Spotkanie w pociągu

Piotr Zettinger

 

  Dzień był piękny, słoneczny i mroźny. Od rana biegaliśmy po placu na tyłach naszego przyklasztornego sierocińca, obrzucaliśmy się śnieżkami, a potem ulepiliśmy wielkiego bałwana. Próbowaliśmy właśnie przyozdobić go nosem z przegniłego kartofla, kiedy na placu pojawiła się siostra Gertruda i powiedziała, że muszę wejść do środka, bo do zakładu przyszła moja mama i na mnie czeka. Bardzo mnie to zdziwiło. Nie widziałem mamy od tego letniego popołudnia, kiedy wydostałem się z  getta w Warszawie, a ona w getcie została. Miałem wtedy trochę ponad cztery lata, teraz prawie siedem. Zacząłem liczyć – pięć, sześć, siedem…Trzy lata. Z nikim przez te trzy lata o mamie lub tacie nie mówiłem. Należeli do świata, który dla mnie po wyjściu z kanałów już nie istniał, który jeśli miał z moim życiem po aryjskiej stronie coś wspólnego, to tylko jako śmiertelna groźba. Mogłem się przecież wygadać. Dobrze rozumiałem, czym mogłoby się  skończyć, gdybym zaczął paplać o getcie, ucieczce, rodzicach, czy też wspomniał o tym, że kiedyś nosiłem zupełnie inne nazwisko, egzotyczne, nie takie zwykłe jak teraz, z pospolitym -ski na końcu.

  Nawet kiedy ostatniego lata Niemcy gdzieś zniknęli, wybuchy ucichły i wojna skończyła się w Międzylesiu, niewiele się praktycznie w moim życiu zmieniło. W sierocińcu zjawiali się niekiedy rodzice, ciotki, wujkowie lub dziadkowie moich kolegów i zabierali ich z sobą. Po mnie nikt nie przyszedł. Tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Przebywałem tu już od od wiosny zeszłego roku, przywykłem do życia w zakładzie, polubiłem siostrę Gertrudę i moich kolegów, wspólne posilki i wspólne wizyty w kościele. Rodzina była mi niepotrzebna, nie wiedziałem już w istocie, co to znaczy. W dodatku chciałem, kiedy będę duży, zostać księdzem, a jak wiadomo księża rodzin nie mają.

  Moje wątpliwości potwierdziły się, kiedy zobaczyłem tę czekającą na mnie kobietę. Niczym nie przypominała mamy, której obraz zachowałem w zakamarkach pamięci. Kobieta ubrana była w  zbyt na nią obszerne, pomięte, brudnoszare zimowe palto, miała starą, zniszczoną twarz i pomierzwione włosy poprzetykane siwymi pasmami. Kiedy mnie zobaczyła, podniosła się z krzesła, znowu jednak usiadła i zaczęła płakać. Byłem doświadczonym wojennym dzieckiem, widziałem już nie raz dorosłych, którzy płakali, gdyż spotkało ich nieszczęście, zostali pobici lub obrabowani, krwawili z otwartej rany, stracili właśnie swój dom w pożarze albo dowiedzieli się przed chwilą o śmierci kogoś bliskiego. Lecz wylewać łzy z tego powodu, że spotkało się swoje dziecko – nie, tego zrozumieć nie mogłem. Doszedłem do wniosku, że to na pewno nie moja mama, choć nie odważyłem się tego głośno powiedzieć. Przestępowałem z nogi na nogę, nie wiedziałem co z sobą zrobić, irytowały mnie te łzy i panująca w pokoju cisza. Zaproponowałem, żebyśmy poszli na dwór i popatrzyli na śnieżnego bałwana z takim fajnym nosem z kartofla.

  Do pokoju weszła siostra Gertruda w towarzystwie zakonnicy, której imienia nie znałem. Słuchałem uważnie, o czym dorośli mówili i szybko zorientowałem się, że będę musiał zakład opuścić. Byłem przyuczony do potulnego posłuszeństwa i nie przyszło mi nawet na myśl, żeby się opierać czy protestować. A w tym, że ktoś chciał mnie nagle przeprowadzić z jednego miejsca na drugie, nie widziałem nic niezwykłego. Przeżyłem już to niejednokrotnie.

  Opuściliśmy klasztorne obejście bez zwłoki, nie tracąc czasu na pożegnalne ceremonie. Nie

było takiego zwyczaju wśród wychowanków zakładu, żeby się rozczulać przy rozstaniach i odjazdach.

  Czekała nas długa droga. Gdzieś daleko po drugiej stronie Wisły, w Pruszkowie, miałem spotkać jakichś krewnych, moje dwie ciotki i cioteczną siostrę. Tak moja opiekunka twierdziła, a ja jej nie wierzyłem. Nie mówiła nic o sobie, ani o moim tacie, nie wspominała  o tym, skąd przyjechała i jak dotarła do naszego sierocińca. Pytała, jak mi było w zakładzie. Trochę zdziwiony tym, że to może kogoś interesować, opowiadałem chętnie o siostrach i kolegach, o naszych zabawach i róznych ciekawych zdarzeniach. O tym, jak niedawno skręciłem nogę i nie mogłem przez kilka dni chodzić. O naszym kościele, który stanął w płomieniach,  kiedy w lecie wieżę trafił pocisk. O ostatnich świętach i wspaniałym prezencie gwiazdkowym, dwóch kostkach cukru zawiniętych w błyszczący papier. Chwaliłem się, że umiem czytać i liczyć do stu.

  Bagaż nie utrudniał nam marszu. Był niewielki. Moja opiekunka niosła mocno zniszczony, prawie pusty plecak, trzymający się jej ramion przy pomocy grubego sznurka, ja ściskałem w kieszeni palta ołowianego żołnierzyka, prezent wyłudzony kiedyś od przyjaciela z sąsiedniego łóżka w sierocińcu. Witek miał trzy takie figurki, odstąpił mi jedną, tę z odpryśniętą farbą i przekrzywioną nogą.

  Przez rzekę przeszliśmy po lodzie. Pontonowy most, kóry żołnierze budowali w pobliżu,  nie był jeszcze gotowy. Silny mróz trwał na szczęście od dawna i gruby lód się nie zawalił, choć wokół nas wędrowały tłumy ludzi. Jedni szli do Warszawy, inni w drugą stronę, na Pragę. A może do mojego Międzylesia? Uważałem, że to wspaniała przygoda, tak iść po lodzie, pokrytym skrzypiącym śniegiem, w oślepiającym słońcu. A potem, już po drugiej stronie, szliśmy ulicami, gdzie zamiast domów widziałem stosy gruzów albo czarne od pożaru resztki murów. Zadziwiła mnie i oczarowała intensywność miejskiego życia, tak różna od spokoju przyklasztornych okolic – te tłumy przechodniów, pędzące jezdnią samochody, stragany i uliczni sprzedawcy, którzy zachwalali swoje towary, gorące pyzy, ciepłe rękawice, miotły, garnki, różne narzędzia, świeczki, papierosy, święte obrazki, nawet lalki i ołowiane żołnierzyki. Gdyby nie to, że nadchodził zmierzch, może bym się i odważył zaproponować, aby zostać tutaj dłużej. Nocowaliśmy w jakiejś piwnicy na słomianych materacach, rozłożonych na ziemi. Zajęliśmy dwa ostatnie wolne miejsca, tuż przy wejściu. Przykryty  szarym, dziurawym kocem, spałem dobrze, choć od czasu do czasu budziły mnie odgłosy otwieranych drzwi i zadziwiające dzwięki donośnego, męskiego chrapania. Rano spotkało  mnie wielkie rozczarowanie, gdyż ruszyliśmy od razu dalej i już wkrótce dotarliśmy w okolice, gdzie na ulicach nie działo się nic ciekawego.

  Koło południa udało nam się zatrzymać pusty wóz, ciągnięty przez chudą, nerwowo prychającą szkapę. Wąsaty, dobrze podchmielony furman w wielkiej, futrzanej czapie zgodził się nas podwieść. Oddał nam nawet grubą derkę, bo nie chciał, żebyśmy tam z tyłu zamarźli mu  na śmierć. Był rozmowny, opowiadał o tym, jak za  Niemca przemycał na wozie słoninę  ukrytą pod słomą. Ja też byłem raz jak ta słonina, pomyślałem.  Wydało mi się to dosyć śmieszne. Przypomniał mi się wiejski dom sióstr zakonnych, u których kiedyś mieszkałem, ich  kurnik, którego doglądałem, gęsi, za którymi biegałam z brzozową witką i ten ciepły, jesienny dzień, kiedy mi powiedziano, że mam odjechać. Odjechałem furmanką, przykryty plandeką i wartwą siana.

  Po chwili obrazy z przeszłości się rozproszyły, wszystkie głosy ucichły, usnąłem. Kiedy się obudziłem, wóz stał przy przejeździe kolejowym. Furman jechał gdzieś dalej, już nie w stronę Pruszkowa. Poradził nam, żeby iść wzdłuż  torów, bo może się tam trafić jakiś pociąg. Tego popołudnia się nie trafił. Noc spędziliśmy w murowanym, małym domku tuż przy torach. Mili gospodarze, siwy, wysoki, bardzo chudy  pan w ciemnym, poplamionym, może kolejarskim mundurze i jego gruba żona z bielmem na jednym oku, uraczyli nas gorącą kartoflanką, a rano obdarowali na drogę ćwiartką żytniego chleba.

  Pogoda się zepsuła, zaczął padać śnieg, zerwał się porywisty wiatr. Marzłem, byłem śmiertelnie zmęczny, nie wierzyłem, że kiedykolwiek do tego przeklętego Pruszkowa dotrzemy. Rozmyślałem nad tym, co się dzieje z naszym bałwanem i co też moi koledzy z zakładu teraz robią. Zacząłem za nimi tęsknić, za zezowatym, rozbrykanym Mirkiem i Witkiem z jego ołowianymi żołnierzykami, za dobrą siostrą Gertrudą, wspólnymi posiłkami przy wielkim stole, modlitwą przed jedzeniem, za moim łóżkiem we wspólnej sypialni, gdzie wieczorem, zanim zgaszono lampy naftowe, tak było przytulnie i domowo.

   Nie rozmawialiśmy z sobą, moja opiekunka, zatopiona w swoich myślach, też pewnie zmęczona, porzuciła już wyraźnie nadzieję, że potrafi mnie rozerwać i dodać mi otuchy. Ja na rozmowę także straciłem ochotę. Miałem tego wszystkiego dosyć, tej beznadziejnej wędrówki, zimna, wiatru i moich butów, które zaczęły mnie uwierać. Wlekliśmy się  powoli, krok za krokiem, często stawaliśmy. Byłem głodny, chleb i resztki kiełbasy, które wydobyliśmy z plecaka już zjedliśmy, jakaś inna okazja od dawna się nie przytrafiła. Szedłem o niczym już nie myśląc, tępo patrząc pod nogi.

  Z odrętwienia wyrwał mnie głos mężczyzny, który mijając nas powiedział, że trzeba się pospieszyć, jeśli chcemy złapać pociąg. Rzeczywiście, nad domami za zakrętem można było dostrzec słup czarnego dymu. Przyspieszyliśmy kroku, próbowaliśmy biec. Zdążyliśmy. Przy drugim posterunku, tak ludzie nazywali to miejsce, stał długi pociąg towarowy z dymiącą lokomotywą i jakby na nas czekał. Jechał w dobrą stronę, miał ruszyć za chwilę. Mówiono, że na  pewno się zatrzyma w Pruszkowie, bo to przecież duża i ważna stacja. Znalazło się dla nas miejsce na otwartej platformie w wagonie bez ścian i dachu. Było tam już sporo pasażerów, niektórzy siedzieli, inni stali i tupali dla rozgrzewki nogami. Jakiś mój rówieśnik w palcie do samej ziemi gapił się na mnie z  ciekawością. Dwie mocne, męskie ręce wciągnęły mnie do góry.

  W tym samym momencie rozległ się gwizd lokomotywy i pociąg ruszył. Kobieta na dole biegła wymachując rozpaczliwie rękami, coś wołała, ludzie na platformie też zaczęli krzyczeć. A ja stałem nieruchomy, oniemiały i przerażony. Byłem znowu w drodze gdzieś w nieznane. Znowu sam wśród obcych ludzi.

  Pociąg nie zdążył się rozpędzić, ujechał może dwieście czy trzysta metrów i stanął. Kobieta dobiegła do mojego wagonu, wdrapała się na platformę. Przecisnęła się do mnie, objęła mnie, przytuliła i znowu zaczęła płakać. Tym razem dobrze rozumiałem, dlaczego. Mnie też ciekły łzy. Też z radości. Nic mi już na tym świecie nie groziło, spotkałem mamę.

Piotr o Irenie Sendler

KLIKNIJ TUTAJ

 

5 komentarzy to “Spotkanie w pociągu”

  1. Roza Rusinek 13/07/2016 at 17:58

    Wzruszajaca historia i pieknie opowiedziana.
    Dzieki, Piotrze.

  2. Danek Landsberg 04/07/2016 at 17:48

    Do Piotra Zettingera.

    Czy historia ktora opisales jest prawdziwa to znaczy czy sierociniec o ktorym mowa byl w Otwocku? Ja sie uratowalem w sierocincu w Otwocku, gdzie siostra przelozona siostra Gertruda (ktora zostala odznaczona orderem Sprawiedliwych Wsrod narodow Swiata). Jesli to jest to samo miejsce to bardzo chcialbym nawiazac z Toba kontakt.

  3. Bardzo dobry tekst Panie Piotrze! szczere i w bardzo dobrym stylu, czekam z niecierpliwością na kolejne publikacje, to się czyta!

  4. Bardzo przejmujace opowiadanie. Az lzy w oczach stanely.

  5. Wlodek Proskurowski 02/07/2016 at 08:24

    Bardzo dobra proza wspomnieniowa, Piotrku.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: