Dobre imię – walcem czy dialogiem?

Przyslala Rimma Kaul

Jak powiadaja  slowa z jednej ze znanych izraelskich piosenek (Ya’akov Rotblit):
„rzeczy,ktore widac stamtad-nie sa widoczne stad”.
Z piosenki skomponowanej przez wielce utalentowanego Mati Caspi  „Wziales me reke w swoja” w pieknym wykonaniu Yehudit Ravitz
Slowa te staly sie z czasem wlasnie „upolitycznione”…
Czy trzeba wyemigrowac do Kanady aby pojac pewne prawdy???
Najwidoczniej…

Plus i minus daje… minus. Tyle matematyka. Jest też tak psychologicznie, że bodźce negatywne są postrzegane łatwiej i pamiętane dłużej niż pozytywne. Może te pozytywne traktujemy jako normę (chociaż wcale nią nie są), bo ile osób napisze list chwaląc za szczególnie dobre usługi pracownika jakiejś firmy, a ile napisze skargę? Odpowiedź jest jasna.

Kocham Polskę, w której wzrastałam, której w dużej mierze poświęciłam swoją karierę zawodową, promoując ją, jej kulturę i wszystko co w niej dobre w Kanadzie. Ale życie w tym wielokulturowym kraju nauczyło mnie też słuchania innych głosów, innych narracji i pochylania się nad nimi. Nauczyłam się też, że poza Polską inaczej kształtuje się opinie i wizerunki, że dialog jst zawsze ważniejszy niż konfrontacja, że przez okazanie zrozumienia i otwarcie na inne opinie można zdobyć więcej szacunku i zapracować na dobre imię bardziej efektywnie niż przez rozwiązania siłowe, wymagania i agresję wobec innych.

Bardzo cieszy mnie kiedy o mojej ukochanej Polsce mówi się dobrze i z uznaniem na świecie. Niczego bardziej nie pragnę niż tego, aby Polskę szanowano i doceniano. Pytanie jednak jak osiągnąć ten cel. I czy szacunek wzbudzają ci, którzy pokazują swoje zalety i sukcesy, ale przyznają także swoje wady i błędy, czy ci, którzy domagają się siłowo by wszyscy nagłaśniali tylko ich osiągnięcia?
Od lat spora grupa ludzi na całym świecie w różny sposób stara się prowadzić dialog z ludźmi zranionymi i obolałymi po horrorze Holocaustu, próbuje budować mosty porozumienia. Jest to jedno z moich życiowych zadań. W Polsce ta praca polega na czym innym niż w Kanadzie czy USA. Niełatwo się przebić przed cudzy ból. Stając dwukrotnie przed członkami kongregacji w torontońskich synagogach wiedziałam, jak trudne jest moje zadanie. Słuchali mnie ocaleli z Holocaustu i ich dzieci. Mnie, Polkę, nie mającą korzeni żydowskich. A jednak – dali mi powiedzieć to z czym przyszłam na ich zaproszenie, wysłuchali mojej polskiej perspektywy i historii. I wyszliśmy ze spotkania po pełnych łez uściskach. Może dlatego, że mówiłam do nich z ogromnym szacunkiem dla ich bólu, empatią, że pokazując naszą polską optykę, powiedziałam to, co do czego nie mam najmniejszych wątpliwości: że trzeba przyznać istnienie i potępić tych, którzy wydawali Żydów za pieniądze, tych, którzy mordowali żeby przejąć ich domy i majątki, także po wojnie – Żydów, którzy ocaleli z Shoah. Za to przepraszam i zawsze będę przepraszać jako Polka. To mój moralny obowiązek.

Nie da się dotrzeć do ludzi przez umniejszanie ich cierpienia. Nie da się dotrzeć do cierpiących przez próby tłumaczenia im, że więcej było ludzi przyzwoitych (czy było? najwięcej było przerażonych i biernych i nie ma w tym nic dziwnego) i zamiatanie pod dywan historii, które dla nich są najbardziej bolesną prawdą. Dla kogoś, kto stracił najbliższych z ręki Polaka nie ma znaczenia ile jest polskich drzewek w Yad Vashem. Wśród nich jest także drzewko mojego ukochanego wuja Mieczysława Wionczka. I co? Czy to daje mi prawo zaprzeczania koszmarowi Kielc czy Jedwabnego?

Każdy przypadek użycia wyrażenia “Polish concentration camp” w Kanadzie był przez te lata oprotestowywany przez naszych polskich dyplomatów, ale także przez nas, “Gazetę”, przez Polish-Jewish Heritage Foundation, a także, a to miało największe znaczenia, przez wielu Żydów, przyjaciół Polski, którzy doskonale wiedzieli i wiedzą, że obozy stworzyli i prowadzili Niemcy, hitlerowcy. Tych przypadków nie było dużo, a wiele z nich wynikało nie z żadnej zaplanowanej akcji (wbrew teoriom spiskowym), lecz niedbałości, a rzadziej braku wiedzy. Zwykle używano przymiotnika “Polish” w sensie geograficznym. Oczywiście – i tu nikt nie ma wątpliwości – ze względu na dwuznaczność takiego określenia, należało zwracać na nie uwagę i dążyć do poprawienia. I tak się działo. I oczywistym sukcesem były zmiany obowiązujących w wielu redakcjach zasad obowiązujących dziennikarzy i oficjalnej nazwy Auschwitz, które przez UNESCO zostało nazwane w 2007 roku “The Nazi German Concentration and Extermination Camp”.

Mało kto mówi o tym, że tego określenia używał sam Jan Karski – w 1944 roku opublikował artykuł pt. “Polish Death Camps” w amerykańskim piśmie “Collier’s”. Zofia Nałkowska pisała tuż po wojnie w “Medalionach”: “Nie dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci. Oprócz szeroko znanych miejscowości, jak Majdanek, Oświęcim, Brzezinka, Treblinka, raz po raz odkrywamy nowe, mniej głośne“.

Przewodnik po obozie orowadzjący tam wycieczki mówi, że o “polskie obozy” najczęściej pytają… Polacy.

A mimo to, mamy (mieliśmy?) sojuszników w tej kwestii na całym świecie. I za to im chwała. Na tym właśnie polega dialog i dbałość o historyczną dokładność.

Niestety, przez ustawę uchwaloną w fatalnym momencie – tuż przed uroczystościami w Auschwitz, pospiesznie, bez namysłu, przyjętą przez Senat o 2 w nocy (!) bez wzięcia pod uwagę sensownych poprawek, które uspokoiłyby choć trochę opinię międzynarodową, popsuto wszystko.

Dzisiaj o “Polish concentration camps” mówią miliony ludzi na świecie – #PolishDeathCamps stał się hitem w sieci. Dzisiaj pół świata dowiedziało się o pogromach w czasie wojny i po niej, dzisiaj słucha się z uwagą przede wszystkim tych, którzy doznali od Polaków zła. Sami sobie zgotowaliśmy ten los – zamiast Pileckiego, Karskiego, Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, Żegoty i kary śmierci za pomoc Żydom, świat mówi o zakłamywaniu przez Polskę historii i przekazuje sobie, że dziennikarz Ziemkiewicz publicznie określił Żydów słowem “parchy” (!!!), a na forach “dyskusyjnych” wylała się najgorsza antysemicka ohyda. Ze strony izraelskiej też padają ekstremalne wypowiedzi, których wolałabym nie widzieć w przestrzeni publicznej.

Prawie nikt z tych “mądrych”, którzy pokazali w necie co tak naprawdę myślą o Żydach i Holocauście, nie czytał samej ustawy, a tylko “słyszał” i “inni mówili”. A trzeba ją dokładnie przeczytać, aby się wypowiadać – bo w tej ustawie nie ma ani słowa o “polskich obozach”…

Jeżeli ktoś powie mi, że to wszystko dla dobra Polski i jej wizerunku to odpowiem na to: o wizerunku nie powinni decydować ci, którzy nie rozumieją delikatnej natury pewnych relacji i zachowują się jak słoń w składzie porcelany. Powierzmy to delikatne zadanie ludziom o większej wiedzy, doświadczeniu i zrozumieniu punktu widzenia innych.

No cóż, dzisiaj przeciwko Polsce są wszyscy, ale jak już wiemy, w takich sytuacjach polski rząd triumfuje, a nie czuje się pokonany (vide powrót pani premier Szydło po spektakurlanej klęsce w Brukseli, kiedy wynik 27 do 1 odtrąbiono jako sukces).

Polityka polega na dyplomatycznych kompromisach, dialogu i wiedzy o tym, jak najlepiej osiągnąć swoje cele. To kluczowe pytanie: jak najefektywniej osiągnąć swoje cele? Nikt nie zyskuje robiąc sobie wrogów wokoło. Nawet senatorka PiS Anna Maria Anders była oburzona brakiem zrozumienia przez rząd, jak poważny spowodował kryzys. Pytała głęboko poruszona jak można do tego stopnia nie mieć wyczucia właściwych form i właściwego czasu. Ona rozumie to lepiej, bo całe życie przeżyła w USA. (Szkoda tylko, że po takim wystąpieniu przynajmniej nie wstrzymała się od głosu…)

Nie ma demokracji bez wolności słowa. Niewygodnych faktów nie wolno spychać do periodyków naukowych, których nie czyta nikt poza historykami. O historii, i o tej pięknej i bohaterskiej, i o tej plugawej i wstydliwej, trzeba mówić otwarcie. Dialog, który wywołała w Polsce pierwsza książka Grossa, był pokazywany przez świat jako przykład tego, jak powinno się debatować o swojej historii.

Dobrego wizerunku nie załatwia się straszeniem prokuratorem i opowiadaniem, że nic nas nie obchodzą opinie innych, ani rozjuszaniem potencjalnych sprzymierzeńców, np. udzielając Żydom w Izraelu (!) rad jak mają uczyć o Holocauście. Te metody prowadzą do zmarnowania wszystkiego, co przez lata udało się zbudować. Być może bezpowrotnego…

Dobre imię – walcem czy dialogiem?

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: