Uncategorized

O życiu i twórczosci Ludwika Lewina 

Rysiek Kerner

Mój nieodżałowany najbliższy przyjaciel Ludwik zmarł w klinice paryskiej ponad rok  temu, 8-go maja 2022, po długiej i wyczerpującej chorobie. Ostatnie miesiące spędzone na  przemian w domu lub w szpitalu byly szczegolnie ciężkie. Mimo to, w coraz krótszych okresach  trochę lepszego samopoczucia, Ludwik nadal pisał teksty do „Słowa Żydowskiego”, z którym  współpracowal od wielu lat. Pisanie było dlań tak samo naturalne i konieczne jak oddychanie  – od kiedy go pamiętam, a poznaliśmy się w Paryżu ponad 50 lat temu – teksty rodziły się  podczas rozmów, opowiadania nabierały kształtu sprawozdań, reportaży lub esejow. Często  zdarzało mi sie rozpoznawać ich fragmenty w gotowych opowiadaniach, które Ludwik  pokazywał mi jeszcze przed wysłaniem do publikacji (do ktorej nie zawsze dochodziło).  

Czytając rozmaite teksty Ludwika – czyli opowiadania, wiersze, eseje i wywiady – obcujemy z nim jak z bezpośrednim rozmówcą, bowiem praktycznie wszystkie bez wyjątku sa  napisane w pierwszej osobie, czesto z podziwu godną szczerością, i prawie zawsze – z  autoironią. Bez wahania dzielił się z czytelnikami egzystencjalnym niepokojem, obawą o dalsze  losy świata popadającego w coraz większe szaleństwo, nieukojonym żalem nad niepowetowaną  utratą dawnej krainy miasteczek żydowskich której nie dane nam było poznać inaczej niż w  skąpych relacjach naszych rodzicow. Niezmiennie powraca też do odradzającej się z ruin  Warszawy swego dzieciństwa, do krajobrazow Mazowsza, polskich rzek, lasów i łąk. 

Wiele felietonow z tej ksiazki mozna przeczytac TUTAJ

Rodowód, także literacki. 

Rodzice Ludwika pochodzili z niewielkich miasteczek w samym sercu Polski, z  pokazną ludnością żydowską, oboje urodzeni jeszcze przed Pierwszą Wojną Swiatową, w  zaborze rosyjskim. Mimo że byli prawie równolatkami, reprezentowali dwa podzbiory  społeczności żydowskiej, o różnym stopniu asymilacji. Rodzinne miasto ojca Ludwika  nazywało się Końskie (nazwa w liczbie mnogiej, czyli poprawnie należy mówić „urodził się w  Końskich”). Miasteczko leżało w równej odleglości od Tomaszowa Mazowieckiego i Kielc. W rodzinie ojca Ludwika, Stanisława Lewina, mówiono już tylko po polsku, a typowo polskie  imię zapisano też w świadectwie urodzenia. Dziadek Ludwika byl wlaścicielem niewielkiej  cegielni w Końskich. Natomiast mama Ludwika, Sara Zylberberg, urodziła się w Ostrowcu  Swiętokrzyskim, również nieopodal Kielc, w rodzinie mowiącej w języku jidysz, a jej ojciec  Lejzor zapisał pięcioletnią córeczkę do „Tarbutu”, religijnej szkółki dla dziewczynek (chłopcy  w tym samym wieku zaczynali naukę w chederach). Imię „Sabina” przybrała dopiero po  maturze. Studiowała historię i pedagogikę jeszcze przed wojną, a po wojnie pracowała na  Uniwersytecie Warszawskim i przez pewien czas także w Ministerstwie Oświaty.  

Stanisław Lewin został wysłany do Francji, gdzie ukończył studia inzynieryjne w  zakresie materiałoznawstwa, otrzymał dyplom inżyniera ceramika, i mógłby zająć się cegielnią,  gdyby nie wybuch wojny który przekreślił wszystkie plany. Wraz z Sabiną przedostali się po  klęsce wrześniowej na Wschod, zdaje się do Lwowa, skąd po inwazji niemieckiej na ZSRR  udało im się, wraz z milionami innych uciekinierów i deportowanych, osiąść w Uzbekistanie.  Tam też w sierpniu 1944-go urodził się Ludwik, w mieście o dzwięcznej i egzotycznej nieco  nazwie „Namangan”.

 Chociaż rodzice Ludwika pochodzili z miasteczek z Kieleckiem, nie można wykluczyć że  przodkowie ich mieszkali na Litwie lub na Kresach. Być może po nich właśnie odziedziczył  zarówno jasność umysłu i precyzję analizy wilenskich mędrców, jak też i żarliwosc i radość  życia Chasydów? 

 Rodzicom Ludwika udało się zachować polskie obywatelstwo dzięki ZPP działającemu  wówczas na terytorium ZSRR, i już w roku 1946-tym dotarli do Polski. Stanisław Lewin  wkrótce rozpoczął pracę inzynierską w zakładzie ceramicznym, a po kilku latach objął tam  jedno z kierowniczych stanowisk. Sabina pracowała nad doktoratem ucząc w szkole, a po  uzyskaniu tytułu została zatrudniona przez Uniwersytet. Ludwik był jedynakiem, lecz miał 

dwóch kuzynow, z ktoróch starszy zmarł przedwcześnie, zaś młodszy, Oleś (Aleksander  Kurlandzki) był mu szczególnie bliski, prawie jak brat. Wczesne lata szkolne opisze Ludwik wiele lat pózniej w książce pod tytulem „Syzyf i S-ka”. 

Dalsze nauki pobierał Ludwik w Liceum im. Gottwalda przy ul. Nowowiejskiej (przed  1950-tym i po 1990-tym znanym jako Liceum im. Stanislawa Staszica); niezależnie pod czyim  wezwaniem, było to jedno z najlepszych liceów w Polsce. Uczniowie wywodzili sie z rodzin  warszawskiej inteligencji, często pochodzenia żydowskiego. Jednym z bliskich kolegów z  klasy Ludwika byl przyszły matematyk Roald Ramer; przyjazń ich trwała przez cale pózniejsze  życie na emigracji (Aldek zamieszkal w Holandii i obaj widywali sie regularnie). Do klasy o  dwa lata wyższej uczęszczali m.in. starszy brat Roalda Artur, Jerzy Szenberg i Wiktor Melman  – wszyscy trzej również opuścili Polske po 1968-mym roku. W klasie o rok młodszej uczył się  Leonid Heller, przyszły profesor rusycystyki w Lozannie. 

Język polski, literatura i historia interesowały Ludwika znacznie bardziej niż nauki  ścisle. Już wtedy pociągały go rysunki i fotografika; próbował tez nieśmiało swych sił w poezji;  nic też dziwnego, że po uzyskaniu matury w roku 1961 wstąpił na Wydział Polonistyki  Uniwersytetu Warszawskiego. Ulubionym profesorem Ludwika stał się Artur Sandauer,  głównym przedmiotem zainteresowań którego była polska literatura międzywojenna,  Futuryści, Skamandryci, Gombrowicz i Bruno Schulz. Pod kierunkiem Sandauera Ludwik  napisał swoją pracę magisterską poswięconą analizie stylu Brunona Schulza, na cześć którego  nazwał swego urodzonego w 1972-gim roku pierworodnego syna Brunem. 

 Perspektyw zatrudnienia po ukonczeniu polonistyki wówczas nie brakowało, jednakowoż  zdecydowana ich większosc nie wywolywała entuzjazmu u młodego i ambitnego artysty jakim  postrzegał siebie dwudziestoparoletni Ludwik. Mógł oczywiście zostać nauczycielem  polskiego w jakimś liceum lub gimnazjum, albo znalezc prace w redakcji jednej z gazet czy  czasopism w roli korektora czy mlodszego redaktora; zamiast tego postanowił wstąpić na  wydział reżyserski słynnej Szkoly Filmowej w Łodzi. Nie obyło się bez dluższych sporów z  rodzicami, jednak Ludwikowi udalo sie ich przekonac by zaakceptowali ryzykowny badz nie  badz wybor, finansujac dalsze studia – trzeba bylo przeciez znalezc jakies lokum w Lodzi, i zapewnic minimalne utrzymanie; warto przypomniec, ze juz wtedy wydatki na papierosy i 

alkohol stanowily niebagatelna pozycje w budzetach studenckich. Przed rozpoczeciem studiow  w Szkole Filmowej Ludwik spędził lato w Paryżu; był już zaręczony ze swoją przyszłą żoną  Magdą Ogieńską, absolwentką wydziału historii sztuki w Warszawie. 

W trakcie studiów w PWSFT nastapil niespodziewany zwrot: po dwoch latach  spedzonych na wydziale rezyserii, nie czekajac na rozpoczecie nastepnego roku akademickiego, Ludwik opuscil Łódzką Szkołę Filmową, i po załatwieniu zaproszenia od  znajomuych z Francji i otrzymaniu paszportu zagranicznego, na jesieni 1967-go roku znalazł sie w Paryzu. Na podjecie tak dramatycznej decyzji wplynela niewatpliwie atmosfera  zageszczajacego sie antysemityzmu w Polsce, wyczuwalna coraz bardziej po Wojnie  Szesciodniowej w czerwcu 1967, gdy juz zaczely padac oskarzenia o „podwojna lojalnosc’’  obywateli pochodzenia zydowskiego, albo i o lojalnosc wobec Izraela jako ich jedynej  prawdziwej ojczyzny. Nie pamietam juz kto i gdzie podał na wpół żartobliwż odpowiedz na  pytanie, kim są właściwie Żydzi? – „Żydzi – padła odpowiedz – to ludzie szczegolnie  wyczuleni na antysemityzm’’. Szóstym zmysłem Ludwik przeczuł dalszy ciąg wydarzeń w  Polsce, i korzystajac ze znajomosci przewojennych swego Ojca, wyjechal do Paryza we  wrzesniu tegoz roku. 

Emigracja 

Pierwszy okres w Paryżu był naznaczony typową dla artystycznej bohemy biedą – przez  pewien czas Ludwik mieszkał kątem w pokoiku dla służby zwanym „chambre de bonne”,  wynajętym do spółki z innymi świeżymi emigrantami próbującymi zdobyć miejsce pod  słońcem, lub przynajmniej wyjść z cienia anonimowości. Pokoik byl poczatkowo wynajety  przez Marysię („Majkę”) Grabarczyk-Kwiecieńską, absolwentkę Historii Sztuki i koleżankę Magdy, narzeczonej, a wkrotce żony Ludwika. Przyjaznili się też z pianistką Elżbietą  Sternlicht, z młodymi malarzami i filmowcami z Polski, z architektami wśród ktorych była  Olga Henner oraz Stanisław Staszewski, były naczelny architekt Petrobudowy, a na wygnaniu  także poeta i ulubiony nasz pieśniarz, zmarły przedwcześnie w 1973-m roku. Wśród znajomych  była też Estera Korn, nie mająca wprawdzie za sobą szkoły filmowej, lecz pragnąca tak jak  Ludwik stać się podopieczną X-tej Muzy. 

W końcu sierpnia 1968-go roku czołgi Paktu Warszawskiego wjechały do Pragi żeby  ratowac bratnią Czechosłowację przed zbytnią swobodą i zgubnymi wpływami Zachodu. Polski  paszport Ludwika był jeszcze ważny, dzięki czemu mógł on znalezć się w Pradze i wykonać  mnóstwo zdjeć „na żywo”, które kupiła od niego agencja Keystone. W roku 1969 Ludwik po  raz drugi znalazł się w Pradze, tym razem jako wysłannik amerykańskiego czasopisma „Life”.  Nie zdążył na pogrzeb Jana Palacha, udało mu się natomiast odnalezć jego rodzinę i przyjaciół,  przeprowadzić z nimi wywiady i zrobić zdjecia. W tym samym okresie rodzice Ludwika  wyjechali z Polski do Izraela, gdzie pani Sabina mogła kontynuować pracę historyka  pedagogiki na Uniwersytecie w Tel-Awiwie.  

Skutkiem tej dzialalności okazał się niespodziewany dopływ gotówki, dzięki któremu  Ludwik z Magdą mogli wynająć niewielkie mieszkanie w XVIII-tej dzielnicy Paryża, na cichej  uliczce Calmels. A przede wszystkim, pozwoliło to Ludwikowi otrzymać zawodową kartę  dziennikarską, otwierającą niejedne drzwi. 

Trudniejsza natomiast okazała się kariera filmowa we Francji. Jedną z osobliwości  ustawodawstwa tego kraju są sytuacje administracyjnego błędnego koła: aby otrzymać prawo  dłuższego pobytu należy pokazać że jest się zatrudnionym, jednak zeby byc zatrudnionym  legalnie obcokrajowcem, nalezy okazac prawo pobytu. Rzecz jasna, przedsiebiorcy radza sobie  z tym przyjmujac do pracy w zasadzie nielegalnie, zeby potem zalegaizowac sytuacje po  otrzymania karty pobytu.  

Podobne błędne koło dotyczyło początkujacych filmowców. Po to, by móc ubiegać się  o dofinansowanie państwowe, należało okazać kartę czlonkowską związku filmowców  Francji. Lecz po to by być przyjętym, należało wykazać się dwoma nakręconymi filmami  (mogły to być krótkie metraze, nawet dziesięciominutowe – coś w rodzaju prac dyplomowych 

Szkoly Filmowej w Lodzi. Dzieki znajomosciom i koligacjom, Estera Korn otrzymala dotacje  od producentow i sprzedawcow konfekcji, i wraz z Ludwikiem przystapili do nakrecania  filmu. Byla to krotkometrazowka zatytulowana „Personnalisez votre environnement”, o  charakterze surrealistycznym, z mlodymi aktorami, operatorem byl Gilles Moizon, kolega  Ludwika, francuski absolwent Szkoly Filmowej w Lodzi. Premiera odbyla sie w 1971-szym  roku przed gronem przyjaciol i znajomych, lecz film nigdy nie wszedl na ekrany – co  pozwolilo sponsorom spisac dotacje na straty, odpisujac rownowazna sume w deklaracji  podatkowej. Drugi film („L’étape”, producent Sofracima) tez zostal nakrecony w roku 1972,  lecz udzial Ludwika byl juz raczej symboliczny bowiem w tym samym czasie Ludwik byl juz wspolpracownikiem polskiej rozglosni francuskiego Radia ORTF, gdzie wyglaszal przed  mikrofonem regularne reportaze i komentarze przeznaczone dla sluchaczy w Polsce. W  odroznieniu od „Wolnej Europy”, „Glosu Ameryki” czy BBC, francuskie radio staralo sie  unikac drazliwych tematow politycznych, koncentrujac uwage na kulturalnych i  technologicznych zdobyczach Francji. 

Gdy prezydentem Francji zostal w roku 1974 Valéry Giscard d’Estaing, wielka  instytucja centralna ORTF zostala rozwiazana, a rozglosnie nadajace na zagranice zostaly  wlaczone do RFI (Radio France Internationale), gdzie przepracowal Ludwik az do 1985-go  roku, wylacznie na dlugofalowych kontraktach, nigdy na stalym etacie. 

Pisal wiersze i krotkie opowiadania, na razie – do szuflady. Zafascynowany co i raz to  nowszymi subkulturami mlodziezowymi napisal wraz z Jean-Dominikiem Brierre ksiazke o  tzw. „Punkach” – pojawili sie w miejsce niezle juz zwiednietych dzieci-kwiatow tworzac  jednoczesnie przeciwwage dla „Skinow”. Obficie ilustrowana ksiazka-reportaz napisana w  jezyku francuskim ukazala sie w roku 1978 pod tytulem „Punkitudes”, nakladem  wydawnictwa Albin Michel/Rock & Folk. Od owego okresu minelo sporo lat, zamiast  punkow pojawili sie i znikneli „Gotycy” w czarnych ubiorach z podkrazonymi oczami, a  ostatnio tatuowani od stop do glow bezimienni wielbiciele kultury Maorysow – a mimo to  ksiazka o „Punkach” nadal zachowala aktualnosc, bowiem opisuje stary jak swiat instynkt  stadny ludzi mlodych buntujacych sie przeciwko ustalonym autorytetom po to by z jeszcze  wiekszym entuzjazmem wielbic nowe rytualy i nakazy. W latach 1978-1981 Ludwik  publikowal komentarze i eseje w czasopismie „Stratégies”, zas sporadycznie takze w  dziennikach takich jak „Le Monde” czy „Progrès”, jak rowniez we francusko-żydowskim  miesięczniku „Passages”.  

Wspolpraca z polska sekcja „Radio France Internationale” (RFI) byla od roku 1969  glownym zajeciem zapewniajacym Ludwikowi niewielki, lecz pewny dochod, na swoj sposob  „malą stabilizację” . Biura francuskiego Radia ORTF miescily sie w imponujacym okraglym  siedmiopietrowym budynku przy nabrzezu Sekwany w eleganckiej 16-tej dzielnicy. Stalych  pracownikow bylo zaledwie kilku, wliczajac Dyrektora, pana Grużewskiego, oraz juz  wowczas sedziwego starego socjalisty pana Leszka Talko; reszte stanowili zatrudnieni na  odnawianych co roku kontraktach dziennikarze, przewaznie mlodzi. Kolegą po fachu byl  miedzy innymi Kazimierz Piekarec, absolwent warszawskiej romanistyki i iberystyki. Obaj – Ludwik i Kazio – zasilali rozglosnie regularnymi, odczytywanymi przed mikrofonem  felietonami; i chociaz rozpoznawalne natychmiast teksty Ludwika, w odroznieniu od  bezpretensjonalnych i solidnych artykulow Kazia, odznaczaly sie blyskotliwa werwa,  artyzmem i poczuciem humoru, to mimo to, a byc moze wlasnie dlatego, gdy pan Grużewski  przechodził na emeryture, powierzyl swóje dyrektorski fotel pracowitemu i punktualnemu  koledze niesfornego i nie zawsze dostatecznie szanujacego hierarchie sluzbowa Ludwika. 

Kazimierz Piekarec kierowal polska sekcja RFI az do konca lat 80-tych; byl tez wzietym i  wybitnym tlumaczem literatury iberyjskiej, m.in. Borgesa. 

W życiu osobistym przeżył Ludwik ciężki okres, związany z nasilającą się chorobą Magdy. Jej stan psychiczny ulegal pogorszeniu od 1979-go roku, przez pewien czas mieszkala  osobno u przyjaciol, potem kilka razy przebywala w szpitalu, by wreszcie wrocic do Polski,  gdzie latwiej bylo zapewnic stala opieke. Ludwik zostal z malym Brunem, wspomagany przez  przyjaciol i rodzicow. Los okazal sie jednak laskawy, posylajac mu aniola stroza w postaci  mlodej Malgosi Węckowskiej, wyslanej do pracy w paryskim przedstawicielstwie polskiego  towarzystwa ubezpieczeniowego „Warta”. Mieszkali nadal w 18-tej dzielnicy przy rue des  Cloÿs; Malgosia wychowywala Bruna jak wlasnego syna, a w roku 1986-tym urodzila corke  Ole (Aleksandre). W tym samym roku wyjechali do Anglii, gdzie Ludwik dostal prace w  polskiej sekcji brytyjskiej rozglosni BBC, i dopiero po powrocie z Anglii w 1990-tym roku  znalezli przyzwoite czteropokojowe mieszkanie w 19-tej dzielnicy Paryza, w bocznej ulicy  George Récipon, w nowoczesnym bloku ze spora iloscia religijnych zydowskich rodzin. Czy  bylo to przypadkowe zrzadzenie losu, trudno powiedziec; jednakze moglo to zawazyc pozniej  w wyborach dokonanych przez obie corki Ludwika i Malgosi, urodzonej w 1986-tym roku  Oli (Aleksandry) i mlodszej od niej o cztery lata Ani. Ola dokonala „aliji” i mieszka w Izraelu,  Ania ukonczyla orientalistyke i wyszla za maz za młodzienca z żydowskiej społeczności i  mieszka i pracuje w Londynie. Niezbadane sa wyroki opatrznosci!  

Lata osiemdziesiąte były naznaczone nasilającymi sie problemami społeczno politycznymi w Polsce, powstaniem niezaleznych zwiazkow zawodowych skupionych w  poteznym ruchu „Solidarnosci”, i rozkwitem nielegalnej lub pol-legalnej prasy, jak tez jej  emigracyjnych odpowiednikow. Oto co pisze o Ludwiku i jego przyczynkach do emigracyjnej  prasy solidarnosciowej Bronislaw Wildstein, bedacy podowczas redaktorem w kierowanym  przez Miroslawa Chojeckiego wydawnictwie „Kontakt”: 

„w latach 1982-87 Ludwik Lewin pisał kronikę wydarzeń światowych zatytułowaną „Komu  płynie czas”. Była to jedna z bardziej czytanych pozycji pisma, która pozwalała Polakom  zorientować się w meandrach globalnej rzeczywistości. Na ten temat pisał także znaczące  artykuły. Pomimo, że wymagały one dużo pracy i kompetencji, nigdy za nic co zrobił dla  „Kontaktu” nie wziął żadnego wynagrodzenia.” 

Wydawnictwo Kontakt sponsorowało również sfilmowane reportaże i wywiady. Ludwik był kierownikiem produkcji nakręconego w roku 1985 filmu Jestem Żydem, bo tak mi się podoba (reżyserii Nataszy Czarmińskiej, z operatorem Jarosławem Sypniewskim),  

W roku 1982-gim, w wiele lat po wyjezdzie Ludwika z Polski jego dawny mistrz i  nauczyciel Artur Sandauer opublikowal niewielka ksiazeczke pod pełnym swoistej autoironii  tytułem „O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego w XX wieku (Rzecz, którą  nie ja powinienem był napisać…)”. Analizuje w niej Sandauer tworczosc mniej lub bardziej  zasymilowanych Zydow polskich, przed- i powojennych pisarzy i poetow. Omawia poezje  Lesmiana i Tuwima, Brzechwy i Sterna, lecz najwiecej uwagi poswieca Adamowi Wazykowi  i Julianowi Stryjkowskiemu (oba te nazwiska – to pseudonimy literackie Izaaka Wagmana  (1905-1982) i Pesacha Starka (1905-1996)), by zilustrowac dwie postawy w stosunku do  wlasnego zydostwa. Sandauer uwazal, ze „do żydostwa swego nie można mieć stosunku  obojętnego: dziedzictwo zbyt ciężkie, by można przejść nad nim do porządku. Można tylko – albo się go zaprzeć, albo je eksponować. Da to w pierwszym wypadku osobowość  nieautentyczną i wytartą, w drugim – samonienawidzącą i autodemonizującą.” By dodac na koniec – po smutnym wniosku o niemozliwosci pelnej asymilacji bez totalnego wyparcia sie  swych korzeni i przyjecia innej religii – taka oto ocene wspanialej tworczosci Tuwima: „Asymilacja się nie udała, za to udała się poezja”. 

Ludwik Lewin mial przed soba zadanie jeszcze trudniejsze, a tak naprawde – zgola  niewykonalne. Gdyby mial napisac tekst nasladujacy ironiczna i smutna ksiazeczke  Sandauera, musialby nadac jej nieco poszerzony tytul: „O sytuacji pisarza polskiego  pochodzenia zydowskiego tworzacego na emigracji w Paryzu”. Tu juz nie moglo byc mowy  o zadnej asymilacji – zreszta Ludwik nie staral sie udawac kogos kim nie byl. Mowil biegle  po francusku, lecz z wyraznym akcentem; pisanie po francusku nie przychodzilo mu latwo, i  ograniczal sie do komentarzy kulinarnych. Po prawie czteroletnim pobycie w Londynie na  kontrakcie z polska sekcja brytyjskiej rozglosni BBC Ludwik wrocil do Paryza, bo i tam nie  zagrzal miejsca – za to Bruno i Ola doskonale opanowali jezyk angielski, co w niemalym  stopniu pomoglo im pozniej znalezc prace zagranica. W Anglii Ludwik byl juz „emigrantem  do kwadratu”, i z ulga powrocil wraz z rodzina do Paryza, gdzie czul sie bardziej u siebie niz  w Londynie. Parafrazujac Sandauera, nie udaly sie asymilacje, za to udala sie tworczosc.  

Pełnia 

Złotym okresem w zyciu i tworczosci Ludwika mozna nazwac ostatnie dziesieciolecie  XX-go wieku – od powrotu do Paryza w 1990-tym roku – i pierwsze lata dwutysieczne.  Pozostajac nadal paryskim korespondentem polskiego dzialu redakcji BBC, Ludwik nawiazal  wspolprace z Polska Agencja Prasowa, jak tez z „Zyciem Warszawy”, „Gazeta Wyborcza” i  innymi wydawnictwami na terenie Polski.  

Przez wiele lat byl korespondentem zarowno PAP jak i „Zycia Warszawy”, dostarczajac  regularnych reportazy i esejow o wszystkim co dotyczylo Francji, zarowno polityki jak i zycia  kulturalnego. W tej roli otrzymywal Ludwik niezliczone zaproszenia na premiery filmow i  sztuk teatralnych, na wernisaze i manifestacje poparcia dla najrozniejszych spraw; bywal tez  na przyjeciach w Ambasadzie Polskiej w Paryzu. Zaprzyjaznił się wtedy z Andrzejem Bartem  i z Andrzejem Koraszewskim, obaj niezwykle cenili jego twórczość. 

Zycie rodzinne plynelo teraz spokojniejszym nurtem – można bez zbytniej przesady  nazwać ten okres „małą stabilizacją”. Ludwik kupił uzywanego Peugeota 304, dzięki czemu  mogli wszyscy jezdzić na wakację nawet do Hiszpanii, skąd przywiezli opuszczonego psa,  uroczego rudego mieszańca setera z kundlem, ku wielkiej radości dzieci. Pies nie pamiętął  swego poprzedniego imienia, więc wołali nań Perro. 

Bruno po uzyskaniu matury ukonczyl jedna z lepszych szkol wyzszych, po czym  otrzymal zatrudnienie w firmie „Microsoft” – najpierw w Irlandii, a po trzech latach przeniosl  sie do Seattle, zalozyl rodzine zeniac sie z Caroline, Amerykanka z Ohio. Maja dwoje dzieci, wnukow Ludwika: Henry i Katie. Obie corki Ludwika i Malgosi uczęszczały do dobrego liceum  nieopodal miejsca zamieszkania. W wieku 18 lat Ola zdecydowala sie na wyjazd do Izraela.  Pani Sabina, od dawna wdowa, zostawila Oli swoje mieszkanie w Bat Yamie, a sama  przyjechala do Paryza, pod dach syna i synowej. Zmarla w wieku 96-ciu lat i zostala pochowana  na cmentarzu paryskim w Pantin. Ola dotad mieszka i pracuje w Izraelu, jest matka dwojga  dzieci. Ania stala sie ekspertem w dziedzinie jezykow Bliskiego Wschodu, w tym perskiego, i  wyjechala do Anglii gdzie pracuje jako analityk, wyszla za mąż i wychowuje coreczke Dalię.

Tworczosc Ludwika zyskiwala powoli coraz wieksze uznanie. W roku 2005 roku  Telewizja Polonia przygotowała o nim dokument pod tytulem „Moje Swiaty”, w reżyseii Krzysztofa Kownasa. W 2010 r. zasiadał w jury VII Miedzynarodowego Festiwalu  „Zydowskie Motywy”. Jako uznany ekspert w dziedzinie gastronomii, byl zapraszany do  najdalszych zakatkow Francji by degustowac wina, sery, dania regionalne i przetwory, by  nastepnie opisywac ich zalety w swoich korespondencjach. Przemierzyl Francje wzdluz i  wszerz, i z pewnoscia wie o tym kraju i jego historii wiecej niz przecietny rodowity Francuz. 

Poeta 

Za swoje najwyzsze osiagniecia tworcze uwazal Ludwik wiersze. W jego wlasnej  ocenie wazyly wiecej niz opowiadania i felietony, i nawet ksiazki. W tym wzgledzie  przypominal Shakespeare’a i Cervantesa: pierwszy uwazal za szczyt swej tworczosci sonety,  drugi zas wynosil nade wszystko – wlaczajac „Don Kichota’’ – swoj bukoliczny poemat  „Galatea” napisany wprawdzie proza, lecz w ktorym trojka bohaterow, dwaj pastuszkowie i  piękna Galatea w której obaj są zakochani, wyraża swe uczucia w formie wierszowanej.  

Poezja Ludwika byla raczej obojetna na losy pastuszkow zakochanych w pieknych  gesiareczkach, wiodacych sielankowy zywot wsrod lasow i pol. Opisywał inne lasy i pola  Mazowsza, gdzie wraz z Małgosią i dziećmi spędzali wielokrotnie wakacje w Rybienku nad  Bugiem, w domu pani Węckowskiej, Teściowej Ludwika. W kilkudziesięciu kilometrach od  położonej również nad Bugiem Treblinki – zreszta, w Polsce Żydom do Treblinki było blisko  zewsząd, nie tylko z Rybienka. W pobliskim Wyszkowie, na drugim brzegu Bugu, urodził się  Mordechaj Anielewicz, bohaterski przywódca powstania w Getcie Warszawskim. Stoi tam  teraz jego pomnik. Swoje wrażenia i uczucia wyraził Ludwik w przejmującym wierszu : 

Nad Bugiem 

Sosny w Rybienku przypominały mi skąd nie jestem 

Po drugiej stroniu Bugu duch Anielewicza krążył 

Przepędzano go kropielnicą i przemilczeniami na pomnikach 

Mazowieckie lato pachniało jesienią Pikardii i jesienią życia 

Sześćdziesiąt pięć lat pózniej ciężka przeprawa z rodziną 

przez tę samą rzekę z innymi ludzmi 

stukamy sie kielichami szampana albo raczej czystej 

Nie wybaczam i proście o przebaczenie 

Dzwoni mi w skroniach strach i nienawiść 

jeszcze kujawiak jeszcze hora 

jeszcze Lepper udaje klezmera 

Bal na Tytanicu 

Dance macabre 

Taniec chochoła 

Płynie Bug a Bóg patrzy 

Z podmokłych łach piachu las wyrasta żydowskich rąk 

Na niebie jak zwykle 

o tej porze roku 

w Europie 

spadaja gwiazdy

Wiersze swoje publikował Ludwik – już po znianie ustroju w Polsce – w periodykach  krajowych, między innymi w „Czasie Kultury” oraz w piśmie księży Pallotynów „Nasza  Rodzina”. Publikował je również w internetowym „Recogito”, pod redakcją księdza Marka  Wittbrota. W 2004 roku nakladem „Ksiazki i Wiedzy” został wydany jego tomik wierszy  „Ucieczka z Egiptu”. Przyjaciel Ludwika, Andrzej Bart, taki oto napisal tekst na obwolucie: 

„Poezja jest największym przysmakiem Ludwika Lewina. Wiersze pisze od niepamiętnych  czasów, choć niechętnie się nimi dzieli z obcymi. Rubaszny i tkliwy dla przyjaciół, takim też  jest poetą. Jego metafory potrafią wystrzelić jak katedry gotyckie, sięgnąć mitu, ale i zasiąść  przy zastawionym stole, a nawet znaleźć się pod nim. To poezja najszlachetniejszych intuicji  i odczuć, która bez zbędnego mędrkowania próbuje zrozumieć cokolwiek z otaczającego nas  świata.” 

Prozaik 

Ludwik byl autorem niezliczonych opowiadan, najczesciej zwiezlych i krotkich, za to  odznaczajacych sie celna pointa lub niespodziewanym wnioskiem. Niektore byly dluzsze i  nawiazywaly do przezyc osobistych, zachowujac przy tym niezmienny dystans i autoironie.  Osobiscie za najwyzsze osiagniecie prozatorskie Ludwika uwazam jego krotka, pisana w  latach 1996-1997 powiastke autobiograficzna pod tytulem „Syzyf & Ska”.  

Gdy Ludwik dal mi do przeczytania swe wspomnienia z pierwszej klasy szkoly podstawowej  (a bylo to w Warszawie, w roku 1950-tym), odlozylem rekopis na kilka dni do szuflady,  czekajac na week-end by moc dysponowac wolnym czasem dla spokojnej lektury.  Wiedzialem co robie; gdy zaczalem czytac te krotka powiesc opisujaca pierwszy rok nauki w  szkole podstawowej, doszedlem az do konca bez zadnych przerw, co niezmiernie zwiekszylo  przyjemnosc. A potem czytalem jeszcze kilka razy, po kawalku. Wydawalo mi sie, ze poznaje  nawet te szkole podstawowa (choc nie chodzilismy do tej samej). Rozpoznawalem takze  zrujnowane ulice Warszawy, podworka na ktorych spedzalismy tyle czasu, lekcje, przerwy,  rozmowy z kolegami – jednym slowem to wszystko, na co skladalo sie nasze owczesne  dzieciece zycie, jakze szczesliwe – bowiem najszczesliwsi sa wlasnie ci, ktorzy nawet nie  wiedza ze sa szczesliwi… 

Ludwik pol zartem poprosil mnie o napisanie recenzji, co skwapliwie uczynilem – na  uzytek prywatny, bo na wydanie ksiazkowie, nakladem „Ksiazki i Wiedzy”, z ilustracjami  Stanislawa Mlodozenca, trzeba bylo czekac rowno dziesiec lat – prawdziwa Odyseja!  Recenzja spodobala sie Ludwikowi, byla pastiszem zawierajacym kilka domniemanych  recenzji ktore mialy ukazac sie po publikacji ksiazki zarowno uczona analize przywolujaca  psychoanalize w „Tworczosci” jak i gniewna i antysemicka w nieistniejacej „Gazecie  Polskiej”; wiersz nieznanej poetki i list pani nauczycielki ktora Ludwika pamietala,  wprawdzie pod ,innym nazwiskiem. Recenzja ta jest zbyt dluga bym ja tu przytaczal,  zadowole sie wiec tylko kilkoma pierwszymi zdaniami: 

Jedna z wiekszych przyjemnosci ktore moze przyniesc czytanie jest odnalezienie  utraconego na zawsze czasu dziecinstwa i mlodosci, lat beztroski i poczucia ladu i  bezpieczenstwa (mowie o naszym wyjatkowo szczesliwym pokoleniu, bo wcale nie wszystkim  takie szczescie bylo dostepne). Taka wlasnie przyjemnosc sprawilo mi czytanie opowiesci  Ludwika pod tytulem „Syzyf i spolka”. Nie wiem, czy na tym polega oslawiony realizm  krytyczny, czy jest to moze cos innego, dosc powiedziec ze juz na trzeciej stronie zanurzylem  sie niepostrzezenie acz calkowicie w problemach pierwszej klasy szkoly podstawowej.

Im dalej zaglebialem sie w lekture, tym bardziej stawalem sie malym Olesiem, a jego  problemy przypominaly mi do zludzenia moje wlasne – nie dzisiejsze, oczywista, lecz tamte,  szkolne, gorzko i slodko odzywajace sie w pamieci, utracone od dawna i bezpowrotnie. Czyz nie jest jednym z glownych zadan pisarza to cudowne wskrzeszanie minionego czasu,  nieustajaca walka z zapomnieniem ?” 

Zastanawialem sie nieraz nad tytulem powiesci od dziecinstwie – skad i dlaczego  pojawil sie Syzyf? Ludwik mi sam tego nie objasnil, zbywajac moje pytania zartobliwym,  „domysl sie sam!”. Po wielu latach, a wlasciwie dopiero teraz, po odejsciu Ludwika, mysle  ze postac Syzyfa ktorego trudy konczyly sie niezmienna kleska kojarzyl ze swoim losem, w  ktorym nie braklo porazek i poronionych poczynan, jak proba zostania filmowcem, dramat z  pierwszym malzenstwem i rozwodem, niespelniona kariera w RFI… Jednak ze wszystkich  opresji potrafil wyjsc obronna reka, a porazki nigdy nie odebraly mu checi i zapalu do pracy  tworczej, wrecz przeciwnie, dawaly material do refleksji poetyckich i filozoficznych ktorym  dawal wyraz w swoich wierszach i opowiadaniach. 

Dziennikarz 

Wprawdzie pierwsze kroki na niwie reporterskiej zawdzieczal Ludwik szczesliwemu  zbiegowi okolicznosci, gdy znalazl sie w Pradze w czasie najazdu Paktu Warszawskiego i  wykonal mnostwo unikalnych zdjec, juz wkrotce potem zostal dziennikarzem radiowym,  coraz wiecej angazujac sie w ten zawod. Trzeba przyznac, ze mial na kim sie wzorowac – jeszcze za czasow PRL-u nie brakowalo w Polsce autentycznych dziennikarzy, takich jak  Lucjan Wolanowski czy Ryszard Kapuscinski.  

W sierpniu 1991-go roku, zaraz po powrocie z Anglii, Ludwik pojechal by odwiedzic  swoja mame w Bat Yamie, i przy okazji zostal korespondentem wojennym w Izraelu podczas  pierwszej Wojny w Zatoce. Izrael byl wtedy celem rakiet wypuszczanych przez Saddama  Husajna z Iraku; mieszkancom rozdawano maski przeciwgazowe w obawie przed atakiem  broni chemicznej. O tym co widział i czuł napisał kilka znakomitych artykułów. 

Ludwik odznaczał się nie lada odwagą. W grudniu 1992 był korespondentem w  Jugosławii, podczas bratojbójczych walk na terenie Serbii i Bośni. Prowadził wywiady z  bojownikami obu stron konfliktu. W owym czasie, zanim jeszcze zmuszono 300 000 Serbów  Chorwacji do ucieczki, Ludwik skłaniał się ku zachodniej interpretacji tego konfliktu,  zarzucając mi moje zbyt pro-rosyjskie stanowisko. Dopiero po drugiej wojnie w Iraku, po  totalnym zniszczeniu Libii i Afganistanu, zaczął przyznawać mi rację. Rzecz jasna, zawsze  zgadzaliśmy się gdy mowa była o sytuacji w Izraelu. 

Od roku 2012-go pisywal tez Ludwik do tygodnika „Vector Polonii”, bedacego  przedtem dodatkiem do tygodnika „Angora” utworzonego w Warszawie zaraz po zmianie  wladzy, zas od roku 2011-go osobnym tygodnikiem wydawanym w Paryzu, skierowanym do  Polonii zagranicznej, przede wszystkim we Francji, Belgii i Szwajcarii. W latach  pozniejszych Ludwik posylal wybrane felietony takze do blogow i portali internetowych,  gdzie cieszyly sie niezmiennym powodzeniem.  

Na użytek turystów z Polski, w coraz większych ilościach odwiedzających stolice  Francji, wraz z Ludwikiem Stommą, wybitnym etnografem i historykiem działającym i  mieszkającym od dawna we Francji, wydali ksiazke „Paryż za dwa Ludwiki”, czyli 

„przewodnik po Paryżu cieni i smakow”, wydana przez BGW w roku 1995. Charakter tego  osobliwego baedekera podaje krotka notka na obwolucie:  

”Wspomnienia zdarzeń głupich i błahych, ponurych i barwnych, sielskich, patetycznych,  smakowitych w najzupełniej kuchennym słowa tego znaczeniu, bolesnych i radosnych, czasem  zmieniających bieg historii…Wszędzie cienie pamięci. Po śladach cieni oprowadzać będzie  Ludwik Stomma. Soczysty świat przypomni Ludwik Lewin. Stąd: „Paryż za dwa Ludwiki”.  Nie przesadzajmy – niedrogo!” 

Do tworczosci dziennikarskiej Ludwika Lewina zaliczylbym tez jego ostatnia ksiazke „Kiedy rano jade osiemnastka” wydana w roku 2019 nakladem Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Poswiecona Warszawie, miastu dziecinstwa i mlodosci  autora, ksiazka jest swoistym przewodnikiem po ukochanym miescie. Opisuje trase tego  tramwaju od Służewca do Żerania, zatrzymując się na nazwach przystanków, na historii  miejsc i ludzi z nimi związanych. Pretekstem do napisania ksiazki stala sie niezapomniana  piosenka autorstwa poetki Heleny Kolaczkowskiej do ktorych muzyke ulozyl kompozytor  Alfred Gradstein. Tekst pierwszej zwrotki zna chyba na pamiec kazdy warszawiak

„Kiedy rano jadę osiemnastką, chociaż ciasno, chociaż tłok, patrzę na kochane moje  miasto, które mnie zadziwia co krok…… Na prawo most, na lewo most, a dolem Wisla plynie” 

Pani Helena Kołaczkowska ułożyła tekst tej piosenli w 1950-tym roku, gdy Warszawa  ledwo podnosila sie z ruin. Ludwik odnalazl jej adres i przeprowadzil wywiad z podowczas  ponad 90-letnia autorka. Kilka razy jezdzil do Warszawy, zbieral materialy historyczne, robil  tez zdjecia sobie oraz kilku przyjaciołom na tle kolejnych przystankow. 

Smakosz 

Z trzech symboli radosci zycia zawartych w tytule wspanialego walca Johanna Straussa „Wino, kobiety i spiew” Ludwik wielbil dwie pierwsze pozycje, trzecia pozostawiajac  zawodowym muzykom. Wprawdzie wino czesto zastepowala wodka, o ktorej Ludwik  powiadal – cytujac rosyjskie przyslowie – ze tak naprawde, istnieja tylko dwa jej rodzaje:  „dobra” i „bardzo dobra”. Niestety, wiekszym nalogiem bylo palenie papierosow; co gorsza,  Ludwik palil francuskie „Gauloises” bez filtrów, z napisem „troupe” (dla wojska). Nadziane  czarnym tytoniem, bliskim krewnym rosyjskiej „machorki”. Tyton pomagal Ludwikowi  skupic mysli i zostac sam na sam z biala kartka papieru wkrecona do maszyny do pisania. 

Dobre jedzenie i wysmienita i urozmaicona kuchnia, cenione we Francji jak malo gdzie,  staly sie takze jedna z glownych pasji Ludwika. Sam lubil gotowac, zarowno tradycyjne danie  kuchni polskiej i zydowskiej (znakomite flaki po warszawsku, potrtafil tez sporzadzic karpia  w wersji „gefilte fisz”), udawaly mu sie takze dania francuskie i wloskie. Czesto, gdy bywal  u nas na kolacji, zakladal fartuch i krzatajac sie w kuchni, pomagal smażyc placki  ziemniaczane lub przyrządzać wątróbkę z cebulką.  

Nic więc dziwnego, że po kilku udanych reportażach poświęconych gastronomii i  kuchni francuskiej zaczęto zapraszać Ludwika na imprezy kulinarne, prosząc o napisanie recenzji lub sprawozdania. Z ten sposób został Ludwik cenionym ekspertem w tej dziedzinie. Został współpracownikiem wychodzącego w Polsce miesięcznika „Kuchnia”. W innym  tygodniku, „Do Rzeczy”, prowadził przez kilka lat poswięconą wiedzy o winach rubrykę pod  tytułem „Wina Lewina”, w której omawiał zalety win francuskich, włoskich i hiszpańskich, 

nie gardząc także popularnymi w Polsce produktami winnic chilijskich i argentynskich.  Chwalił też wina izraelskie z wyżyny Golanu i doliny Jordanu. 

Swoją wiedzę kulinarną i historyczną zawarł Ludwik w wydanym w roku 2001 nakładem warszawskiej „Ksiazki i Wiedzy” zbiorze esejow zatytulowanym „Podroz po  stolach Francji”. Pokazal mi rekopis proszac o przyjacielska recenzje, jak zwykle – na wlasny  uzytek. Oto wyjatki z moich zartobliwych, lecz niemniej zyczliwych komentarzy:  

„Tę ksiazkę nalezało by nie czytać, lecz jeść! – pomyślałem już po pierwszym, pobieżnym  zapoznaniu sie z „Podroza po stolach Francji” Ludwika Lewina. Nie zmienilem zdania takze  i pozniej, gdy przegryzlem sie przez wielostronicowe opisy rozmaitych potraw, jak tez i historii  krolow, diukow i markizow francuskich ktorzy owe specjaly spozywali, a nieraz i sami  wprowadzali po raz pierwszy na stoly palacow Francji i Navarry. 

 Mimo to, iz dzielo Ludwika Lewina zawiera liczne przepisy kulinarne, nie jest ono  bynajmniej ksiazka kucharska. Poniewaz Francja jest zlepkiem historycznych krain, ksiazka  podzielona jest na rozdzialy omawiajace sztuke kulinarna i specjaly tychze. (…). Tak wiec  sztuke kulinarna Francji mozna przedstawiac rozdzialami ktorych tytuly sa po prostu  nazwami krain: Burgundia, Prowansja, Alzacja, Normandia, Charente, zeby wymienic tylko  te najbardziej znane.  

Kazdy rozdzial jest perelka opisow krajoznawczych i historycznych. Tak, ksiazka ta jest  niewatpliwie dzielem nie tylko historycznym i gastronomicznym, lecz takze i poetyckim, co nie  jest rzecza dziwna zwazywszy iz Ludwik Lewin jest poeta. Poezja nafaszerowane sa nie tylko  opisy przyrody, architektury, flory i fauny, lecz takze liczne anegdoty zwiazane z historia  gastronomii francuskiej. Istna kopalnia wiadomosci historycznych, jak tez i czysto  technicznych. (…). Na koncu kazdego prawie rozdzialu (z wyjatkiem Lotaryngii i Charente)  autor przytacza kilka smakowitych przepisow na typowe dania francuskie.” 

Na zakonczenie chcialbym powiedziec o innej recenzji, czy tez raczej oddzwieku lub  echu, napisanej pod wrazeniem nieukonczonego cyklu poezji Ludwika. Lubiliśmy zabawy  literackie, polegające na tym że pokazywał mi swój ostatni tekst, na który miałem napisać  zaimprowizowaną żartobliwą recenzję. Tym razem był to cykl erotyczno-gastronomiczny  opatrzony tytułem „SPIS ZUP”, i mial skladac sie z dwunastu conajmniej wierszy, nie  dluzszych od sonetu, lecz o zgola luznej i swobodnej formie. Tak zwany „bialy wiersz” (tak  jak istnieje przeciez bialy barszcz. Albo zabielany).  

Klamra tematyczna mialy byc zupy: po jednej na kazdy wiersz. W wersji minimalnej  mialo ich byc dwanascie: barszcz, krupnik, grochowka, pomidorowa, kapusniak, cebulowa,  ogorkowa, grzybowa, kartoflanka, rosol, zurek, chlodnik,.. – kto wie, ile mozna by jeszcze  dodac. Na poczatek przeczytal mi Ludwik trzy wiersze: krupnik, cebulowa, barszcz – w tej  wlasnie kolejnosci. Korzystajac z uprzejmosci Autora, zacytuje ostatni

B A R S Z C Z 
Szczodra szczypta szczęścia obiecana na czerwono
barszcz
w filiżance nie zabielany mieni mi sie
przez krochmalną jasność obrusa
ostatni szczebel drabiny do raju
juz przeszczepiony w niebo prześcieradła
Barszcz będzie z grzybem
myśli patrząc na mnie ten w lustrze
a ja jak szczygiełek
bo w kominku szczapa szczęka
jak rozpalony pogrzebacz
Ale nie
najpierw jest szczerosc w spuszczonych oczach
a potem szeptem
nie dzisiaj
dzisiaj nie mogę
No i burak
Szczęka mi się ściska
Z łyżki na serwetę krwawa kropla
Nie szkodzi to się spierze
Paryz, 27.XII.1997

Nie będę tutaj wdawać się w dogłębną analizę treści i formy tych krótkich, acz  wysokokalorycznych utworów. Było w nich wiele metafor i aluzji wykorzystujących  przypadkowe lub naumyślne paralele między węchowymi, smakowymi i dotykowymi  doznaniami z dwóch różnych stref bytu: erotycznej i gastronomicznej. Nie tak dalekie jedno  od drugiego, jak powszechnie wiadomo. Szczególnie trafne jest spostrzeżenie, do jakiego  stopnia swieże, białe prześcieradło przypomina czysty, świeżo nakrochmalony obrus ! 

Ludwik dal mi fotokopie tych trzech wierszy, zaszczycając mnie propozycją napisania  mini-recenzji. Tak naprawde, chcialem napisac nie tyle recenzje, co przedmowe lub  inwokacje – po skompletowaniu tuzina zup. Ale jak to w zyciu bywa, czwarta zupa nie dawala  sie tak szybko ugotowac jak poprzednie trzy. Podsunalem niesmialo propozycje wlaczenia  do spisu „zupy nic” – mozna w koncu to danie zaliczyc do zup, a zaleta polega na tym, ze  odpowiedni wiersz mozna zastapic biala kartka papieru. Potem pomyslalem sobie, ze to  kiepski i tani pomysl. Przyjaciel spodziewal sie po mnie czegos bardziej oryginalnego.  Przypomnialem sobie nagle, ze wielkie i ambitne utwory, takie jak „Faust” czy „Don  Quichote”, zaczynaly sie czesto inwokacja. Moze i tu udalo by sie cos napisac, poetyckiego i z jednoczesna aluzja do gastronomii ? Na przyklad cos takiego: 

Zupo ! Włoszczyzno moja ! Ty jesteś jak z drobiem, 

Ile cię trzeba cedzić ten tylko się dowie, 

Kto cię strawił. Dziś tlustość twą w całej wątrobie 

Czuję i opisuję. I twierdze: po tobie 

Nie masz jak drugie danie ! Mięsne albo rybne, 

Z kartoflami lub ryżem, i z sosem warzywnym 

Lub grzybowym. Z prawdziwków lub rydzów duszonych, 

Zebranych w gęstym lesie, pośród pól zielonych, 

Gdzie bór stał nowy, świeże gry, kajak, śniedz biala, 

I pannie skiń z rumieńcem: dzięcioł, lin i pała !

Felietonista 

Nasze wspólne z Ludwikiem pokolenie rosło w cieniu straszliwej wojny, w zrujnowanej  Warszawie, w rodzinach cudem ocalałych z zagłady narodu żydowskiego, naznaczeni 

fantomowymi bólami po utracie dziadków, ciotek i wujków, starszych kuzynów i większości  przyjaciół rodziców. Nasi rodzice próbowali z mozołem odbudować jakieś podobieństwo  utraconej na zawsze spoleczności żydowskiej lub przynajmniej swego przedwojennego  środowiska – ze zmiennym szczęściem, jednak wystarczyło to byśmy nie zapomnieli kim  jesteśmy. Często pomagało nam w tym otoczenie, szczególnie po pierwszej „odwilży” która  nastąpiła w 1956-m roku, gdy – na krótko wprawdzie – rozwiązały się języki w tramwajach i  na bazarach, lecz jeszcze nie w oficjalnej prasie. Na to trzeba było poczekać jeszcze trochę – do środka lat sześćdziesiątych.  

W bogatym i różnorodnym dorobku dziennikarskim Ludwika felietony poswięcone  tematyce żydowskiej stanowią osobny rozdział. Ludwik pisał wiele i obficie, a jego publikacje  ukazywały się w najróżniejszych gazetach i czasopismach; nie wszędzie jednak mógł w pełni  dać wyraz swoim uczuciom i przekonaniom nie ulegajac ograniczeniom cenzury, prawdziwej  czy też wyimaginowanej. Dopiero w „Słowie Żydowskim” znalazł miejsce w którym mogl  czuć się sobą, gdzie był jak we własnym domu – u siebie. Tu mógł dać wyraz uczuciom i  obawom, odwoływać się co i raz do bolesnej historii zagłady i do trosk o zachowanie kultury  i pamięci. Niemało miejsca zajmowały rozważania o przyszlości i bezpieczenstwie Izraela, o  chmurach zbierających się nad Europą, w szczególności nad ludnoscią żydowską – i nie tylko  żydowską – i nad umiłowaną drugią ojczyzną którą stała się dlań Francja. O swojej drodze do tożsamości żydowskiej Ludwik pisal wiele razy, jego myśli na ten temat są rozsiane po  różnych felietonach z niniejszego wyboru. 

Pisanie o antysemityzmie jest – w odróżnieniu od wielu innych tematow – znakomitą  inwestycją dla felietonisty. Zapewnia bowiem aktualność po upływie wielu dziesięcioleci, kto  wie, czy nie na stulecia naprzód. Gdy czyta sie felietony Ludwika o podnoszacym glowe  antysemityzmie we Francji, ma sie wrazenie, ze zostaly napisane wczoraj (a co gorsza, że  pewnie będą jeszcze bardziej aktualne w niedalekiej przyszłości). 

Zakończenie 

W środku drugiego dziesięciolecia lat 2000 Ludwik zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem, które nasiliły się w roku 2018-tym. Jednak nie tracił humoru, nadal pracował biorąc też udział  w pokazach kulinarnych i wielorakich imprezach na które go niezmiennie zapraszano. Pisał i  publikował bez przerwy, poddając się jednocześnie zabiegom leczniczym które z początku  pozwalały utrzymać nadzieję powrotu do zdrowia. Mimo nasilających się bóli w stawie  biodrowym utrudniającymi chodzenie, odbył dwie dalekie podróże odwiedzając rodzinę  Bruna z dwojgiem wnukow w Seattle, i obie córki, Olę w Tel Awiwie i Anię w Londynie. 

Po trwajacej prawie rok poprawie, ktora nastapila w wyniku leczenia w jednej z  podparyskich klinik, stan Ludwika pogorszył się znacznie po kolejnym nawrocie choroby w  roku 2020-tym, niedlugo przed wybuchem pandemii. Mimo coraz czestszych i dluzszych  pobytach w szpitalu, Ludwik nie przerywal pisania, dostarczajac co miesiac kolejne eseje do  „Słowa Żydowskiego”, z którym nawiazal współpracę lata wcześniej. Walcząc bohatersko z  bezlitosną chorobą, nadal pisal felietony do „Slowa Zydowskiego”; nawet w szpitalu mial  przy sobie swego laptopa, na ktorym wystukiwal swoje teksty. Ostatni z nich, „Klinika  Odessa”, powstal w marcu 2022 – na dwa miesiace przed zgonem ktory nastapil 8-go maja.  

Wszystkie felietony ze „Słowa Żydowskiego” Ludwik pozwalał publikować w  popularnym blogu „Reunion 69” prowadzonym przez mieszkającego w Szwecji Michala  Edelmana; cieszyly sie one niezwykla poczytnoscia. Zaraz po smierci Ludwika Michal 

zapytal mnie, czy nie moglbym napisac cos w rodzaju nekrologu. Oczywiscie zgodzilem sie,  oto co napisalem Michalowi w odpowiedzi: 

„Ludwik zmarł w paryskim szpitalu Clinique de la Jonquière 8-go maja; pogrzeb na  który przybyło sporo przyjaciół i znajomych, nie licząc rodziny, odbył się na podparyskim  Cmentarzu w Pantin w piątek 13-go maja. Ludwik spoczywa w grobowcu dwuosobowym  razem ze swoja matką, Sabina (Sarą bat Lazar) pochowaną tamże ponad 15 lat temu. Oprócz  żony Ludwika Małgosi byli obecni: jego syn z pierwszego małżeństwa Bruno, który przyleciał  z Seattle, starsza córka Aleksandra (Ola) z Tel-Avivu, z synkiem Elią, młodsza córka Ania z  Londynu, kuzyn Ludwika Oleś Kurlandzki z żoną Krysią (z domu Fiszer) – tyle o rodzinie.  Przyjaciół i znajomych było co najmniej 70 osób; po pogrzebie większa część których wzięła  udział w stypie w pobliskiej restauracji, pijąc białe wino i dzieląc się wspomnieniami o  Ludwiku. 

Pogrzeb byl z rabinem, niestety nie z tym o ktorego prosił sam Ludwik – pragnął by  odprowadzał go Rabin Moïse Lewin, bardzo wysoko postawiony duchowny piastujący  zaszczytne stanowisko kapelana żandarmerii (widocznie i wśród żandarmów francuskich są  też Żydzi!) – niestety, był on zbyt zajęty, dopiero co wrócił z Nowego Jorku z jakiegoś zjazdu  rabinów, i musiano sie zadowolić usługami rabina sefardyjskiego, który jednak postarał się  wyrecytować Kadysz z wymową aszkenazyjską. Zrobił co mógł by opowiedzieć coś o Zmarłym,  wypytał przedtem Małgosię, lecz widać było ze niewiele mu mówią polskie nazwiska i nazwy  miast, szkoła filmowa w Łodzi czy polonistyka w Warszawie, – lecz to co mówił, wypowiadał  z sympatią i szacunkiem. 

Po przemowie rabina były tylko dwa wystąpienia: ja przeczytałem krotki tekst  poświęcony Ludwikowi (po polsku), dodając jeszcze krótszy tekst Elżbiety Sternlicht, ktora nie mogla przyjechac z Berlina, więc poprosiła mnie bym go odczytał na głos, po czym Lonia  Heller opowiedział wzruszająco i ciekawie o swej przyjaźni z Ludwikiem trwającej jeszcze od  czasów szkoły podstawowej – po francusku. O ile wiem, improwizował, wiec nie ma żadnego  śladu w postaci pisanej, a szkoda!  

Jednym slowem, jeśli możesz umieścic gdzies ten mój krótki tekst o Ludwiku, który  przypinam w załączniku w formacie PDF, bede Ci bardzo wdzieczny. Może ktoś jeszcze doda  parę słów?”

A oto tekst przemowienia pozegnalnego wygloszonego nad grobem Ludwika: Myśląc o Ludwiku 

Myśląc o Ludwiku – a myślę o nim codziennie od kiedy odszedł na zawsze – przypominam  sobie nasze niezliczone rozmowy o życiu, o literaturze i teatrze, o sztuce jedzenia i kochania,  o polityce i historii, o dzieciach i wnukach, o naszych sukcesach i porażkach – przypominam  sobie opowiadanie o rabinie Zusii z Hanipola, ktore wiele razy omawialiśmy przy różnych  okazjach.  

„Kiedy rabin Zussia był bardzo stary i tak słaby, że nie mógł wstać z łóżka, zwołał  swoich ukochanych uczniów, ktorzy płacząc wynosili pod niebiosa zalety Nauczyciela,  mowiąc mu że był dla nich jednocześnie Mojżeszem i Salomonem. Wtedy Rabi Zussia  powiedział bardzo cichym, ale wyraźnym głosem: „Przez całe życie starałem się być 

sprawiedliwym jak Mojżesz, świątobliwym jak jego brat, arcykapłan Aaron, roztropnym jak  Józef i mądrym jak król Salomon. A teraz moje dni sa policzone i wkrótce zostanę wezwany  na najwyższy sąd przed Panem. Nie mogę powiedzieć, ze idę na ten sąd bez bojazni; lecz  jedno wiem na pewno: Wszechmogący nie będzie winił mnie za to, że za życia nie byłem  Mojżeszem, królem Dawidem czy królem Salomonem. Ale może mi zarzucić że nie zostałem  w pełni rabinem Zussią”. 

Gdy bylismy młodzi, u samych początkow naszej samodzielnej drogi przez życie, obaj  staraliśmy się wybrac sobie mistrzów będących wzorami do naśladowania – przy czym  Ludwik miał takich mistrzów wielu, odpowiednio do talentów którymi obdarzył go los:  pragnął pisać prozę jak Bruno Schulz, poezje jak Miłosz, być reporterem jak Egon Erwin  Kisch, fotografem jak Franck Capra, filmowcem jak Polański, smakoszem i znawcą win jak  Curnonsky. Podobnie jak w swoim czasie rabin Zussia, Ludwik nie wcielił się po raz drugi w  żadnego z podziwianych przez siebie mistrzów, za to pozostał samym sobą, niepowtarzalnym  Ludwikiem Lewinem, piszącym w jedynym i bez trudu rozpoznawalnym stylu, książki i  wiersze, artykuły i reportaże. Wyrażał w nich swoje rozdarcie między polskościa a  żydowskościa, miedzy Francją a Izraelem, miedzy religijnościa i wolnomyślicielstwem. To  nigdy nie ustające napięcie było zarazem zródłem twórczego natchnienia. Wystawił sobie  Ludwik pomnik jak Horacy, trwalszy niż ze spiżu, i wraz z rzymskim poetą mógłby zawołać:  „non omnis moriar” – nie umrę cały. Bo też najtrwalszym dziełem Ludwika było stworzenie  wraz z Malgosią wspaniałej rodziny i przekazanie dzieciom najważniejszej części samego  siebie.  

TRWANIE 

Poszlo z dymem tyle milionow, 

Ale uszlismy calo 

Stoimy, jak drewniana belka pod gradem strzal 

I mowimy swiatu 

Ze jeszcze moze byc swiatem.

Tekst Eli Sternlicht: 

Ludwisiu, Poznaliśmy się w pierwszych miesiącach pobytu w Paryżu, w pierwszych  miesiącach emigracji. Nie były to łatwe czasy. Może dlatego te przyjaznie okazały się trwałe.  W ostatnich latach jezdziliśmy na wspaniałe wystawy; te najpiękniejsze były w Madrycie.  Pózniej wysyłałam Ci z różnych wystaw kartki. A w przyszlości wybiorę obraz na wystawie  który mógłby Cię wzruszyć i wyślę Ci go wirtualnie. W ten sposób pozostaniemy w kontakcie. 

Książki Ludwika Lewina 

Kiedy rano jadę osiemnastką – Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika,  2019; ISBN 978-83-231-4236-2 

Syzyf i ska – powieść, wyd. Książka i Wiedza 2007 

Ucieczka z Egiptu – wiersze, wyd. Książka i Wiedza 2004 

Podróż po Stołach Francji – opowieści o francuskich regionach, ich kuchni i historii, wyd.  Książka i Wiedza 2001(II wyd. 2003) 

Paryż za dwa Ludwiki – współautor z Ludwikiem Stommą – przewodnik po Paryżu cieni i  smaków, wyd. BGW 1995 ∙ Punkitudes – wraz z Jean-Dominique Brierre, edycja francuska, w języku francuskim, wyd.  Albin Michel/Rock & Folk, Paryż 1978

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.