Opowieści Zandmana

Z portalu u Puszczyka

u puszczyka


Dom starców w Nordija pięć kilometrów od Natanii w Izraelu. Tu wraz z żoną Różą mieszka Gerszon Zandman. Siwy, szczupły pan średniego wzrostu, nieco przygarbiony pod ciężarem przeżytych lat, a przeżył ich niemało , bo 93. Z energią pół wieku młodszej osoby opowiedział o swoim bogatym w wydarzenia życiu, które rozpoczął w 1916 roku w Aleksandrowie Kujawskim.

Rodzice Beir i Mindel Zandman z domu Kleinbaum po ślubie w 1914 roku zamieszkali w wynajętym mieszkaniu w budynku zwanym domem Borunia przy ulicy Ogrodowej. W bliskim sąsiedztwie domu był sad, przez który można było przedostać się na ulicę Strażacką. Niedaleko mieszkali dziadkowie Israel i Miriam Kleinbaum, a na przeciw w domu pod z numerem 10 z ogromnym podwórkiem i stajnią, przed którą stał zawsze wóz i koń mieszkała ciotka Reila z mężem Herszem Krubickim. Zajmowali się skupem i sprzedażą mięsa w jatce zlokalizowanej na Pierwszej Ulicy. Jatka ta, to drewniany budynek, o tyle dziwnej konstrukcji, że postawiony na dużych rracachr1;, dzięki czemu można go było przesuwać. W sklepie handlowali dziadek i wujek Josef Kleinbaum.

Porada Rabbiego

Beir Zandman utrzymywał się ze świadczenia usług instalatorskoblacharkich. Był wziętym rzemieślnikiem w okolicy. Zatrudniał nawet pracowników, a wśród nich i Polaków. Jeden z nich, podobno syn komendanta lokalnej policji, pewnego dnia przyniósł do warsztatu bryłę cyny i sprzedał okazyjnie mistrzowi. Przybyli kilka dni później policjanci we fragmencie metalu rozpoznali krzyż skradziony wcześniej w kościele. Zatrzymanie i osadzenie w areszcie były już tylko formalnością.
Po kilku dniach udaje się jednak zwolnić Beira po wpłaceniu stosownej gwarancji, ale nie zwalniało go to z odpowiedzialności za paserstwo. Beir wraz z małżonką udali się do Rabina po radę. Ten zawyrokował ucieczkę z miasta jako najlepsze rozwiązanie. A miejscem ratunku miał być Gdańsk, na tyle daleki, aby uciec przed karą i na tyle bliski, aby nie stracić kontaktu z resztą rodziny.

Nowy świat

Zatłoczonym wagonem trzeciej klasy dojechali do stacji Danzig. Tu wszystko było większe niż w Aleksandrowie, nawet dworzec. Gerszon musiał wysoko zadzierać głowę, aby zobaczyć szczyty mijanych na ulicy domów. O diametralnej inności tego miejsca przekonywał go jeszcze fakt, że ulicami pędziły wozy bez koni, hałasśliwe i dymiące. Na pytanie o istotę tego zjawiska, matka odpowiedziała ze znawstwem : to auto synek, auto.
W Gdańsku wszystko trzeba zaczynać od początku. Beir powraca do działalności rzemieślniczej, matka zaś zajmuje się tym, co potrafi robić najlepiej ; handlem jarmarcznym.
Poprawa warunków bytowych pozwala na powiększenie rodziny. W 1921r. rodzi się brat Heniek, a w 23 Meir. Jest ich wówczas sześcioro nie zapominając o Judzie , który przyszedł na świat zaraz po Gerszonie w 1917 jeszcze w Aleksandrowie.
Mimo odległości Gerszon co lato odwiedza swoje kujawskie sztetł, a odwiedziny te są do dziś najbarwniejszym wspomnieniem z lat dzieciństwa.

Trudne dorastanie

 



W 1930 roku kończy szkołę podstawową i zaraz trafia na jarmark, aby pomagać matce w handlu. A w wieku lat 15 zatrudnia się u instalatora Polaka – jako czeladnik. W 1934 roku umiera matka.
Rok 1936 przynosi z sobą ważne wydarzenie jakim jest ślub z Różą, Żydówką z Krotoszyna, która rok później daje mu syna Ezrę. Dla utrzymania rodziny Gerszon rozpoczyna współpracę z ojcem.
Okres przechodzenia w dorosłość zbiegł się w czasie z przeobrażeniami jakie miały miejsce w Gdańsku. Rok 1933, kiedy Hitler doszedł do władzy nie odbił się znacząco na losach Gdańskich Żydów, ale już wkrótce i tu zaszły zmiany. Rok później Gerszon mógł już pracować tylko dla Żydów i unikać miejsc przeznaczonych dla Niemców. O pracę było coraz trudniej, dlatego wykonywał ją często z daleka od domu w Gdyni i Sopocie.
Do 1939 roku pozwolono Żydom utrzymać ich własności i tylko to daje Zandmanom możliwość zarobku bo jako rzemieślnicy mogli pracować tylko dla Żydów. Wykup własności żydowskiej przez władze niemieckie uniemożliwił ten sposób zarobku.

Wyścig z czasem

Pogarszająca się sytuacja zmusza do szukania drogi ucieczki. Wiosną 1939 Gmina Żydowska organizuje wywóz części ludności do Palestyny. Wyjeżdżają ojciec i trzej bracia, a Gerszon z rodziną zostaje w Gdańsku, bo jego syn Ezra nie skończył jeszcze trzech lat, a taki był podstawowy wymóg do pozwolenia na wyjazd.
Gmina żydowska przydziela mu funkcję grabarza na kirkucie. Pracy jest dużo. Wielu umiera przez ciężkie warunki, wielu popełnia samobójstwa.
Krótko przed wybuchem wojny Gerszon zostaje wywieziony do pracy przy budowie umocnień na granicy z Polską w miejscowości Gufland. Tu spotkał się z niewolniczą pracy, tu widział katowanych ludzi i sam niejednokrotnie słaniał się pod batem nadzorcy.
Po dwóch miesiącach powraca do Gdańska, ale nie zastaje rodziny pod adresem, gdzie ją zostawił. Dopiero w gminie podano mu nowe miejsce pobytu. Było to utworzone w czasie jego nieobecności getto. Zastał żonę i syna stłoczonych z trzema innymi rodzinami w jednym pokoju.
Dopiero teraz nad gdańskimi Żydami zaczęły zbierać się czarne chmury. Coraz częściej dochodziły pogłoski o planach wyniszczenia całej nacji na terenach zajętych przez Niemców, a sposób w jaki już traktowano Żydów tylko to potwierdzał.
Sytuacja zmuszała gminę Żydowską w Gdańsku do podejmowania nadzwyczajnych środków dla ratowania pozostałych przy życiu. W sierpniu 1940 roku udało się jeszcze raz zorganizować transport do Palestyny, tym razem Ezra był rpełnoletnir1; a to stanowiło klucz do wolności.
Niewielu dowierzało informacji o możliwości ucieczki z miasta, aż do momentu, kiedy wyznaczonych do wyjazdu zgromadzono na Wallgase w Gdańsku. A i tak dopatrywano się w tym podstępu dla wyzbycia Żydów z resztek dobytku, mimo tego, że wszystko organizowane było przez gminę żydowską. I po częsci tak tez było, bo zezwolono na zabranie nie więcej niż pięciu kilogramów bagażu.
Na miejscu zebrani spoglądali jeden na drugiego oczami pełnymi niepewności, jakby bezgłośnie pytając: co to będzie? Odpowiedzi nie umiał udzielić nikt. Stąd konwojowani przez niemieckich strażników kolumną przeszli na dworzec kolejowy w Gdańsku. Na peronie stał już gotowy do odjazdu pociąg pasażerski
z tabliczką kierunkową z napisem Wien. Przy pociągu uwijały się kobiety w białych fartuchach ze znakiem Czerwonego Krzyża. Rozdzielały napoje i chleb. To było jak sen, z którego budził wrzask niemieckich konwojentów -shnell, shnell, shneller;- i bolesne ponaglenia kolbami karabinów podczas załadunku.

Przez lądy i rzeki

Pociąg ruszył. Powoli znikł widok dworca, tylko wspomnieniem zostało miasto. Jechali z nadzieją, ale i z niepokojem, czy zmierzają rzeczywiście w kierunku Wiednia. Dwa dni trwały wątpliwości, do czasu, kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Wiedeń. Chwilową ulgę zmroziły natarczywe okrzyki konwojentów ponaglające do wysiadania. W zgiełku, pod gradem ciosów gubiono ostatni dobytek i nie było możliwości, aby zebrać, to co upadło.
Przed dworcem ustawiono autobusy, które szybko zapełniły się pasażerami. Wszystkich przewieziono do portu rzecznego i rprzeładowanor1; na statek. Portem docelowym miała być Tulcza w Rumunii nad Morzem Czarnym.
Na pokładzie stłoczono około dwustupięćdziesięciu Żydów z Gdańska, a w następnym porcie Resburg dołączyło jeszcze dwustu z Czechosłowacji i trzystu z Austrii i Węgier.
Gerszon został przydzielony do pracy przy kotłach parowych.

Epopeja morska

Po kilkunastu dniach statek o nazwie rAtlanticr1; zawinął jednak do portu w Tulczy. Ciężkie warunki dawały się we znaki nie tylko pasażerom, ale i załodze. Codziennie znikał ze statku ktoś z greckich marynarzy. Przezornie kapitanowi przydzielono pilnujących, aby i on nie uciekł. Minęły tak trzy tygodnie do momentu, kiedy statek został zaopatrzony w paliwo dla kontynuowania podróży. Rozbudzone nadzieje szybko jednak zastygły, kiedy stanął po przepłynięciu kilkuset metrów. Pod kotłami wygasł ogień, który miał być podsycany kamieniami zmieszanymi z węglem, które chyba dostarczono dla okrutnego żartu. Dopiero kilka spalonych mebli pozwoliło zawrócić w poprzednie miejsce.
Mijają kolejne dwa tygodnie i znów otrzymują nową porcję węgla. Tym razem sprawdzono jego jakość. Statek wyruszył, ale wkrótce i tak dał się we znaki brak paliwa. Do pieca wrzucono wszystko, co miało jakieś właściwości palne, oby tylko dotrzeć do celu. Aż pewnego dnia, kiedy kapitan wydał rozkaz wciągnięcia flagi tureckiej, uświadomili sobie, że przechodzą przez Bosfor i Dardanele, cieśniny, które były bramą na Morze Śródziemne.
Po kilku kolejnych dniach podróży na horyzoncie zamajaczyły kontury lądu. Był to Cypr.

U drzwi domu

W porcie statek przywitano kordonem żołnierzy w nieznanych mundurach. Okazało się, że to Anglicy. Pasażerów nakarmiono, umożliwiono kąpiel. Zmarłych zabrano i zapewniono godziwy pochówek. Pobyt na Cyprze był tylko krótkim epizodem i skończył się wraz z nakazem powrotu na „Atlantic”, aby kontynuować podróż do Palestyny. Konwojowani przez dwa okręty Royal Navy dotarli do wybrzeży ziemi obiecanej.
W oddali widoczny był szczyt góry Karmel, a do zawinięcia zapraszał port w Hajfie.
Tu jednak ku zaskoczeniu wszystkich nakazano „przesiadkę” na statek „Patria”, który miał ich wywieźć gdzieś daleko od Palestyny. Większość bezwolnie poddała się nakazom. Była też liczna grupa sprzeciwiająca się dalszej podróży. A kiedy potężna eksplozja zatopiła „Patrię” w przeddzień wypłynięcia, sprawców poszukiwano wśród nich właśnie. Wiele było ofiar. Pozostałych przy życiu ulokowano w więzieniu w Ako 15 km na północ od Hajfy, a pasażerów pozostałych na „Atlantic” Tu również Gerszona z rodziną umieszczono w obozie Atlit 15km na południe od Hajfy.
Pobyt w Atlit trwał dwa tygodnie i zakończył się przymusowym załadunkiem na następny statek. Zdesperowani postawą Żydów Anglicy posłużyli się do tego oddziałem wojska, który szybko stłumił opór przeciwników wyjazdu. Determinacja z obu stron była tak wielka, że dochodziło do aktów przemocy pozbawionych na szczęście rozlewu krwii. Oponentów nawet nagich, bo i tak protestowali zapakowano na dwa duże transportowce. Gerszon trafił na statek „John/David”

Niezbadane są wyroki boże

Po piętnastu dniach morskiej podróży r0;John/Davidr1; rzucił kotwicę w Port-Luis na wyspie Maurytius na Oceanie Indyjskim. Przybyłych przetransportowano do obozu i tam zakwaterowano w dwóch czteropiętrowych budynkach z celami jedno lub dwuosobowymi jak w więzieniu.
Rodziny rozdzielono prawdopodobnie dla uniknięcia zbytniego przyrostu naturalnego. Dzieci do dwunastu lat i panny powyżej tego wieku pozostały z matkami, chłopcy od dwunastego roku życia towarzyszyli ojcom. Początkowo nie było między nimi żadnego kontaktu. Gerszona przydzielono do pracy w nowo-powstałym ogrodzie.
Mniej więcej w tym czasie otrzymuje pierwsze wiadomości dotyczące rodziny. Ojciec i brat Meir mieszkali w Jerozolimie, a bracia Juda i Heniek przebywali w Stalagu 8 jako jeńcy wojenni żołnierze Brygady Żydowskiej w wojsku angielskim.
Wówczas też dotarła do niego pomoc finansowa od rodziny w postaci dwudziestu funtów, z których dwa od razu przeznaczył na rozkręcenie własnego interesu, bądź co bądź nielegalnego. Korzystając z marnego nadzoru angielskich stróżów zorganizował przemyt i sprzedaż artykułów z miasta. Ale taki proceder nie mógł trwać wiecznie. Anglicy odkryli i zlikwidowali „kiosk” Gerszona, a on sam trafił na kilka dni do aresztu. Po wyjściu na wolność rozpoczął pracę w innym równie obiecującym miejscu jakim była kuchnia obozowa.
Po pewnym czasie Anglicy zmniejszyli ograniczenia życia obozowego. Można było kontaktować się z rodzinami i przechodzić początkowo w asyście straży do drugiej częsci obozu. Po krótkim czasie pojawiły się więc kobiety w ciąży i nowonarodzone dzieci jako znaki zmian na lepsze. Były one zwiastunem wolności, która nadeszła wraz z kapitulacją Japonii latem 1945 roku. Przyszedł czas na powrót do domu, do…Palestyny.

Góra Karmel po raz drugi

Jeszcze latem 1945 roku oczom rodziny Gerszona Zandmana ukazał się znany już widok Góry Karmel i leżącego u podnóża portu Hajfa. Wraz z zejściem na suchy ląd zostawili za sobą wojnę i wspomnienie tułaczki. Przyszedł czas na rozpoczęcie kolejnego etapu w życiu, bo nie nowego życia, to szczęśliwie było ciągle to samo. Zaopiekowała się nimi żydowska organizacja o nazwie Sochnut. Początkowo zakwaterowani w obozie Bat Galim (dzielnica Hajfy), szybko otrzymali lokum w Naharyji. Skromnie, ale u siebie. Ziemia obiecana obdarowała ich jednopokojowym mieszkaniem, którego umeblowanie stanowiły trzy metalowe łóżka. Szczęśliwie nie musieli za nie płacić, a Sochnut wspomagał zapomogą po pięć funtów sterlingów miesięcznie. Z całego majątku zdobytego na Mauritiusie zostały dwie paczki papierosów i butelka koniaku Napoleon. Wizje przyszłości nie napawały optymizmem.

Bierz, co daje los

Dwa miesiące trwało życie w zawieszeniu, do momentu, kiedy w biurze pracy znajduje się dla Gerszona zajęcie. Mistrz przetargu i rekin interesów handlowych na Mauritiusie rozpoczyna pracę w branży budowlanej, o której nie ma zielonego pojęcia. Już pierwszy dzień ukazał jego nieprzydatność w tym zawodzie. Początkowo przydzielony do betonowania szybko opada z sił i zostaje przeniesiony do obsługi betoniarki. Tu najpierw posługując się łopatą, a potem już tylko gołymi dłońmi z powodu nienadążania napełnia wiadra piaskiem. Pierwszy dzień zakończył z pęcherzami na dłoniach i trudnościami utrzymania się na nogach. Werdykt lekarza mógł być tylko jeden. Zwolnienie jednomiesięczne i niezdolność do tak ciężkiej pracy. Szczęśliwie wkrótce znalazło się nowe zajęcie, na którym się znał, układanie rur wodociągowych. Do tego zadania przydzielono go do angielskich obozów w okolicy Naharyji i Kurdani. Rodzina miała już utrzymanie

Walka o byt

14 maja 1948 proklamowano powstanie państwa Izrael i ten fakt już na początku trzeba było okupić wojną z arabskimi sąsiadami. I jak tragiczne wspomnienie z Polski wróciły naloty i odgłosy detonacji i śmierć niewinnych ludzi. Na czas wojny wysłano Gerszona do prac przy umocnieniach w kibucu Ichie Am na północy, tam przeżył tygodnie w okrążeniu i pod bombami wroga. Ucieka dopiero, kiedy przez pierścień okrążenia przebija się izraelski oddział. Na wolności dopada go tragiczna wiadomość o śmierci najmłodszego brata w konwoju w Jerozolimie. Pobudzony emocjami zaciąga się do armii z chęcią zemsty. Ze względu na zły stan zdrowia nie trafia jednak do służby liniowej. Zresztą i ten etap szybko kończy pobytem w szpitalu. Po którymś z kolei dowiaduje się, że jest chory na gruźlicę. I tak kończy się przygoda wojenna, pozostaje po niej pamiątka w postaci choroby, którą leczy jeszcze przez wiele lat.

Rachunek końcowy

Podczas arabskich nalotów na Naharyję zdarzało mu się wraz z synem obserwować bombardujące samoloty i walki powietrzne izraelskich pilotów. Podczas jednej z takich obserwacji Ezra zawyrokował, że zostanie pilotem. Marzenie swoje zrealizował kilkanaście lat później. Dziś jego dwaj synowie są również pilotami,
a córka lekarzem. Drugi syn Gerszona, który przyszedł na świat w 1952 roku Dubi jest informatykiem.
A Gerszon żyje szczęśliwie u boku swojej towarzyszki w Nordiji.
Ile razy żyje człowiek? Zwykle tylko raz, ale bywa, że wydarzeń w życiu niektórych starczyłoby na kilka barwnych biografii.

Koniec

Zbigniew Sołtysiński

Artykuł napisany na podstawie wspomnień Gerszona Zandmana spisanych w sierpniu br przez Ignaca Zilbersteina z Izraela

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: