FAJNIEJSZY ŚWIAT

Mają po kilka-kilkanaście lat. Bawią się zwyczajnie. Ale to pozory. Cały czas myślą o ojcach. Dzieci ukraińskich żołnierzy. Przyjechały do Polski, by zapomnieć o wojnie.

dzisciJedno z ukraińskich dzieci w czasie pobytu w Gorlicach, kwiecień 2015 r. Fot. Monika Andruszewska

Gorlice, u stóp Beskidu Niskiego, żyją dziś rocznicą: sto lat temu, w maju 1915 r., słynna ofensywa gorlicka przerwała front rosyjski [patrz dział Historia w tym numerze – red.]. Dzisiaj, w roku 2015, linia frontu biegnie przez wschodnią Ukrainę. Zbieg okoliczności: właśnie w Gorlicach odpoczywało dwadzieścioro dzieci ukraińskich żołnierzy. Zaprosiła je Fundacja Braterstwo, przy wsparciu Stowarzyszenia Pokolenie i Urzędu Miasta Gorlice.

– Takie małe miasto, a tylu dobrych ludzi – dziwiła się jedna z dziewczynek. Bo oto w opiekę nad nimi zaangażowała się cała lokalna społeczność. Od starosty Karola Górskiego i pracowników urzędu miasta, przez dziennikarzy regionalnej telewizji, proboszcza, miejscowych policjantów po właścicieli restauracji. Dzięki nim dzieci zwiedzały muzeum i centrum kultury łemkowskiej, rozlewnię wody „Wysowianka”, skansen, straż pożarną i komendę policji.

Przyjechały z Lwowa, Kijowa i Chmielniszczyzny. Mają od pięciu do piętnastu lat. Na pierwszy rzut oka nie widać, by różniły się od rówieśników. Gdy spędzi się z nimi więcej czasu, można zauważyć, że z własnej inicjatywy nie wspominają o Ukrainie ani o ojcach. Temat wojny nie istnieje. Przyjechały tu, by o tym nie myśleć.

Julianna

Ojciec Julianny, Sasza, służy w 8. Pułku Wojsk Specjalnych; na wojnie od grudnia 2014 r.

– Widzisz, to taki nasz specnaz… Sformowany z biznesmenów, nauczycieli, budowlańców – opowiada mi Maryna, matka Julianny. – Także mój mąż przed wojną budował domy. A potem dostał kartę mobilizacyjną z informacją, że ma się stawić w trzy dni. W ciągu trzech dni zostałam żoną żołnierza. Nawet nie miałam czasu, żeby to przyswoić. A jak to wytłumaczyć ośmioletniemu dziecku?

Maryna przyjechała z dziećmi do Polski jako tłumacz i opiekun. Gdy rozmawiamy, Julianna podaje matce laurkę. Maryna chowa ją do torebki. – Wszystko zachowujemy dla Saszy. Poogląda je, jak wróci.

Julianna codziennie przygotowuje laurki dla ojca. Na niektórych opisuje, co robiła w ciągu dnia. Żeby ojciec był na bieżąco z ich codziennym życiem. Teraz jej rysunki opisują wyjazd do Polski. – Lepiej pokazać tacie, że chodziłyśmy po parku, czy że byłyśmy na basenie? – zastanawia się.

Obie, matka i córka, mają smutne podkrążone oczy. Są zmęczone niepokojem i czekaniem. Tym wielkim – na koniec wojny. Tym mniejszym – aż Sasza przyjedzie na przepustkę. I codziennym – aż zadzwoni, by powiedzieć, że wszystko dobrze. Ma dzwonić każdego dnia, tak się umówili. Zawsze to on dzwoni. To dlatego, że w strefie frontowej nie zawsze jest zasięg i gdyby Maryna dzwoniła, a on nie odbierał, tylko by się denerwowała.

Gdy ojcu udaje się dodzwonić, komórkę pierwsza chwyta Julianna.

– Tatusiu, co dziś jadłeś? – pyta. Marszczy brwi, odpowiedź chyba jej nie zadowala. Rozmawiają tak, jakby to ona była rodzicem. Chce wiedzieć, gdzie ojciec będzie dziś spał i czy jest mu ciepło. – Nie chodź bez czapki, bo jeszcze chłodno. Żebyś się nie przeziębił – poucza.

Maryna: – Tak, Julianka normalnie bawi się z dziećmi. Ale wiem, że cały czas myśli o ojcu. Zmieniła się przez te kilka miesięcy. Jakby coś w niej zgasło. Ona zawsze była oczkiem w głowie tatusia. Bardzo źle przeżywa nieobecność Saszy. Nigdy wcześniej nie chorowała. A odkąd wyjechał – infekcja za infekcją. Lekarze mówią, że to na tle nerwowym. Boi się sama spać. Myślę, że nie czuje się bezpiecznie.

W Polsce Juliannie najbardziej podobało się spotkanie z Celestą – psem husky z gorlickiej fundacji „Beskidzka Zima”. Długo tuliła się do sierści zwierzęcia. – On jest taki kochany. Taki duży. A wiadomo, że nie zrobi żadnej krzywdy – wyjaśniła mi.
Celesta to pies wyszkolony do dogoterapii.

Mykoła

Siedmioletni blondyn z aparatem na zębach. Jego ojciec służy w 24. Brygadzie Zmechanizowanej.

Pierwszego dnia w Gorlicach dzieci odwiedziły Państwową Straż Pożarną, strażacy opowiadali im o swojej pracy.
Mykoła powie potem, że ten wyjazd do Polski to były najlepsze wakacje w jego życiu. Pytany, co zrobiło na nim największe wrażenie, odpowie natychmiast – Wóz pożarny!

Gdy jeden z chłopców chce mu zabrać samochodzik, Mykoła krzyczy: – Jak zabierzesz, będziesz Putinem!
W jego słowniku „Putin” to największa możliwa obelga. To przez Putina tata musiał iść na wojnę.
Matka Mykoły powie mi, że od wyjazdu męża jej syn bardzo dużo się modli: – Wcześniej nie przywiązywał do modlitwy wielkiej wagi. Zabierałam go na niedzielne nabożeństwa, ale nie miałam poczucia, że cokolwiek z nich rozumie.

– Modlę się tylko za tatę, a za ciebie i za mnie nie, bo jemu to jest najbardziej potrzebne – Mykoła tłumaczy poważnie matce.

W cerkwi poświęcił szmacianego aniołka, którego zrobił specjalnie dla ojca.
Za każdym razem, gdy widzi, że matka martwi się informacjami z frontu, mówi: – Nie martw się, mamo. Tatę ochrania anioł stróż, którego ma ode mnie.

Jura

15-letni Jura to lider grupki najstarszych chłopców. Jest inicjatorem wszystkich żartów, takich jak dolanie octu do kompotu koleżanki czy namalowanie na pisance żartobliwego napisu o Putinie. Wychowawczynie załamują ręce. Co zrobić z takim niegrzecznym dzieckiem? Nie wiadomo, jak go poskromić. – To inteligentny i wrażliwy chłopiec, tylko odreagowuje stres – tłumaczą wyrozumiale.

Umówiliśmy się, że z dziećmi nie rozmawiamy o wojnie. Ale gdy Jura słyszy, że na froncie spędziłam dwa miesiące w poddonieckich Piskach, sam podchodzi i pyta, kiedy tam byłam. Po odpowiedzi zapada cisza.
– Przyjechałaś za późno – mówi w końcu.

To prawda, przyjechałam z późno. Ojciec Jury, lwowski biznesmen, zginął w Piskach przed moim przyjazdem. Żołnierze mówili mi potem o poważnym małym chłopcu w okularach, który w Kijowie odbierał pośmiertne odznaczenia za poległego ojca.

Między kolejnymi żartami i graniem w piłkę z polskimi kolegami Jura sam zaczyna temat.
– Masz zdjęcia z Pisków? Jak to tam wygląda? Pokażesz? – pyta niby mimochodem. Pokazuję zdjęcia w laptopie. Zauważam, że nie interesują go zdjęcia żołnierzy, tylko zniszczonych budynków. Przesuwamy kolejne fotografie. – Na ten dom spadł grad, to tuż koło sztabu oddziału OUN – mówię.
Jura zastyga, wpatrzony w zgliszcza. – Czy ktoś tu zginął? – pyta drżącym głosem.
Dociera do mnie, że jego ojciec zginął we śnie, gdy na budynek starego sztabu spadł pocisk moździerza. – Kochanie, to nie ten…

– Aha… – uspokaja się. – To pokazuj następne.
– Jura, ja nie mam zdjęcia budynku, którego szukasz – mówię w końcu.
Milczymy. Chłopiec wstaje z ławki i podaje mi rękę, żebym też wstała. – To nic. Sfotografujesz następnym razem. Chodź, poszukamy chłopaków – mówi, nie patrząc mi w oczy.
W dorosłym życiu chciałby zostać programistą. Choć po tym, jak dziennikarze Telewizji Gorlice pokazują mu sprzęt, zastanawia się: a może chciałby być fotografem? Operatorem kamery? Zamyśla się: – Nie, nie ma sensu rozmawiać o przyszłości. Zobaczymy, jak będzie z wojną. Jeśli przegramy i Rosja dojdzie do Lwowa, będę mógł zabrać mamę i pojechać do Polski. A może wyślę tylko ją, a sam zostanę? Ile miał najmłodszy ukraiński żołnierz, którego spotkałaś na wojnie? – pyta.
– Najmłodsi miewali po 16 lat – mówię.
– No to zostało mi już niewiele. Myślisz, że wojna będzie tyle jeszcze trwała?

Nie wiem, co odpowiedzieć.

Maria

Opuszczamy Gorlice po siedmiu dniach. Przy pożegnaniu organizatorzy i młodsze dzieci nie kryją łez. Jura wstydzi się wzruszenia. 15-latkowi nie wypada płakać. Pochyla głowę, chowa twarz w kołnierzu kurtki. Znam ten gest. Widziałam go na wideo z pogrzebu jego ojca.

Wcześniej mówił, że chciałby zostać w Polsce. Polskich chłopaków, z którymi grał w piłkę, prosił, by uczyli go polskiego. Rozglądał się za dziewczynami, żartował, że ożenek zagwarantuje mu Kartę Polaka. Teraz nie chce wyjeżdżać.
– Nie martw się, jeszcze tu przyjedziesz.
– Nie chcę wracać do domu.
– Ale mama za tobą tęskni.
– Nic nie rozumiesz. Jakby mama z nami była, nie mógłbym tu oddychać – odwra- ca się.
Gdy odwiedzam dom Jury we Lwowie, zaczynam rozumieć, dlaczego tak powiedział. Żyją w zadbanym mieszkaniu, w odnowionej kamienicy w samym centrum Lwowa. Jura był wyraźnie jednym z nielicznych dzieci w grupie, którego rodzina nie ma problemów materialnych.

Maria, jego matka, młoda i zadbana, częstuje ciastem własnej roboty. W kuchni, przy czajniku, stoi wielkie zdjęcie ojca z czarną wstęgą. W kącie ramki wstawiono małą szkolną fotografię Jury. Matka widzi zdjęcie męża za każdym razem, gdy robi sobie poranną kawę. Jura przeciwnie: jego spojrzenie omija to miejsce. Maria odsyła go do nadrabiania zaległości w szkole, więc przemyka do swego pokoju.

Maria chce wiedzieć, jak Jura zachowywał się w Polsce. Gdy opowiadam o jego żartach, nie może uwierzyć. – Naprawdę? To takie pochmurne, zamknięte w sobie dziecko. Jak traktował tam kolegów? Rozmawiał w ogóle z kimś?

Opowiadam, że w Gorlicach trudno było go uciszyć. Chwalę jego inteligencję. Mówię, że ciągnął do dorosłych, zwłaszcza mężczyzn, że zaprzyjaźnił się z Rafałem, dziennikarzem Telewizji Gorlice. Że o wielu sprawach rozmawialiśmy jak równy z równym.

– Wiem, że on ma 15 lat. Ale dla mnie zawsze będzie małym dzieckiem. Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci? Sama dopiero niedawno przestałam brać środki uspokajające.

Maria pyta, o czym rozmawialiśmy. Wymieniam Majdan. Jura zaskoczył mnie idealną znajomością topografii placu Niezależności i przebiegu zeszłorocznych wydarzeń.

Maria pochmurnieje. – Wszystko zaczęło się od Majdanu. Nie rozumiem tego, mnie tam nie było, ale mąż zachorował na ten Majdan. Wrócił do domu i mówił tylko o tym. Po tym, jak zobaczył tam zabitych studentów, w ogóle nie uwzględniał możliwości, by nie iść na wojnę. Mówił: „To dla nich i dla nas, dla przyszłości naszego syna”. To była dla niego naturalna kontynuacja tego diabelnego Majdanu. Byłam przeciwna, bałam się. I widzisz, miałam rację. Zginął siedem dni po tym, jak przyjechał na front. Prawie od razu. Błagałam, żeby nie jechał. A on pojechał i już po tygodniu… Jura stracił ojca. Odkąd męża nie ma, my prawie nie rozmawiamy. Nie wiem, jak do niego dotrzeć.

Gdy wchodzę do jego pokoju, Jura siedzi przy komputerze. Zwracam mu uwagę, że zachowuje się inaczej przy matce. Wybucha: – Ona mnie nie rozumie, ojca też nie rozumiała. Nie chcę tu być. Pytałaś, co podobało mi się w Polsce? Czy już rozumiesz, czemu tak podobało mi się wszystko? W Polsce nie chodzi o to, że macie piękne góry, świetne boiska, basen, super jedzenie… W Polsce byłem wolny. Macie tam fajniejszy świat. ©

Za pomoc w przygotowaniu tekstu dziękuję Urzędowi Miasta Gorlice.

https://www.tygodnikpowszechny.pl/fajniejszy-swiat-27753

Blogowy korespondent z Ukrainy
monica andruszewitz
26.04.2015

DLA DZIECI Z UKRAINY
Stowarzyszenie Pokolenie – skupiające ludzi, którzy w czasach PRL działali w opozycji (w sieci: www.pokolenie.org.pl) – zamierza organizować przyjazdy do Polski kolejnych grup ukraińskich dzieci.

Przelew krajowy:
Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059 Katowice
Numer konta: ING Bank Śląski 89105012141000002319853707

Przelew zagraniczny: SWIFT/BIC: INGBPLPW
IBAN: PL89105012141000002319853707
Z dopiskiem: „Dla dzieci”

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: