życie moje okazuje się czasem nie daremną nadzieją spełnienia…

Halina Birenbaum

 

Z młodzieżą niemiecką styczeń 2004

Minął tydzień, odkąd wróciłam do domu i wreszcie zaczynam działać normalnie w swej codzienności izraelskiej, w której mimo, że od dawna już nie ma nic nowego, pocieszającego, to jednak nigdy nie można narzekać na brak wstrząsających zdarzeń lub nudzić się jednostajnością – monotonnym spokojem… Można za nimi raczej tęsknić, marzyć o nich.

Obecna moja podróż do Ruethen, Warstein i Drosten (Westfalia) była tym razem w odróżnieniu od wielu poprzednich raczej takim odpoczynkiem, jakiego dawno nie zaznałam tutaj ani zagranicą. Serdeczne spotkania z zaprzyjaźnionymi rodzinami z poprzednich spotkań, na których opowiadałam swe wspomnienia z Shoah, z młodzieżą poznaną wtedy, czytelnikami moich książek. Celem tej kwietniowej podróży było zaproszenie z inicjatywy uczniów Gimnazjum Warstein na wieczór wymiany wrażeń i pokaz ich świetnie wykonanego filmu z podróży z stycznia 2004 do Auschwitz, w której oprowadzałam ich po obozie śladami moich przeżyć tam w latach 1943-45.

Poraz pierwszy w życiu przyjechałam do Oświęcimia z młodzieżą niemiecką. Oprowadzałam ich po obozie macierzystym Auschwitz. W Brzezince w baraku przy „mojej” narze opowiadałam długo o tym, co tutaj się działo na codzień, co przeżywałam wraz z setkami więzionych i męczonych tu kobiet, czego byłam naocznym świadkiem i ofiarą. Opowiadałam o świadomości nieodwołalnego wyroku śmierci jedynie za przynależność narodową – o życiu gorszym niż śmierć, i o wiekszej niż to pierwsze i drugie nadziei, wiary w to,że to co ludzkie musi zwyciężyć w końcu koszmar piekła komór gazowych, krematorii.

Panował mróz ponad 15%. Z trudem dobrnęlismy do mojego bloku w gęstym, głębokim śniegu, takim po którym tu nas gnali Wtedy w marnej, zniszczonej odzieży z namalowanymi czerwoną farbą krzyżami na plecach, w ogromnych, przemoczonych wiecznie drewniakach i przyklejonych do ran na nogach pończochach – a nie jeden raz w czasie selekcji w taką właśnie mroźną pogodę nago zupełnie na dworze, ledwie pojmując w tym osłupieniu rozkaz „Schue auch!” – Buty też zdejmowac!…Wiele skazanych w takich selekcjach miało ogrzać się na wieki w piecu krematorium, w ogniu buchającym dniami i nocami z komina krematoryjnego za drutami.

Młodzież skupiła się ciasno wokół mnie w baraku, słuchała mnie, jakby zamarła w bezruchu. Nikt nie zakaszlal nawet, nie chuchnął. Jakby zapomnieli o zimnie, śniegu, o uciekającym czasie – o samych sobie, przemieniając się nagle we mnie, w nas stamtąd, z prawdziwego Auschwitz nie z dzisiejszego Muzeum Pamięci w Oświęcimiu.

…wy przecież jesteście teraz ciepło odziani, macie dobre kurtki, czapki, buty, rękawice – jakoś poczułam pod koniec potrzebę usprawiedliwienia się, że tak długo trzymałam ich na mrozie w tym baraku… Opowiadałam w ciągu dwóch godzin! O czym myśleli, co czuli? Milczeli, i wydawało mi się, że mają mi za złe, iż muszą tak marznąć przeze mnie, że chcieliby już oddalić się ode mnie i od moich okropnych opowieści czym prędzej, choć widziałam, że mnie słuchali w wielkim napięciu i skupieniu.

Po tygodniu, przy pożegnaniu z nimi w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży, gdzie zatrzymaliśmy się wszyscy na czas tego pobytu w Oświęcimiu, dopiero przekonałam się, jak myliłam się co do nich i moim na nich wpływie. Każde z nich podchodziło do mnie po kolei i ze łzami w oczach dziękowało, ściskało moją dłoń. Wyrażali szczere uznanie, wdzięczność, że dałam im odczuć poprzez swe przeżycia tak dokładnie i żywo to wszystko, że zrozumieli dzięki mojej autentycznej opowieści, co się tutaj działo i właściwy sens swego przyjazdu do Auschwitz, czego nigdy nie zapomną.

W ich ponad półgodzinnym filmie ukazana została dobitnie, po ludzku groza tego miejsca, ból, żałoba po zamordowanych – przeraźliwa cisza śmierci w zlodowaciałych, tonących w śniegu ruinach krematoriów, barakach, drutach kolczastych, pustych, upiornych wieżach wartowniczych. Chwilami jakby się wkradała w te obrazy i slowa tragicznie smutna muzyka, niczem nieśmiały szept. Film pokazuje w każdym szczególe jak mocno i głęboko wczuli się w moją opowieść z Shoah, w to co oznaczało straszliwe słowo: Auschwitz. Powiedzieli to też na otwarciu i w zakończeniu tego wieczoru w szkole.

Stało mi się dobrze uświadomić sobie, że mogłam uczestniczyć w tej podróży, stać się częścią tych doznań w teraźniejszości.

Nauczycielki wyznały, ze ich poprzednie podróże z młodzieżą do Auschwitz miały charakter naukowy, badawczy – a obecna podróż wyzwoliła w nich nagle głębokie emocje pod wpływem mojego opowiadania, zwłaszcza to w baraku przy narze, z którymi nie łatwo jest się im uporać. Przede wszystkim z zaciskającym gardło płaczem.

W przepełnionym audytorium gimnazjum w Warstein oglądało w przejęciu film i słuchało tych doznań i wrażeń wielu nauczycieli, dyrektor szkoły,uczniowie, ich rodzice, liczni goście.

Byłam mile zaskoczona stosunkowo dużym udziałem w tym filmie zdjęć ze mną, fragmentów moich opowieści, zdań w dyskusji z niemieckim księdzem katolickim, który napisał na 500 stronach biografię Hoessa, komendanta obozu Auschwitz, twierdząc, że Hoess był człowiekiem jak my, jednym z nas. I, że Bóg pochylił się nad nim a przez to też nad nami, ofiarami jego zbrodni, wybaczyl Hoessowi wszystko, gdy on wrócił przed śmiercią do kościoła katolickiego i przeprosił naród polski za popełnione zbrodnie.

Fakt, że nie prosił o wybaczenie największe ofiary tych zbrodni – Zydów – tłumaczy autor tej książki „Bóg a zło”, że Bóg wie przecież, iż ludzie nie są doskonali… Młodzież zareagowała dojrzale, ludzko na te pisemne i ustne wywody, odrzucając je jednoznacznie.

Nie wierzylam sama sobie, ze to wszystko jest realne i w ogóle możliwe w Auschwitz – w moim życiu po tamtym wszystkim, czego doświadczyłam i straciłam tutaj Wtedy.

Uczniowie i nauczyciele ściskali mnie i calowali na powitaniu w Warstein, jak kogoś bardzo bliskiego i drogiego. Dziękowali, że zgodziłam się przyjechać do nich specjalnie na ten wieczór, mimo tak wielu zajęć i spotkań w Izraelu w tym czasie ze względem na kwietniowe Dni Pamięci – Holocaust Days. Uczniowie przynieśli mi od siebie ogromny bukiet kwiatów pod koniec, fotografowali się ze mną znów jak w styczniu w Polsce niezliczoną ilość razy, prosili o autografy na okładkach videa tego filmu i mojej nowej książce „Zycie jako nadzieja”…

Może naprawdę życie moje jest nie daremną nadzieją spełnienia?

A potem był ten spokój kojący i odpoczynek, cudowne spacery po przestronnych, zielonych okolicach pośród pięknych domkow okolonych pedantycznie utrzymanymi ogródkami pełnych różnych,pięknych kwiatów w Ruethen; serdeczne przyjęcia u zaprzyjaźnionych nauczycieli w Marl, Dorsten. Wspaniałe krajobrazy przy łagodnej wiosennej pogodzie…

Przyjazd do Niemiec i powrót do kraju, do domu trwały cały dzień od wczesnego rana do wieczora. Wszędzie męczące, dokładne sprawdzania, prześwietlania: w Tel Avivie, Frankfurcie, Padeborn – przypomnienie prawdziwej rzeczywistości obecnego świata terroru, o ktorej w ciągu tego dobrego tygodnia oddaliłam się i trochę, mimo woli zapomniałam.

Wyruszyłam na lotnisko sama taksówką i w taki sam sposób wróciłam do domu. Zeby, jak mówi nasz syn, przynajmniej nie narażać także ojca w razie ataku terroru – zemsty za zemstę, za zemstę, których nie ma końca.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: