Uncategorized

Mówili jej, że ortodoksyjna Żydówka nie może się rozwieść i założyć nowej rodziny.

Ona zrobiła jedno i drugie

Fainy Sukenik (Fot. Marta Pruska)

Martyna Wojciechowska, Anna Pamuła

„Kiedy poprosiłam męża, byśmy więcej dzielili się obowiązkami, nie chciał o tym słyszeć. W końcu postawił warunek, bym mniej pracowała i więcej opiekowała się dziećmi. Nie przeszkadzała mi wizja skromnego życia, lecz odmówiłam, bo uwielbiałam swoją pracę. Kiedy mąż zrozumiał, że się nie dostosuję, zostawił mnie z trójką dzieci”. Rozmowa z Fainy Sukenik, ultraortodoksyjną Żydówką feministką.

 

Czego nie znalazłybyśmy w twojej szafie?

Spodni. Nigdy w życiu nie włożyłam spodni. I nie włożę.

Kobietom, które tak jak ty należą do ultraortodoksyjnej żydowskiej wspólnoty haredi, spodni nosić nie wolno. Czego jeszcze nie możecie robić?

Nie wymienię wszystkich zakazów i nakazów wynikających z Tory, bo jest ich w sumie 613. Podam przykłady. Nie mogę – i nie chcę – czytać powieści ani nie mogę zgodzić się na to, by moje dzieci czytały np. „Harry’ego Pottera”. Nie mogę oglądać filmów, których fabuła nie jest w duchu ortodoksyjnym. Nie mogę pójść na plażę w kostiumie kąpielowym. Nie mogę używać telefonu komórkowego w szabas. Nie mogę też korzystać z internetu dla rozrywki.

Jak wygląda twój dzień?

Zaczyna się od modlitwy. Potem zakładam perukę, bo nie mogę wyjść z domu z odkrytą głową. Ubieram się skromnie: spódnica za kolano, rajstopy, długie rękawy. Przygotowuję dzieciom i mężowi koszerny posiłek w dwóch kuchniach – jedna jest zarezerwowana dla produktów mięsnych, druga dla mlecznych.

Szabas zaczyna się o zachodzie słońca w piątek i przez kolejne 24 godziny odpoczywamy i rozmawiamy. Ponieważ nie możemy w tym dniu zapalać światła, mamy automatyczne włączniki. Gotujemy wcześniej, by nie włączać piekarnika ani mikrofalówki. W tym czasie nie używamy samochodu. Po prostu spędzamy razem czas.

Wspomniałaś o mężu, to twój drugi mąż. Jak to możliwe, by w świecie tylu zakazów kobieta mogła się rozwieść?

Usiłowano mi wmówić, że nie mogę się rozwieść i założyć nowej rodziny. Zrobiłam jedno i drugie.

Po ukończeniu liceum nie chciałam od razu wychodzić za mąż. Chciałam się uczyć. Marzyłam o tym, by zostać lekarką, ale rodzice przekonali mnie, że nie jest to dobry wybór dla religijnej kobiety. Po pierwsze, uniwersytety są koedukacyjne, po drugie, studia trwają osiem lat, więc trudno byłoby pogodzić studiowanie z życiem rodzinnym. Na liście moich marzeń było też pielęgniarstwo, tu przeszkodą okazały się nocne dyżury. „Matka powinna być w nocy ze swoimi dziećmi, a nie w pracy” – zwróciła mi uwagę mama. Ostatecznie zostałam nauczycielką.

Powoli stawałam się samodzielną kobietą z własnym rachunkiem w banku. Ale moi rodzice się martwili, że zostanę starą panną. Kiedy miałam 22 lata, swatka zaaranżowała dla mnie spotkanie z młodym studentem jesziwy, czyli religijnej szkoły dla mężczyzn. Zaręczyliśmy się po sześciu spotkaniach.

Szybko.

Właśnie nie. Moje koleżanki decydowały się na ślub po pierwszym spotkaniu, które trwało 15 minut. Tylko ja marudziłam. Ale moi rodzice nie zmusili mnie do tego małżeństwa, to była moja decyzja.

W wieku 27 lat miałam troje dzieci. Pracowałam na pełny etat w szkole i dbałam o dom, a mąż studiował w jesziwie. Byłam bardzo zmęczona i zaczęłam się zastanawiać: czy tak musi być? Może niektóre kobiety haredi mają jakieś supermoce, ale ja czułam, że nie dam rady. Poprosiłam męża, byśmy więcej dzielili się obowiązkami, jednak nie chciał o tym słyszeć. Kiedy zaczęłam nalegać, zasugerował rozwód, ale bałam się zostać rozwódką. W końcu postawił warunek, bym mniej pracowała i więcej opiekowała się dziećmi. Nie przeszkadzała mi wizja skromnego życia, lecz odmówiłam, bo uwielbiałam swoją pracę. Kiedy mąż zrozumiał, że się nie dostosuję, zostawił mnie z trójką dzieci.

Jak zareagowali twoi najbliżsi oraz osoby ze wspólnoty?

Przyjaciółki przestały się do mnie odzywać. Jedna z nich, kiedy dostrzegła mnie na spacerze z dziećmi, przeszła na drugą stronę ulicy. Innym razem czekałam z dziećmi na autobus. Padał deszcz, było zimno. Nasi sąsiedzi przejeżdżali obok nas samochodami, ale nikt nie zaproponował pomocy. Wszyscy odwracali wzrok.

Nie miałam siły, ale postanowiłam, że się nie poddam.

Mijały kolejne dni mojego smutnego życia samotnej matki. Nie miałam się komu wyżalić. Nie chciałam martwić rodziców. Pewnej nocy otworzyłam komputer i zaczęłam pisać bloga pod pseudonimem, opisując wszystko, co przeżywam. Następnego dnia odkryłam, że pod moim wpisem jest kilkadziesiąt komentarzy. Nagle zaczęły do mnie pisać nieznane kobiety, które znalazły się w podobnej sytuacji. Zrozumiałam, że moja historia to historia wszystkich kobiet w ultraortodoksyjnej społeczności, które zdecydowały się na rozwód.

Co judaizm mówi na temat rozwodu?

Rozwód jest dozwolony, ale tylko mężczyzna może go dać żonie.

Jak to „dać”? W Polsce o rozwód występuje się do sądu.

U nas nawet jeśli sąd rabinacki przychyli się do rozwodu, to ostatnie słowo należy do męża. To on daje żonie get, czyli list rozwodowy, w którym jest napisane: „Uwalniam cię od małżeństwa i rozwodzę się z tobą (…). Od teraz możesz stanowić sama o sobie i poślubić innego mężczyznę”. Zdarza się, że mężowie znikają, nie mogą się pogodzić z rozstaniem i latami nie ustępują. W takiej sytuacji kobiety są w potrzasku – nie mogą ponownie wyjść za mąż, a ich życie społeczne jest ograniczone.

Moim zdaniem problem nie tkwi w samym judaizmie, ale w tym, jak postępuje nasza ortodoksyjna wspólnota. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zdecydowałam się założyć organizację i pomagać kobietom takim jak ja. Najpierw jednak musiałam rozwieść się na dobre.

Jak przebiegał twój proces rozwodowy?

Trwał trzy lata. To najtrudniejszy okres w moim życiu. W domu przed dziećmi musiałam udawać uśmiechniętą mamę, mimo że codziennie toczyłam kolejną walkę z sądem rabinackim. Przeżyłam wtedy kryzys tożsamości. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego jestem tak źle traktowana przez współwyznawców. Sąd rabinacki blokował mi konto w banku, chciał odebrać dzieci. Nie dziwi mnie, że wiele kobiet haredi podejmuje wtedy decyzję o odejściu ze wspólnoty. Ja zostałam, bo zależało mi na tym, by swoje dzieci wychować w tradycyjnych wartościach. Postanowiłam za to zmienić od wewnątrz zasady naszej wspólnoty, które są dyskryminujące dla kobiet.

Wśród haredi 70 proc. kobiet pracuje, ale mężczyzn zaledwie 40 proc. Dlaczego tak jest?

Żyjemy według tradycji, która pozostaje niezmienna od tysięcy lat. Rolą mężczyzny jest zapewnić jej kontynuację, dlatego musi ciągle uczyć się praw, które decydują o życiu nas wszystkich. Kobieta jest odpowiedzialna za prowadzenie domu i wychowanie potomstwa. To dlatego mamy tak wysoki procent pracujących superwomen, które nierzadko po pracy na pełny etat wracają do domu do opieki nad dziesięciorgiem dzieci.

Dziś w moim domu jest inaczej. Mój drugi mąż pracuje. Moje życie odmieniło się na lepsze.

Z jakimi jeszcze problemami borykają się kobiety haredi?

Kobiety w Izraelu zarabiają mniej od mężczyzn, a haredi zarabiają o 30 proc. mniej od reszty Izraelek. Nie możemy uczyć się w każdej szkole, bo większość jest koedukacyjna, ale zdobycie wykształcenia jest kluczem do otrzymania lepszej pracy. Łączenie dwóch światów – świeckiego i religijnego – to trudne zadanie. Ultraortodoksyjna partia w parlamencie jest jedyną, która nie ma w swoich szeregach ani jednej kobiety.

Mam nadzieję, że to się niedługo zmieni. Skoro możemy być szefowymi przedsiębiorstw, pracujemy na dwa etaty – w domu i poza nim – to dlaczego nie możemy decydować o przyszłości naszego kraju? Często słyszę, że zadziorność odziedziczyłam po polskich babciach.

Cała twoja rodzina to Żydzi z Polski.

Wszyscy moi dziadkowie urodzili się w Polsce. Najbliżej byłam związana z Boazem, ojcem taty. Pochodził z niewielkiego sztetla, czyli żydowskiego miasteczka, pod Warszawą. Jego rodzina była biedna, więc już w wieku ośmiu lat pracował jako wędrowny handlarz. Podobno był niezłym łobuzem. Żeby go utemperować, szybko znaleziono mu żonę, Ester. Na początku drugiej wojny światowej 18-letni Boaz wstąpił do armii polskiej, potem został zesłany na Syberię. Przez trzy lata nie miał żadnych informacji od rodziny. Kiedy po wojnie wrócił do domu, dowiedział się, że wszyscy jego bliscy zostali zamordowali w Treblince: mama, tata, żona, dwuletni synek, siostry, bracia. W sumie 17 osób. Nie miał nikogo, uciekł do Izraela. Tam założył nową rodzinę. Chcąc podtrzymać tradycję żydowską i zachować pamięć o zmarłych przodkach, nadał ich imiona swoim dzieciom i wnukom.

Kim była Fainy, twoja imienniczka?

Faina lub Fainy była siostrą mojego dziadka. Lubiła się uczyć, studiowała Torę z córkami rabina. Została zamordowana w Treblince w wieku 18 lat. Przez wiele lat nie lubiłam swojego imienia, ciążyło mi. Długo nie rozumiałam, dlaczego dziadek płakał za każdym razem, gdy mnie widział. Dopiero kiedy poznałam jego historię, nabrałam szacunku do roli, która została mi powierzona. Zostałam strażniczką pamięci Fainy, jednej z sześciu milionów zamordowanych Żydówek i Żydów.

Czy twoi dziadkowie często wspominali Polskę i lata przedwojenne?

Nigdy nie rozmawiali o tym ze swoimi dziećmi, które zostały nauczone, by nie zadawać żadnych pytań. Ale my, to znaczy trzecie pokolenie, byliśmy już bardziej ciekawscy. Bluma, moja babcia od strony mamy, została zesłana na Syberię wraz z rodzicami i bratem. Kiedy po wojnie wrócili do sztetla, polska rodzina, która zajęła ich dom, kazała im się wynosić. Znaleźli się w obozie dla uchodźców, gdzie Bluma wyszła za mąż za mojego dziadka Mordechaja z Łomży, który przetrwał cztery lata w Auschwitz, ale jego cała rodzina – 20 osób – została zamordowana. Kiedy młodzi Izraelczycy zaczęli jeździć do Polski, moi dziadkowie nie mogli tego zrozumieć. Bluma miała żal do swoich polskich sąsiadów za to, że zabrali jej mieszkanie i wszystko, co w nim było.

Zamierzasz odwiedzić Polskę?

Jeśli pojadę, to na pewno zabiorę tam swoje dzieci. Chciałabym, żeby zawsze pamiętały swoich przodków i nigdy nie dały się uciszyć przez kogokolwiek, kto będzie mówił, że obozy koncentracyjne nie istniały. Czytałam kiedyś takie komentarze na Twitterze. Byłam bardzo zła i myślałam tylko o numerze na przedramieniu dziadka Mordechaja.

Ale nasza historia rodzinna to nie tylko trauma, ale i siła przetrwania. Chciałabym, by moje dzieci czuły w sobie tę siłę. To ona pozwoliła mi się podnieść po rozwodzie i założyć organizację Ba’asher Telchi, dzięki której pomogłam już tysiącom kobiet.

Na czym polega jej działalność?

Kobiety trafiają do nas przez stronę internetową, Facebooka albo dzwonią na infolinię. Samo to, że w społeczności ultraortodoksyjnej jest grupa, na którą mogą liczyć, wiele znaczy. Jeśli dostały pozew rozwodowy albo zdecydowały się odejść od męża, udzielamy im porad prawnych i zapewniamy pomoc psychologiczną. Doradzamy też w kwestii finansów i opieki nad dziećmi. Organizujemy dla nich wspólne szabasy. Przez chwilę zastępujemy im rodzinę. Kobiety, którym pomogłyśmy, potem wracają do nas jako wolontariuszki. Obecnie Ba’asher Telchi skupia trzy tysiące członkiń. Jest finansowana z prywatnych dotacji.

Nie jesteś krytykowana w społeczności haredi?

Oczywiście, że jestem. Wiele razy słyszałam, że miejsce kobiety jest w kuchni. Ale wielu rabinów mnie wspiera. Boją się mówić o tym głośno, bo to oznaczałoby utratę władzy, ale dają ciche przyzwolenie.

Jakimi historiami dzielą się z tobą kobiety, które szukają pomocy w Ba’asher Telchi?

Wiele z nich ma za sobą gorsze doświadczenia niż ja. Pokazują swoje siniaki, bywa, że są bite albo gwałcone. Jedną z kobiet próbowano na siłę zamknąć w szpitalu psychiatrycznym i odebrać jej dzieci. Przemoc domowa to temat tabu wśród haredi.

Co dzieje się z dziećmi po rozstaniu?

Dzieci na ogół zostają przy matce, bo zgodnie z tradycją jej rolą jest ich wychowanie. Ale na przykład według chasydów dzieci nie należą tylko do ojca i matki, lecz także do całej społeczności. Czasem dochodzi do dramatów – matka się rozwodzi, a ojciec z pomocą całej wspólnoty odbiera jej prawa rodzicielskie. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić.

Twój obecny mąż też należy do wspólnoty haredi, ale jest po rozwodzie, ma dwoje dzieci. Razem macie jeszcze dwuletnią córkę, więc stanowicie nietypową, bo patchworkową rodzinę ultraortodoksyjną. Jak się poznaliście?

Dzięki intensywnej pracy w organizacji i wsparciu innych kobiet kilka lat po rozwodzie wróciłam do życia. Pewnego dnia moja koleżanka zagaiła, że ma dla mnie dobrego kandydata na męża. Nie czułam się jeszcze na to gotowa, ale przekonywała mnie, że to człowiek, który może mi pomóc w działalności charytatywnej. Zgodziłam się na spotkanie biznesowe. Po pół roku zdecydowaliśmy się na ślub. Jesteśmy już razem od sześciu lat i naprawdę głęboko wierzę, że to wszystko zaplanował Stwórca. Często jesteśmy narażeni na surową ocenę, ale konsekwentnie budujemy naszą nową rodzinę, a równocześnie staramy się pomagać parom, które tak jak my chcą żyć nowocześnie, a zarazem zgodnie z tradycyjnymi wartościami religijnymi.

Mój mąż nie ma kompleksów i nie boi się silnej kobiety, która ma własne zdanie. Przed ślubem oświadczyłam mu, że moja praca, zarówno w szkole, jak i w organizacji, jest dla mnie bardzo ważna i nie jestem gotowa na żadne kompromisy. W życiu codziennym jesteśmy partnerami. Jest wspaniałym ojcem, który chętnie opiekuje się dziećmi na równi ze mną. Jednocześnie jest głęboko religijny i przestrzega tych samych co ja wartości.

Jak wychowujecie dzieci?

Moi chłopcy – Moti (12 lat) i Avi (10 lat) – uczą się w chederach, czyli religijnych szkołach podstawowych. Studiują Torę, a poza lekcjami poznają elementy matematyki. Moja 14-letnia córka Michal jest w bardziej liberalnym, ale oczywiście religijnym liceum dla dziewcząt, bo chciałabym, by miała możliwość dalszej nauki. 15-letni syn mojego męża uczy się w jesziwie, gdzie pod koniec dnia ma kilka godzin świeckich przedmiotów. Jego córka także jest w chederze. Religia to według mnie podstawa wychowania, która najlepiej przygotowuje młodych ludzi do podejmowania etycznych decyzji w życiu dorosłym. Gdyby któreś z moich dzieci zrezygnowało z życia religijnego, byłoby mi bardzo przykro, choć zawsze będę ich kochającą mamą.

Uważasz się za feministkę?

Oczywiście. Moją największą inspiracją jest Sara Szenirer, która według mnie była pierwszą feministką w ultraortodoksyjnej wspólnocie. Wychowała się w chasydzkiej rodzinie w Krakowie pod koniec XIX wieku i tam w latach 20. otworzyła pierwszą religijną szkołę Beis Jaakow dla dziewcząt haredi. Chciała, żeby dziewczynki nauczyły się szyć, by mieć fach w ręku, i opanowały wiadomości o Pięcioksięgu Mojżesza. W 1933 roku tylko w Polsce było 265 szkół, w których uczyło się 38 tys. dziewczynek. To był ewenement na skalę światową. Obecnie wiele takich szkół działa na całym świecie. Szenirer była rewolucjonistką. Dzięki niej polskie Żydówki mogły pełniej uczestniczyć w życiu religijnym. Na dodatek była bezdzietna i rozwiodła się jako młoda dziewczyna, by wyjść ponownie za mąż dopiero w wieku 40 lat.

Jednak sto lat później w izraelskich szkołach Beis Jaakow o tym mówić nie należy.

To tabu. Odczułam to na własnej skórze w trakcie procesu rozwodowego. Gdy chciano mnie zwolnić ze szkoły Beis Jaakow, w której pracowałam, bo uznano, że nie stanowię dobrego przykładu dla uczennic, zapytałam: „Co na to powiedziałaby Sara Szenirer?”. Ale nie dostałam odpowiedzi.

Czym dla ciebie jest feminizm?

Mężczyźni i kobiety miewają inne umiejętności, ale powinni mieć te same możliwości. To samo mówią muzułmanki, z którymi spotykamy się w ramach działalności naszej organizacji. Wspólnie zastanawiamy się, jak poprawiać życie kobiet, które nie chcą po rozwodzie zrezygnować z życia religijnego i wspólnotowego.

Oprócz tego wraz z koleżankami haredi spotykamy się, by studiować Torę i fragmenty Talmudu dotyczące historii naszych przodkiń. Do tej pory było to zakazane, ale dlaczego tylko mężczyźni mieliby zgłębiać to, co dotyczy życia kobiet? Jeśli my, kobiety, nie będziemy studiować, jakże będziemy mogły decydować o własnym życiu? Często czuję, że przecieram szlak, tak samo jak Szenirer sto lat temu w Polsce.

Fainy Sukenik ma 37 lat, mieszka w Jerozolimie. Należy do wspólnoty haredi, czyli ultraortodoksyjnych Żydów, którzy stanowią 10 proc. izraelskiego społeczeństwa. Haredi dzielą się na wiele odłamów, dwa główne to chasydzi i misnagdzi. Fainy należy do tej drugiej grupy. Jest zastępczynią dyrektorki publicznej szkoły podstawowej dla dziewcząt. Założyła organizację Ba’asher Telchi, która pomaga ultraortodoksyjnym Żydówkom przejść przez rozwód. Mama czworga dzieci

Martyna Wojciechowska – dziennikarka i założycielka fundacji Unaweza.org, superbohaterka czytelniczek „Wysokich Obcasów”. Fainy Sukenik była bohaterką filmu zrealizowanego w ramach jej autorskiego programu „Kobieta na krańcu świata”. Można go obejrzeć na Player.pl


https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,163229,25449252,fainy-sukenik-usilowano-mi-wmowic-ze-nie-moge-sie-rozwiesc.html#S.W-K.C-B.4-L.1.maly

 

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. PRZYPUSZCZAM,ZE NIE WSZYSCY CZYTELNICY BLOGU SA ZORIENTOWANI,ZE LOS KOBIET Z INNYCH KREGOW JEST PODOBNY JESLI CHODZI O ZASADY OTRZYMANIA ROZWODU .PRZECHODZA ONE PRZEZ PIEKLO.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: