WIDMO

Ludwik Lewin


Wpadła mi w ręce dziwna książka. Jej autorem jest Jérôme Delclos, profesor filozofii we francuskim liceum.  Jako filozof pisze książki filozoficzne i o filozofii. Ponieważ jednak chciałby być pisarzem, to udaje, że są to powieści i do swych traktatów wrzuca trochę egzotyki, odrobinę erotyki i nawet wątek pikarejski.

Cała robota na nic. Traktat pozostaje traktatem, nawet jeśli, tak jak w przeczytanym przeze mnie „Kopciuszku w Polsce”, narratorką (udającą bohaterkę) jest młoda atrakcyjna kobieta i – co za przypadek – profesorka filozofii w marsylskiej szkole.

Rzecz jest o Oświęcimiu, o trwaniu zagłady i trywialności trwania. O ranach, które się nie goją, choć niewielu spośród żywych pamięta cierpienie. Ranach ludzkich – choć krwawią kilka pokoleń później, ale zapewne nie bolą. Ranach na kraju, które nie mogą się zabliźnić.

Jest w książce zło absolutne, czyli naziści – nie pamiętam, czy chociaż raz autor mówi o Niemcach. Są zdobni w aureolę męczeństwa Żydzi, przecież jakby z lekkim cieniem zarzutu, że tej aureoli nie chcą dzielić z Romami.

Polacy mają mało godne pozazdroszczenia miejsce świadków i pomocników Vernichtung – zagłady. Niechęć – autora? narratorki? – do Polaków jest nie tylko historyczna albo raczej zbudowana na historii skonstruowanej przez ostatnie dziesięciolecia badań szoah. Jest wręcz fizyczna. Mężczyźni „grubi są i wrzaskliwi, a ich żony i narzeczone tłuste i wulgarne”.

Odpychający są też „aroganccy i paranoiczni turyści izraelscy, którzy zawsze oskarżają przewodników o antysemityzm”.

I jesteśmy w Europie.

Europie zakochanej w martwych Żydach i nienawidzącej żywych, których esencją i ostoją jest Izrael. Pogardzającej Europejczykami ze wschodu, uradowanej, że jeszcze większe mieli winy i nie mogącej sobie wybaczyć przyjęcia ich do salonu.

 W eseju „Dziesięć pytań na temat Europy po covidzie”, dobre rady daje Pierre Ménat francuski dyplomata, były ambasador w ważnych krajach i nawet w Polsce.

Niedługa książka bardzo jest pomocna w zrozumieniu zawijasów unijnego labiryntu i dosyć jasno tłumaczy działanie UE – tego międzynarodowego tworu, który jest swoistą premierą na arenie międzynarodowej. 

Jeśli natomiast chodzi o rady, to wygląda to trochę tak, jakby na pytanie, jak bronić się przed uzbrojonym w łom drabem, który czyha na dole, odpowiedzieć – weź go zbij.

Żeby mieć coś do powiedzenia na zdezorganizowanej scenie międzynarodowej, potrzebuje Europa zaufania – stwierdza pan ambasador. I zapewnia, że zaufanie pozwoliłoby Unii pokazać, że niesie wartości dla wszystkich możliwe do przyjęcia oraz wspólny projekt. Musi przecież zaradzić na niedobór potęgi, który nie pozwala jej na narzucenie swego punktu widzenia.

Kolejna rada: Europa musi odzyskać promieniowanie intelektualne i naukowe. W tym celu nie starczy ubolewanie nad rozrastaniem się panowania GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple). Ich opodatkowanie to słuszna decyzja, ale czysto defensywna. Trzeba naszym naukowcom dać środki do przygotowania i zrealizowania kolejnej rewolucji cyfrowej. No to hop!

Dyplomata żałuje brexitu, gdyż przekonany jest o niemożliwości polityki europejskiej bez udziału Wielkiej Brytanii. Jednocześnie ma nadzieję, że UE uda się realizować różnorodne, wspólne plany z Londynem, głównie obronne. I przyznaje, że Anglia nigdy nie była obiema nogami we wspólnocie. Mawiają Francuzi: Biorę na siebie swe sprzeczności.   

Najbardziej nie może autor Dziesięciu Kwestii wybaczyć Brytyjczykom skutecznego dążenia do rozszerzenia Unii.  Z rozszerzenia – tłumaczy – Londyn wyciągnął za jednym zamachem dwie korzyści: zapewnił sobie nowych sojuszników, nieufnych wobec dwójki hegemonów kontynentalnych, czyli Francji i Niemiec i jeszcze bardziej osłabiał już trzeszczącą w szwach Unię, która nie pozbiera się, przygnieciona ciężarem źle przygotowanych nowych członków.

„Starzy” członkowie, stękając „nie chcę, ale muszę”, poddali się naporowi Albionu i przyjęli prawie całą Europę Środkową, nie przestając nazywać jej „krajami Wschodu”. I szybko uznali, że ci nowi, tak inni, tak do nas nie pasujący, podważają sensowność zintegrowanego modelu europejskiego.

Zintegrowany model europejski od ponad pół wieku z siłą wielką i zwartością, suchej nitki nie zostawia na Izraelu. Przywódcy europejscy jak nikim na świecie opiekują się „narodem palestyńskim”, o którym pół wieku temu jeszcze nikt nie słyszał. Pchając tam miliardy, które starczyłyby pewnie na zbudowanie bliskowschodniej Szwajcarii, gdyby nie lądowały na kontach przywódców Hamasu czy innego Fatahu. „Porozumienia Abrahamowe” powitali z niechęcią, z radością natomiast zwycięstwo Bidena, które pozwoli im znowu robić interesy z Iranem. A to, że perscy mułłowie w ramach umowy jądrowej, przygotowują się do unicestwienia Izraela, wcale im nie przeszkadza. Josep Borrel, wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa powiedział w wywiadzie dla Politico: „w tym, że Iran chce zmieść Izrael z powierzchni Ziemi nie ma nic nowego. Trzeba z tym żyć”.

Jego poprzedniczka Federica Mogherini nigdy nie wyrażała się o Izraelu inaczej niż „okupant”.

Rok temu zatroskany minister SZ Luksemburga wezwał swych kolegów z UE by jak najszybciej uznali „państwo palestyńskie”. Miałaby to być odpowiedź na budowę osiedli w Judei i Samarii. W rzeczywistości był to krok prewencyjny przeciw oczekiwanej wtedy „inicjatywie pokojowej” prezydenta Trumpa.

PRL długo szkolił palestyńskich terrorystów, a pod koniec istnienia, w 1988 r. uznał „deklarację niepodległości” i w Warszawie wciąż jest „ambasada Palestyny”.

Kiedy Stany Zjednoczone przeniosły ambasadę z Tel Awiwu do Jerozolimy, w Unii zapanowała niemal żałoba. W Brukseli przygotowano komunikat potępiający ten krok i podkreślający, że Jerozolima ma być stolicą dwóch państw. Zapominając, że celem tego drugiego, jest likwidacja Izraela.

Tekst, podlizujący się OWP i zamrażający patową sytuację, spowodowaną porozumieniami z Oslo, został odrzucony dzięki protestowi Czech, Rumunii i Węgier. Polska nie zaprotestowała.

Wspomnieć jeszcze wypada o zgodnym chórze europejskiej prasy, która od „le Monde”, poprzez „the Guardian” po „Gazetę Wyborczą”, nie przestaje głosić kłamstw o okrucieństwach Izraela wobec Arabów. Musi to mieć wpływ nie tylko na stosunek obywateli UE do Izraela, ale również na wzmożenie ich niechęci do żydowskich współobywateli.  

A przecież Europa walczy z antysemityzmem, a w każdym razie, od lat ostro zabiera się do tej walki i ci sami ministrowie, którzy ośmielają się pluć na Izrael, bez żenady mówią o tym, jak potrzebni, konieczni i niezbędni są Żydzi w Europie.

Szczęśliwie Izrael, który odnosi sukcesy dyplomatyczne w stosunkach z krajami arabskim i pokazał światu, że lepiej niż ktokolwiek na świecie potrafił zorganizować szczepienia przeciw covid 19, nie musi się nazbyt przejmować tą wrogością. W przeciwieństwie do Żydów mieszkających w Europie.

Mieszka ich jednak coraz mniej i wszystko wskazuje na to, że pod koniec stulecia tysiące lat żydowskiej obecności w Europie będą tylko wspomnieniem.

„…Szłam przez Oświęcim pamiętliwy i amnezyjny, w żywym sercu czystego i zwykłego oczekiwania, które na nic nie czeka…” – brzmi jedno z ostatnich zdań książki Jérôme’a Delclos.

Pamiętam jak kilka lat temu przechadzałem się naprzeciwko kościoła farnego w Szydłowcu. Oglądałem stare domy podcieniowe. Niczego o nich nie wiedziałem, ale coś, nie wiem co, podpowiadało mi jakie jest ich pochodzenie. Palący obok papierosa mężczyzna, nie miał pewnie czterdziestki, patrzył na to moje patrzenie i się w nie wtrącił: „Widzi pan, to żydowskie domy. Żydzi je zbudowali i poszli z dymem. A domy wciąż stoją. Ludzie w nich mieszkają i zapomnieć nie mogą. Takie widmo nie do pozbycia się”.


Wszystkie wpisy Ludwika

TUTAJ


Pierwodruk ukazal sie w miesięczniku Słowo Żydowskie

Kategorie: Brak kategorii

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.