Kołysanka

Zenon Rogala

 


Moje wejście do klasy nie zrobiło na uczniach wielkiego wrażenia. Mówiąc ściśle żadnego. Hałas w klasie był tak wielki, że gdybym podjął próbę zmierzenia się z tą gromadką w pojedynku na gardła, już na początku byłbym na przegranej pozycji. Chłopcy, a raczej młodzieńcy w wieku wczesnej dorosłości, stali niedbale między ławkami, niektórzy dopiero co powstali, ale już zamierzali siadać z powrotem. Jeszcze inni za miejsce do siedzenia uznali właśnie powierzchnię roboczą ławki, a nogi trzymali na siedziskach krzeseł. W ogóle sprawiali wrażenie, że znajdują się w stanie poszukiwania swojego miejsca, bo przemieszczali się w obrębie ustawionych stołów i krzeseł. Dostrzegłem też kilka dziewcząt, ale czy to profil klasy o specjalności mechanik samochodowy, czy genetyczne upodobanie do męskich zawodów, wyrzeźbiły na twarzach tych kilku dziewcząt rysy i fizjonomie  raczej Toli traktorzystki, a nie Zosi Horeszkówny karmiącej drób. Każda z obecnych padła ofiarą środowiska zgodnie z przyjętym w przyrodzie i obowiązującym przysłowiem „jeśli wszedłeś między wrony…”

Sądziłem naiwnie, że być może uczniowie będą zainteresowani tym kimś, kto przez jakiś czas zastępował będzie ich nauczycielkę od polskiego. Moja poprzedniczka właśnie rozpoczęła urlop macierzyński i dzięki temu ja zająłem jej miejsce, co prawda na krótko, ale zgodnie z zasadą, że w przyrodzie nie ma próżni.

Jeszcze przed chwilą w pokoju nauczycielskim przy długim obstawionym krzesłami stole siedziało kilku przedstawicieli grona pedagogicznego.

– A to pan, panie kolego, będzie zastępował koleżankę Kądzielę.  Bardzo współczuję. Ta klasa ma opinie najbardziej rozwydrzonej w całej szkole. Kądziela opowiadała o lekcjach horroru jakie odprawiali ci mechanicy. To oni sprawili, że Henia poszła wcześniej rodzić. 

 – Zwłaszcza, że na czele tego stada stoi Cygan, niejaki Jan Baran. Chłopak dowodzi całą tą bandą i każde wejście nauczyciela, to wielka porażka, – życzliwy kolega nauczyciel nerwowo kończył palić papierosa. Zanim zgniótł niedopałek, łapczywie wciągał i nerwowo wypuszczał z ust ostatnie kłęby dymu.

– A kolega przyszedł z której szkoły, bo nie pamiętam z żadnej narady czy szkolenia?  – siedzący na końcu stołu popijał herbatę.

– Jeszcze nie jestem nauczycielem, w tym roku kończę polonistykę, a  zastępstwo załatwił mi mój promotor, znajomy pani dyrektor tej zawodówki.

Ja występuję tu raczej w roli zapchajdziury. Ale widzę, że do tej klasowej owczarni potrzebny byłby raczej ktoś po Akademii Rolniczej, lub jakiś morowy baca spod samiuśkich Tater – chciałem się wykazać jako znawca folkloru.

W klasie były trzy rzędy ławek. Podszedłem do stolika dla nauczyciela. Stał przed tym rzędem pod oknem, w czołowym zwarciu pojedynkowym na przepychanie, z pierwszym uczniowskim stołem. Te dwa czworonogie meble zetknięte były czołami podobnie do baranów w pojedynku na hali. Na razie dzielnie odpoczywały  przed czekającymi naciskami stołu uczniowskiego. Ściany klasy pokrywały tablice i plansze z kolorowymi przekrojami poprzecznymi i podłużnymi przeróżnych urządzeń i silników samochodowych. W większości kompletnie dla mnie nieczytelnych. Budowa gaźnika, czy przekrój podłużny silnika dwusuwowego. Najbardziej podobała mi się nazwa cewka zapłonowa. Na osobnym parapecie wzdłuż rzędu ławek pod ścianą ustawione były eksponaty przedstawiające jakieś techniczne detale.    

