Ostatnio przywoływany głównie w kontekście politycznym. Leżący na styku trzech kontynentów i trzech religii Izrael to kraj, który od dawnaprzyciąga ludzi z całego świata. Tych, którzy tam nie byli, fascynuje, ale i trochę przeraza. Dziennikarz Marcin Gutowski wyjaśnia, skąd bierze się jego nałóg podroży na Bliski Wschód.

Od ilu lat jeździsz do Izraela i Palestyny?
Od 11, byłem tam blisko 20 razy.

Co przez ten czas zmieniło się w tych miejscach?
Widać rozwój infrastrukturalny, bo Izrael jako państwo mocno przyspiesza: nowe wiadukty, estakady, kiedyś nie było tramwaju w Jerozolimie, a teraz jest jej wizytówką. Poza tym zmieniają się Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu – ostatnio sprawiają wrażenie, jakby godzili się ze swoim losem i widzieli nieuchronność porażki.

A jak zmienili się sami Izraelczycy?
Po wynikach wyborów i sondaży politycznych widać, że skręcają cały czas w prawo. To efekt straszenia wrogiem wewnętrznym lub zewnętrznym i prowadzenia strategii oblężonej twierdzy przez rządzącego od kilku kadencji premiera Benjamina Netanjahu. Izraelczycy są ludźmi otwartymi, hałaśliwymi i droczącymi się miedzy sobą na wszelkie możliwe sposoby; bardzo dużo gadają, kłócą się i krzyczą. Jest taka anegdota, że gdy widzisz na ulicy dwóch gestykulujących i krzyczących na siebie Izraelczyków, w dodatku z groźnymi minami, to najprawdopodobniej wymieniają się przepisami na humus albo szakszukę. Taki ich narodowy temperament! Tam można powiedzieć niemal wszystko, niemal na każdy temat i niemal każdy nie zgadza się z drugim. Jednocześnie niemal każdy przyznaje, że to jest normalne i tak powinno być. Polityka to ulubiony temat w Izraelu – tam się nią wręcz oddycha. Izraelczycy o korzeniach europejskich narzekają, że jest za gwarno, aż chce się uciec, by odpocząć. Ale gdy wyjeżdżają, szybko tęsknią i wracają.

Widok na stare miasto Jaffa. (fot. iStock)

Czym są dla ciebie podróże do Izraela?
W pewnym sensie nałogiem. Niektórzy mówią o jednostce chorobowej zwanej „syndromem jerozolimskim”. Polega on na tym, że ludzi ciągnie do Ziemi Świętej, a gdy trafiają do Jerozolimy, uznają się za Mesjasza. To miejsce tak na nich wpływa. Ja wprawdzie nie chodzę na bosaka po starej Jerozolimie, ale zdecydowanie zadurzyłem się w tym miejscu. W jego specyfice, różnorodności, niejednoznaczności, skomplikowaniu. W etnicznych, religijnych i narodowościowych trudnościach. To ziemia obiecana dla człowieka, który jest ciekaw świata.

Dlaczego akurat Izrael?
Bo tam jest świat w pigułce. Na Bliskim Wschodzie stykają się trzy kontynenty: Europa, Azja i Afryka. W Izraelu są Żydzi z całego świata: Jemenu, Polski, Ameryki, Maroka, Niemiec, a do tego Arabowie, ze swoimi podziałami. Tu spotyka się historia cywilizacji judeo-chrześcijańskiej i arabskiej. Jerozolima jest przecież najświętszym miastem trzech religii. Wreszcie przyroda: Morze Śródziemne, cudowne plaże Tel Awiwu i hipnotyczna pustynia Negew, która przyciąga pięknem, surowością i klimatem. Po kilku dniach pod gołym niebem, patrzeniu w gwiazdy, pilnowaniu, by skorpiony nie wchodziły na ciebie, zaczynasz inaczej postrzegać świat. A jeszcze jest zielona Galilea, Wzgórza Golan i Hermon, gdzie zimą można zjeżdżać na nartach… Czego chcieć więcej?

Widać tez duży wzrost wycieczek z Polski do Izraela. Masowa turystyka nie zabija uroku tego miejsca?
Ta część świata jest celem turystyki takiej czy owakiej od około dwóch tysięcy lat. Tam zawsze było gwarno i tłoczno. Cieszę się, że coraz więcej turystów z Polski podróżuje na własną rękę, bo to pozwala poznać lepiej tubylców. By naprawdę zasmakować Izraela, trzeba kogoś zagadnąć na ulicy albo samemu dać się zaczepić. Oni lubią zarówno gadać o sobie, jak i słuchać o tobie – to też jest fantastyczne w tym kraju. Dlatego zachęcam, by zaczepiać ludzi w knajpach, rozmawiać ze sprzedawcami widokówek, ludźmi na deptaku Ben Jehudy w Jerozolimie… Nie bójmy się, próbujmy, a gwarantuję, że prawie każdy będzie chciał rozmawiać. I że większość usłyszanych historii nas zaskoczy i jakoś zbuduje. Zabrzmi to banalnie, ale za każdym razem gdy z kimś rozmawiasz, stajesz się trochę inną osobą, niż byłeś przed tym spotkaniem. Spotkanie z drugim człowiekiem zawsze zmienia.

Jak ciebie zmieniły lub nadal zmieniają bliskie spotkania na Bliskim Wschodzie?
Jestem zupełnie inny w Polsce niż na Bliskim Wschodzie. Tutaj jestem introwertykiem, a tam zwykle trudno nim być. Bardzo lubię swoją druga twarz, którą tam mimowolnie przybieram. Izraelczycy i Palestyńczycy nauczyli mnie też pewnego rodzaju luzu, pomimo trudności życia. I dystansu do różnych spraw.

Powiedziałeś, że gdy pierwszy raz poznałeś Izrael, to zadurzyłeś się z nim, jak w kochance. Czy po tylu wizytach wciąż oglądasz go tym samym zachwytem?
Już nie. Wracam do tego wyidealizowanego świata naiwnymi wspomnieniami. Myśmy sobie z Izraelem spowszednieli. Wyrzucam to sobie, bo nadal trafiam tam do cudownych miejsc i na wyjątkowych ludzi – ale traktuję to wszystko jako pewną oczywistość. Zauważyłem nawet, że już nie chce mi się opowiadać kolejnej historii związanej z konfliktem palestyńskim albo emigracją Izraela lub czasami Holocaustu. Tam niemal każdy ma taką historię w zanadrzu, przestaje mnie to dziwić. Ten mój związek z Izraelem mocno się już osiadł i dlatego fajnie jest czasami rozstać się na dłużej, by złapać trochę oddechu i do siebie zatęsknić.

I ten sposób się sprawdza? Czujesz, że masz tam jeszcze coś do odkrycia?
Zawsze będę miał. To jest raj dla reportera, bo tego miejsca nie da się do końca ogarnąć rozumem. Jeżeli ktoś uważa, że rozumie Bliski Wschód, a zwłaszcza Izrael i Palestynę, to jest niepokornym pyszałkiem. Im więcej widzisz, im więcej wiesz, tym więcej pytań powstaje i tym większą masz świadomość, że niczego nie rozumiesz.
Zbierając materiały do mojej książki „Święta ziemia”, jednego dnia byłem totalnie zaskoczony jakąś opowieścią – wywołała we mnie wytrzeszcz oczu i wydawało mi się, że nic jej już nie przebije, a następnego dnia to się właśnie działo. Każdej z tych historii można by poświęcić osobną książkę. Rozmawiałem z setkami ludzi, z których prawie każdy niósł jakiś bagaż – od widoku turlających się głów po asfalcie, poprzez morderstwa najbliższych, po wyburzenia domu rodzinnego, dzieci zostawione bez dachu nad głową, konieczność koczowania z całą rodziną w jednym pokoju bez toalety. To w tobie zostaje.
Po jakimś czasie zauważyłem, że aby przebrnąć przez ten emocjonalny okres zbierania materiałów do książki i wszystkie trudne rozmowy, postanowiłem zupełnie odciąć trudne emocje. Nie dopuszczałem ich do siebie. Ale to nie było zdrowe. Nie da się wyizolować tylko trudnych emocji – jeśli już odcinasz, to wszystkie. Dlatego musiałem dać sobie trochę czasu, by potem dojść do siebie i znowu zacząć czuć.

Uważasz, że te rozmowy są warte takiej ceny? Rozwijają cię czy jednak zamykają na cierpienie?
Dla mnie na tym właśnie polega bycie człowiekiem, żeby mieć kontakt z innymi ludźmi. Nie tworzyć sobie obrazu świata opartego tylko na swoim widzimisię, ale do tego świata wyjść i zobaczyć, jaki naprawdę jest.
Gdy rozmawiasz z człowiekiem, który przeprowadził zamach terrorystyczny i który twierdzi, że trzeba zrzucić bombę atomową na Izrael, bo z wrogiem się nie rozmawia, jego trzeba tylko zabić – to najpierw myślisz o nim jak najgorzej. Potem dopiero zaczynasz rozumieć, czemu taki jest. On nie jest z gruntu zły, ma swoje doświadczenia z więzień izraelskich, był wysiedlony, upokorzony, zmuszony do życia na emigracji. Ma rodzinę i dzieci, o które dba, ludzie go lubią…
Poznałem też kobietę, w której życiu, jak w soczewce, skupia się cała zawiłość tamtejszych konfliktów narodowościowych. Oriana jest Chilijką, ma męża Araba, który uważa się za Palestyńczyka. Jej synowie uznają się za Arabów, ale już Izraelczyków. Przeżyła zamach bombowy w autobusie. Pół roku dochodziła do siebie fizycznie w szpitalu, psychicznie nadal to przepracowuje. Takie spotkania naprawdę poszerzają horyzonty. Wydaje ci się, że wiesz już, do czego zdolny jest człowiek, jakie mechanizmy nim kierują, a jednak gdy spotykasz ludzi postawionych w sytuacjach, o których nie miałeś pojęcia to dotychczasowe sądy przestają obowiązywać.

Tel Awiw. (fot. iStock)

W opowiadaniach lubianego w Polsce Etgara Kereta mieszkańcy Tel Awiwu żyją pełnią życia, podczas gdy w tle toczy się wojna, a na ulicach jest wojsko z bronią. Skąd bierze się ta pasja do życia Izraelczyków?
Gdzieś z tyłu głowy ciągle mają świadomość zagrożenia. Politycy o to dbają. Powtarzają, że są małym państewkiem otoczonym przez arabskich wrogów, którzy jeśliby mogli, to zepchnęliby ich do morza. Że za miedzą mają Palestyńczyków, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że istnieje państwo Izrael. Że ich naród niemalże został zmieciony z powierzchni Ziemi. To wszystko oczywiście prawda, ale sprawia, że lęk przed zagrożeniem jest wciąż podskórnie obecny. Mimo to, a może właśnie z tego powodu, ludzie chcą żyć normalnie. Ten lęk trzeba czymś „przykryć”. Zwłaszcza, że okoliczności przyrody – śródziemnomorskie powietrze, piękne plaże – sprzyjają doświadczaniu życia każdą komórką ciała.

Żyjmy pełną piersią, bo nie wiadomo, kiedy nasz czas się skończy…
Tak, ale nie naiwnie i bez pamiętania o tym, co wisi w powietrzu. Mobilizacja, bycie w pogotowiu jest stałym elementem ich życia. Izraelczycy spędzają dużą część życia w wojsku. Pobyt w armii to ważny element ich etosu, duża część ich świadomości i tożsamości.

Czy postanowiłeś jakoś walczyć z nałogiem podróżowania do Izraela?
Nigdy z nim nie walczyłem. Ciągle sprawia mi więcej radości, niż mnie kosztuje.


https://zwierciadlo.pl/lifestyle/skrzyzowanie-swiatow-fascynujacy-izrael-oczami-dziennikarza-marcina-gutowskiego