Zyd Niemalowany

rabin DOV BER MEISELS
(1798 Szczekociny – 1870 Warszawa)

Obdarzony nie lada temperamentem politycznym. Tradycyjne życie żydowskie było dla niego za ciasne. Wsparł Powstanie Listopadowe. Jako rabin naczelny Krakowa skonfliktował się z ortodoksami lojalnymi wobec władzy; wziął udział w Powstaniu Krakowskim; został posłem parlamentu c.k. monarchii. Ale Kraków – jak zawsze, a cesarstwo Habsburgów – też zastój. Przeniósł się więc – zmieniając zaborcę z Austriaka na Moskala – do Warszawy. Gdzie, jako rabin naczelny, rzadko robił to, czego od niego oczekiwano, częściej – czego nikt się nie spodziewał. Zawsze jednak to, co – jego zdaniem – Żyd w Polsce robić powinien najbardziej. A gdy przyszło co do czego, myślą i sercem, słowem i czynem był za Powstaniem Styczniowym. Cytadelę, wygnanie ze stolicy i nadzór policyjny poznał z autopsji. Co zapamiętano: jego pogrzeb na Okopowej stał się wielką wspólną manifestacją Polaków i Żydów. Ówczesna prasa – cokolwiek inaczej, bo cenzura, ale jednak – głosiła jego zasługi.

Ponieważ dziś nie ma cenzury zob. niżej:


Część I (w Krakowie)

zyd niemalowany 2Nauczycielem wszystkiego, religii także, przyszłego rabina był – jakżeby inaczej – też rabin. Ale tym rabinem był jego własny ojciec. Więc z problematyką opresji, z którą mierzyć się miał przez całe dorosłe życie, zaznajomił się młody – na własnej skórze – już w domu rodzinnym.

Potem było małżeństwo z córką bogatego kupca i założenie pod Wawelem banku czy domu handlowego. Ale nie było mu pisane – jakby mądry był jeszcze bogaty, miałby za dużo! – bycie czynnym w ważnej dziedzinie życia ekonomicznego Małopolski (eksport-import). I nie wystarczało związanie się z miejscowymi postępowymi elementami kształtującej się właśnie gospodarki kapitalistycznej regionu. Zachciało mu się działalności w dziedzinie dotąd przez Żydów polskich raczej nie odwiedzanej. W polityce mianowicie. I od tej chwili jego biografii już się nie da pisać – takie to były czasy – bez materiałów pochodzących ze sfer żandarmeryjnych.

Z raportu dyrektora policji w Krakowie do resortowego zwierzchnika w Wiedniu z marca 1831 wynika, że spółka Meisels&Horowitz GmbH import już raczej nie, eksport natomiast – chętnie. Ale – uwaga, Panie Ministrze! – broni i amunicji dla listopadowych insurgentów. Którzy po zakończeniu działalności – chcieli dobrze, ale wyszło jak zawsze – nie byli w stanie, rzecz sama przez się zrozumiała, wywiązać się ze zobowiązań wobec liweranta. Więc firma na Kazimierzu – oględnie rzecz ujmując – straciła nieco na płynności finansowej. Zmniejszył się też rozmiar oraz zasięg jej handlowych operacji. Co przed jej Prezesem otworzyło nowe możliwości. Dając dostatecznie dużo wolnego czasu, by mógł – każdego z 365 dni w roku, przez 24 godziny na dobę – zajmować się tym, czego chciał najmocniej; tym, czego – jeszcze nie znając – lubił najbardziej; tym, co powoli stawało się jego największą życiową pasją.

Na razie – jak się wywrócisz, to wstając, przynajmniej coś podnieś! – zajął się żydowskimi sprawami społecznymi. Potem, sama już – od rzemyczka do koniczka – przyszła pora na politykę z prawdziwego zdarzenia.

Co, łącząc jedno z drugim, przez prawie 20 lat robił w Krakowie – wykorzystując skutecznie posag żony oraz swe religijne wykształcenie – jako naczelny rabin miasta. W materii poborów zadowalając się przez dłuższy czas samą satysfakcją bycia najbardziej niekwestionowanym autorytetem w sprawach nie tylko religijnych. Oraz równie niekwestionowaną wdzięcznością współwyznawców. Bo energicznie kontestował decyzje z Senatu Wolnego Miasta Krakowa. Który – jak piszą znawcy epoki – nie tylko stosował rozmaite dyskryminacje prawne wobec ludności żydowskiej, ale i nakładał podataki bez opamiętania.

Dawne kontakty z przedstawicielami polskich kół patriotycznych – jesień nie zrodzi, czego wiosna nie zasiała – nie poszły na marne. Rozszerzyły mu światopogląd i ukształtowały stosunek do kluczowych zagadnień społecznych oraz politycznych kraju. I pomogły mu wstąpić na właściwą i jedynie słuszną drogę powiązania walki o równouprawnienie Narodu Wybranego z walką o wyzwolenie Narodu Polskiego. Na odcinku żydowskim – oczywiście z jego udziałem. I najlepiej pod jego kierownictwem.

Na okazję do scalenia w jedno w/w szczytnych celów musiał, a to ze względu na powolne narastanie ruchu rewolucyjnego w krakowskiem, jednak poczekać. Ale prawdziwy polityk musi być cierpliwy. Więc w międzyczasie walczył – i my dobrze już wiemy dlaczego – m. in. o dopuszczenie żydowskich dzieci do publicznych szkół chrześcijańskich. Międzyczas skończył się w 1846, kiedy nadszedł wreszcie czas na realizację jeszcze ważniejszych priorytetów.

W roku owym, gdy go Meisels zobaczył w swym kraju: ”Żydzi – tak pisał rosyjski namiestnik w Warszawie do cara – strzelali z okien w Krakowie i w ogóle dali wyraźne dowody swej sympatii dla buntu”. Dali mu też okazję, by on sam – stojąc, jakżeby inaczej, na czele delegacji żydowskiej – uzyskał od nowego Rządu Narodowego wydanie publicznego apelu.

Czytając który, Żydzi podwawelscy mogli zapoznać się najpierw z wnikliwą diagnozą stanu rzeczy:
– Byliście pod zarządem wrogów uważani za oddzielny naród.
potem z zastosowaną terapią:
– Rewolucja przyjmuje was na łono społeczeńskie, zapewniając wam jako braciom jednej ziemi prawa ludzkie i zawita was jako Synów Ojczyzny godnych wyswobodzenia i otrzymania bezwzględnej równości,
wreszcie z oświadczeniem zawierającym ważne stwierdzenie:
– wszelkie Manifesta wydane i wydać się mające stosują się do Polaków, Izraelitów.

Nowo kreowanemu żydowskiemu leaderowi, przyjętemu wczesną Wiosną (Ludów) na łono społeczeńskie, zupełnie świeżemu Synowi Ojczyzny i nowonarodzonemu bratu Polakowi-Izraelicie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Niestety, rewolucjoniści krakowscy chcieli dobrze, ale znów skończyło się jak zwykle. I piętnaście minut Meiselsa rozwiało się jak sen jaki złoty. Mogłoby się tak wydawać. Ale nauka nie poszła jednak w las. A bycie równym spodobało mu się raz na zawsze.

Tymczasem jednak żyć i robić swoje trzeba było dalej, ale w zupełnie zmienionych już warunkach geopolitycznych: któregoś dnia mieszkańcy Krakowa położyli się wieczorem do łóżek jako mieszkańcy wolnego miasta, a obudzili się – w tych samych łóżkach – już w cesarstwie austriackim. Którego ogólna sytuacja ekonomiczna była opłakana, społeczno-polityczna – nie do wytrzymania, a stosunek władz centralnych do ewentualnych reform – szkoda nawet mówić.

Ale w polityce nie ma obrażania się. Jak nie można działać, trzeba przynajmniej rozmawiać. Więc szanowany i powszechnie już znany rabin wszedł w skład deputacji wybranej dla wręczenia cesarzowi tzw. adresu. Jego udziału w tym – skądinąd chybionym – przedsięwzięciu nie można traktować jednak jako przejawu zwykłej ambicji. A raczej – i nikt tego nie kwestionuje – jako wyraz głębokiej myśli i troski rewolucyjno-patriotycznej. Profetycznej w obliczu zbliżającego się kolejnego etapu Wiosny Ludów, w której na czele krakowskich mas żydowskich musiał przecież – w stosownym momencie – stanąć właściwy człowiek. Rabin z Krakowa.

Póki co pora była na wybory do pierwszego austriackiego parlamentu. I tu, trzeba przyznać, niewyrobiony jeszcze politycznie elektorat żydowski w Krakowie, pozostający ciągle pod wpływem niedobrze pojmującej istotę patriotyzmu polskiego kliki kahalnej, „związanej – jak trafnie zauważa historyk – ze szlachtą feodalną i reakcyjno-patrycjuszowskimi rodami żydowskimi”, nie stanął na wysokości zadania. Żydzi wybrali źle i niesłusznie, nie zważając na celnie sformułowany program zdecydowanie lepszego kandydata. Głoszącego, że przynależność do żydostwa wcale nie przeszkadza być patriotą polskim i że on sam najlepiej może reprezentować ogólne interesy narodu polskiego. Gdyż nie dzielą się one na sprawy żydowskie i nieżydowskie. Ale stało się! I nie było komu stanąć twarzą w twarz z kontrrewolucyjną akcją, podjętą przez władze zaborcze. Ale zło niedługo trwało.

Bo w uzupełniających wyborach przejawy podobnej dezorganizacji politycznej wśród społeczeństwa żydowskiego już nie wystąpiły. I krakowscy Żydzi mieli wreszcie w Kromieryżu, morawskim mieście w którym odbywały się w latach 1848-1849 obrady austriackiego parlamentu, przeniesione z ogarniętego walkami rewolucyjnymi Wiednia, reprezentację na jaką naprawdę zasługiwali. Może nawet i lepszą. A Meiselsowi dało to wreszcie właściwe forum do – między innymi – zabłyśnięcia swą biegłą znajomością języka niemieckiego i zarazem swym talentem kalamburzysty.

Co skwapliwie odnotowały kroniki: Oto, po zajęciu przez krakowskiego rabina-posła miejsca po lewej stronie sali obrad, tzn. w ławach opozycji, minister austriacki (zapewne spraw wewnętrznych) zapytał ze zdziwieniem:
– I pan, panie rabinie, po lewej [stronie]?
Na co niezmieszany pan rabin odpowiedzieć miał z właściwym sobie refleksem:
– Naturlich, wir Juden haben keine Rechte.

W kręgach badaczy zbliżonych do wczesnego Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce tę odpowiedź traktuje się jako danie wyrazu najgłębszemu przekonaniu, do którego autor celnej riposty doszedł już w 1846 roku, tego mianowicie że zdobycie praw i wolności dla Żydów w Polsce nie może nastąpić przez popieranie istniejącej administracji, ale poprzez bezwarunkowe sprzeciwianie się i zwalczanie jej.

Ale czas na sprzeciwianie się i zwalczanie jej w Krakowie dobiegał powoli końca. Jeśli w ogóle takowy kiedykolwiek się w tym miejscu na serio rozpoczął. Bo pomysł był od początku dobry, ale miejscowi jakoś nie chcieli stanąć na wysokości zadania. Żydzi także.

Ciąg dalszy w katalogu wystawy ↓

RZECZYWISTE i IMAGINACYJNE
portrety Żyda Niemalowanego
Centrum im. Ludwika Zamenhofa
Białystok 3 XI 2016 – 26 II 2017

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: