
Staram się unikać komentowania bieżących wydarzeń politycznych, ale wybór Zohrana Mamdaniego na burmistrza Nowego Jorku sprawił, że przynajmniej teraz złamię tę zasadę.
Przyznam, że byłam zaskoczona, jak wielu moich znajomych przyjęło ten wybór z ogromnym entuzjazmem. Jestem w stanie zrozumieć niechęć, a wręcz nienawiść do „pomarańczowego debila”, jak często nazywany jest Donald Trump. Ale naprawdę czasami warto poświęcić trochę czasu, żeby zrozumieć, że ten wybór oznacza coś zupełnie innego.
Mamdani wygrał głosami muzułmańskiej społeczności Nowego Jorku (blisko 90% oddanych głosów) oraz tzw. „dobrych progresywnych Żydów”. W mobilizacji progresywnych nowojorskich Żydów ogromną rolę odegrało Jewish Voice for Peace, i w efekcie Mamdani uzyskał ok. 150 tys. głosów żydowskiej społeczności.
To, co łączy Mamdaniego i JVP, to stosunek do Izraela, który jest opisywany jako „produkt kolonializmu osadniczego”, „państwo apartheidu okupujące terytoria palestyńskie”. Mamdani i JVP to zwolennicy ruchu BDS – organizacji założonej 20 lat temu, której celem jest całkowita delegitymizacja Izraela: bojkot, wycofanie inwestycji i sankcje. I żeby było jasne – nie ma to nic wspólnego z wojną w Gazie. Celem jest państwo Izrael jako takie.
Mamdani ma bardzo bliskie relacje z Lindą Sarsour, która od 25 lat żyje z aktywizmu politycznego nakierowanego na delegitymizację Izraela – oczywiście pod pozorem walki o prawa człowieka.
Przytoczę tylko jeden cytat z Sarsour – na wiecu „Flood Manhattan for Gaza” (organizowanym z WOL):
„7 października pokazało, że Palestyńczycy nie będą dłużej milczeć. To nie Hamas, to lud Palestyny powstajacy przeciwko kolonializmowi.” (Israel National News, grudzień 2023)
Rodzina ojca Zohrana – Mahmouda – należała do zamożnej, przedsiębiorczej klasy średniej diaspory indyjskiej w Ugandzie, co umożliwiło mu uzyskanie dobrego wykształcenia w szkołach kolonialnych, a następnie – otrzymanie amerykańskiego stypendium.
Mahmood Mamdani uczęszczał do Namilyango College – jednej z najlepszych szkół średnich w Ugandzie, prowadzonej przez misjonarzy, do której przyjmowano dzieci z rodzin dobrze sytuowanych (czesne, internat, nauczanie w języku angielskim). Tam uzyskał wyniki, które umożliwiły mu aplikację o Danforth Foundation Scholarship – prestiżowe amerykańskie stypendium dla studentów z krajów rozwijających się, finansowane przez fundację Forda i Danfortha (USA). (Źródło: SSRC Oral History Project, Interview with Mahmood Mamdani, 2008)
To stypendium pokrywało pełne koszty nauki i utrzymania w Stanach, ale przyznawano je osobom już wyróżniającym się intelektualnie – a więc takim, które miały dobre szkoły, język i sieć kontaktów.
Po dojściu do władzy Idi Amina członkowie diaspory indyjskiej zostali wyrzuceni z Ugandy – i tak znaleźli się w Stanach. Ale ojciec Zohrana nie był typowym uchodźcą – stracił prawo powrotu do Ugandy w trakcie doktoratu na Harvardzie. Obecnie jest profesorem na Uniwersytecie Columbia.
Ale najciekawsze są jego poglądy dotyczące Izraela – w 2009 r. oskarżył Izrael o „strukturalny rasizm” podobny do nazistowskiego, gdzie Palestyńczycy to „ofiary państwowego projektu”. Określenia takie jak „kolonializm osadniczy”, „apartheid” to stałe elementy jego retoryki. Jest oczywiście zwolennikiem ruchu BDS.
Mentorem Mahmooda Mamdaniego jest Edward Said – postać, która ukształtowała postawę zachodnich lewicowych intelektualistów wobec Izraela, utrwalając postrzeganie Izraela jako państwa kolonialnego, a Palestyńczyków jako ofiary opresji. Said konsekwentnie postrzegał wszelkie akty terroryzmu jako uzasadniony opór wobec okupanta, abstrahując od islamizmu jako siły sprawczej.
Piszę o tym wszystkim, żeby pokazać, w jakiej atmosferze wyrósł nowy burmistrz Nowego Jorku i jak bardzo mocne są jego ideologiczne korzenie.
A wracając do „dobrych Żydów” głosujących na Mamdaniego – na jego zapewnienia, że nie jest antysemitą, bardzo dobrze podsumowała to jedna osoba.
Einat Wilf – izraelska intelektualistka, była posłanka do Knesetu, mówiąca o sobie: syjonistka, feministka i ateistka – w swoim dzisiejszym wpisie na X(link do oryginalnego wpisu w komentarzu)
„Ostatnio często zastanawiam się nad różnicą między czasem historycznym a czasem osobistym. Wyobrażam sobie wiedeńskiego Żyda — powiedzmy, że mamy rok 1902, a on ma 37 lat. Żyje w najlepszym czasie i w najlepszym mieście dla Żydów, właściwie w całej historii. Jego burmistrzem jest Karl Lueger i w powietrzu unosi się pewien rodzaj antysemityzmu, ale mimo to życie Żydów w Wiedniu jest naprawdę bardzo dobre. W kawiarniach rodzą się tam idee, które zdefiniują ludzkość na nadchodzące stulecie.
A teraz pojawia się taki człowiek — Herzl. Z perspektywy owego wiedeńskiego Żyda, w podobnym wieku co Herzl, wydaje się on nieco postradać zmysły. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że człowiek, który wspiął się na sam szczyt wiedeńskiego społeczeństwa, był szanowanym redaktorem gazety, odpowiadającej dziś połączeniu działów opinii, kultury, podróży i literatury „New York Timesa”, nagle zaczyna pisać o żydowskim państwie — a nawet popada w obsesję na jego punkcie, organizując ruch, budując instytucje i zabiegając u światowych przywódców o jego realizację?
Wyobraźmy sobie teraz, że ten wiedeński Żyd umiera w 1937 roku, mając 72 lata. Przeżył swoje życie w najlepszym mieście, w najlepszych czasach dla Żydów w tym miejscu. Umierając, mimo narastającej burzy za miedzą, wciąż uważa, że Herzl był szalony.
I właśnie rozważając różnicę między czasem historycznym a osobistym, zastanawiam się: jak sądzisz — czy ten Żyd wyszedłby na tym lepiej, gdyby na początku XX wieku wyemigrował na malaryczne pustkowie w imperium osmańskim, czy pozostając w Wiedniu aż do śmierci?”
W 1897 roku Karl Lueger został burmistrzem Wiednia – miasta, które wówczas było jednym z największych skupisk ludności żydowskiej w Europie, obok Warszawy i Budapesztu. Dla współczesnych Lueger był symbolem „nowoczesnego populizmu”: elegancki, wykształcony, obywatelski, katolik, ale przede wszystkim pragmatyk.
Jego sukces był przełomem: nienawiść do Żydów przestała być domeną marginesu i religijnych fanatyków – została zracjonalizowana, upolityczniona i moralnie uzasadniona.
Historyk Steven Beller pisał, że antysemityzm Luegera był „formą nowoczesnego populizmu”, który
„nie był tyle religijny, co społeczny i polityczny, czerpiąc siłę z niechęci niższej klasy średniej wobec liberalnej burżuazji, w dużej mierze żydowskiej” (Vienna and the Jews, 1867–1938, Cambridge University Press, 1989, s. 102).
Lueger twierdził, że nie nienawidzi Żydów jako ludzi – jedynie „pewien typ Żyda”, tego „aroganckiego, wpływowego, bez korzeni”. To był antysemityzm moralny, przebrany za troskę o wspólnotę i sprawiedliwość społeczną.
Na pytanie, jak to możliwe, że niektórzy wiedeńscy Żydzi go popierają, odpowiedział słynnym zdaniem:
„Ich bestimme, wer Jude ist.” – „To ja decyduję, kto jest Żydem.”
Była to deklaracja władzy nad definicją tożsamości. Antysemityzm przestał być nienawiścią, a stał się procesem moralnej selekcji – wykluczeniem w imię dobra.
Współczesna lewica nie odrzuca Żydów jako takich – odrzuca Żyda syjonistę. To moralna selekcja, w której akceptacja zależy od postawy wobec Izraela. „Dobry Żyd” to ten, który krytykuje Izrael i wspiera Palestyńczyków; „zły Żyd” – ten, który broni państwa żydowskiego.
To nowa forma tego samego mechanizmu, który Lueger wyraził jednym zdaniem:
„Ich bestimme, wer Jude ist.”
Dziś brzmiałoby ono:
„Ich bestimme, wer ein guter Jude ist.” – „To ja decyduję, kto jest dobrym Żydem.”
Lueger był nowoczesny, racjonalny i przekonany o swojej moralności. Dzisiejsi działacze i politycy, którzy delegitymizują Izrael, czują się tacy sami – oświeceni, sprawiedliwi, „po właściwej stronie historii”. Jedni i drudzy nie widzą, że w ich języku odradza się stara logika wykluczenia.
Einat Wilf ma rację: czas osobisty daje złudzenie bezpieczeństwa, czas historyczny pokazuje cenę ślepoty. Wiedeń 1902 i Nowy Jork 2025 łączy jedno – przekonanie, że nienawiść można zhumanizować. A to przekonanie zawsze kończy się tak samo.
Wiedeń 1902, Nowy Jork 2025 .Czy historia się rymuje?
Kategorie: Uncategorized

