg, jaśnieje złocistym połyskiem.

No tak, ale nawet ten martwy, spiżowy bożek jest przecież w poziomie, podczas gdy ja sterczę jak przerażony wzlotem ptactwa strach na wróble.

Już nie. Nachylam się nad matowymi ramionami, patrzę na niejednolicie rozlany pigment, nie przeszkadzając w pracy, po drodze lekko tylko głaszcząc policzki, przeciskam ręce do piersi i dotykiem sprawdzam nieoczekiwaną aksamitność skóry.

Dwukolorowym kółkiem yingyang przetaczamy się graniasto po twardej wykładzinie podłogi.

W pościelowej bieli Karmazynowa jest jeszcze czarniejsza. Swą czernią ocienia zarówno kobiecość, jak i ludzkość i z człowieczeństwa pozostaje tylko bestialski erotyzm. Torturuję to obce ciało, poddaję się pieszczotom, ale wszystko się dzieje w nawiasie, w cudzysłowie, w innym wymiarze. Przeniesiony do niego, wczuwam się w rolę, jednak w tym nie moim miejscu, na miejscu czuć się do końca nie potrafię.

Kobiety myślą, że chodzi nam tylko o wytrysk, a choć mężczyznom często się zdarza rechotliwie szpanować – najważniejsze się spuścić, a jak, to wszystko jedno – to przecież naprawdę w seksualnym zbliżeniu chodzi o to by zbliżyć się aż do połączenia dusz i orgazm ma być tego połączenia potwierdzeniem.

Nie będąc homoseksualistą, do tego ujednolicenia potrzebuję inności-odległości i różnica płci stwarza wystarczający dystans  by podjąć to utopijne zadanie, ale różnica rasy, podkreślając różnicę po prostu, przypomina, że spotkanie, jak między dwoma równoległymi, nastąpić może tylko w nieskończoności. A ja kończę o wiele wcześniej.

Tak samo jak Gujana jest ziemią jałową mimo wybujałej flory, czarna kobiecość Karmazynowej wydaje mi się do bezpłodności nieprzenikalna, rzeźbiarskim konceptem, w którym pot i ostry zapach uzyskano dzięki zastosowaniu technicznych trików, możliwych już w czasach Golema i Homonculusa, dziecinnie prostych w epoce komputerów i elektroniki.

Czyli że robi się z tego robota na robocie, gorzej, widzę przed oczami czarną, celuloidową lalkę z mojego dzieciństwa, wyłamałem jej nogi w poszukiwaniu nieistniejącej anatomii i czuję, że i tym razem reifikacja partnerki zamienić mnie może w oprawcę, czego bym nie chciał ani dla niej, ani – przede wszystkim – dla siebie.

W obawie przed zbrodnią na tle ontologicznym robię się naprawdę brutalny, nie na tyle jednak by zaniepokoiło to Karmazynową. Szarpnięciem szeroko rozwieram jej uda i zaglądam do środka. Poniżej skręconego mchu, między czarnymi wargami przebija dobrze znana, jakże swojska, różowawa czerwień.

Przebyłem, przekreśliłem przerażający dystans. Nieprzenikalny podział między żeńskością a męskością da się na chwilę odsunąć, więc przysuwam się żeby wykorzystać ten rzadki moment gdy wszystko jest dozwolone, zalecane, łatwe.

Karmazynowa rozumie moją potrzebę wzruszenia, gładzi mi łagodnie głowę, jednocześnie obejmuje uszy, błąka palcami po szyi a piersi wkłada między moje dłonie.

Podaje się i poddaje, ale choć ja leżę w roli misjonarza, to ona spełnia jakąś wielką misję, misję zbliżenia między narodami świata i misję pogodzenia mnie z ludzką częścią mojej zwierzęcości.

Refleks zawodowy, a dokładniej pociąg do profesji Karmazynowej, w moim wypadku wstydliwie zwanej dziennikarstwem, powoduje, że już przelatują mi przez głowę formułki, których użyję by o przyżyciu opowiedzieć Rysiowi. O przeżyciu pewnie nie opowiem, co najwyżej o zdarzeniu, upraszczając sprawę do wymiarów tak zwanych obiektywnych i jednoznacznej sytuacji.

W tej nieopracowanej przeze mnie taktyce miałem wszelką możliwą przewagę strategiczną. Byłem mężczyzną wobec kobiety, mężczyzną z pradawnej, wyczerpującej się już definicji. Na dodatek mężczyzną białym wobec kobiety czarnej. Nie tylko białym mężczyzną z czarną kobietą, ale mężczyzną z kurwą, co zwalnia z jakiegokolwiek podboju i wysiłku, bo przecież płacąc spełniam wszelkie oczekiwania.

Jeszcze przecież nie zapłaciłem. Mam czas, bo Karmazynowa znowu poszła pod prysznic. Ogarnia mnie ochota żeby dać jej dwieście pięćdziesiąt, ale myślę, że nie należy za bardzo podbijać rynku, bo mogłoby mu to zwichnąć niewidzialną rękę.

Szybko naciąga sukienkę, inkasuje i wychodzi. Dyskretnie, anonimowo. Nawet nie zapytałem jak ma na imię. A przecież to zapewne największa miłość mojego życia. No tak, ale nie będzie jej w moim życiu.


Ludwik Lewin

Wszystkie historyjki Ludwika

KLIKNIJ TUTAJ

 

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: