Wspolna droga cz.1

Piotr Zettinger

 

Z Helsinek nadchodziły tego lata wiadomości niezwykłe i nader pomyślne: mało dotąd w świecie znani radzieccy gimnastycy, wioślarze i zapaśnicy odnosili nadzwyczajne sukcesy, a ich drużyna zdobywała więcej medali i punktów niż reprezentanci innych krajów. Gazety opowiadały o przebiegu igrzysk na pierwszych stronach, publikowały wielkie zdjęcia bohaterów i pełne radosnej euforii komentarze. Radzieccy sportowcy wygrywali już wprawdzie w przeszłości różne międzynarodowe zawody i poprawiali rekordy świata, z historycznymi zwycięstwami na olimpijskich arenach nic jednak równać się nie mogło. Mnie także te zwycięstwa cieszyły, czytałem o nich z głębokim zadowoleniem, a o Wiktorze Czukarinie i jego kolegach myślałem z podziwem i dumą. Byliśmy przecież przyjaciółmi, szliśmy wspólną drogą.

Wstąpiłem na nią osiem lat wcześniej, pewnego lipcowego przedpołudnia, kiedy zbiegając po schodach z kubłem na śmiecie wyjrzałem na podwórko i zobaczyłem tam gromadę ludzi w zielonych, wojskowych mundurach.

Miałem wtedy sześć lat i dwa, może trzy miesiące. Jakie obrazy i jakie wspomnienia przywołał w mojej pamięci widok żołnierzy na podwórku, nie wiem. Być może pojawił się przed moimi oczami żandarm, który chodził po ulicy, kiedy staliśmy w bramie jakiegoś domu w warszaskim getcie i szykowaliśmy się do ucieczki, ja, 4.5-letni malec i moja kuzynka, nieco ode mnie młodsza. Było nadal gorąco, choć zbliżał się już wieczór. Ciszę wymarłej ulicy zakłócał jedynie miarowy odgłos podbitych butów maszerującego tam i z powrotem żołnierza. Mówiono o nim Łotysz. Ktoś powiedział, że mamy biec w stronę dziury na środku jezdni, kiedy tylko Łotysz minie naszą bramę i przejdzie trzydzieści kroków. Wyraźnie te kroki liczono, bo nagle usłyszałem szeptem wypowiedziane wezwanie ”biegnijcie” i poczułem na ramieniu czyjąś rękę, może mojej matki lub mojego ojca, którzy tak mnie żegnali, wtedy na zawsze. Przy wejściu do dziury czekała na mnie inna ręka, ktoś wciągnął mnie do środka. Ani mru-mru, nie wolno mówić ani płakać powiedział nieznany mi mężczyzna, za którym potem szliśmy, choć go nie widzieliśmy. Ciemności podziemnych kanałów rozpraszała jedynie słaba poświata latarki, którą nasz przewodnik niósł przed sobą i od czasu do czasu zapalał.

A może przypomniały mi się wrzaski SS-manów i ujadanie psów, kiedy nas goniono na Umschlagplatz? Dzisiaj pamięć o tym strasznym wydarzeniu nieco się zatarła, krzyki ucichły, zostały jedynie jakieś niewyraźne cienie i świadomość, że na placu byliśmy i że tylko dzięki  cudownemu zbiegowi okoliczności mogliśmy się stamtąd wymknąć. Wtedy, w to lipcowe przedpołudnie roku 1944, pamiętałem na pewno dużo więcej. Musiałem mieć w głowie obrazy wielu innych podobnych zdarzeń z czasów już po aryjskiej stronie, zamętu, ucieczek i ukrywania się w szafie czy na strychu, kiedy w pobliżu pojawiał się ktoś w mundurze, zielonym – takich bałem się najbardziej, bo nosili je czyhający na moje życie Niemcy – lub groźnie ciemnogranatowym. Pamiętam, że siostry zakonne, które prowadziły na podwarszawskiej wsi gospodarstwo, i którym niby to jako pastuszek przez kilka miesięcy pomagałem, ostrzegały mnie przed kontaktem z pojawiającym się niekiedy w pobliżu wysokim i przeraźliwie chudym polskim granatowym policjantem. ”On nie lubi dzieci” – mówiły.

Być może przypomniało mi się inne wydarzenie, z niedalekiej przeszłości, kiedy to razem z grupą moich kolegów z przyklasztornego sierocińca w Międzylesiu szliśmy parami ulicą i nagle ujrzeliśmy dwóch zbliżających się z przeciwnej strony żandarmów w hełmach i z karabinami na plecach. Uciec ani schować się nie mogliśmy, było na to za późno, pozostało nam jedynie udawać, że nas nie ma. Przytuleni do ściany najbliższego domu, szliśmy powoli, ze spuszczonymi głowami, nic do siebie nie mówiąc. Ja byłem przekonany, ze to właśnie na mnie żandarmi polują. Ale oni mieli wyraźnie inne, jeszcze ważniejsze zadania i minęli nas bez słowa. Słyszeliśmy potem tylko oddalające się odgłosy ich kroków..

   W zakładzie u sióstr w Międzylesiu było jednak w miarę spokojnie. Wszystkie groźby rozkładały się niejako na całą dużą grupę, a nasze opiekunki potrafiły stworzyć pozory normalnego życia i dać nam poczucie pewnego bezpieczeństwa. Zdaje się, że zapomniałem, jak się naprawdę nazywam i przestałem myśleć o mojej przeszłości, o getcie, ucieczkach, o tym, że kiedyś miałem mamę i tatę, dziadków, ciotki, wujków i kuzynów, byłem po prostu jedną z tutejszych sierot, niczym się nie wyróżniającą i zapewne z sierocym życiem pogodzoną, bo inne zostało gdzieś daleko za mną. Mam z tego okresu kilka wspomnień wręcz przyjemnych, choćby te dwie smakowite kostki cukru, wspaniałą nagrodę, którą zdobyłem, kiedy z zawiązanymi oczami udało mi się trafić kredą w jakąś ważną część narysowanego na betonowej podłodze prosiaka, może ryjek lub ucho, czy też obraz mojego ówczesnego przyjaciela i idola, chłopca ode mnie nieco starszego i dużo wyższego, który długimi palcami potrafił wyciągnąć ołowianego żołnierzyka z kieszonki na piersi swojego blezera. Kiedy dorosnę, też będę miał takiego żołnierzyka, i takie długie palce – marzyłem. Ołowianych żołnierzyków nie bałem się, może nawet uważałem, że mogą przed niebezpieczeństwem chronić.

   Cdn za tydzien

Wspomnienia Piotra  o Irenie Sendler

KLIKNIJ TUTAJ

Spotkanie w pociagu

KLIKNIJ TUTAJ

 

One Response to “Wspolna droga cz.1”

  1. Bardzo wzruszajace wspomnienia.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: