Zelman Wolfowicz. „Prawdziwy Tony Soprano Drohobycza”

Przyslala Rimma Kaul




Zanim Zelman Wolfowicz zaczął szefować dożywotnio gminie, zajął się neutralizacją swoich żydowskich konkurentów i krytyków. Musiał się również świetnie orientować w świecie chrześcijańskim, oczywiście na poziomie powiatu. Wiedział, z kim może zadrzeć i z kim robić interesy. Inteligencji nie można mu z pewnością odmówić – mówi Tomasz Wiślicz, autor książki „Zelman Wolfowicz i jego rządy w starostwie drohobyckim w połowie XVIII wieku”.

Naprawdę był takim potworem?

Z pisaniem biografii jest taki problem, że jak się z kimś za długo obcuje, to próbuje się tę osobę polubić. A jeszcze większy problem jest oczywiście z osobami, które przeszły do historii jako złe. Tak, Zelman Wolfowicz był złym człowiekiem, ale ja próbowałem zrozumieć jego działanie oraz przede wszystkim powody, które nim kierowały. Trzeba bowiem na niego spojrzeć w historycznym kontekście. To, że był człowiekiem bardzo brutalnym i wykorzystywał wszelkie metody: od szantażu do przemocy fizycznej, nie czyniło go wyjątkiem na tle współczesnych mu ludzi o tej pozycji społecznej. Potwora zrobiła z niego późniejsza twórczość historyczna, literacka i etnograficzna.

Z jakiego powodu pan się nim zainteresował?

To był przypadek. Trafiłem na niego, przeglądając księgi miejskie Drohobycza w bibliotece we Lwowie. Nie wiedziałem nawet, że były już o nim jakieś publikacje, bo nigdy wcześniej się tą tematyką nie zajmowałem – ani historią Żydów, ani historią Drohobycza. I nagle się okazało, że jest to postać szalenie fascynująca i skomplikowana, nie tylko ze względu na brutalne metody zarządzania, ale także z powodu prowokowanych przez niego konfliktów wewnątrz samej gminy żydowskiej i w końcu uniknięcia przez niego wyroku śmierci dzięki konwersji na katolicyzm.

To go wyróżnia?

Takich jak on, czyli wybitnych, acz brutalnych zarządców/faktorów żydowskich, było w połowie XVIII wieku przynajmniej kilku, co tłumaczy się zwykle ówczesnym kryzysem społecznym i ekonomicznym w gminach żydowskich Rzeczpospolitej. Nie był więc jedyny, ale wyróżnia go to, że po pierwsze o żadnym innym faktorze nie istnieje legenda, że był upiorem i został pośmiertnie ukarany, po drugie był – o czym wspomniałem – konwertytą, co jest szczególnie ciekawe w kontekście korzeni polskiego antysemityzmu w XIX wieku, i po trzecie – zupełnie przypadkiem został utożsamiony z bohaterem piosenki ludowej obecnej zarówno w ukraińskim, jak i polskim folklorze.

O Zelmanie Wolfowiczu więcej chyba nie wiemy, niż wiemy, przynajmniej do czasu jego głośnego procesu, ale wtedy był już człowiekiem leciwym. Nie do końca wiadomo, kiedy się urodził, gdzie się urodził, w jakiej rodzinie, czym się początkowo zajmował.

Zaskoczę pana, ale wiemy o nim bardzo dużo jak na standardy osoby urodzonej w XVII wieku. Szanse na znalezienie metryk urodzenia takich osób są żadne lub niewielkie. Szanse na poznanie ich kształcenia podobnie nikłe. Chyba że byli piśmienni na sposób literacki, pisali pamiętniki i one przetrwały. Jeśli chodzi o Zelmana, domyślamy się, że urodził się około 1680 roku, a potem informacje o nim – i to jest główny problem – pochodzą od osób mu nieprzychylnych czy wręcz wrogów. Nie mamy, niestety, prawie w ogóle źródeł żydowskich. Ale proszę zwrócić uwagę, jak mało też wiemy na temat jego protektorki i żony dwóch wybitnych polityków doby saskiej – Doroty Tarłowej.

Mapa Drohobycza (fot. Materiały prasowe)


Bo była kobietą?

Nawet jak na kobietę, na arystokratkę tego poziomu wiemy o niej wyjątkowo mało. Nie zachowało się jej archiwum gospodarcze. Zelman jest więc osobą, jak na te okoliczności, całkiem dobrze opisaną. W każdym razie wystarczająco dobrze, aby stworzyć jego biografię.

Zelman Wolfowicz egzekwował wszystko, co chciał, twardą ręką, bił, więził, szantażował i korumpował – prawdziwy Tony Soprano Drohobycza. To był standard?

Myślę, że on był po prostu bardziej skuteczny, a sami właściciele chętnie powierzali rozmaite funkcje zarządcze Żydom – Zelman formalnie był faktorem starościny. I nie tylko dlatego, że byli skuteczni, ale również dlatego, że można ich było szybko usunąć. Ze szlachtą było trudniej, mogło się to skończyć pozwem sądowym i procesem.

Zelmana odróżnia od innych długość trwania na stanowisku, bo piastował je właściwie przez ćwierć wieku, a do tego sama brutalność i bezwzględność to było za mało. Dlatego wydaje się, że Wolfowicz miał też sporo „miękkich” umiejętności – umiał dobrze doradzić, umiał funkcjonować w tym amorficznym państwie, w którym nie do końca wiadomo, kto miał jakie prawa, rozumiał rozmaite zależności, tworzył układy. Oczywiście do czasu, bo koniec końców jego karierę zniszczono brutalnie w kilka miesięcy.

Mieszkał przy rynku w jedynym murowanym domu w Drohobyczu, a dom był pod strażą. Kazał się tytułować „żydowskim senatorem” i „prymasem drohobyckiej synagogi”. Lubił ostentację.

Ostentacja była ważnym elementem budowania pozycji. Przecież nie mógł wzbudzać respektu faktor mieszkający w biednej chacie. Akurat dom przy rynku nie był jakimś wielkim osiągnięciem, bo Drohobycz składał się głównie z rynku i paru bocznych uliczek. Ale Zelman postawił sobie na przykład prywatną synagogę, a to jest coś. To była ostentacja skierowana do Żydów. A ta tytulatura, o której pan wspomniał, była z kolei ostentacją skierowaną do chrześcijan. Jednak jest jeszcze coś ważniejszego. Otóż w pewnym momencie nawet w pisanych przez chrześcijan aktach miejskich zaczyna się go tytułować „panem”, i on tak każe do siebie mówić. Ludzie mówią „u pana Zelmana”. To jest dopiero pokazanie jego pozycji, bo formalnie przecież władzy nad mieszkańcami Drohobycza nie miał.

Inteligentny musiał być bardzo.

Bez wątpienia sama pięść nie wystarczała. Musiał wiedzieć, kto jest jego wrogiem, z kim i jak się układać, zarówno w społeczności żydowskiej, jak i poza nią. Zanim zaczął szefować dożywotnio gminie, zajął się w pierwszych latach neutralizacją swoich żydowskich konkurentów i krytyków. Musiał się również orientować świetnie w świecie chrześcijańskim, oczywiście wszystko to na poziomie powiatu. Wiedział, z kim może zadrzeć i z kim robić interesy. Inteligencji nie można mu z pewnością odmówić.

Zelmana odróżnia od innych długość trwania na stanowisku, bo piastował je właściwie przez ćwierć wieku, a do tego sama brutalność i bezwzględność to było za mało (fot. Materiały prasowe)


W jakim języku mówił?

Nie wiemy, jakim językiem czy językami się posługiwał. Wiemy, że podpisywał się alfabetem hebrajskim. Być może w życiu codziennym posługiwał się mieszanką języków typową dla tych wieloetnicznych terenów – mieszanką polskiego, ukraińskiego i jidysz. Przy okazji zwracam pańską uwagę na to, że zbyt często zakładamy, że to Żyd prowadzący interesy z chrześcijanami musiał się nauczyć ich języków. Tymczasem wygląda na to, że przynajmniej część mieszczan Drohobycza potrafiła rozmawiać z Żydami w ich języku.

W końcu „niezniszczalny” Zelman został zniszczony. W 1755 roku skazano go na śmierć. Od tego wyroku wykupiła go gmina i wylądował w więzieniu. Tam planuje podpalenie Drohobycza, by móc uciec. Plan się wydaje i znów skazano go na śmierć. Po raz drugi jej unika, przechodząc na chrześcijaństwo. Staje się Jędrzejem Obaczyńskim, który umiera wkrótce odizolowany w klasztorze. Ale nawet po śmierci nie daje ludziom spokoju i zostaje upiorem, a potem żyje w przyśpiewkach, grach, opowieściach, tekstach. Imponujące!

Nie mamy dowodów na to, że został wykopany z grobu i utopiony jako upiór, ale nie możemy tego wykluczyć, bo mieściłoby się to w logice ówczesnego postępowania ze zwłokami znienawidzonych osób, zwłaszcza takich, które wzbudzały strach. Zelman jest rzeczywiście bardzo legendotwórczy, choć mam wrażenie, że trochę przez przypadek skojarzono go z popularną ludową przyśpiewką „Jedzie, jedzie Zelman” i uznano go za postać emblematyczną dla stosunków polsko-ukraińsko-żydowskich. Prawda jest taka, że był postacią historycznie rzecz biorąc marginalną, funkcjonującą na marginesach opowieści. Jego pozycja w etnografii była zawsze znaczniejsza niż w historiografii Drohobycza i okolic, ale też bez przesady. Przypominano sobie o nim zwykle w okolicach Wielkanocy, by wtedy się śpiewało pod cerkwiami „Jedzie, jedzie Zelman”, choć ten Zelman nie ma żadnego związku z Zelmanem Wolfowiczem. Po stronie polskiej z kolei zwykle sobie o nim przypominano przy okazji rozmaitej twórczości antysemickiej, która go przedstawia jako „typowego Żyda”.

Bardzo poręczny okazał się Zelman Wolfowicz niemal dla wszystkich.

To prawda, każdy mógł go użyć i używał. I w każdej narracji był zły.

Jest idealny do budowania trzech narracji nacjonalistycznych w XIX wieku. Dla polskiej historiografii to przykład Żyda, który dzięki przychylności polskiej arystokracji terroryzował biednych ludzi, a pamiętajmy, że arystokracja nie miała wtedy dobrej opinii i była oskarżana o doprowadzenie Rzeczypospolitej do ruiny. Żyd więc nadawał się do odwrócenia uwagi i wprowadzenia w latach 80. XIX wieku wątku antysemickiego do wyjaśniania upadku Rzeczypospolitej.

Z punktu widzenia narracji żydowskiej Zelman też okazał się dobry, bo był ucieleśnieniem wszystkich grzechów, jakie mogli popełnić Żydzi w XVIII wieku: dopuścił do wpływu obcych – polskiej arystokracji – na działanie gminy żydowskiej, doprowadził ją do ruiny finansowej i w końcu przeszedł na chrześcijaństwo.

Natomiast z ukraińskiego punktu widzenia Zelman był wcieleniem mitu Żyda, który dzierży klucze do cerkwi, jest pośrednikiem między złymi Polakami a ukraińskim ludem i wykorzystuje to do swoich celów.

Zelman jest rzeczywiście bardzo legendotwórczy (fot. Materiały prasowe)


A coś dobrego można o nim powiedzieć?

Wygląda na to, że Zelman mógł być człowiekiem szanowanym w społeczności żydowskiej poza Drohobyczem. Mimo pewnych oporów znalazł się też w składzie ziemstwa ruskiego, ponadregionalnego organu samorządowego Żydów w Rzeczypospolitej. Mamy również jedno zdanie w pamiętniku żydowskiego kupca Bera z Bolechowa o tym, że kiedy szykował się z ojcem do wyjazdu na Węgry, udało mu się bardzo korzystnie wymienić pieniądze u „znakomitego” Zelmana. Był więc, jak się okazuje, dla tych dalszych sąsiadów godny zaufania i szacunku. Trzeba też podejść do wielu oskarżeń krytycznie, bo to prawda, że Zelman zadłużył gminę żydowską, ale też była ona już ogromnie zadłużona wcześniej, zanim przejął nad nią kontrolę.

Czy on się na starość aby trochę nie pogubił?

Nie napisałem tego w książce, bo to jest być może element bardziej powieściowy, ale wydaje się, że na stare lata rzeczywiście nastąpił jakiś rozpad jego osobowości. Przez cały okres swoich rządów buduje dom, pomnaża majątek, zwiększa wpływy, osadza swego zięcia na stanowisku rabina i tak dalej – jest, można powiedzieć, okrutnym, choć racjonalnym kapitalistą. I nagle pod koniec robi rzeczy, które wyglądają źle: bierze sobie dwie młodziutkie żony, jedną po drugiej, robi dziwaczne machlojki, jednego z sąsiadów uczynił swoją prawą ręką podobno dlatego, że żona tegoż lubiła – podobnie jak Zelman – nierząd. Wszystko to kończy się najpierw wspomnianym już wyrokiem śmierci, następnie konwersją i dokonaniem żywota w klasztorze.

A co z jego rodziną?

Najwięcej wiemy o Lejbie, jego synu, który zawsze stał po jego stronie, był prawą ręką Zelmana. Co ciekawe, po uwięzieniu Wolfowicza Lejba nie został ukarany, nie traci autorytetu, zostanie starszym w gminie. Do innego miasta wyprowadza się natomiast jego zięć, który był rabinem. Być może były więc jakieś pozelmanowe czystki.

Zaznacza pan w książce, że napisanie biografii Zelmana Wolfowicza nie było celem pańskich badań, a jednak napisał mu pan biografię.

Tak to się skończyło, co zrobić. I tu możemy zadać sobie pytanie, po co w ogóle pisać biografie takich ludzi. Mnie interesowało, jak on funkcjonował w społeczeństwie Rzeczypospolitej, i to w różnych wymiarach: lokalnym i ponadlokalnym. Poza tym dzięki takim ekstremalnym przypadkom poznajemy granice systemu. Granice, po przekroczeniu których następuje kontrakcja społeczności. To jest dla mnie niezwykle ważne i ciekawe. Dlatego jego życie i to, co się z nim później stało, jest takie fascynujące dla historyków, etnografów, malarzy, dziennikarzy czy polityków. Zelman Wolfowicz prowadzi życie po śmierci.

Jego przypadek jest jeszcze intrygujący z jednego powodu. Pokazuje, jak błędy metodologiczne czy motywacje ideologiczne mogą zmienić opowieść o człowieku. Czasami wystarczy złe odczytanie jednego zaimka lub niezrozumienie jednego zdania w przekazie źródłowym, by stworzyć inną historię. Jest Zelman znakomitym przykładem na to, jak powstają takie legendy. W tym przypadku jest to czarna legenda.

I materiał na filmowy scenariusz.

Jest to rzeczywiście filmowa historia, ale kiedy myślę o niektórych filmowych realizacjach tematów historycznych, to marzenie o filmie szybko znika.

Książka 'Zelman Wolfowicz i jego rządy w starostwie drohobyckim w połowie XVIII wieku’ (fot. Materiały prasowe)


Prof. Tomasz Wiślicz. Historyk, profesor w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Autor m.in. książek „Upodobanie. Małżeństwo i związki nieformalne na wsi polskiej XVII-XVIII wieku. Wyobrażenia społeczne i jednostkowe doświadczenia”, „Krótkie trwanie. Problemy historiografii francuskiej lat dziewięćdziesiątych XX wieku” i „Zarobić na duszne zbawienie. Religijność chłopów małopolskich od połowy XVI do końca XVII wieku”. Właśnie, nakładem Wydawnictwa Universitas, ukazała się jego najnowsza książka „Zelman Wolfowicz i jego rządy w starostwie drohobyckim w połowie XVIII wielu”.

Mike Urbaniak


Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym „Wysokich Obcasów” i weekendowego magazynu Gazeta.pl, felietonistą poznańskiej „Gazety Wyborczej” i autorem kulturalnego podcastu Zeitgeist:Radio.
Więcej:


Zelman Wolfowicz. „Prawdziwy Tony Soprano Drohobycza”

Kategorie: Bez kategorii

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.