Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz.14

Heniek pracował w gospodarstwach u dawnych, bo¬gatych osadników. Ponieważ płacili mu niewiele, dora¬biał ładowaniem skrzyń z warzywami na ciężarówki. Otrzymaliśmy do dyspozycji niecały hektar ziemi i ilość rur wystarczającą do polewania jednej dziesiątej przy¬dzielonej ziemi. Trzeba było nieustannie przenosić te rury i w ten sposób polewać coraz dalszy kawałek pola. Zasadziliśmy kartofle i orzeszki. Heniek pracował przy tym w soboty i święta, w dnie powszednie musiał bowiem od rana do nocy harować u kogoś, aby zarobić na utrzymanie i spłacenie długów za wszystko, co budowano w tej wsi kooperatywnej (np. sklep towaro¬wy, szosy, szkołę). Ludzie, mieszkający tu od dawna, posiadali wielkie gospodarstwa, tysiące kur; krowy, olbrzymie pola, ogrody i sady. Nowo przybyli, którzy jeszcze nie mieli niczego — musieli płacić na równi z dawnymi osadnikami… Byłam w ciąży i niewiele mogłam pomóc Heńkowi. Do sadzenia kartofli udało nam się z trudem wynająć konia z pługiem na jeden dzień. Heniek prowadził konia, a ja biegłam za pługiem po rozoranej ziemi ze skrzynią kartofli w jednej ręce — drugą sadziłam je, ledwie mogąc się schylić ze swym wielkim brzuchem…

W tym czasie w kraju zaprowadzono system kart¬kowy, niczego nie można było dostać w wolnej sprzeda¬ży. Pozostawały niewystarczające przydziały produktów lub czarny rynek, gdzie sprzedawano wszystko po niezmiernie wygórowanych cenach. Otrzymaliśmy z So- chnutu konia na bardzo przystępnych warunkach, ale nie mieliśmy gdzie go umieścić. Przekazaliśmy go więc miejscowym gospodarzom, którzy posiadali dobre staj¬nie i wiele różnych możliwości. Z łatwością nabywali wszystko na czarnym rynku. Sprzedawali tam część swej produkcji rolnej za wysokie ceny. W owym okresie wielkiego napływu Żydów z Europy, ocalałych od zagłady, brakło wszystkiego, w tym także żywności.
Pewnego dnia porywisty wiatr przewrócił nasz barak. Oszołomiona zupełnie, ledwie zdążyłam zgasić prymus i podbiec do kredensu, aby podtrzymać go swym ciałem. Mieliśmy już kilka szklanych naczyń i pragnęłam je ocalić… Tak trudno wszak było o każdą rzecz. Pracują¬cy akurat na szosie mężczyźni, którzy przybiegli na pomoc, znaleźli mnie właśnie pod barakiem, podpierają¬cą wszystkimi siłami kredens. W ósmym miesiącu ciąży…
W podobnych warunkach żyło tu i pracowało jesz¬cze dziesięć rodzin nowo przybyłych. Dawni osadnicy podobno także zaczynali tu od niczego w bardzo ciężkich warunkach, jednak ta „wspólnota” długów przy obecnych różnicach materialnych była więcej niż drażliwa. Tamci nie mieli za sobą takich przeżyć jak my…
Po kilku miesiącach wybudowano dla nas małe, jednopokojowe domki, bez kuchni, ubikacji i łazienki, w najbardziej odległym zakątku wsi. Mieściły się tutaj pola uprawne. Ich właściciele przychodzili je nawad¬niać — w zorganizowanych grupach i z bronią w ręku, gdyż Arabowie napadali znienacka. Najczęściej zakra¬dali się w nocy i uprowadzali krowy, sprzęt. Często strzelali. Było niebezpiecznie wychodzić na dwór pod wieczór. Odległość między jednym domkiem a drugim była duża, trudno więc było liczyć na pomoc sąsiadów. Tutaj właśnie urodziło się nasze pierwsze dziecko. Którejś nocy zbudziły mnie silne bóle, ale nie byłam pewna, czy mam już jechać do szpitala, czy nie jest za wcześnie? Zwróciłam się do sąsiadki, starszej kobiety, z prośbą o radę. Sąsiadka umiała odbierać porody i oświadczyła, że już czas. Było to w piątek w nocy. Nazajutrz, po dwunastu godzinach, przyszedł na świat nasz pierwszy syn! Sąsiedzi radowali się wraz z nami. Obrzezanie odbyło się u chirurga w szpitalu, a nie u religijnego „specjalisty”, i bez przyjęcia, gdyż nie posiadaliśmy niemal żadnych krewnych, a dawni koledzy mieszkali daleko stąd i kontakt z nimi urwał się, odkąd opuściliśmy Jaffę.
Ktoś we wsi podarował nam żelazne łóżeczko dla dziecka. Gdy wróciłam z niemowlęciem do domu, oboje nie umieliśmy zakrzątnąć się wokół płaczącego maleńst¬wa. Heniek zawołał sąsiadkę. Zwolniła się na moment od swych zajęć i przyszła, aby nauczyć nas przewijać dziecko. Wieczorem zaofiarowała się, że je wykąpie. Chcąc zaoszczędzić suchych pieluszek zawinęła niemow¬laka w wielką ceratę. Kiedy go znów przewinęliśmy po kilku godzinach, parował od gorącej wilgoci moczu… Nigdy nie odczuwałam tak bardzo jak w tym czasie braku matki czy kogoś z bliskich, kto cieszyłby się narodzinami mojego dziecka i nauczyłby mnie opieko¬wać się nim. Tutejsi mieszkańcy nie interesowali się nami. Byliśmy wdzięczni sąsiadce, że jednak przyszła do nas i chciała pomóc, mimo że sama nie bardzo wiedziała jak. Tym bardziej że ludzie pracowali tu od świtu do nocy i nigdy nie mieli wolnej chwili nawet dla siebie.
Mijał już prawie rok, odkąd przybyliśmy do Hejrutu. Co miesiąc nadchodziły ogromne rachunki z sekretaria¬tu wsi. Długi nasze wzrastały w zawrotnym tempie. Niczego nie kupowaliśmy oprócz najniezbędniejszych rzeczy. Heniek pracował niezmordowanie w ciągu całe¬go tygodnia — bez odpoczynku, świąt — a mimo tego nic nie pozostawało z jego zarobków. Dług powiększał się z powodu rozwoju wsi i procentów za nie spłacone raty z poprzednich miesięcy, których zarobki Heńka nie były w stanie pokryć w żaden sposób. Już nawet nie pojmowaliśmy, co, jak, ile i dlaczego… Narastało obu- rżenie wśród nowo przybyłych. Zwracaliśmy się do Sochnutu, rozmaitych instancji, do sekretariatu wsi, ale niczego nie mogliśmy wskórać. W końcu jednak oświad¬czono nam w Sochnucie, że przez rok — od chwili przybycia do moszawu — przysługują nam specjalne prawa dla nowo przybyłych. W tym czasie możemy wrócić z powrotem do jednego z obozów dla imigran¬tów, zwanego po hebrajsku „maabara”. Jak się okazało, zostały nam jeszcze tylko dwa miesiące do upływu tego terminu.
Wszyscy nowi postanowili opuścić Hejrut. Napisałam długi list do brata, zawiadamiając go o tym postanowie¬niu, tak sprzecznym z poprzednimi planami i marzenia¬mi o własnym gospodarstwie wiejskim. W odpowiedzi Marek wyraził wielkie zdumienie, niczego nie pojmował, a nawet obwiniał nas, że nie potrafimy wytrwać na jednym miejscu i wciąż szukamy zmian… Znajdował się wówczas w Paryżu, a jego żona, Irena, studiowała na uniwersytecie w Lozannie. Od czasu do czasu przysyłał nam paczki żywnościowe bądź odzieżowe. Sam za¬proponował te dary, gdyż słyszał, że w Izraelu brak jest wszystkiego. Próbowałam wyjaśnić mu tę dziwną sytua¬cję, w której się znaleźliśmy: mimo ciężkiej pracy długi nasze stale rosną… Jednakże bral nie rozumiał. Wy¬rzucał mi, że zawsze czymś się entuzjazmuję, a potem rezygnuję, wycofuję się! Pragnął powstrzymać nas od pójścia do „maabara”. Przyrzekał, że kiedyś pomoże mi spłacić długi. Wiedziałam, że nigdy nie zdołamy wy¬brnąć z nich. Wieś rozrastała się, a my byliśmy wyłącz¬nie wspólnikami w pokrywaniu kosztów tego rozwoju.

Postanowiliśmy za wszelką cenę wyzwolić się z tego jarzma, póki jest to jeszcze możliwe. Tym bardziej że już ponad trzy lata znajdowaliśmy się w kraju i tylko dzięki temu, że znaleźliśmy się przypadkowo w grupie nowo przybyłych, mieliśmy sposobność uzyskania ponownie praw przysługujących nowym imigrantom, m.in. otrzy¬mania po pewnym czasie mieszkania z pomocą Soch- nutu, na dostępnych warunkach.
W pobliżu Tel-Awiwu, w miejscowości Hiryja, roz¬łożono pole namiotów dla przybywających Żydów z Eu¬ropy i krajów arabskich. Była wiosna 1951 roku. W tym okresie przybywali przeważnie Żydzi z Iraku. W starym, opuszczonym pardesie ustawiono rzędy namiotów. Ko¬rzenie wyciętych drzew wystawały z ziemi i przeszkadza¬ły na każdym kroku. Mój syn miał sześć tygodni, gdy został zabrany z murowanego pokoju na krańcu wsi do namiotu ze zniszczonego, cuchnącego brezentu. Ale nie było innej rady. Tak zakończyła się nasza niefortunna próba założenia gospodarstwa rolnego w moszawie, próba, dla której poświęciliśmy mieszkanie w Jaffie i dobrą posadę Heńka.
Wciąż napływali nowi Żydzi z Iraku. Prosto z lotnis¬ka przywożono ich do „maabara”. W rozmaitych zakątkach kraju powstawały „miasta namiotów”, nędz¬ne, ponure, zatłoczone. A w nich bezustanne kłótnie i bijatyki w kolejkach po wodę, po żywność, po lód… Blaszane, maleńkie ubikacje między rzędami namio¬tów — brak niemal wszystkich potrzebnych artykułów.
Zapanowało ogólne rozczarowanie, rozgoryczenie i gniew. Żydzi iraccy byli wielodzietni, a tu nie było niemal niczego. Trudno było się dostać do nielicznych sklepów z żywnością i warzywami, słabo zaopatrzonych, bo nie dowożono towarów w wystarczającej ilości. Zresztą brak niezbędnych artykułów odczuwało się w całym kraju, a co dopiero w „maabara”! O każdą najmniejszą rzecz należało walczyć zębami i pazura¬mi — również o możliwość odebrania przydziałów kartkowych, a nawet o wiadro wody!
Ja jedna w obozie posiadałam lodówkę (kupiliśmy ją jeszcze w moszawie) i kredens z Jaffy. Sąsiedzi z bliskich i dalszych namiotów korzystali z tych „cu¬downych” sprzętów… Znosili swą żywność do lodówki, aby uchronić ją od zepsucia, w kredensie pragnęli przechować najcenniejsze rzeczy… Namioty nawiedzały stada myszy, a w kredensie znalazłam raz śpiącego spokojnie szczura. Myszy i szczury żyły sobie w par¬desie, zanim został wycięty; teraz wędrowały po naszych namiotach.
Karmiłam dziecko piersią, leżąc na swym wielkim, wysokim łóżku z Jaffy. Sąsiedzi, z którymi nawet nie mogłam porozumieć się, gdyż mówili tylko po arabsku, wchodzili raz po raz Jo naszego namiotu. Rozmawiali ze mną na migi, wzrokiem, znaczącym uśmiechem. Ale pomagali mi, jak mogli, przynosili lód, przydziały żywności, po które posyłali swe dzieci. Stali dla mnie w kolejkach do sklepów. Flora, bliska sąsiadka po¬chodząca z Iraku, zdejmowała wysuszone pieluszki ze sznura, składała je i odkładała na półkę w kredensie.
Wchodziła po cichu do namiotu, na palcach, aby nie obudzić mnie i śpiącego niemowlęcia.
Kiedy prałam lub wieszałam bieliznę, a dziecko płakało, natychmiast zjawiała się ta dobra, malutka i pulchna kobieta, zabierała je do swego namiotu i tam zabawiała. Bardzo niewiele wiedziałyśmy o sobie, ale to nie przeszkadzało nam w serdecznych stosunkach, jakie zapanowały między naszymi rodzinami. Dawni znajomi i przyjaciele nie odwiedzali nas w „maabara”. Nawet nie wiedzieli, że znajdujemy się tutaj. Na ogół lgnęłam do ludzi starszych od siebie, jakbym szukała wciąż zastępst¬wa matki i ojca, których tak wcześnie utraciłam. Heniek był największą moją ostoją. Opanowany, pewny siebie i zawsze pogodny, dawał mi tak potrzebne poczucie bezpieczeństwa i optymizmu. Ja sama byłam raczej niecierpliwa i niespokojna. Nieraz odczuwałam gorycz na myśl o swoim ciężkim losie w tym kraju. Nie kończące się kolejki po wszystko, nawet po wodę, którą trzeba było przynosić z daleka. Przy kranach, które mieściły się w drugim końcu „maabara”, pchały się stale dziesiątki ludzi, w tym dzieci w różnym wieku, z wiad¬rami, puszkami, blaszankami. Nie potrafiłam porozu¬mieć się z nimi. Pochodzili z innych krajów, mieli inne obyczaje, nawyki, sposób zachowania się. Nawet ich śpiew drażnił mnie swą obcością. Były to długie, mono¬tonne melodie wschodnie. Unosiły się nad namiotami w takt melodii wystukiwanych na blaszanych bańkach. Inny, nie znany mi zupełnie świat. Setki, tysiące ludzi, ciasnota, bogactwo rozmaitych kultur. Kłótnie, starcia, bójki, niezliczone problemy, dla których nie było roz¬wiązania. Nieraz, podczas tych sprzeczek, a zwłaszcza w kolejkach, gdy walczyłam o swoje miejsce, wołano patrząc na mój numer oświęcimski: „Hitler cię nie zabił, to my udusimy!…” Żydzi ze Wschodu okazywali niechęć nam — przybyszom z Europy. Ta niechęć szybko przekształciła się w jawną, ślepą nienawiść. W takich chwilach zalewała mnie niewypowiedziana gorycz. Jak długo jeszcze można uciekać od tego rodzaju nienawi¬ści?! Kiedy wreszcie przestanie mnie ścigać?!
Pisałam o tym bratu. Uspokajał mnie, radził, żebym nie brała sobie do serca słów ludzi, którzy nie wiedzą, co mówią. Może miał rację — ludzie naprawdę nie mieli pojęcia, co działo się z nami podczas wojny. Nie¬świadomie ranili nas brutalnie.
Zaprzyjaźniłam się z pewną starą kobietą, która mieszkała z synem naprzeciw nas. Pani Dojcz po¬chodziła z Rumunii. Godzinami przesiadywała u mnie, trzymała dziecko na rękach albo je kołysała w wózku, abym w tym czasie mogła załatwić rozmaite sprawunki, ugotować bądź uprać. Opowiadała ciekawe historie ze swego kraju i lat swojej młodości. Uczyła mnie rozpoz-nawać rozmaite cechy charakteru dziecka według daw¬nych zabobonów panujących w jej kraju. Śmiałam się z tego, ale lubiłam jej słuchać. Pani Dojcz przepowiada¬ła mi, co wyrośnie z małego Jakowa… (synka nazwałam imieniem mojego ojca). O dziwo, niektóre jej przepowie¬dnie ziściły się…
Z Hejrutu wzięliśmy ze sobą psa, którego tam przy¬garnęliśmy. Musieliśmy przywiązać go do namiotu, gdyż Żydzi ze Wschodu bali się i nie lubili zwierząt.
Łączyli z nimi rozmaite przesądy, a gdy nagle natknęli się na psa, wymawiali jakieś klątwy, następnie nabie¬rali w garść trochę ziemi i wsypywali ją sobie za pazuchę… Przypominało mi to trochę odczynianie uro¬ków. Dziwni ludzie, dziwne obyczaje. I oni zapewne myśleli tak samo o moich i Heńka polskich obyczajach. Wiele było w nich ciepła i wzruszającej prostoty. Od¬wiedzając ich namioty i zasiadając w gronie ich dużych, zgodnie żyjących rodzin, można było zapomnieć na chwilę o strasznej przeszłości i własnym sieroctwie. Uczyliśmy się jedni od drugich, tak jak wspólnie uczyliś¬my się języka hebrajskiego, aby móc wreszcie porozu¬mieć się ze sobą.
Heniek znalazł pracę w fabryce gumy w Tel-Awiwie. Była to gorsza posada od tej, którą porzucił przed wyjazdem do Hejrutu, ale byliśmy zadowoleni, że zna¬lazł stałą pracę, a nawet mogliśmy zaoszczędzić trochę pieniędzy z jego miesięcznej pensji. W „maabara” wydatki na utrzymanie były niewielkie, ale też warunki życia bardzo nędzne. W nocy i nad ranem dokuczało zimno, a w dzień namiot rozgrzewał się i cuchnął, rozpalony od żarzącego słońca. Zimą przez dziurawy brezent wlewał się deszcz do środka… Łóżko dziecka zakrywaliśmy wtedy paltami. Nieraz braliśmy Jakowa do siebie na noc. Pewnego razu zbudziliśmy się nad ranem, a małego nie było ani w łóżeczku, ani przy nas. Zamarłam z przerażenia. Niebawem okazało się, że śpi w najlepsze na ziemi pod łóżeczkiem. Wypadł i nawet nie rozbudził się. Ziemia w namiocie była wilgotna i miękka…
Nieraz zastanawiałam się, w jaki sposób zdobędziemy kiedykolwiek prawdziwy dach nad głową? Kiedy zdoła¬my zrealizować nasze marzenia? Suma pieniędzy, konie¬czna do zdobycia mieszkania, była wprost astronomicz¬na dla nas i dla ludzi naszego pokroju. Odkąd przyje¬chaliśmy do Izraela, mieszkania zdrożały niepomiernie! Na spacerach z dzieckiem marzyłam o mieszkaniu, które kiedyś będziemy mieli. Będzie w nim i ubikacja, i łazienka, światło elektryczne i żyrandol na białym suficie… Z tą tak piękną wizją przed oczyma wracałam do ciemnego namiotu, do wiszącego nad głową brezen¬tu, wkładałam dziecko do bielutkiego łóżeczka, którego czystość potrafiłam jednak, mimo wszystko, utrzymać.
Tę trudną rzeczywistość osładzał fakt, że tak bardzo byliśmy sobie z Heńkiem oddani, zawsze razem we wszystkim. Należeliśmy do siebie, a to dawało nam siły, aby znosić wszelkie niedostatki i czuć się szczęśliwymi. Nikt już nie mógł nas rozłączyć. Wspólnie walczyliśmy o swoją i dziecka egzystencję, borykając się z trudnoś¬ciami razem z tysiącami nowo przybyłych. Jakby sam los kazał nam zakosztować tutaj wszystkiego na własnej skórze. Byliśmy cząstką historii powstawania tego pań¬stwa, podobnie jak stanowiliśmy żywy dowód historycz¬nych zdarzeń z lat hitleryzmu i zagłady.
Po roku zostaliśmy przeniesieni do innej, „lepszej” części „maabara”. W miejsce namiotów postawiono tu brezentowe baraki. Były już bardziej podobne do „pra¬wdziwego” pokoju. Barak miał drzwi, okno, ale można je było otworzyć zwykłą żyletką… I mieścił się o wiele dalej od drogi, od stacji autobusowej. Rozmokły od
deszczu albo rozprażony od słońca brezent wydawał jednakowo obrzydliwy, mdlący zapach. A jednak było tutaj przytulniej niż w namiocie. Światło promieniowało z okna, pośrodku nie było słupa, więc postawiliśmy stół i kilka krzeseł, jak w normalnym pokoju. Maszynki naftowe, na których gotowałam, ustawiliśmy na skrzyn¬kach od warzyw, jak dawniej w Jaffie…
Przeprowadzki z jednego końca „maabara” na drugi dokonał Heniek. Od rana do wieczora przewoził rzeczy na wózku dziecka. Maszerował z tym kilometr w każdą stronę… Mimo że była to niezmiernie nużąca praca, nie denerwował się na nikogo. Wszystko zorganizował sprawnie. Nazajutrz wypakowałam rzeczy, urządziłam i przystroiłam to nowe pomieszczenie. Gdy Heniek wrócił z pracy, wszystko już było gotowe. Udało mi się stworzyć wygląd i atmosferę domu.
Również tutaj znaleźliśmy się wśród dobrych sąsia¬dów. Polubiliśmy jedni drugich. Pomagali mi opiekować się dzieckiem i zdobywać prowiant. Jedna z sąsiadek, do której szczególnie przylgnęłam, utraciła w czasie wojny męża i jedyną córkę w moim wieku. Pochodziła z Ru¬munii. W Palestynie wyszła za mąż ponownie, ale nie miała już dzieci, a bardzo je kochała. Była świetną gospodynią i bardzo serdeczną kobietą. Ona i jej mąż pokochali Jakowa i cieszyli się, gdy mogli trzymać go w swych ramionach, karmić i bawić się z nim. Pani Segal ciągle pouczała mnie, troszczyła się o dziecko i o mnie, jakbym była jej rodzoną córką.
Zima 1951 roku była wyjątkowo ciężka. Deszcz lał dniami i nocami, bez przerwy, w ciągu kilku tygodni.
Od lat ludzie nie pamiętali takiej pogody. Silne, gwałtowne wiatry towarzyszyły nieustannym ulewom, chłostały bre¬zent, zawalały namioty i baraki. „Maabara” zalana została wodą. Nie można było dostać się tutaj ani wydostać.
Leżałam w łóżku, Jaków cały czas przy mnie, mokry. Nie miałam więcej suchych ubrań, aby go w nie przebrać. Skończyła się nafta w bańce i w maszynkach. Nie mogłam niczego ugotować. Zapadł wieczór. Heńka nie było. Przez cały czas przysłuchiwałam się ze zgrozą wyciu wiatru, trzaskaniu rozpadających się wokoło baraków. Wszystko dookoła było zalane — morze wody. W ciągu dnia żołnierze w specjalnych ubraniach gumowych chodzili po barakach i wyciągali z nich ludzi. Zawozili ich do budynków szkolnych w mieście. Nie poszłam z nimi. Nie miałam w co ubrać dziecka. A rzeczy? Niewiele tego było, ale skąd weźmiemy inne, jeżeli i te przepadną? Cudem jakimś nasz barak nie zawalił się. Późnym wieczorem Heniek dobrnął do nas. Wiedziałam, że dotrze. Jakże się ucieszyłam! Od razu było mi raźniej. Heniek zakrzątnął się po baraku. Wypompował trochę nafty z prymusa i zapalił lampę. Starczyło jakoś i na zagotowanie wody na herbatę. Wróciło znowu życie!
Na ścianach zapadłych w sąsiedztwie baraków zebrało się dużo wody. Posługiwałam się nią do mycia, prania i innych potrzeb. Cieszyłam się, że nie muszę pchać się w kolejce do kranu i dźwigać ciężkich wiader. Z przyjem¬nością pluskałam się w miękkiej wodzie deszczowej.
Liczne deszcze i powodzie przyniosły rozmaite choro¬by do „maabara”. Zachorowałam na żółtaczkę.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: