Uncategorized

Faszyzm

Beata Lewkowicz

Współcześnie wiele pojęć całkowicie się zdewaluowało lub odwróciło swoje znaczenie. Używa się ich wbrew pierwotnemu sensowi, często w groteskowej formie.

Do takich pojęć należy między innymi faszyzm. Dziś faszystą może zostać każdy, kto nie jest tożsamy w poglądach z lewicą, kto ośmieli się mieć inne zdanie albo po prostu nie uznaje obowiązującego języka emocjonalnej poprawności. Sama dostałam taką łatkę od pewnego dziennikarza. Wystarczy powiedzieć, że popiera się Izrael albo że nie zamierza się ulegać moralnym szantażom, by natychmiast zostać uznaną za tę, która przeszła na Ciemną Stronę.

Młode pokolenie myśli dziś w kategoriach popkulturowych. W ich moralnym imaginarium świat składa się z jasnej i ciemnej strony Mocy. Dlatego tak łatwo uwierzyli, że Hamas to rebelianci, Izrael – Imperium, a Netanjahu to pewnie Darth Vader. Strefa Gazy zlała im się w wyobraźni z pustynną planetą Tatooine, a każdy propal w głębi ducha chciał być Luke’em Skywalkerem albo księżniczką Leią, walczącymi z Imperium. To już nie polityka, lecz komiks, w którym liczy się tylko to, kto wygląda na bohatera. Estetyka „Gwiezdnych wojen” przeniknęła do polityki.

Podobnie dzieje się ze słowem „nazista”, które w przestrzeni publicznej przestało oznaczać rzeczywiste zbrodnie i ideologię, a stało się po prostu obelgą wobec każdego, kto nie myśli według jednej, uznanej narracji.

W nowej, propalestyńskiej narracji przedefiniowano cały zestaw pojęć moralnych i politycznych, które przez dekady miały stabilne znaczenie.

Kolonializm kiedyś oznaczał podbój terytoriów i eksploatację ludów przez europejskie imperia, dziś używa się go wobec Izraela, który powstał jako państwo uchodźców i obrony, a nie ekspansji. W efekcie ofiara historycznych prześladowań została nazwana kolonizatorem.

Ruch oporu – słowo, które w czasie II wojny światowej było symbolem heroizmu i walki z totalitaryzmem, dziś jest używane do usprawiedliwiania mordów i gwałtów Hamasu.

Wyzwolenie przestało znaczyć wolność jednostki, a zaczęło oznaczać walkę zbiorowości, często w imię ideologii, które tę jednostkę niszczą.

Pokój, zamiast oznaczać współistnienie, zaczęło oznaczać kapitulację Izraela. W ustach wielu propalestyńskich demonstrantów i aktywistów znaczy dziś coś na kształt „przestańcie się bronić, oddajcie terytoria, zlikwidujcie armię”.

Ludzkość coraz częściej używana jest nie jako pojęcie uniwersalne, lecz wykluczająco, bo „ludzkość” to Palestyńczycy, natomiast Żydzi – zwłaszcza izraelscy – są z niej symbolicznie wyłączani.

Ofiara przestała oznaczać człowieka skrzywdzonego, a zaczęła oznaczać tego, którego obraz emocjonalnie przemawia do tłumu, niezależnie od faktów.

Apartheid, pojęcie wzięte z RPA, używane jest bez żadnego związku z realiami Izraela, który ma arabskich posłów, sędziów i studentów. Słowo straciło znaczenie prawne, stało się propagandowym hasłem.

Prawo międzynarodowe, kiedyś neutralny zestaw zasad, dziś stosowane jest selektywnie, jako narzędzie do oskarżania jednego państwa, nigdy drugiej strony.

Genocyd, jedno z najpoważniejszych pojęć XX wieku, używane jest dziś tak często i bezmyślnie, że prawdziwe ludobójstwa tracą znaczenie.

Empatia to kolejne z tych pojęć, które całkowicie zmieniły swoje znaczenie. Przestała być tym, o czym pisała Hannah Arendt – doświadczeniem współodczuwania zakorzenionym w rozumieniu – jest teraz formą społecznej deklaracji, narzędziem akceptacji i moralnej mody. W dzisiejszym świecie empatia nie wymaga już zrozumienia, wystarczy gest lub hasło.

Empatia stała się nową, świecką religią Zachodu. Nie ma już dogmatów wiary, są dogmaty współodczuwania. Odruchy emocjonalne zastąpiły myślenie, czego efektem jest łatwość, z jaką Hamas za pomocą obrazów zmanipulował całe rzesze „nowych empatycznych”. W dodatku empatia nie tylko jest modna, ale i bardzo ukierunkowana – można ją odczuwać wyłącznie wobec wybranych, wartych tej naszej empatii, czyli np. „walczących o wolność Palestyńczyków”, ale Żydów, szczególnie tych z Izraela, już nie.

Przez ostatnie dwa lata widzieliśmy, że empatia świata całkowicie nie obejmowała izraelskich zakładników. To jest tekst o tej deklaratywnej empatii, jej całkowitej dewaluacji oraz odwróceniu tego pojęcia.

Większość ludzi, szczególnie tych młodszych, którzy dziś przyjmują propalestyńską narrację, powtarza ją odruchowo, bez cienia refleksji, reagując emocjonalnie na obrazy podsuwane im przez wyszkolonych w dezinformacji i propagandzie hamasowskich pijarowców. W ich świecie nie ma kontekstu historycznego, jest tylko impuls moralnego wzmożenia wywołany obrazami z TikToka. Współczesne media społecznościowe wycinają całą przyczynowość. Zostawiają tylko obraz bólu i automatyczną potrzebę ulokowania winy za jego zadanie. To moralność reaktywna, nie refleksyjna. Brak tu ciągłości pamięci i wiedzy historycznej, ergo wykształcenia.

Dla współczesnych dwudziestolatków historia zaczęła się wczoraj. A właściwie nawet i to nie – ona po prostu nie istnieje. Została zastąpiona teraźniejszością emocji, a to powoduje zanik perspektywy historycznej. A gdy jej nie ma, znika też umiejętność rozumienia kontekstu, pozostaje tylko emocjonalny sąd – kto bardziej wygląda na ofiarę, ten ma rację.

Od lat 60. istnieje w kulturze Zachodu przekonanie, że bunt sam w sobie jest wartością. Pokolenie po pokoleniu romantyzowało rewolucję od Che Guevary po freepalestine. Lewicowość, progresywność, „empatia wobec uciśnionych” stały się estetyką tożsamościową, a nie analizą polityczną. Dla wielu młodych ludzi poparcie dla Palestyny jest performatywnym gestem przynależności do wspólnoty „dobrych”. Nie rozróżniają, że gest solidarności jest przedłużeniem cudzej propagandy.

W latach 70. bloki socjalistyczne świadomie budowały narrację, w której Palestyńczycy byli „narodem wyzwalanym”, a Izrael „kolonizatorem”. Ten język przetrwał, bo był łatwy, czarno-biały, pozbawiony niuansów. Współczesna lewica emocjonalna używa dokładnie tego samego słownika, nawet nie wiedząc, skąd pochodzi.

To jest dziedzictwo propagandy tamtej epoki, przejęte bez świadomości źródła. Przyjęcie tej narracji pozwala ludziom czuć się moralnie lepszymi, nie ryzykując niczego, daje iluzję uczestnictwa w walce dobra ze złem, ale bez odpowiedzialności.

Kiedy ludzie widzą cierpienie, ich pierwszym odruchem nie jest analiza, lecz empatia. To zdrowy mechanizm. Problem zaczyna się wtedy, gdy empatia zastępuje myślenie.

Wystarczy obraz dziecka, gruzy i sfabrykowana narracja, aby w umyśle obserwatora zrodziła się fałszywa symetria, w której ci, którzy wywołali przemoc, stają się ofiarami, a ci, którzy się bronią, zostają nazwani agresorami.

W tym schemacie nie ma miejsca na fakty, wiedzę czy kontekst. Zostaje tylko emocjonalne uproszczenie.

Psychologia społeczna opisuje to jako skrót poznawczy, mechanizm, który upraszcza ocenę moralną, zastępując analizę emocjonalną reakcją. Taki sposób na uniknięcie dysonansu, bo łatwiej wierzyć, że ofiara nie może być jednocześnie katem – to wymagałoby przyjęcia, że świat jest bardziej złożony, a cierpienie nie czyni człowieka automatycznie dobrym. Tego większość ludzi nie potrafi psychicznie znieść, więc wybiera mit.

Drugi element to romantyzacja przemocy, obecna w kulturze Zachodu od ponad wieku. Na początku XX wieku salonowe elity zachwycały się rewolucją rosyjską, później Czerwonymi Brygadami aż po intifady. Zachód karmił się wizją „walki o wolność” jako moralnej przygody. Palestyńczycy wpisali się w ten mit – młodzi, zdeterminowani, walczący – idealny materiał do projekcji zachodnich emocji o buncie i niesprawiedliwości. To dlatego wiele osób, nawet wykształconych, zamiast terroru dostrzega tylko desperacki, tragiczny, aczkolwiek nieunikniony czyn dokonany jednakże w słusznej sprawie.

Trzeci składnik to mechanizm racjonalizacji winy. Gdy fakty są zbyt brutalne – masakry dzieci, samobójcze zamachy, gwałty – ludzki umysł znajduje sposób, by je wytłumaczyć, przenosząc odpowiedzialność ze sprawcy na sytuację. W psychologii społecznej to znany mechanizm usprawiedliwiania przemocy, zbrodnia przestaje być wyborem, staje się skutkiem. A że sprawca rzekomo nie ma wyboru, więc niejako przestaje być sprawcą – usprawiedliwiają go i całkowicie tłumaczą okoliczności.

W efekcie powstaje pełne wyparcie – terror, który trwał dekady, staje się niewidoczny, bo nie pasuje do emocjonalnej narracji o uciśnionych.

Kultura Zachodu ma ogromną trudność z uznaniem, że ofiara może być jednocześnie sprawcą, że cierpienie nie usprawiedliwia wszystkiego. Paradoks postrzegania tej sytuacji przez opinię publiczną polega na tym, że ludzie, którzy w teorii szczerze nienawidzą przemocy, bronią tych, którzy ją stosują, byle tylko zachować spójność własnego obrazu świata.

W zachodnim dyskursie empatia stała się czymś w rodzaju moralnego ornamentu. Nie jest już uczuciem, tylko deklaracją przynależności. Mówi się „jestem empatyczny”, tak jak kiedyś mówiło się „jestem wierzący” albo „jestem humanistą”. W rzeczywistości często nie chodzi o współodczuwanie, lecz o własny komfort moralny, o poczucie, że jest się po właściwej stronie, niezależnie od tego, co naprawdę się czuje lub rozumie.

Empatia w tej wersji działa selektywnie, a więc tylko tam, gdzie nie wymaga wysiłku poznawczego. Łatwo ją okazać wobec obrazu ofiary, którą media za taką uznają.

Trudniej wobec tych, którzy nie mieszczą się w aktualnym kanonie współczucia – wobec Izraelczyków, wobec Żydów.

Wtedy zamiast empatii uruchamia się mechanizm wykluczenia moralnego – „twoje cierpienie nie pasuje do mojej narracji, więc go nie widzę”.

W kulturze internetu empatia jest walutą społecznej akceptacji. Kto ją okazuje głośno, ten jest „dobrym człowiekiem”. Stanowi narzędzie władzy moralnej.

Dlatego wielu ludzi woli używać jej w postaci deklaratywnej, potępiają „wszystkie akty przemocy”, ale nigdy nie konkretnych sprawców, ponieważ to chroni przed oceną i nie wymaga odwagi.

Nie można tego nazwać empatią, a raczej moralną asekuracją.

W przypadku Izraela ten mechanizm widać jak pod mikroskopem. Wystarczy porównać emocjonalny ton wypowiedzi o ofiarach w Gazie z wymuszonym współczuciem informacji o zamordowanych Izraelczykach.

To empatia selektywna do tego stopnia, że staje się jej zaprzeczeniem – współczucie ograniczone do jednej grupy przestaje być współczuciem, a staje się instrumentem ideologicznym. Brak jest empatii wobec ofiar niepopularnych – a Żydzi, Izraelczycy zostali do tej kategorii zaliczeni.

Prawdziwa empatia wymaga konfrontacji z dysonansem, bo trzeba uznać, że obie strony mogą cierpieć i że cierpienie nie uniewinnia zła. Współczesny umysł tego nie znosi. Woli prostą dychotomię ofiara – oprawca.

Dlatego „empatyczni” tak łatwo usprawiedliwiają przemoc, pod warunkiem, że pochodzi od tych, których oni uznali za ofiary.

Pojęcie określane dziś mianem empatii często jest formą moralnego alibi. Jest czysto deklaratywne i właściwie ma nas po prostu uwolnić od poczucia winy.

Empatia przestała być wewnętrznym doświadczeniem, a stała się performansem i gestem autoprezentacji, służy wyłącznie jako parawan, za którym można ukryć swoje prawdziwe uczucia lub ich brak.

7 października 2023 r. Izrael znalazł się w sytuacji, w której każdy jego ruch zostałby uznany za błędny w oczach świata. Hamas zastawił nań pułapkę – jeśli się broni, jest zbrodniarzem, jeśli się nie broni, przestaje istnieć. To pułapka doskonała, bo działa nie militarnie, tylko psychologicznie.

Na Zachodzie włączył się odruch empatii dla obrazów, nie dla faktów i w tej atmosferze powstał nowy, akceptowalny społecznie antysemityzm.

Wielu ludzi, także z diaspory, przyłączyło się do tej narracji, bo tak jest bezpieczniej. Nikt nie chce stracić pracy, przyjaciół, zaproszeń. W środowiskach medialnych, reklamowych, akademickich i artystycznych propalestyńskość stała się nowym znakiem kulturowej przynależności.

Nie chodzi o przekonania, a o przetrwanie w towarzystwie. Kto nie powtarza obowiązującej mantry o „wolnej Palestynie”, ten wypada z obiegu.

Nic nowego, to raczej stara prawda o ludzkiej naturze –

większość nie kieruje się odwagą, tylko lękiem przed wykluczeniem. Zło rzadko zwycięża przez siłę, częściej przez konformizm. A dobro nie jest pierwotnym instynktem, tylko decyzją cywilizacji. Człowiek musi nauczyć się dobra wbrew sobie, inaczej zawsze wybierze wygodę.

To jest chyba jeden z większych paradoksów naszych czasów – deklaratywna empatia zrodziła całkiem konkretny antysemityzm. Ale czy w dawnych wiekach empatia dla biednych dzieci, z których źli Żydzi toczyli krew na macę nie wypływała również ze zbiorowej empatii?

Faszyzm

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.