Tajemnica Pana Cukra cz. 18 – 1 maja

Anna Karolina Klys


Co roku, pierwsze dni maja były okazją do manifestowania swoich uczuć i przekonań „pro” i „contra”. 1 maja 1937 roku robotnicy, związki zawodowe, partie lewicowe występowały przeciw kapitalistom, faszystom, wyzyskowirobotników itp. Szły pochody: PPS, Bundu, Poalej Syjon-Prawicy, PPS- Frakcji Rewolucyjnej, Poalej Syjon-Lewicy i Niezależnej Socjalistycznej Partii Pracy oraz minipochód jednoosobowej partii Polskich Socjalistów Narodowo-Radykalnych niejakiego Obodyńskiego. Najliczniejszy był pochód PPS, niektóre zakłady pracy przerywały pracę i robotnicy przyłączali się do marszu, nieśli sztandary i transparenty: „Walka naszych ojców jest naszą walką”, „Precz z faszyzmem”, „Cześć bojownikom Hiszpanii”, orkiestra gra Czerwony sztandar. Ulicami Warszawy, Łodzi, Lwowa maszerują tysiące ludzi (w Warszawie – ok. 50 tys. manifestantów, którym towarzyszyło dziesięć orkiestr przyzakładowych!) konwojowane przez milicję PPS i policję państwową. Są przygotowani na spotkanie antagonistów. Na trasie pochodu oenerowcy witali pierwszomajowych uniesionymi pod kątem prawymi rękoma, krzyczeli:

„Precz z Żydami,precz z żydokomuną”, śpiewali:

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!

Nie damy pogrześć mowy.

Polski my naród, polski lud,

Królewski szczep Piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg!

Tak nam dopomóż Bóg!

PPS-owcy w odpowiedzi podnosili zaciśnięte pięści i odśpiewywali:

Precz z tyranami, precz z zdziercami!

Niech ginie stary, podły świat!

My nowe życie stworzym sami

i nowy zaprowadzim ład.

Krew naszą długo leją katy,

wciąż płyną ludu gorzkie łzy,

nadejdzie jednak dzień zapłaty,

sędziami wówczas będziem my!

Nie kończyło się tylko na popisach wokalnych i rozrzucaniu ulotek typu „Dzień 1 Maja to święto żydowskie, komunizm to chleb dla Żyda, bij Żyda – to nasz wróg!”, wcześniej czy później pojawiały się petardy, kamienie, rozkręcały się bójki na laski i kastety. 1 maja 1937 roku w samo południe, w Warszawie, kiedy pochód Bundu (maszerowali czwórkami w kolumnach) wychodził już ze zbiegu ulic Miłej i Smoczej, rozległy się strzały.

Ulica Miła to jest „ta” Miła, gdzie:

„ani jedno drzewko nie rośnie,

na ulicy Miłej – w maju! –

ludzie nie wiedzą o wiośnie,

ale cały rok hula perspektywa

łysych gazowych latarni,

łbem waląc w mur cmentarny.”

[Władysław Broniewski, Ulica Miła]

Więc na tej łysej Miłej stoją kamienice, trzy- czteropiętrowe, w każdym domu cuchnie podwórko, dzieci wolą bawić się na chodnikach, wśród tłumów ciągnących dniami i nocami. Tu mieszkają sami biedacy, na Miłej, na Smoczej, Nowolipkach i Pawiej – bieda.

Handelki, szewc, fryzjer, stragany na odwróconych skrzynkach, a na nich obeschnięte jabłka, cebula i woda sodowa. Rzadko dzieje się coś wesołego, szybciej jakaś bójka niż karuzela, więc kiedy 1 maja maszerują robotnicy ze śpiewem i czerwonymi sztandarami, dzieciaki stoją wzdłuż ulicy i krzyczą, machają do nich. Jest ładna pogoda, tłok ogromny, bo po bruku szli robotnicy i przechodnie musieli się tłoczyć na chodnikach, mama małego Abramka wyszła z mieszkania, wzięła syna na ręce, żeby mógł zobaczyć pochód. Podniosła go wysoko, nie był ciężki, tylko wiercił się jak fryga, ściskał jej szyję chudymi rączkami i krzyczał coś z radości.

I wtedy usłyszała strzały.

 

Karetki zabrały: Fajgę Juwanową l. 43 ze Smoczej 39 – postrzeloną w czoło i kolana, Luzera Nisenbauma l. 17, krawca z Niskiej 16, postrzelonego w ramię, szewca Hersza Dromlewicza 43 ze Smoczej 55 – z raną postrzałową okolicy oka i Abrama Engelszena, postrzelonego w obojczyk, nawet nie był na ulicy – wyglądał przez okno swojego mieszkania przy Smoczej 50.

I jeszcze dzieciaki: ośmioletniego Gerszona Perelmutera z Muranowskiej 34 – postrzelonego w łopatkę, sześcioletnią Chaię Wagmanównę z Sochaczewskiej 6 – ranną w rękę i Abramka Szenkiera, pięciolatka ze Smoczej 57. Abramek zmarł w karetce, w drodze do szpitala na Czystem. Świadkowie mówili, że strzelali jacyś mężczyźni w gabardynowych płaszczach, później rzucili petardę, ale w tym zamieszaniu i krzykach ludzi nikt nie pomyślał, żeby ich łapać, szybko wtopili się w tłum i uciekli w kierunku Woli.

Mama Abramka też trafiła do szpitala, zupełnie zwariowała, kiedy trzymany na rękach synek w jednej sekundzie przestał w kółko trajkotać, śmiać się i pokazywać kolejne transparenty,straciła rozum, kiedy nagle małe ciałko zwiotczało, cała była wymazana jego krwią i wyła jak zwierzę, klęczała nad ciałem synka, lekarze z pogotowia nie mogli oderwać jej od dziecka, musieli dać jej zastrzyk i zabrali na obserwację.

Pogrzeb Abramka odbył się dopiero 5 maja. Miał być o trzynastej, ale koło piątej trzydzieści rano pod kamienicę przy Smoczej podjechał samochód policyjny, obudzili rodziców Abramka: właśnie odbywa się pogrzeb waszego synka. Ciało było już na cmentarzu przy Okopowej, Towarzystwo „Ostatnia Posługa” wszystko przygotowało.

Pogrzeb był szybki, nad grobem tylko najbliższa rodzina, matka, która kilka razy zemdlała, i ojciec, który nie mógł odmówić kadysz, bo głos mu się łamał. Policja bała się zamieszek, więc pogrzeb przeprowadzono półjawnie, sąsiedzi i znajomi rodziny musieli zostać za płotem, o 6.30 było już po wszystkim.

Po kilku dniach dochodzenia policja zatrzymała na uniwersytecie studentów: matematyki – Henryka Tatura, medycyny – Janusza Olejniczaka i Jana Smoleńskiego oraz prawa – Konstantego Okińczyca (wszyscy z ONR). Przyszły adwokatalbo sędzia i lekarze zostali aresztowani pod zarzutem użycia broni 1 maja 1937 roku w czasie pochodu BUND-u.

Powtórka, z podobnym wektorem sił, tyle że o przeciwnym zwrocie, nastąpiła 3 maja. Teraz manifestowali narodowcy i chrześcijanie. Wtedy wokół pochodu „równych szeregów piaskowych koszul” gromadzili się pepeesowcy i zaczepiali manifestacje.

3 maja wieczorem na Wybrzeżu Kościuszkowskim w Warszawie zebrał się tłum młodzieży endeckiej. Około tysiąca osób maszerowało Powiślem, bijąc napotkanych Żydów, tłukąc szyby w oknach wystawowych. W ramach „walki ekonomicznej” zniszczono dokumentnie Owocarnię Salomona Jungfera, a towar rozkradziono. Endecy wrzucili do Wisły Kelmana Lifszyca, na szczęście Kelman potrafił pływać. Mimo że na miejsce przybyły wzmocnione posiłki policji, do późnej nocy po ulicach Warszawy kręciły się mniejsze grupy młodzieżynarodowo-katolickiej, zbili m.in. szyby w Cafe Paradis na Nowym Świecie.

Bardzo nieliczni mieli odwagę zabrać głos. Emil Zegadłowicz opublikował długi tekst:

„Antysemityzm w najgłębszej (głębinowej, więc najmroczniejszej)

swej istocie wyrasta na półświadomym (lub też zupełnie

nieświadomym) zadrażnieniu miejsca bezwładu plemion

„aryjskich”, z bezwładu, zacisza i nieruchawości budzi je wieczysty

niepokój, a to znaczy: presja semickiego geniuszu; to

to samo. Człowiek budzony ze snu jest zły. Antysemityzm jest

kompromitującym synonimem bezsilności i beztwórczości,

braku inwencji, inspiracji i inicjatywy myśli. Antysemityzm jest

brudną, nieuczciwą chęcią pozbycia się świadka. Jaką drogą?

Skrytobójczą czy jawnobójczą – obojętne. (…) Obowiązkiem

moim (…) stać zawsze po stronie krzywdy, w obronie praw

człowieka, stowarzyszenie się jawne i nieustępliwe z tymi,

którzy są lżeni, poniewierani, podawani w pogardę, bici i prze Obowiązkiem

moim (…) stać zawsze po stronie krzywdy, w obronie praw

człowieka, stowarzyszenie się jawne i nieustępliwe z tymi,

którzy są lżeni, poniewierani, podawani w pogardę, bici i przeganiani

ze swych warsztatów pracy. Nie jest to może łatwe,

w każdym razie nie jest wygodne; prawdopodobnie jest też

nie ojczyźniane. Lecz odpowiedzialny w swym poczuciu pisarz

musi postępować jak uczciwy lekarz, z powołaniem – nie bać

się epidemii, zwalczać ją w ognisku największego natężenia.

Jest to jedyna dana nam możność rehabilitowania tej ponurej

epoki, w której nam czynnie żyć wypadło. Słowo jest ważniejsze

niż czyn, jest stwierdzeniem czynu. Ojczyzno! Jestem tam,

gdzie jest wspólne dobro wszystkich. Nie ma ojczyzny, gdzie

jest krzywda ludzka.”

[„Wiadomości Literackie”, tu za: „Nasz Przegląd”, 6 V 1937]

 

Abramek Szenker miał pięć lat, kiedy zginął i był najmłodszy pośród Polaków narodowości żydowskiej zabitych do 1939 roku z racji pochodzenia. Chociaż w październiku 1937 roku w Ogrodzie Krasińskich wydarzyło się coś, co mogło zmienić tę statystykę. Adela Waszówna, służąca Dawida Menachera z Pawiej 20, jak zwykle po obiedzie spacerowała z jego trzyipółletnim synkiem. Była druga po południu, w ogrodzie mnóstwo niań z dziećmi, Adela pchała wózek alejkami i obserwowała, jak to miała w zwyczaju, towarzystwo. Przez to zapewne nie zwróciła uwagi na idących za nią mężczyzn. Nagle grupa otoczyła ją, jeden z nieznanych jej chuliganów oblał wózek i dziecko benzyną, a drugi rzucił zapałkę. Adela widzi, jak zaczyna się palić kocyk, płaszczyk i rajstopki na małym, wrzeszczy, biega w kółko, dopiero przechodnie wyciągnęli dziecko, płaszczami zdusili płomienie.

Poparzone dziecko odwieziono do prywatnej lecznicy, sprawcy zbiegli. 16 listopada 1935 koło szóstej wieczorem pod synagogą na przedmieściach Sosnowca, na Pogoni, wybucha bomba. Siła wybuchu wyrwała drzwi i kawał muru. Na ulicy bawiły się dzieci, troje zostało rannych. Do szpitala na Pekinie odwieziono Trajmana, Zaubermana i Rozenbluma. Najciężej ranny czternastoletni Moszek Rozenblum, którego odłamek trafił w brzuch, zmarł następnego dnia po południu.

Tak więc Abramek pozostał najmłodszą ofiarą zabójstwa. Ale nie jedyną. Na wsiach, gdzie nie było mowy o walce z żydokomuną ani o bojkocie ekonomicznym, też ginęły dzieci.

Wszystkie czesci

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: