
Mój nieodżałowany najbliższy przyjaciel Ludwik zmarł w klinice paryskiej ponad rok temu, 8-go maja 2022, po długiej i wyczerpującej chorobie. Ostatnie miesiące spędzone na przemian w domu lub w szpitalu byly szczegolnie ciężkie. Mimo to, w coraz krótszych okresach trochę lepszego samopoczucia, Ludwik nadal pisał teksty do „Słowa Żydowskiego”, z którym współpracowal od wielu lat. Pisanie było dlań tak samo naturalne i konieczne jak oddychanie – od kiedy go pamiętam, a poznaliśmy się w Paryżu ponad 50 lat temu – teksty rodziły się podczas rozmów, opowiadania nabierały kształtu sprawozdań, reportaży lub esejow. Często zdarzało mi sie rozpoznawać ich fragmenty w gotowych opowiadaniach, które Ludwik pokazywał mi jeszcze przed wysłaniem do publikacji (do ktorej nie zawsze dochodziło).
Czytając rozmaite teksty Ludwika – czyli opowiadania, wiersze, eseje i wywiady – obcujemy z nim jak z bezpośrednim rozmówcą, bowiem praktycznie wszystkie bez wyjątku sa napisane w pierwszej osobie, czesto z podziwu godną szczerością, i prawie zawsze – z autoironią. Bez wahania dzielił się z czytelnikami egzystencjalnym niepokojem, obawą o dalsze losy świata popadającego w coraz większe szaleństwo, nieukojonym żalem nad niepowetowaną utratą dawnej krainy miasteczek żydowskich której nie dane nam było poznać inaczej niż w skąpych relacjach naszych rodzicow. Niezmiennie powraca też do odradzającej się z ruin Warszawy swego dzieciństwa, do krajobrazow Mazowsza, polskich rzek, lasów i łąk.

Wiele felietonow z tej ksiazki mozna przeczytac TUTAJ
Rodowód, także literacki.
Rodzice Ludwika pochodzili z niewielkich miasteczek w samym sercu Polski, z pokazną ludnością żydowską, oboje urodzeni jeszcze przed Pierwszą Wojną Swiatową, w zaborze rosyjskim. Mimo że byli prawie równolatkami, reprezentowali dwa podzbiory społeczności żydowskiej, o różnym stopniu asymilacji. Rodzinne miasto ojca Ludwika nazywało się Końskie (nazwa w liczbie mnogiej, czyli poprawnie należy mówić „urodził się w Końskich”). Miasteczko leżało w równej odleglości od Tomaszowa Mazowieckiego i Kielc. W rodzinie ojca Ludwika, Stanisława Lewina, mówiono już tylko po polsku, a typowo polskie imię zapisano też w świadectwie urodzenia. Dziadek Ludwika byl wlaścicielem niewielkiej cegielni w Końskich. Natomiast mama Ludwika, Sara Zylberberg, urodziła się w Ostrowcu Swiętokrzyskim, również nieopodal Kielc, w rodzinie mowiącej w języku jidysz, a jej ojciec Lejzor zapisał pięcioletnią córeczkę do „Tarbutu”, religijnej szkółki dla dziewczynek (chłopcy w tym samym wieku zaczynali naukę w chederach). Imię „Sabina” przybrała dopiero po maturze. Studiowała historię i pedagogikę jeszcze przed wojną, a po wojnie pracowała na Uniwersytecie Warszawskim i przez pewien czas także w Ministerstwie Oświaty.
Stanisław Lewin został wysłany do Francji, gdzie ukończył studia inzynieryjne w zakresie materiałoznawstwa, otrzymał dyplom inżyniera ceramika, i mógłby zająć się cegielnią, gdyby nie wybuch wojny który przekreślił wszystkie plany. Wraz z Sabiną przedostali się po klęsce wrześniowej na Wschod, zdaje się do Lwowa, skąd po inwazji niemieckiej na ZSRR udało im się, wraz z milionami innych uciekinierów i deportowanych, osiąść w Uzbekistanie. Tam też w sierpniu 1944-go urodził się Ludwik, w mieście o dzwięcznej i egzotycznej nieco nazwie „Namangan”.
Chociaż rodzice Ludwika pochodzili z miasteczek z Kieleckiem, nie można wykluczyć że przodkowie ich mieszkali na Litwie lub na Kresach. Być może po nich właśnie odziedziczył zarówno jasność umysłu i precyzję analizy wilenskich mędrców, jak też i żarliwosc i radość życia Chasydów?
Rodzicom Ludwika udało się zachować polskie obywatelstwo dzięki ZPP działającemu wówczas na terytorium ZSRR, i już w roku 1946-tym dotarli do Polski. Stanisław Lewin wkrótce rozpoczął pracę inzynierską w zakładzie ceramicznym, a po kilku latach objął tam jedno z kierowniczych stanowisk. Sabina pracowała nad doktoratem ucząc w szkole, a po uzyskaniu tytułu została zatrudniona przez Uniwersytet. Ludwik był jedynakiem, lecz miał
dwóch kuzynow, z ktoróch starszy zmarł przedwcześnie, zaś młodszy, Oleś (Aleksander Kurlandzki) był mu szczególnie bliski, prawie jak brat. Wczesne lata szkolne opisze Ludwik wiele lat pózniej w książce pod tytulem „Syzyf i S-ka”.
Dalsze nauki pobierał Ludwik w Liceum im. Gottwalda przy ul. Nowowiejskiej (przed 1950-tym i po 1990-tym znanym jako Liceum im. Stanislawa Staszica); niezależnie pod czyim wezwaniem, było to jedno z najlepszych liceów w Polsce. Uczniowie wywodzili sie z rodzin warszawskiej inteligencji, często pochodzenia żydowskiego. Jednym z bliskich kolegów z klasy Ludwika byl przyszły matematyk Roald Ramer; przyjazń ich trwała przez cale pózniejsze życie na emigracji (Aldek zamieszkal w Holandii i obaj widywali sie regularnie). Do klasy o dwa lata wyższej uczęszczali m.in. starszy brat Roalda Artur, Jerzy Szenberg i Wiktor Melman – wszyscy trzej również opuścili Polske po 1968-mym roku. W klasie o rok młodszej uczył się Leonid Heller, przyszły profesor rusycystyki w Lozannie.
Język polski, literatura i historia interesowały Ludwika znacznie bardziej niż nauki ścisle. Już wtedy pociągały go rysunki i fotografika; próbował tez nieśmiało swych sił w poezji; nic też dziwnego, że po uzyskaniu matury w roku 1961 wstąpił na Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ulubionym profesorem Ludwika stał się Artur Sandauer, głównym przedmiotem zainteresowań którego była polska literatura międzywojenna, Futuryści, Skamandryci, Gombrowicz i Bruno Schulz. Pod kierunkiem Sandauera Ludwik napisał swoją pracę magisterską poswięconą analizie stylu Brunona Schulza, na cześć którego nazwał swego urodzonego w 1972-gim roku pierworodnego syna Brunem.
Perspektyw zatrudnienia po ukonczeniu polonistyki wówczas nie brakowało, jednakowoż zdecydowana ich większosc nie wywolywała entuzjazmu u młodego i ambitnego artysty jakim postrzegał siebie dwudziestoparoletni Ludwik. Mógł oczywiście zostać nauczycielem polskiego w jakimś liceum lub gimnazjum, albo znalezc prace w redakcji jednej z gazet czy czasopism w roli korektora czy mlodszego redaktora; zamiast tego postanowił wstąpić na wydział reżyserski słynnej Szkoly Filmowej w Łodzi. Nie obyło się bez dluższych sporów z rodzicami, jednak Ludwikowi udalo sie ich przekonac by zaakceptowali ryzykowny badz nie badz wybor, finansujac dalsze studia – trzeba bylo przeciez znalezc jakies lokum w Lodzi, i zapewnic minimalne utrzymanie; warto przypomniec, ze juz wtedy wydatki na papierosy i
alkohol stanowily niebagatelna pozycje w budzetach studenckich. Przed rozpoczeciem studiow w Szkole Filmowej Ludwik spędził lato w Paryżu; był już zaręczony ze swoją przyszłą żoną Magdą Ogieńską, absolwentką wydziału historii sztuki w Warszawie.
W trakcie studiów w PWSFT nastapil niespodziewany zwrot: po dwoch latach spedzonych na wydziale rezyserii, nie czekajac na rozpoczecie nastepnego roku akademickiego, Ludwik opuscil Łódzką Szkołę Filmową, i po załatwieniu zaproszenia od znajomuych z Francji i otrzymaniu paszportu zagranicznego, na jesieni 1967-go roku znalazł sie w Paryzu. Na podjecie tak dramatycznej decyzji wplynela niewatpliwie atmosfera zageszczajacego sie antysemityzmu w Polsce, wyczuwalna coraz bardziej po Wojnie Szesciodniowej w czerwcu 1967, gdy juz zaczely padac oskarzenia o „podwojna lojalnosc’’ obywateli pochodzenia zydowskiego, albo i o lojalnosc wobec Izraela jako ich jedynej prawdziwej ojczyzny. Nie pamietam juz kto i gdzie podał na wpół żartobliwż odpowiedz na pytanie, kim są właściwie Żydzi? – „Żydzi – padła odpowiedz – to ludzie szczegolnie wyczuleni na antysemityzm’’. Szóstym zmysłem Ludwik przeczuł dalszy ciąg wydarzeń w Polsce, i korzystajac ze znajomosci przewojennych swego Ojca, wyjechal do Paryza we wrzesniu tegoz roku.
Emigracja
Pierwszy okres w Paryżu był naznaczony typową dla artystycznej bohemy biedą – przez pewien czas Ludwik mieszkał kątem w pokoiku dla służby zwanym „chambre de bonne”, wynajętym do spółki z innymi świeżymi emigrantami próbującymi zdobyć miejsce pod słońcem, lub przynajmniej wyjść z cienia anonimowości. Pokoik byl poczatkowo wynajety przez Marysię („Majkę”) Grabarczyk-Kwiecieńską, absolwentkę Historii Sztuki i koleżankę Magdy, narzeczonej, a wkrotce żony Ludwika. Przyjaznili się też z pianistką Elżbietą Sternlicht, z młodymi malarzami i filmowcami z Polski, z architektami wśród ktorych była Olga Henner oraz Stanisław Staszewski, były naczelny architekt Petrobudowy, a na wygnaniu także poeta i ulubiony nasz pieśniarz, zmarły przedwcześnie w 1973-m roku. Wśród znajomych była też Estera Korn, nie mająca wprawdzie za sobą szkoły filmowej, lecz pragnąca tak jak Ludwik stać się podopieczną X-tej Muzy.
W końcu sierpnia 1968-go roku czołgi Paktu Warszawskiego wjechały do Pragi żeby ratowac bratnią Czechosłowację przed zbytnią swobodą i zgubnymi wpływami Zachodu. Polski paszport Ludwika był jeszcze ważny, dzięki czemu mógł on znalezć się w Pradze i wykonać mnóstwo zdjeć „na żywo”, które kupiła od niego agencja Keystone. W roku 1969 Ludwik po raz drugi znalazł się w Pradze, tym razem jako wysłannik amerykańskiego czasopisma „Life”. Nie zdążył na pogrzeb Jana Palacha, udało mu się natomiast odnalezć jego rodzinę i przyjaciół, przeprowadzić z nimi wywiady i zrobić zdjecia. W tym samym okresie rodzice Ludwika wyjechali z Polski do Izraela, gdzie pani Sabina mogła kontynuować pracę historyka pedagogiki na Uniwersytecie w Tel-Awiwie.
Skutkiem tej dzialalności okazał się niespodziewany dopływ gotówki, dzięki któremu Ludwik z Magdą mogli wynająć niewielkie mieszkanie w XVIII-tej dzielnicy Paryża, na cichej uliczce Calmels. A przede wszystkim, pozwoliło to Ludwikowi otrzymać zawodową kartę dziennikarską, otwierającą niejedne drzwi.
Trudniejsza natomiast okazała się kariera filmowa we Francji. Jedną z osobliwości ustawodawstwa tego kraju są sytuacje administracyjnego błędnego koła: aby otrzymać prawo dłuższego pobytu należy pokazać że jest się zatrudnionym, jednak zeby byc zatrudnionym legalnie obcokrajowcem, nalezy okazac prawo pobytu. Rzecz jasna, przedsiebiorcy radza sobie z tym przyjmujac do pracy w zasadzie nielegalnie, zeby potem zalegaizowac sytuacje po otrzymania karty pobytu.
Podobne błędne koło dotyczyło początkujacych filmowców. Po to, by móc ubiegać się o dofinansowanie państwowe, należało okazać kartę czlonkowską związku filmowców Francji. Lecz po to by być przyjętym, należało wykazać się dwoma nakręconymi filmami (mogły to być krótkie metraze, nawet dziesięciominutowe – coś w rodzaju prac dyplomowych
Szkoly Filmowej w Lodzi. Dzieki znajomosciom i koligacjom, Estera Korn otrzymala dotacje od producentow i sprzedawcow konfekcji, i wraz z Ludwikiem przystapili do nakrecania filmu. Byla to krotkometrazowka zatytulowana „Personnalisez votre environnement”, o charakterze surrealistycznym, z mlodymi aktorami, operatorem byl Gilles Moizon, kolega Ludwika, francuski absolwent Szkoly Filmowej w Lodzi. Premiera odbyla sie w 1971-szym roku przed gronem przyjaciol i znajomych, lecz film nigdy nie wszedl na ekrany – co pozwolilo sponsorom spisac dotacje na straty, odpisujac rownowazna sume w deklaracji podatkowej. Drugi film („L’étape”, producent Sofracima) tez zostal nakrecony w roku 1972, lecz udzial Ludwika byl juz raczej symboliczny bowiem w tym samym czasie Ludwik byl juz wspolpracownikiem polskiej rozglosni francuskiego Radia ORTF, gdzie wyglaszal przed mikrofonem regularne reportaze i komentarze przeznaczone dla sluchaczy w Polsce. W odroznieniu od „Wolnej Europy”, „Glosu Ameryki” czy BBC, francuskie radio staralo sie unikac drazliwych tematow politycznych, koncentrujac uwage na kulturalnych i technologicznych zdobyczach Francji.
Gdy prezydentem Francji zostal w roku 1974 Valéry Giscard d’Estaing, wielka instytucja centralna ORTF zostala rozwiazana, a rozglosnie nadajace na zagranice zostaly wlaczone do RFI (Radio France Internationale), gdzie przepracowal Ludwik az do 1985-go roku, wylacznie na dlugofalowych kontraktach, nigdy na stalym etacie.
Pisal wiersze i krotkie opowiadania, na razie – do szuflady. Zafascynowany co i raz to nowszymi subkulturami mlodziezowymi napisal wraz z Jean-Dominikiem Brierre ksiazke o tzw. „Punkach” – pojawili sie w miejsce niezle juz zwiednietych dzieci-kwiatow tworzac jednoczesnie przeciwwage dla „Skinow”. Obficie ilustrowana ksiazka-reportaz napisana w jezyku francuskim ukazala sie w roku 1978 pod tytulem „Punkitudes”, nakladem wydawnictwa Albin Michel/Rock & Folk. Od owego okresu minelo sporo lat, zamiast punkow pojawili sie i znikneli „Gotycy” w czarnych ubiorach z podkrazonymi oczami, a ostatnio tatuowani od stop do glow bezimienni wielbiciele kultury Maorysow – a mimo to ksiazka o „Punkach” nadal zachowala aktualnosc, bowiem opisuje stary jak swiat instynkt stadny ludzi mlodych buntujacych sie przeciwko ustalonym autorytetom po to by z jeszcze wiekszym entuzjazmem wielbic nowe rytualy i nakazy. W latach 1978-1981 Ludwik publikowal komentarze i eseje w czasopismie „Stratégies”, zas sporadycznie takze w dziennikach takich jak „Le Monde” czy „Progrès”, jak rowniez we francusko-żydowskim miesięczniku „Passages”.
Wspolpraca z polska sekcja „Radio France Internationale” (RFI) byla od roku 1969 glownym zajeciem zapewniajacym Ludwikowi niewielki, lecz pewny dochod, na swoj sposob „malą stabilizację” . Biura francuskiego Radia ORTF miescily sie w imponujacym okraglym siedmiopietrowym budynku przy nabrzezu Sekwany w eleganckiej 16-tej dzielnicy. Stalych pracownikow bylo zaledwie kilku, wliczajac Dyrektora, pana Grużewskiego, oraz juz wowczas sedziwego starego socjalisty pana Leszka Talko; reszte stanowili zatrudnieni na odnawianych co roku kontraktach dziennikarze, przewaznie mlodzi. Kolegą po fachu byl miedzy innymi Kazimierz Piekarec, absolwent warszawskiej romanistyki i iberystyki. Obaj – Ludwik i Kazio – zasilali rozglosnie regularnymi, odczytywanymi przed mikrofonem felietonami; i chociaz rozpoznawalne natychmiast teksty Ludwika, w odroznieniu od bezpretensjonalnych i solidnych artykulow Kazia, odznaczaly sie blyskotliwa werwa, artyzmem i poczuciem humoru, to mimo to, a byc moze wlasnie dlatego, gdy pan Grużewski przechodził na emeryture, powierzyl swóje dyrektorski fotel pracowitemu i punktualnemu koledze niesfornego i nie zawsze dostatecznie szanujacego hierarchie sluzbowa Ludwika.
Kazimierz Piekarec kierowal polska sekcja RFI az do konca lat 80-tych; byl tez wzietym i wybitnym tlumaczem literatury iberyjskiej, m.in. Borgesa.
W życiu osobistym przeżył Ludwik ciężki okres, związany z nasilającą się chorobą Magdy. Jej stan psychiczny ulegal pogorszeniu od 1979-go roku, przez pewien czas mieszkala osobno u przyjaciol, potem kilka razy przebywala w szpitalu, by wreszcie wrocic do Polski, gdzie latwiej bylo zapewnic stala opieke. Ludwik zostal z malym Brunem, wspomagany przez przyjaciol i rodzicow. Los okazal sie jednak laskawy, posylajac mu aniola stroza w postaci mlodej Malgosi Węckowskiej, wyslanej do pracy w paryskim przedstawicielstwie polskiego towarzystwa ubezpieczeniowego „Warta”. Mieszkali nadal w 18-tej dzielnicy przy rue des Cloÿs; Malgosia wychowywala Bruna jak wlasnego syna, a w roku 1986-tym urodzila corke Ole (Aleksandre). W tym samym roku wyjechali do Anglii, gdzie Ludwik dostal prace w polskiej sekcji brytyjskiej rozglosni BBC, i dopiero po powrocie z Anglii w 1990-tym roku znalezli przyzwoite czteropokojowe mieszkanie w 19-tej dzielnicy Paryza, w bocznej ulicy George Récipon, w nowoczesnym bloku ze spora iloscia religijnych zydowskich rodzin. Czy bylo to przypadkowe zrzadzenie losu, trudno powiedziec; jednakze moglo to zawazyc pozniej w wyborach dokonanych przez obie corki Ludwika i Malgosi, urodzonej w 1986-tym roku Oli (Aleksandry) i mlodszej od niej o cztery lata Ani. Ola dokonala „aliji” i mieszka w Izraelu, Ania ukonczyla orientalistyke i wyszla za maz za młodzienca z żydowskiej społeczności i mieszka i pracuje w Londynie. Niezbadane sa wyroki opatrznosci!
Lata osiemdziesiąte były naznaczone nasilającymi sie problemami społeczno politycznymi w Polsce, powstaniem niezaleznych zwiazkow zawodowych skupionych w poteznym ruchu „Solidarnosci”, i rozkwitem nielegalnej lub pol-legalnej prasy, jak tez jej emigracyjnych odpowiednikow. Oto co pisze o Ludwiku i jego przyczynkach do emigracyjnej prasy solidarnosciowej Bronislaw Wildstein, bedacy podowczas redaktorem w kierowanym przez Miroslawa Chojeckiego wydawnictwie „Kontakt”:
„w latach 1982-87 Ludwik Lewin pisał kronikę wydarzeń światowych zatytułowaną „Komu płynie czas”. Była to jedna z bardziej czytanych pozycji pisma, która pozwalała Polakom zorientować się w meandrach globalnej rzeczywistości. Na ten temat pisał także znaczące artykuły. Pomimo, że wymagały one dużo pracy i kompetencji, nigdy za nic co zrobił dla „Kontaktu” nie wziął żadnego wynagrodzenia.”
Wydawnictwo Kontakt sponsorowało również sfilmowane reportaże i wywiady. Ludwik był kierownikiem produkcji nakręconego w roku 1985 filmu Jestem Żydem, bo tak mi się podoba (reżyserii Nataszy Czarmińskiej, z operatorem Jarosławem Sypniewskim),
W roku 1982-gim, w wiele lat po wyjezdzie Ludwika z Polski jego dawny mistrz i nauczyciel Artur Sandauer opublikowal niewielka ksiazeczke pod pełnym swoistej autoironii tytułem „O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego w XX wieku (Rzecz, którą nie ja powinienem był napisać…)”. Analizuje w niej Sandauer tworczosc mniej lub bardziej zasymilowanych Zydow polskich, przed- i powojennych pisarzy i poetow. Omawia poezje Lesmiana i Tuwima, Brzechwy i Sterna, lecz najwiecej uwagi poswieca Adamowi Wazykowi i Julianowi Stryjkowskiemu (oba te nazwiska – to pseudonimy literackie Izaaka Wagmana (1905-1982) i Pesacha Starka (1905-1996)), by zilustrowac dwie postawy w stosunku do wlasnego zydostwa. Sandauer uwazal, ze „do żydostwa swego nie można mieć stosunku obojętnego: dziedzictwo zbyt ciężkie, by można przejść nad nim do porządku. Można tylko – albo się go zaprzeć, albo je eksponować. Da to w pierwszym wypadku osobowość nieautentyczną i wytartą, w drugim – samonienawidzącą i autodemonizującą.” By dodac na koniec – po smutnym wniosku o niemozliwosci pelnej asymilacji bez totalnego wyparcia sie swych korzeni i przyjecia innej religii – taka oto ocene wspanialej tworczosci Tuwima: „Asymilacja się nie udała, za to udała się poezja”.
Ludwik Lewin mial przed soba zadanie jeszcze trudniejsze, a tak naprawde – zgola niewykonalne. Gdyby mial napisac tekst nasladujacy ironiczna i smutna ksiazeczke Sandauera, musialby nadac jej nieco poszerzony tytul: „O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia zydowskiego tworzacego na emigracji w Paryzu”. Tu juz nie moglo byc mowy o zadnej asymilacji – zreszta Ludwik nie staral sie udawac kogos kim nie byl. Mowil biegle po francusku, lecz z wyraznym akcentem; pisanie po francusku nie przychodzilo mu latwo, i ograniczal sie do komentarzy kulinarnych. Po prawie czteroletnim pobycie w Londynie na kontrakcie z polska sekcja brytyjskiej rozglosni BBC Ludwik wrocil do Paryza, bo i tam nie zagrzal miejsca – za to Bruno i Ola doskonale opanowali jezyk angielski, co w niemalym stopniu pomoglo im pozniej znalezc prace zagranica. W Anglii Ludwik byl juz „emigrantem do kwadratu”, i z ulga powrocil wraz z rodzina do Paryza, gdzie czul sie bardziej u siebie niz w Londynie. Parafrazujac Sandauera, nie udaly sie asymilacje, za to udala sie tworczosc.
Pełnia
Złotym okresem w zyciu i tworczosci Ludwika mozna nazwac ostatnie dziesieciolecie XX-go wieku – od powrotu do Paryza w 1990-tym roku – i pierwsze lata dwutysieczne. Pozostajac nadal paryskim korespondentem polskiego dzialu redakcji BBC, Ludwik nawiazal wspolprace z Polska Agencja Prasowa, jak tez z „Zyciem Warszawy”, „Gazeta Wyborcza” i innymi wydawnictwami na terenie Polski.
Przez wiele lat byl korespondentem zarowno PAP jak i „Zycia Warszawy”, dostarczajac regularnych reportazy i esejow o wszystkim co dotyczylo Francji, zarowno polityki jak i zycia kulturalnego. W tej roli otrzymywal Ludwik niezliczone zaproszenia na premiery filmow i sztuk teatralnych, na wernisaze i manifestacje poparcia dla najrozniejszych spraw; bywal tez na przyjeciach w Ambasadzie Polskiej w Paryzu. Zaprzyjaznił się wtedy z Andrzejem Bartem i z Andrzejem Koraszewskim, obaj niezwykle cenili jego twórczość.
Zycie rodzinne plynelo teraz spokojniejszym nurtem – można bez zbytniej przesady nazwać ten okres „małą stabilizacją”. Ludwik kupił uzywanego Peugeota 304, dzięki czemu mogli wszyscy jezdzić na wakację nawet do Hiszpanii, skąd przywiezli opuszczonego psa, uroczego rudego mieszańca setera z kundlem, ku wielkiej radości dzieci. Pies nie pamiętął swego poprzedniego imienia, więc wołali nań Perro.
Bruno po uzyskaniu matury ukonczyl jedna z lepszych szkol wyzszych, po czym otrzymal zatrudnienie w firmie „Microsoft” – najpierw w Irlandii, a po trzech latach przeniosl sie do Seattle, zalozyl rodzine zeniac sie z Caroline, Amerykanka z Ohio. Maja dwoje dzieci, wnukow Ludwika: Henry i Katie. Obie corki Ludwika i Malgosi uczęszczały do dobrego liceum nieopodal miejsca zamieszkania. W wieku 18 lat Ola zdecydowala sie na wyjazd do Izraela. Pani Sabina, od dawna wdowa, zostawila Oli swoje mieszkanie w Bat Yamie, a sama przyjechala do Paryza, pod dach syna i synowej. Zmarla w wieku 96-ciu lat i zostala pochowana na cmentarzu paryskim w Pantin. Ola dotad mieszka i pracuje w Izraelu, jest matka dwojga dzieci. Ania stala sie ekspertem w dziedzinie jezykow Bliskiego Wschodu, w tym perskiego, i wyjechala do Anglii gdzie pracuje jako analityk, wyszla za mąż i wychowuje coreczke Dalię.
Tworczosc Ludwika zyskiwala powoli coraz wieksze uznanie. W roku 2005 roku Telewizja Polonia przygotowała o nim dokument pod tytulem „Moje Swiaty”, w reżyseii Krzysztofa Kownasa. W 2010 r. zasiadał w jury VII Miedzynarodowego Festiwalu „Zydowskie Motywy”. Jako uznany ekspert w dziedzinie gastronomii, byl zapraszany do najdalszych zakatkow Francji by degustowac wina, sery, dania regionalne i przetwory, by nastepnie opisywac ich zalety w swoich korespondencjach. Przemierzyl Francje wzdluz i wszerz, i z pewnoscia wie o tym kraju i jego historii wiecej niz przecietny rodowity Francuz.
Poeta
Za swoje najwyzsze osiagniecia tworcze uwazal Ludwik wiersze. W jego wlasnej ocenie wazyly wiecej niz opowiadania i felietony, i nawet ksiazki. W tym wzgledzie przypominal Shakespeare’a i Cervantesa: pierwszy uwazal za szczyt swej tworczosci sonety, drugi zas wynosil nade wszystko – wlaczajac „Don Kichota’’ – swoj bukoliczny poemat „Galatea” napisany wprawdzie proza, lecz w ktorym trojka bohaterow, dwaj pastuszkowie i piękna Galatea w której obaj są zakochani, wyraża swe uczucia w formie wierszowanej.
Poezja Ludwika byla raczej obojetna na losy pastuszkow zakochanych w pieknych gesiareczkach, wiodacych sielankowy zywot wsrod lasow i pol. Opisywał inne lasy i pola Mazowsza, gdzie wraz z Małgosią i dziećmi spędzali wielokrotnie wakacje w Rybienku nad Bugiem, w domu pani Węckowskiej, Teściowej Ludwika. W kilkudziesięciu kilometrach od położonej również nad Bugiem Treblinki – zreszta, w Polsce Żydom do Treblinki było blisko zewsząd, nie tylko z Rybienka. W pobliskim Wyszkowie, na drugim brzegu Bugu, urodził się Mordechaj Anielewicz, bohaterski przywódca powstania w Getcie Warszawskim. Stoi tam teraz jego pomnik. Swoje wrażenia i uczucia wyraził Ludwik w przejmującym wierszu :
Nad Bugiem
Sosny w Rybienku przypominały mi skąd nie jestem
Po drugiej stroniu Bugu duch Anielewicza krążył
Przepędzano go kropielnicą i przemilczeniami na pomnikach
Mazowieckie lato pachniało jesienią Pikardii i jesienią życia
Sześćdziesiąt pięć lat pózniej ciężka przeprawa z rodziną
przez tę samą rzekę z innymi ludzmi
stukamy sie kielichami szampana albo raczej czystej
Nie wybaczam i proście o przebaczenie
Dzwoni mi w skroniach strach i nienawiść
jeszcze kujawiak jeszcze hora
jeszcze Lepper udaje klezmera
Bal na Tytanicu
Dance macabre
Taniec chochoła
Płynie Bug a Bóg patrzy
Z podmokłych łach piachu las wyrasta żydowskich rąk
Na niebie jak zwykle
o tej porze roku
w Europie
spadaja gwiazdy
Wiersze swoje publikował Ludwik – już po znianie ustroju w Polsce – w periodykach krajowych, między innymi w „Czasie Kultury” oraz w piśmie księży Pallotynów „Nasza Rodzina”. Publikował je również w internetowym „Recogito”, pod redakcją księdza Marka Wittbrota. W 2004 roku nakladem „Ksiazki i Wiedzy” został wydany jego tomik wierszy „Ucieczka z Egiptu”. Przyjaciel Ludwika, Andrzej Bart, taki oto napisal tekst na obwolucie:
„Poezja jest największym przysmakiem Ludwika Lewina. Wiersze pisze od niepamiętnych czasów, choć niechętnie się nimi dzieli z obcymi. Rubaszny i tkliwy dla przyjaciół, takim też jest poetą. Jego metafory potrafią wystrzelić jak katedry gotyckie, sięgnąć mitu, ale i zasiąść przy zastawionym stole, a nawet znaleźć się pod nim. To poezja najszlachetniejszych intuicji i odczuć, która bez zbędnego mędrkowania próbuje zrozumieć cokolwiek z otaczającego nas świata.”
Prozaik
Ludwik byl autorem niezliczonych opowiadan, najczesciej zwiezlych i krotkich, za to odznaczajacych sie celna pointa lub niespodziewanym wnioskiem. Niektore byly dluzsze i nawiazywaly do przezyc osobistych, zachowujac przy tym niezmienny dystans i autoironie. Osobiscie za najwyzsze osiagniecie prozatorskie Ludwika uwazam jego krotka, pisana w latach 1996-1997 powiastke autobiograficzna pod tytulem „Syzyf & Ska”.
Gdy Ludwik dal mi do przeczytania swe wspomnienia z pierwszej klasy szkoly podstawowej (a bylo to w Warszawie, w roku 1950-tym), odlozylem rekopis na kilka dni do szuflady, czekajac na week-end by moc dysponowac wolnym czasem dla spokojnej lektury. Wiedzialem co robie; gdy zaczalem czytac te krotka powiesc opisujaca pierwszy rok nauki w szkole podstawowej, doszedlem az do konca bez zadnych przerw, co niezmiernie zwiekszylo przyjemnosc. A potem czytalem jeszcze kilka razy, po kawalku. Wydawalo mi sie, ze poznaje nawet te szkole podstawowa (choc nie chodzilismy do tej samej). Rozpoznawalem takze zrujnowane ulice Warszawy, podworka na ktorych spedzalismy tyle czasu, lekcje, przerwy, rozmowy z kolegami – jednym slowem to wszystko, na co skladalo sie nasze owczesne dzieciece zycie, jakze szczesliwe – bowiem najszczesliwsi sa wlasnie ci, ktorzy nawet nie wiedza ze sa szczesliwi…
Ludwik pol zartem poprosil mnie o napisanie recenzji, co skwapliwie uczynilem – na uzytek prywatny, bo na wydanie ksiazkowie, nakladem „Ksiazki i Wiedzy”, z ilustracjami Stanislawa Mlodozenca, trzeba bylo czekac rowno dziesiec lat – prawdziwa Odyseja! Recenzja spodobala sie Ludwikowi, byla pastiszem zawierajacym kilka domniemanych recenzji ktore mialy ukazac sie po publikacji ksiazki zarowno uczona analize przywolujaca psychoanalize w „Tworczosci” jak i gniewna i antysemicka w nieistniejacej „Gazecie Polskiej”; wiersz nieznanej poetki i list pani nauczycielki ktora Ludwika pamietala, wprawdzie pod ,innym nazwiskiem. Recenzja ta jest zbyt dluga bym ja tu przytaczal, zadowole sie wiec tylko kilkoma pierwszymi zdaniami:
Jedna z wiekszych przyjemnosci ktore moze przyniesc czytanie jest odnalezienie utraconego na zawsze czasu dziecinstwa i mlodosci, lat beztroski i poczucia ladu i bezpieczenstwa (mowie o naszym wyjatkowo szczesliwym pokoleniu, bo wcale nie wszystkim takie szczescie bylo dostepne). Taka wlasnie przyjemnosc sprawilo mi czytanie opowiesci Ludwika pod tytulem „Syzyf i spolka”. Nie wiem, czy na tym polega oslawiony realizm krytyczny, czy jest to moze cos innego, dosc powiedziec ze juz na trzeciej stronie zanurzylem sie niepostrzezenie acz calkowicie w problemach pierwszej klasy szkoly podstawowej.
Im dalej zaglebialem sie w lekture, tym bardziej stawalem sie malym Olesiem, a jego problemy przypominaly mi do zludzenia moje wlasne – nie dzisiejsze, oczywista, lecz tamte, szkolne, gorzko i slodko odzywajace sie w pamieci, utracone od dawna i bezpowrotnie. Czyz nie jest jednym z glownych zadan pisarza to cudowne wskrzeszanie minionego czasu, nieustajaca walka z zapomnieniem ?”
Zastanawialem sie nieraz nad tytulem powiesci od dziecinstwie – skad i dlaczego pojawil sie Syzyf? Ludwik mi sam tego nie objasnil, zbywajac moje pytania zartobliwym, „domysl sie sam!”. Po wielu latach, a wlasciwie dopiero teraz, po odejsciu Ludwika, mysle ze postac Syzyfa ktorego trudy konczyly sie niezmienna kleska kojarzyl ze swoim losem, w ktorym nie braklo porazek i poronionych poczynan, jak proba zostania filmowcem, dramat z pierwszym malzenstwem i rozwodem, niespelniona kariera w RFI… Jednak ze wszystkich opresji potrafil wyjsc obronna reka, a porazki nigdy nie odebraly mu checi i zapalu do pracy tworczej, wrecz przeciwnie, dawaly material do refleksji poetyckich i filozoficznych ktorym dawal wyraz w swoich wierszach i opowiadaniach.
Dziennikarz
Wprawdzie pierwsze kroki na niwie reporterskiej zawdzieczal Ludwik szczesliwemu zbiegowi okolicznosci, gdy znalazl sie w Pradze w czasie najazdu Paktu Warszawskiego i wykonal mnostwo unikalnych zdjec, juz wkrotce potem zostal dziennikarzem radiowym, coraz wiecej angazujac sie w ten zawod. Trzeba przyznac, ze mial na kim sie wzorowac – jeszcze za czasow PRL-u nie brakowalo w Polsce autentycznych dziennikarzy, takich jak Lucjan Wolanowski czy Ryszard Kapuscinski.
W sierpniu 1991-go roku, zaraz po powrocie z Anglii, Ludwik pojechal by odwiedzic swoja mame w Bat Yamie, i przy okazji zostal korespondentem wojennym w Izraelu podczas pierwszej Wojny w Zatoce. Izrael byl wtedy celem rakiet wypuszczanych przez Saddama Husajna z Iraku; mieszkancom rozdawano maski przeciwgazowe w obawie przed atakiem broni chemicznej. O tym co widział i czuł napisał kilka znakomitych artykułów.
Ludwik odznaczał się nie lada odwagą. W grudniu 1992 był korespondentem w Jugosławii, podczas bratojbójczych walk na terenie Serbii i Bośni. Prowadził wywiady z bojownikami obu stron konfliktu. W owym czasie, zanim jeszcze zmuszono 300 000 Serbów Chorwacji do ucieczki, Ludwik skłaniał się ku zachodniej interpretacji tego konfliktu, zarzucając mi moje zbyt pro-rosyjskie stanowisko. Dopiero po drugiej wojnie w Iraku, po totalnym zniszczeniu Libii i Afganistanu, zaczął przyznawać mi rację. Rzecz jasna, zawsze zgadzaliśmy się gdy mowa była o sytuacji w Izraelu.
Od roku 2012-go pisywal tez Ludwik do tygodnika „Vector Polonii”, bedacego przedtem dodatkiem do tygodnika „Angora” utworzonego w Warszawie zaraz po zmianie wladzy, zas od roku 2011-go osobnym tygodnikiem wydawanym w Paryzu, skierowanym do Polonii zagranicznej, przede wszystkim we Francji, Belgii i Szwajcarii. W latach pozniejszych Ludwik posylal wybrane felietony takze do blogow i portali internetowych, gdzie cieszyly sie niezmiennym powodzeniem.
Na użytek turystów z Polski, w coraz większych ilościach odwiedzających stolice Francji, wraz z Ludwikiem Stommą, wybitnym etnografem i historykiem działającym i mieszkającym od dawna we Francji, wydali ksiazke „Paryż za dwa Ludwiki”, czyli
„przewodnik po Paryżu cieni i smakow”, wydana przez BGW w roku 1995. Charakter tego osobliwego baedekera podaje krotka notka na obwolucie:
”Wspomnienia zdarzeń głupich i błahych, ponurych i barwnych, sielskich, patetycznych, smakowitych w najzupełniej kuchennym słowa tego znaczeniu, bolesnych i radosnych, czasem zmieniających bieg historii…Wszędzie cienie pamięci. Po śladach cieni oprowadzać będzie Ludwik Stomma. Soczysty świat przypomni Ludwik Lewin. Stąd: „Paryż za dwa Ludwiki”. Nie przesadzajmy – niedrogo!”
Do tworczosci dziennikarskiej Ludwika Lewina zaliczylbym tez jego ostatnia ksiazke „Kiedy rano jade osiemnastka” wydana w roku 2019 nakladem Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Poswiecona Warszawie, miastu dziecinstwa i mlodosci autora, ksiazka jest swoistym przewodnikiem po ukochanym miescie. Opisuje trase tego tramwaju od Służewca do Żerania, zatrzymując się na nazwach przystanków, na historii miejsc i ludzi z nimi związanych. Pretekstem do napisania ksiazki stala sie niezapomniana piosenka autorstwa poetki Heleny Kolaczkowskiej do ktorych muzyke ulozyl kompozytor Alfred Gradstein. Tekst pierwszej zwrotki zna chyba na pamiec kazdy warszawiak:
„Kiedy rano jadę osiemnastką, chociaż ciasno, chociaż tłok, patrzę na kochane moje miasto, które mnie zadziwia co krok…… Na prawo most, na lewo most, a dolem Wisla plynie”
Pani Helena Kołaczkowska ułożyła tekst tej piosenli w 1950-tym roku, gdy Warszawa ledwo podnosila sie z ruin. Ludwik odnalazl jej adres i przeprowadzil wywiad z podowczas ponad 90-letnia autorka. Kilka razy jezdzil do Warszawy, zbieral materialy historyczne, robil tez zdjecia sobie oraz kilku przyjaciołom na tle kolejnych przystankow.
Smakosz
Z trzech symboli radosci zycia zawartych w tytule wspanialego walca Johanna Straussa „Wino, kobiety i spiew” Ludwik wielbil dwie pierwsze pozycje, trzecia pozostawiajac zawodowym muzykom. Wprawdzie wino czesto zastepowala wodka, o ktorej Ludwik powiadal – cytujac rosyjskie przyslowie – ze tak naprawde, istnieja tylko dwa jej rodzaje: „dobra” i „bardzo dobra”. Niestety, wiekszym nalogiem bylo palenie papierosow; co gorsza, Ludwik palil francuskie „Gauloises” bez filtrów, z napisem „troupe” (dla wojska). Nadziane czarnym tytoniem, bliskim krewnym rosyjskiej „machorki”. Tyton pomagal Ludwikowi skupic mysli i zostac sam na sam z biala kartka papieru wkrecona do maszyny do pisania.
Dobre jedzenie i wysmienita i urozmaicona kuchnia, cenione we Francji jak malo gdzie, staly sie takze jedna z glownych pasji Ludwika. Sam lubil gotowac, zarowno tradycyjne danie kuchni polskiej i zydowskiej (znakomite flaki po warszawsku, potrtafil tez sporzadzic karpia w wersji „gefilte fisz”), udawaly mu sie takze dania francuskie i wloskie. Czesto, gdy bywal u nas na kolacji, zakladal fartuch i krzatajac sie w kuchni, pomagal smażyc placki ziemniaczane lub przyrządzać wątróbkę z cebulką.
Nic więc dziwnego, że po kilku udanych reportażach poświęconych gastronomii i kuchni francuskiej zaczęto zapraszać Ludwika na imprezy kulinarne, prosząc o napisanie recenzji lub sprawozdania. Z ten sposób został Ludwik cenionym ekspertem w tej dziedzinie. Został współpracownikiem wychodzącego w Polsce miesięcznika „Kuchnia”. W innym tygodniku, „Do Rzeczy”, prowadził przez kilka lat poswięconą wiedzy o winach rubrykę pod tytułem „Wina Lewina”, w której omawiał zalety win francuskich, włoskich i hiszpańskich,
nie gardząc także popularnymi w Polsce produktami winnic chilijskich i argentynskich. Chwalił też wina izraelskie z wyżyny Golanu i doliny Jordanu.
Swoją wiedzę kulinarną i historyczną zawarł Ludwik w wydanym w roku 2001 nakładem warszawskiej „Ksiazki i Wiedzy” zbiorze esejow zatytulowanym „Podroz po stolach Francji”. Pokazal mi rekopis proszac o przyjacielska recenzje, jak zwykle – na wlasny uzytek. Oto wyjatki z moich zartobliwych, lecz niemniej zyczliwych komentarzy:
„Tę ksiazkę nalezało by nie czytać, lecz jeść! – pomyślałem już po pierwszym, pobieżnym zapoznaniu sie z „Podroza po stolach Francji” Ludwika Lewina. Nie zmienilem zdania takze i pozniej, gdy przegryzlem sie przez wielostronicowe opisy rozmaitych potraw, jak tez i historii krolow, diukow i markizow francuskich ktorzy owe specjaly spozywali, a nieraz i sami wprowadzali po raz pierwszy na stoly palacow Francji i Navarry.
Mimo to, iz dzielo Ludwika Lewina zawiera liczne przepisy kulinarne, nie jest ono bynajmniej ksiazka kucharska. Poniewaz Francja jest zlepkiem historycznych krain, ksiazka podzielona jest na rozdzialy omawiajace sztuke kulinarna i specjaly tychze. (…). Tak wiec sztuke kulinarna Francji mozna przedstawiac rozdzialami ktorych tytuly sa po prostu nazwami krain: Burgundia, Prowansja, Alzacja, Normandia, Charente, zeby wymienic tylko te najbardziej znane.
Kazdy rozdzial jest perelka opisow krajoznawczych i historycznych. Tak, ksiazka ta jest niewatpliwie dzielem nie tylko historycznym i gastronomicznym, lecz takze i poetyckim, co nie jest rzecza dziwna zwazywszy iz Ludwik Lewin jest poeta. Poezja nafaszerowane sa nie tylko opisy przyrody, architektury, flory i fauny, lecz takze liczne anegdoty zwiazane z historia gastronomii francuskiej. Istna kopalnia wiadomosci historycznych, jak tez i czysto technicznych. (…). Na koncu kazdego prawie rozdzialu (z wyjatkiem Lotaryngii i Charente) autor przytacza kilka smakowitych przepisow na typowe dania francuskie.”
Na zakonczenie chcialbym powiedziec o innej recenzji, czy tez raczej oddzwieku lub echu, napisanej pod wrazeniem nieukonczonego cyklu poezji Ludwika. Lubiliśmy zabawy literackie, polegające na tym że pokazywał mi swój ostatni tekst, na który miałem napisać zaimprowizowaną żartobliwą recenzję. Tym razem był to cykl erotyczno-gastronomiczny opatrzony tytułem „SPIS ZUP”, i mial skladac sie z dwunastu conajmniej wierszy, nie dluzszych od sonetu, lecz o zgola luznej i swobodnej formie. Tak zwany „bialy wiersz” (tak jak istnieje przeciez bialy barszcz. Albo zabielany).
Klamra tematyczna mialy byc zupy: po jednej na kazdy wiersz. W wersji minimalnej mialo ich byc dwanascie: barszcz, krupnik, grochowka, pomidorowa, kapusniak, cebulowa, ogorkowa, grzybowa, kartoflanka, rosol, zurek, chlodnik,.. – kto wie, ile mozna by jeszcze dodac. Na poczatek przeczytal mi Ludwik trzy wiersze: krupnik, cebulowa, barszcz – w tej wlasnie kolejnosci. Korzystajac z uprzejmosci Autora, zacytuje ostatni
B A R S Z C Z
Szczodra szczypta szczęścia obiecana na czerwono
barszcz
w filiżance nie zabielany mieni mi sie
przez krochmalną jasność obrusa
ostatni szczebel drabiny do raju
juz przeszczepiony w niebo prześcieradła
Barszcz będzie z grzybem
myśli patrząc na mnie ten w lustrze
a ja jak szczygiełek
bo w kominku szczapa szczęka
jak rozpalony pogrzebacz
Ale nie
najpierw jest szczerosc w spuszczonych oczach
a potem szeptem
nie dzisiaj
dzisiaj nie mogę
No i burak
Szczęka mi się ściska
Z łyżki na serwetę krwawa kropla
Nie szkodzi to się spierze
Paryz, 27.XII.1997
Nie będę tutaj wdawać się w dogłębną analizę treści i formy tych krótkich, acz wysokokalorycznych utworów. Było w nich wiele metafor i aluzji wykorzystujących przypadkowe lub naumyślne paralele między węchowymi, smakowymi i dotykowymi doznaniami z dwóch różnych stref bytu: erotycznej i gastronomicznej. Nie tak dalekie jedno od drugiego, jak powszechnie wiadomo. Szczególnie trafne jest spostrzeżenie, do jakiego stopnia swieże, białe prześcieradło przypomina czysty, świeżo nakrochmalony obrus !
Ludwik dal mi fotokopie tych trzech wierszy, zaszczycając mnie propozycją napisania mini-recenzji. Tak naprawde, chcialem napisac nie tyle recenzje, co przedmowe lub inwokacje – po skompletowaniu tuzina zup. Ale jak to w zyciu bywa, czwarta zupa nie dawala sie tak szybko ugotowac jak poprzednie trzy. Podsunalem niesmialo propozycje wlaczenia do spisu „zupy nic” – mozna w koncu to danie zaliczyc do zup, a zaleta polega na tym, ze odpowiedni wiersz mozna zastapic biala kartka papieru. Potem pomyslalem sobie, ze to kiepski i tani pomysl. Przyjaciel spodziewal sie po mnie czegos bardziej oryginalnego. Przypomnialem sobie nagle, ze wielkie i ambitne utwory, takie jak „Faust” czy „Don Quichote”, zaczynaly sie czesto inwokacja. Moze i tu udalo by sie cos napisac, poetyckiego i z jednoczesna aluzja do gastronomii ? Na przyklad cos takiego:
Zupo ! Włoszczyzno moja ! Ty jesteś jak z drobiem,
Ile cię trzeba cedzić ten tylko się dowie,
Kto cię strawił. Dziś tlustość twą w całej wątrobie
Czuję i opisuję. I twierdze: po tobie
Nie masz jak drugie danie ! Mięsne albo rybne,
Z kartoflami lub ryżem, i z sosem warzywnym
Lub grzybowym. Z prawdziwków lub rydzów duszonych,
Zebranych w gęstym lesie, pośród pól zielonych,
Gdzie bór stał nowy, świeże gry, kajak, śniedz biala,
I pannie skiń z rumieńcem: dzięcioł, lin i pała !
Felietonista
Nasze wspólne z Ludwikiem pokolenie rosło w cieniu straszliwej wojny, w zrujnowanej Warszawie, w rodzinach cudem ocalałych z zagłady narodu żydowskiego, naznaczeni
fantomowymi bólami po utracie dziadków, ciotek i wujków, starszych kuzynów i większości przyjaciół rodziców. Nasi rodzice próbowali z mozołem odbudować jakieś podobieństwo utraconej na zawsze spoleczności żydowskiej lub przynajmniej swego przedwojennego środowiska – ze zmiennym szczęściem, jednak wystarczyło to byśmy nie zapomnieli kim jesteśmy. Często pomagało nam w tym otoczenie, szczególnie po pierwszej „odwilży” która nastąpiła w 1956-m roku, gdy – na krótko wprawdzie – rozwiązały się języki w tramwajach i na bazarach, lecz jeszcze nie w oficjalnej prasie. Na to trzeba było poczekać jeszcze trochę – do środka lat sześćdziesiątych.
W bogatym i różnorodnym dorobku dziennikarskim Ludwika felietony poswięcone tematyce żydowskiej stanowią osobny rozdział. Ludwik pisał wiele i obficie, a jego publikacje ukazywały się w najróżniejszych gazetach i czasopismach; nie wszędzie jednak mógł w pełni dać wyraz swoim uczuciom i przekonaniom nie ulegajac ograniczeniom cenzury, prawdziwej czy też wyimaginowanej. Dopiero w „Słowie Żydowskim” znalazł miejsce w którym mogl czuć się sobą, gdzie był jak we własnym domu – u siebie. Tu mógł dać wyraz uczuciom i obawom, odwoływać się co i raz do bolesnej historii zagłady i do trosk o zachowanie kultury i pamięci. Niemało miejsca zajmowały rozważania o przyszlości i bezpieczenstwie Izraela, o chmurach zbierających się nad Europą, w szczególności nad ludnoscią żydowską – i nie tylko żydowską – i nad umiłowaną drugią ojczyzną którą stała się dlań Francja. O swojej drodze do tożsamości żydowskiej Ludwik pisal wiele razy, jego myśli na ten temat są rozsiane po różnych felietonach z niniejszego wyboru.
Pisanie o antysemityzmie jest – w odróżnieniu od wielu innych tematow – znakomitą inwestycją dla felietonisty. Zapewnia bowiem aktualność po upływie wielu dziesięcioleci, kto wie, czy nie na stulecia naprzód. Gdy czyta sie felietony Ludwika o podnoszacym glowe antysemityzmie we Francji, ma sie wrazenie, ze zostaly napisane wczoraj (a co gorsza, że pewnie będą jeszcze bardziej aktualne w niedalekiej przyszłości).
Zakończenie
W środku drugiego dziesięciolecia lat 2000 Ludwik zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem, które nasiliły się w roku 2018-tym. Jednak nie tracił humoru, nadal pracował biorąc też udział w pokazach kulinarnych i wielorakich imprezach na które go niezmiennie zapraszano. Pisał i publikował bez przerwy, poddając się jednocześnie zabiegom leczniczym które z początku pozwalały utrzymać nadzieję powrotu do zdrowia. Mimo nasilających się bóli w stawie biodrowym utrudniającymi chodzenie, odbył dwie dalekie podróże odwiedzając rodzinę Bruna z dwojgiem wnukow w Seattle, i obie córki, Olę w Tel Awiwie i Anię w Londynie.
Po trwajacej prawie rok poprawie, ktora nastapila w wyniku leczenia w jednej z podparyskich klinik, stan Ludwika pogorszył się znacznie po kolejnym nawrocie choroby w roku 2020-tym, niedlugo przed wybuchem pandemii. Mimo coraz czestszych i dluzszych pobytach w szpitalu, Ludwik nie przerywal pisania, dostarczajac co miesiac kolejne eseje do „Słowa Żydowskiego”, z którym nawiazal współpracę lata wcześniej. Walcząc bohatersko z bezlitosną chorobą, nadal pisal felietony do „Slowa Zydowskiego”; nawet w szpitalu mial przy sobie swego laptopa, na ktorym wystukiwal swoje teksty. Ostatni z nich, „Klinika Odessa”, powstal w marcu 2022 – na dwa miesiace przed zgonem ktory nastapil 8-go maja.
Wszystkie felietony ze „Słowa Żydowskiego” Ludwik pozwalał publikować w popularnym blogu „Reunion 69” prowadzonym przez mieszkającego w Szwecji Michala Edelmana; cieszyly sie one niezwykla poczytnoscia. Zaraz po smierci Ludwika Michal
zapytal mnie, czy nie moglbym napisac cos w rodzaju nekrologu. Oczywiscie zgodzilem sie, oto co napisalem Michalowi w odpowiedzi:
„Ludwik zmarł w paryskim szpitalu Clinique de la Jonquière 8-go maja; pogrzeb na który przybyło sporo przyjaciół i znajomych, nie licząc rodziny, odbył się na podparyskim Cmentarzu w Pantin w piątek 13-go maja. Ludwik spoczywa w grobowcu dwuosobowym razem ze swoja matką, Sabina (Sarą bat Lazar) pochowaną tamże ponad 15 lat temu. Oprócz żony Ludwika Małgosi byli obecni: jego syn z pierwszego małżeństwa Bruno, który przyleciał z Seattle, starsza córka Aleksandra (Ola) z Tel-Avivu, z synkiem Elią, młodsza córka Ania z Londynu, kuzyn Ludwika Oleś Kurlandzki z żoną Krysią (z domu Fiszer) – tyle o rodzinie. Przyjaciół i znajomych było co najmniej 70 osób; po pogrzebie większa część których wzięła udział w stypie w pobliskiej restauracji, pijąc białe wino i dzieląc się wspomnieniami o Ludwiku.
Pogrzeb byl z rabinem, niestety nie z tym o ktorego prosił sam Ludwik – pragnął by odprowadzał go Rabin Moïse Lewin, bardzo wysoko postawiony duchowny piastujący zaszczytne stanowisko kapelana żandarmerii (widocznie i wśród żandarmów francuskich są też Żydzi!) – niestety, był on zbyt zajęty, dopiero co wrócił z Nowego Jorku z jakiegoś zjazdu rabinów, i musiano sie zadowolić usługami rabina sefardyjskiego, który jednak postarał się wyrecytować Kadysz z wymową aszkenazyjską. Zrobił co mógł by opowiedzieć coś o Zmarłym, wypytał przedtem Małgosię, lecz widać było ze niewiele mu mówią polskie nazwiska i nazwy miast, szkoła filmowa w Łodzi czy polonistyka w Warszawie, – lecz to co mówił, wypowiadał z sympatią i szacunkiem.
Po przemowie rabina były tylko dwa wystąpienia: ja przeczytałem krotki tekst poświęcony Ludwikowi (po polsku), dodając jeszcze krótszy tekst Elżbiety Sternlicht, ktora nie mogla przyjechac z Berlina, więc poprosiła mnie bym go odczytał na głos, po czym Lonia Heller opowiedział wzruszająco i ciekawie o swej przyjaźni z Ludwikiem trwającej jeszcze od czasów szkoły podstawowej – po francusku. O ile wiem, improwizował, wiec nie ma żadnego śladu w postaci pisanej, a szkoda!
Jednym slowem, jeśli możesz umieścic gdzies ten mój krótki tekst o Ludwiku, który przypinam w załączniku w formacie PDF, bede Ci bardzo wdzieczny. Może ktoś jeszcze doda parę słów?”
A oto tekst przemowienia pozegnalnego wygloszonego nad grobem Ludwika: Myśląc o Ludwiku
Myśląc o Ludwiku – a myślę o nim codziennie od kiedy odszedł na zawsze – przypominam sobie nasze niezliczone rozmowy o życiu, o literaturze i teatrze, o sztuce jedzenia i kochania, o polityce i historii, o dzieciach i wnukach, o naszych sukcesach i porażkach – przypominam sobie opowiadanie o rabinie Zusii z Hanipola, ktore wiele razy omawialiśmy przy różnych okazjach.
„Kiedy rabin Zussia był bardzo stary i tak słaby, że nie mógł wstać z łóżka, zwołał swoich ukochanych uczniów, ktorzy płacząc wynosili pod niebiosa zalety Nauczyciela, mowiąc mu że był dla nich jednocześnie Mojżeszem i Salomonem. Wtedy Rabi Zussia powiedział bardzo cichym, ale wyraźnym głosem: „Przez całe życie starałem się być
sprawiedliwym jak Mojżesz, świątobliwym jak jego brat, arcykapłan Aaron, roztropnym jak Józef i mądrym jak król Salomon. A teraz moje dni sa policzone i wkrótce zostanę wezwany na najwyższy sąd przed Panem. Nie mogę powiedzieć, ze idę na ten sąd bez bojazni; lecz jedno wiem na pewno: Wszechmogący nie będzie winił mnie za to, że za życia nie byłem Mojżeszem, królem Dawidem czy królem Salomonem. Ale może mi zarzucić że nie zostałem w pełni rabinem Zussią”.
Gdy bylismy młodzi, u samych początkow naszej samodzielnej drogi przez życie, obaj staraliśmy się wybrac sobie mistrzów będących wzorami do naśladowania – przy czym Ludwik miał takich mistrzów wielu, odpowiednio do talentów którymi obdarzył go los: pragnął pisać prozę jak Bruno Schulz, poezje jak Miłosz, być reporterem jak Egon Erwin Kisch, fotografem jak Franck Capra, filmowcem jak Polański, smakoszem i znawcą win jak Curnonsky. Podobnie jak w swoim czasie rabin Zussia, Ludwik nie wcielił się po raz drugi w żadnego z podziwianych przez siebie mistrzów, za to pozostał samym sobą, niepowtarzalnym Ludwikiem Lewinem, piszącym w jedynym i bez trudu rozpoznawalnym stylu, książki i wiersze, artykuły i reportaże. Wyrażał w nich swoje rozdarcie między polskościa a żydowskościa, miedzy Francją a Izraelem, miedzy religijnościa i wolnomyślicielstwem. To nigdy nie ustające napięcie było zarazem zródłem twórczego natchnienia. Wystawił sobie Ludwik pomnik jak Horacy, trwalszy niż ze spiżu, i wraz z rzymskim poetą mógłby zawołać: „non omnis moriar” – nie umrę cały. Bo też najtrwalszym dziełem Ludwika było stworzenie wraz z Malgosią wspaniałej rodziny i przekazanie dzieciom najważniejszej części samego siebie.
TRWANIE
Poszlo z dymem tyle milionow,
Ale uszlismy calo
Stoimy, jak drewniana belka pod gradem strzal
I mowimy swiatu
Ze jeszcze moze byc swiatem.
Tekst Eli Sternlicht:
Ludwisiu, Poznaliśmy się w pierwszych miesiącach pobytu w Paryżu, w pierwszych miesiącach emigracji. Nie były to łatwe czasy. Może dlatego te przyjaznie okazały się trwałe. W ostatnich latach jezdziliśmy na wspaniałe wystawy; te najpiękniejsze były w Madrycie. Pózniej wysyłałam Ci z różnych wystaw kartki. A w przyszlości wybiorę obraz na wystawie który mógłby Cię wzruszyć i wyślę Ci go wirtualnie. W ten sposób pozostaniemy w kontakcie.
Książki Ludwika Lewina
∙ Kiedy rano jadę osiemnastką – Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2019; ISBN 978-83-231-4236-2
∙ Syzyf i ska – powieść, wyd. Książka i Wiedza 2007
∙ Ucieczka z Egiptu – wiersze, wyd. Książka i Wiedza 2004
∙ Podróż po Stołach Francji – opowieści o francuskich regionach, ich kuchni i historii, wyd. Książka i Wiedza 2001(II wyd. 2003)
∙ Paryż za dwa Ludwiki – współautor z Ludwikiem Stommą – przewodnik po Paryżu cieni i smaków, wyd. BGW 1995 ∙ Punkitudes – wraz z Jean-Dominique Brierre, edycja francuska, w języku francuskim, wyd. Albin Michel/Rock & Folk, Paryż 1978
Kategorie: Uncategorized