Opuściłem swoje bezpieczne miejsce na stołem. Tam na blacie położyłem dziennik klasowy i wyszedłem na środek, czyli  dokładnie tuż przed pierwszą ławkę środkowego rzędu. Stałem. Gwar wyraźnie opadał. Po chwili wstali również wszyscy. Zaległa prawie cisza.

Po wyjściu z ławek stojący w przejściach między ławkami uczniowie uświadomili mi, że miałem przed sobą niemałą gromadkę przyszłych mechaników samochodowych. Zaskoczeni nową sytuacją najpierw powoli, może zaciekawieni co tu się będzie działo, przyłączali do grupy milczących statystów w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń.

– Mam nadzieję, że wytrzymamy ze sobą do powrotu pani Kądzieli – ciągle stałem. Uczniowie też stali, bo sytuacja zrobiła się taka, że wszyscy stali, więc widocznie stać należało. Ten moment koncentracji wykorzystałem do przekazania ważnych informacji.

– Będę miał z wami lekcje z „polaka”. Mam nadzieję, że ten czas wspominać będziemy wzajemnie z sympatią – ciągle stałem i oni też stali. Było coraz ciszej, więc mówiłem spokojnie dalej.

– W pokoju nauczycielskim przestrzegano mnie przed wami, że stado baranów i takie tam…Dlatego na samym wstępie chciałbym, żebyśmy sobie coś obiecali i na coś się umówili. Umów trzeba dotrzymywać. A ja proponuję wam wprowadzenie takich zasad, – stałem dalej na środku klasy, a oni też stali na swoich miejscach.

– Po pierwsze – kto nie chce chodzić na moje lekcje, może nie chodzić. Nikogo nie mam zamiaru zmuszać, a tym bardziej namawiać do poszerzania swojej wiedzy. Nikomu na siłę nie będę wbijał do głowy daty urodzenia Elizy Orzeszkowej, czy namawiał do rozczulania się nad dolą chłopa pańszczyźnianego  przed powstaniem kościuszkowskim, – stałem dalej i oni też.

– Po drugie – jeśli już będziesz gdzieś poza szkołą w czasie, gdy wszyscy pozostali będą w klasie na lekcji, musisz tylko mnie powiadomić czegoś w tym czasie się dowiedział, czegoś się sam nauczył. Bo jeśli nie interesuje cię literatura, a przecież może cię nie interesować, to ucz się czegoś innego, ale ja muszę wiedzieć czego się nauczyłeś w tym czasie, kiedy reszta twoich kolegów, a także koleżanek siedziała w klasie.

– Jeśli nie powiesz mi czego się  nauczyłeś to masz gwarantowaną dwóję z „polaka” na koniec roku, bo niestety jakaś sprawiedliwość na świecie istnieć musi. 

W czasie mojej przemowy do nieco osłupiałych uczniów zobaczyłem w rzędzie pod oknem  w ostatniej ławce chłopaka. Czarne włosy opadały na jego śniadą twarz. Stał pod ścianą i patrzył przez okno na świat przez lewe ramię. To był Baran. Baran Jan. Dowódca stada. Sprawiał wrażenie zniecierpliwionego. Sytuacja wymykała mu się spod jego kontroli. Nie był tu obecny, był na podwórku szkolnym, a może gdzieś dalej. Wiedziałem, że czeka mnie pojedynek z tym przywódcą klasowego stada. Tylko pokonanie Barana dawało mi szanse na przejęcie dowodzenia.

– Teraz się zapoznamy – otworzyłem dziennik klasowy. Na wewnętrznym skrzydełku okładki pionowa lista uczniów, a na pierwszym miejscu, kto?

– Baran Jan – my już się znamy, – chciałem mu pochlebić.

– Podnieś się i posłuchaj co ci mam do powiedzenia. Cygan, Jan Baran wstał i patrzył w blat swojej ostatniej ławki,  

– Cieszę się, że jest między nami przedstawiciel dzielnego narodu romskiego. Już sam fakt, że jesteś między nami gwarantuje ci ode mnie pozytywną ocenę z „polaka”. A teraz będę miał do ciebie szczególnie osobistą prośbę. Przenieś się tu do pierwszej ławki, wtedy będziemy mogli bezpośrednio wymieniać poglądy na różne sprawy. 

Baran jak w wierszu Tuwima całkiem się rozindyczył. Patrząc mi prosto w oczy zebrał powoli swoje rzeczy i zdziwiony powoli, żeby pokazać, że robi mi łaskę usiadł na zwolnionym dla niego przez koleżankę miejscu w pierwszej ławce tuż przede mną.

– Ale tylko na pana lekcji, – zastrzegł głośno żeby wszyscy słyszeli. 

Baran usiadł, a ja zacząłem,

  – Po wojnie wielu ludzi przemieszczało się z miejsca na miejsce. Szukali swego miejsca na dalsze życie, próbowali poukładać sobie nowe życie na nowej ziemi po wojennym piekle. Wśród tych wędrowców byli także Cyganie. Moja rodzina mieszkała na Ziemiach Odzyskanych. Kiedyś moja mama dała nocleg Cygance z dzieckiem. Z rana kiedy się obudziłem na prymitywnym posłaniu w przedpokoju zastałem kolorową kobietę z dzieckiem, – cała klasa słuchała w skupieniu.

– Mieszkała z nami kilka dni. Swemu synkowi śpiewała na noc cygańską piosenkę, którą zapamiętałem. Weź tę karteczkę i zapytaj swoich rodziców co znaczą słowa tej piosenki, którą zapamiętałem przez tyle lat. A może to ty byłeś tym dzieciakiem, bo całkiem możliwe, że to twoja mama była wtedy w gościnnym domu mojej matki. 

– Jutro na lekcji powiesz nam wszystkim co znaczą te słowa, –  napisałem na kartce: Sima raj tajwu drong.

            Trade made lunge drong.

Baran bez słowa schował kartkę,

–  „Polaka” mamy w dopiero w środę i wtedy przyniosę tłumaczenie. 

 

Tymczasem w środę lało jak jasny piorun. Od przystanku tramwajowego do szkoły biegłem przeskakując co większe kałuże, ale i tak niewiele to dało przed całkowitym zmoczeniem. Raczej chodziło mi o to, aby jak najszybciej być w szkole, a nie pod tym niebiańskim prysznicem. Chciałem też jak najszybciej znaleźć się w klasie i sytuację wyjaśnić, czyli odnieść całkowite zwycięstwo nad Baranem, moim konkurentem do przywództwa nad ostatnią klasą szkoły zawodowej, klasą o specjalizacji mechanik samochodowy. Kiedy więc wpadłem cały mokry do klasy, od razu wiedziałem, że Baran nie był łatwym przeciwnikiem, że Baran był cwany jak przystało na wodza, że Baran dobrze wiedział, że stawką naszego pojedynku jest rządzenie w klasie. Zakpił sobie ze mnie w najlepszym stylu. Po prostu nie przyszedł na spotkanie. Klasę zastałem w jeszcze gorszej kondycji niż ostatnio. Nie tylko nie wstali do powitania na mój widok, ale jakby specjalnie dali wyraz swej dezaprobaty dla mej obecności. To było jawne wypowiedzenie posłuszeństwa, to było jakby wypięcie tyłków na mój widok, to było wyraźne opowiedzenie się po stronie Barana. Wszedłem do klasy i z całej siły trzasnąłem drzwiami, specjalnie żeby zauważyli, że już jestem, a potem, żeby byli już tego pewni, że nie mam nic do nich tylko chodzi mi o głowę ich herszta i żeby poczuli kto tu póki co rządzi wrzasnąłem: 

– Baran, gdzie jesteś, łotrze jeden? Obiecałeś na dzisiaj tłumaczenie

kołysanki, a widzę, że jesteś  wyzutym z honoru nie Romem, ale zwykłym Cyganem, –  to ostatnie zdanie powiedziałem bardzo głośno, ale nic podobnego, ja je wywrzeszczałem, aż się zdziwiłem, jak siebie usłyszałem, że tak potrafię. Wiedziałem bowiem, że bez pokonanego Barana nie zdobędę przywództwa nad klasą. Baran musi być obecny żebym go mógł na oczach całej klasy „dobić, wypatroszyć, oskalpować i pokazać klasie kto tu rządzi”. Wtedy to ja będę tryumfował w ceremonii obejmowania przywództwa nad stadem.

Ale Barana w klasie nie było. Sytuacja stawała się zagadkowa. Postawiłem więc wszystko na jedną kartę. 

Rozpoczynając akcję odwetową zapytałem, 

– Kto wie gdzie mieszka Baran?

– Na jakiej ulicy? 

– Gdzie pracują jego rodzice?   

Wiedziałem, że pracuje tylko ojciec, na jakimś wydziale huty. Matka nie pracuje, więc na pewno będzie w domu.

– Mieszka na Osiedlu Stalowym, numeru nie znam, ale zaprowadzę,- zadeklarował ławkowy sąsiad Barana. 

Deszcz okazał nam wyrozumiałość i łaskawie przestał padać. Drogę na Osiedle Stalowe przeszliśmy suchą nogą. 

Starsza, o rysach romskich kobieta, jeszcze nie tak dawno młoda i piękna, stała w progu, jakby na mnie czekała. Nie okazała zdziwienia. 

– Pan jest jakiś inny, pan tak ładnie mówił o Cyganach po wojnie i widzę , że pana mamusia była dobrą kobietą. Mądrą  i tolerancyjną. Nie to co dzisiaj. Wtedy kiedy ludzie codziennie ocierali się o śmierć, kiedy śmierć codziennie widzieli i kiedy śmierć towarzyszyła im w dzień i w nocy, smakowali ją, obcowali z nią  co dnia, to może dlatego potem byli dla siebie lepsi. Może trzeba wielkiej wojny, żeby ludzie się opamiętali w tej swojej dzisiejszej wielkiej nienawiści. Może wtedy dopiero …

– Wiem – mówiła –  bo Janek opowiadał mi jak pan mówił o tej piosence. Ale to panie nie jest żadna piosenka, to nawet nie jest jakiś wiersz. To jest wielka Cygańska tajemnica. To jest zaszyfrowana prawda o dawnych historycznych czasach. To jest mowa o początku naszego romskiego pochodzenia. Nie wiem skąd tamta kobieta znała te sprawy. Może po wojnie można było mówić o tym, ale teraz, panie, nie usłyszy pan o tym od nikogo. 

– Zaraz, chwileczkę, – oburzyłem się stanowczo, 

– To nie jest piosenka? To nie jest nawet kołysanka? Przecież ja osobiście ją wiele razy słyszałem i zapamiętałem. Nie tylko słowa, ale i melodię.  Nie, panie, panu się tylko tak zdaje. To jest taka legenda w niektórych stronach cygańskich rozpowszechniana. To jest, jakby to panu powiedzieć, coś jak wasza tajemnica tego kielicha, z którego Chrystus pił wino w czasie ostatniej wieczerzy. Teraz wszyscy go szukają, a wiadomo przecież, że jego nie ma i nikt go nie znajdzie, bo go nie ma. Ale mówić o tym i udawać, że trzeba go szukać jest bardzo dobrze, bo kto jeszcze nie wie, że go nie znajdzie ten próbuje szukać, a jak spróbuje szukać to pyta, mówi o tym z innymi i tak rośnie ta legenda. 

Podobnie jest z tą piosenką – legendą. Ona jest o tym czego nie było, a co mogło być. Ona jest o tym co wiedzą tylko najstarsi Cyganie. Ona jest o naszej romskiej naturze.

– Ale mnie pani zaskoczyła – stwierdziłem – koniecznie musi mi pani to opowiedzieć. Muszę poznać wasze tajemne legendy. Tyle lat upłynęło, a ja dopiero teraz poznam taką dziwną zagadkową historię, z którą zetknąłem się przed laty.

  Cd w opowiadaniu  „Czwarty”   w nastepnym tygodniu


Wszystkie wpisy Zenka

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: