ANDRZEJ FRANASZEK, Zbigniew Herbert: „Chciałbym mieć grób w Jeruzalem”*

Płaskowyż Masady. 

Dziękując za Nagrodę Miasta Jerozolimy, Herbert ostatnie zdania przemówienia miał zapisane wyraźnymi, wielkimi literami, czytał je bowiem po hebrajsku. Brzmiały one: „człowiek z dalekiej Polski przynosi Wam słowa i uczucia wielkiej sympatii i solidarności, w złym i dobrym, w smutku i radości. Życzę wszystkim ludziom dobrej woli mieszkającym na tej pięknej, umę­czonej świętej ziemi – pokoju”1.

Andrzej Franaszek


Pisząc o podróży Zbigniewa Herberta do Jerozolimy w kwietniu 1991 roku, wracając do niej myślami w inne kwietniowe dni, gdy obchodzone przez chrześcijan święto Zmartwychwstania spotyka się z pamięcią o kolejnej rocznicy powstania w warszawskim getcie, a przede wszystkim chcąc uchwycić, jakie emocje wiązały jednego z największych polskich poetów, prawodawcę zbiorowej wyobraźni z narodem żydowskim, możemy umieścić sprawę tę w cokolwiek szerszym kontekście. W duchowym obszarze, któremu patronować mogą słowa autora Przesłania Pana Cogito, jakie skierował on niegdyś do młodszego przyjaciela, poety Krzysztofa Karaska, nakazując mu, by pamiętał, że „dla pisarza są dwie najważniejsze rzeczy: nigdy nie zabłądzisz, jeśli będziesz z tymi, których biją, i z tymi, których mniej”. Niewątpliwie takie właśnie przekonanie kierowało samym Herbertem w wielu istotnych momentach jego życia.

„Izalim ja stróżem brata mego?”

Jednym z nich, w paśmie osobistym wyjątkowo bolesnym, jest II połowa lat 80., kiedy to poeta wyjeżdża na Zachód z Polski spętanej stanem wojennym, upokorzonej i zastraszonej. Fragment prozy o tytule Leniwy język pozwala ukazać ten aspekt jego ówczesnej egzystencji, który wiązał się z potrzebą reakcji, bezpośrednim zaangażowaniem, próbami zmiany historii wydarzającej się na jego oczach. Pisał tu zatem poeta:

„czytam (…) o wielkiej orientalnej rzezi, jaką Mitrydates Eupator, król Pontu, zgotował mieszkańcom Efezu – jednego dnia w ciągu kilku godzin wymordowano osiemdziesiąt tysięcy mężczyzn, dzieci, kobiet i starców (…) czytam lamenty średniowiecznych historiografów opisujących nieopisane okrucieństwo barbarzyńskich najeźdźców (…); czytam wreszcie – aby zbliżyć się na odległość konkretnego człowieka – więzienny list Kamila Desmoulins, płomiennego rewolucjonisty, przez rewolucję skazanego normalną koleją rzeczy na śmierć, który błaga ukochaną Lolotte, aby przysłała swój miniaturowy portret, a także okulary w stalowej oprawie numer piętnaście, zapewniając na koniec, że kiedy gilotyna oddzieli głowę od ciała, jego gasnące oczy będą w nią utkwione na zawsze. Czytam to wszystko i odczuwam – uniwersalne współczucie. Zaprawiałem się w tym od lat. Na początku była to skłonność, potem pasja, w końcu rzemiosło, to znaczy wyuczona sztuka obalania granic czasu, utożsamiania się z losem innych. Myślę, że w miarę mego talentu i wiedzy udało mi się to w pewnym stopniu. Mógłbym być zadowolony, gdyby nie fakt, że całe owo uniwersalne współczucie bliższe jest wodnistej melancholii niż prawdziwego bólu” (GH, 122).

Bardzo to ładne słowa, znak wrażliwości, ale także potrzeby czynu, jednoznacznego, wręcz dotykalnego faktu. W gruncie rzeczy mówimy tu o sprawach intymnych, tworzących podwaliny ludzkiego serca. Mało komu oprócz żony opisałby Herbert tę chwilę z Bożego Narodzenia 1986 roku, kiedy to będąc w Berlinie, pojechał w odwiedziny do przyjaciół: „taksówką, z chłopcem, który skakał przez mur berliński i jak zaczął mówić o tym, to się rozpłakał i chciał mnie wozić za darmo po Berlinie wśród sztucznych choinek, żarówek, które palą się Złotemu Cielcowi – powiedział, że jest szczęśliwy, że mógł mi to wszystko powiedzieć, bo tutaj nikt go nie chce słuchać”. Już podczas spotkania ta rozmowa „zrobiła ze mnie lwa walczącego w obronie pokrzywdzonych, nie zrozumianych – którzy są solą ziemi. (…) Wyszedłem smutny, ale umocniony w zarozumiałym przekonaniu, że jestem – jak potrafię – po stronie Pasji i Miłości przeciw Obojętności i Głupocie”2. Mniejsza w tej chwili o to, czy rzeczywiście bogaci mieszkańcy Zachodu byli obojętni na los „skrzywdzonych i poniżonych”, jakie były w takim osądzie proporcje słuszności i uproszczeń, ważne jest to poruszenie serca, które zmuszało autora Raportu… do podejmowania najrozmaitszych działań. Wysyłania paczek, oddawania pieniędzy czy wreszcie formułowania apeli, które z pewnością nie wpłynęły zbytnio na porządek świata, ale pozostają świadectwem niezgody na świata tego nieprawość.

W maju 1990 roku poeta próbuje odnieść się do politycznej sytuacji Litwy, która ogłosiła niepodległość, przed sobą zaś miała jeszcze okres niepewności, a nawet szturm żołnierzy Armii Czerwonej na wieżę telewizyjną w Wilnie, której bronić będą nieuzbrojone tłumy. Do Miłosza – przezwyciężając osobiste opory – pisze zatem Herbert: „za mało robi się, aby sprawa Litwy nie przestawała być żywa w świadomości mieszkańców wolnego świata. Próbowałem tutaj coś nakręcić, ale bez skutku. Dlatego, proszę Cię, gdybyś organizował jakiś list otwarty z paroma podpisami – umieść – jeśli to uznasz za stosowne, moje nazwisko”3. Nawiązuje też kontakt z Tomasem Venclovą, litewskim poetą i opozycjonistą, od połowy lat siedemdziesiątych emigrantem z Sowietów, wysyła doń list z – jak sam to określa – „dość dziwaczną prośbą czy też propozycją”: „Ponie­waż to, co dzieje się na Litwie i w innych Krajach Bałtyckich, nie daje mi spo­koju, pytam Pana, czy nie ma jakiejś rozsądnej inicjatywy, aby wysmażyć list otwarty intelektualistów domagający się niepodległości tych Krajów. Gdyby coś takiego zaistniało i sam byłby Pan skłonny podpisać taką odezwę – ja również chciałbym się przyłączyć”4.

Gdy wspomnimy jedną z linii wiersza Raport z oblężonego Miasta: „ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni / obrońcy Dalajlamy Kurdowie afgańscy górale”, zrozumiałe stanie się, że jej autor musiał zareagować, gdy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Saddam Husajn postanowił zdławić kurdyjskie dążenia do zdobycia autonomii. Jego armia dokonywała ludobójstwa, posługując się także bronią chemiczną, mogło zginąć nawet dwieście tysięcy osób, Zachód zaś długo nie reagował, bo Irak potrzebny był Stanom Zjednoczonym w rozgrywce z Iranem ajatollaha Chomeiniego. Niewiele też zmieniła przegrana przez Husajna wojna o Kuwejt, amerykańska interwencja, wspierający wtedy Stany Kurdowie znów stali się obiektem prześladowań i mordów. Poeta postanowił zatem napisać list otwarty do prezydenta George’a Busha, miał na tyle znane nazwisko, by jego protest opublikował „The New York Times”. Stwierdzał tu stanowczo:

„świat w osłupieniu śledzi tragedię Kurdów. (…) Nie może Pan pozwolić, żeby się powtórzył błąd polityki amery­kańskiej, która w historii dwudziestego wieku tak często nie umiała obronić ani wolności, ani demokracji. Prezydent F.D. Roosevelt doskonale wiedział, jaki był los Żydów w czasie II wojny światowej, ale nie reagował. Jego następca opuścił wszystkich swoich sojuszników w Europie Środkowej, którzy w czasie tej wojny walczyli z faszystami i wydał ich na pastwę stali­nowskiego zdziczenia (…). Następnie, w 1951, opuściliście Niemców ze Wschodu, Węgrów – w 1956, Cze­chów i Słowaków – w 1968, Afgańczyków – w 1980 i Bałtów – w 1990. Ma Pan, jak sądzę, wyjątkową okazję historyczną, żeby zerwać z tą serią poważnych i haniebnych błędów (…). Nie można już zwlekać. W chwili, gdy piszę ten list, umierają ludzie” (WG II, 363).

Jego wybory, opowiadanie się po tej czy innej stronie konfliktów, rządziły się nie kalkulacją, lecz potrzebą przeciwstawiania się – jak sam to ujął – obojętności, która jest potężną siłą, ułatwiającą zadanie jeśli nie diabłu, to już na pewno jego licznym ambasadorom. W końcu – jak brzmi genialny w swej ironii fragment jednego z wierszy Herberta – „jesteśmy mimo wszystko / stróżami naszych braci”. Kiedy wiosną 1991 roku znalazł się poeta w Jerozolimie, wkrótce po wydrukowaniu przez amerykańską gazetę powyższego apelu, nalegał – jak wspomina jego tłumacz David Weinfeld – „żeby został on opublikowany także w prasie izraelskiej”. Bardzo mu też „zależało na zorganizowaniu w Izraelu wieczoru poświęconego sprawie Kurdów (…). Proponował, żeby scena była całkowicie pusta, a na ścianie miał być napisany jeden werset biblijny, z Księgi Genesis: «Izalim ja stróżem brata mego?»”5. Jak z wielu zamierzeń, także i z tego wieczoru nic nie wyszło, ale znów moglibyśmy powiedzieć – liczyła się chęć. Ilu europejskich poetów, lecąc do Izraela po odbiór nagrody literackiej, zamiast planować swoje wystąpienie, chciałoby przygotowywać spotkanie w obronie mordowanych w jakimś zakątku globu nieznanych sobie bliżej ludzi?

Siedziba bezpiecznych

Calosc TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: