DUCH (FRANCUSKIEGO) JUDAIZMU

Ludwik Lewin

Paryskie Muzeum Sztuki i Historii Judaizmu pokazało twórczość Édouarda Moyse, dziewiętnastowiecznego malarza francuskiego, najważniejszego podobno przedstawiciela „izraelityzmu” –  czyli tematyki żydowskiej. W izraelityzmie nie chodzi bezpośrednio o Izrael, „żyd” bardzo długo był we Francji brzydkim słowem i nie tylko słowem. Żeby to uprzyzwoicić, nazywano go izraelitą. Ten czas przeszły nie jest do końca dokonany, bo choć instytucjonalne przedstawicielstwo francuskich Żydów zmieniło nazwę z Rada Reprezentacyjna Izraelitów Francji, na Żydów, to muzeum, działające wszystkiego od r.1998, nie ośmieliło się umieścić Żydów w tytule, łagodząc ich na judaizm, zapewne po to by nie straszyć publiczności.  

Moyse malował żydów/Żydów/izraelitów, zgodnie z rzeczywistością, fantazją i natchnieniem. Rzeczywistością swego ojca, którego portret, przedstawia starszawego blondyna w surducie i trudno w nim odnaleźć coś żydoskiego. Ponieważ wiemy jednak, kto zacz, nie mamy wątpliwości – to oczywiście nie żyd, tylko izraelita. Podobnie dzieje się z portretami rabinów, którzy noszą takie same jak pastorowie protestanccy koloratki i gdyby nie (krótkie, starannie podstrzyżone) brody, kapelusze i jarmułki, można by się pomylić. W natchnieniu tworzył artysta fantastycznych żydowskich kapłanów w strojach starożytnych, rozwiewał im brody i poły płaszcza, przywołując u widza wizję Mojżesza na Synaju. To jednak fantazja, rzeczywistość dziewiętnastowiecznych Żydów we Francji była izraelicka.

Édouard Moyse w połowie stulecia pojechał do Algierii, od niedawna francuskiej. I tam też malował Żydów, z tym, że nic nie wskazywało na ich żydostwo, przynajmniej na oko, gdyż ubrani w burnusy, z turbanami, Europejczykom kojarzą się z Arabami. Tylko, że… Moyse namalował również żydowską szkołę w Milianah, znów na pozór pełną Arabów, ale, co zadziwia, na płótnie, na dalszym planie, widać również zakwefione dziewczęta, które wyraźnie też się czegoś uczą. Takiej koedukacji u muzułmanów by się nie znalazło.  

Niecałe 20 lat po wizycie malarza, algierscy Żydzi, na mocy dekretu ówczesnego ministra sprawiedliwości Adolphe’a Crémieux (w październiku 1870, Prusacy są u rogatek Paryża), otrzymali obywatelstwo francuskie. Od tego czasu chodzili do laickich szkół francuskich, a do talmud-tory tylko dwa razy w tygodniu.

Większość pozostała w Afryce, wypędziła ich dopiero utrata Algierii przez Francję, a dokładniej wypędzili ich zwycięzcy, którzy wypędzili Francję.

I w tym momencie, patrząc na burnusowych Żydów i surdutowych izraelitów, pomyślałem o Bernardzie-Henri Lévym, którego ostatnią książkę, skromnie zatytułowaną Duch Judaizmu, niedawno czytałem.

Levy

To nazwisko niewiele mówi poza granicami Francji, ale nad Sekwaną Bernard-Henri Lévy to celebryta. BHL, jak się go bardzo często tam nazywa, jest nim od dobrych 40 lat, od czasu, gdy głośno się zrobiło w mediach o „nowych filozofach”.

„Nowi filozofowie” nie byli ani specjalnie nowi, ani specjalnie filozoficzni. „Szkoła” składała się z byłych lewaków, którzy nagle przejrzeli na oczy, doszło do nich, że maoizm to przede wszystkim masowe zbrodnie, i że w ogóle komunizm, to chyba jednak nie jutrzenka ludów, ale raczej krwawy zmierzch. Myślowa odkrywczość była odwrotnie proporcjonalna do dostępu do mediów, a w mediach najwięcej było właśnie BHL. Był młody, piękny i bogaty, miał za sobą prestiżową uczelnię, jaką jest paryska École Normale. I do tego świetnie mówił – długimi, złożonymi, ale zrozumiałymi zdaniami, jakie jakoby uwielbia francuszczyzna, ale, których budowanie jest przywilejem niewielu Francuzów.   

Urodził się w r.1948, w Béni Saf, na zachodzie francuskiej jeszcze na kilka lat Algierii, prawie przy granicy z Marokiem, ale maturę zrobił już na eleganckim przedmieściu Paryża. Wnuk rabina z Tilimsan, u podnóża Atlasu, stał się stuprocentowym Francuzem, a w każdym razie francuskim izraelitą.

Nic nie jest przecież proste, kiedy rzecz o Żydach.

Francuscy Żydzi/żydzi, dzięki uchwale Konstytuanty w r, 1791, jako pierwsi w Europie, zdobyli pełnię praw obywatelskich. Wdzięczność za to czuli i czują ogromną, do tego stopnia, że – bardzo jednostronnie – uważają francuskość za składnik ducha żydowskiego, a żydostwo za część kultury francuskiej. Zapominając, że najbardziej znanym na świecie francuskim żydem jest kapitan Dreyfus, i że tacy „teoretycy” antysemityzmu, jak Gobineau czy Drumont byli Francuzami, a antysemickie wypowiedzi zdarzyły się nawet Emilowi Zoli i Jeanowi Jauresowi.. Miedzy wojnami kwitły ligi antysemickie i prosperowały ich pisma, a Celine krzyczał: „Trzeba wysłać ich do Hitlera! Do Polski! Do Palestyny! W czasie II wojny rząd francuski ochoczo kolaborował z Niemcami w prześladowaniu Żydów, spełniając wszystkie życzenia okupanta, a nawet wypełniając je w nadmiarze. Francuzi są przecież narodem kulturalnym, nie ma w nich polskiej dziczy i zawziętości. Policja sprawnie zatrzymywała Żydów i doprowadzała do obozów przejściowych, ale tylko, kiedy miała polecenie. Francuzi na ogół nie donosili dla samej przyjemności donoszenia, ale nie przejmowali się, gdy znikali ich niearyjscy sąsiedzi. Atmosfera na pewno nie była przyjazna, ale spotkałem więcej polskich Żydów, którzy uratowali się we Francji, niż takich, którzy ocaleli w Polsce.   

Po wojnie, gdy antysemityzm został prawnie i moralnie zakazany, francuscy żydzi, nie zważając na to, że bardziej już nie można, kolejny raz poczuli się jeszcze bardziej Francuzami. Niektórzy z nich, często tacy, o których bywało głośno, widzieli już światło w tunelu, a dokładniej permanentną rewolucję, która wreszcie wyzwoli lud wyklęty, by zapanował na Ziemi. Jak zwykle, mamy tu do czynienia z błędem paralaksy – choć wśród Żydów mało było komunistów, to wśród komunistów było dużo Żydów i stąd jakże niesłuszne przekonanie, że Żydzi to komuna. A do tego większość tej mniejszości, wcześniej czy później, porzuciła mrzonki o totalnym szczęściu. Porzuciła, ale się nie wyrzekła wcześniejszych błędów, znajdując dla nich usprawiedliwienia, tłumaczenia i powody do dumy.

Jak Bernard-Henri Lévy, który przed rozpoczęciem błyskotliwej kariery wydawniczo-telewizyjnej, podziwiał chińską ”rewolucję kulturalną”, a potem Czerwonych Khmerów. Po czym nie przekreślając tego zaangażowania ani nawet nie zaliczając go do błędów młodości, po zrezygnowaniu ze szczęścia totalnego, zajął się krzewieniem szczęścia częściowego, a może raczej partykularnego, wybierając kolejne sprawy i rzucając się w wir gazetowej propagandy tych spraw.  

Cała Francja wiedziała o zaangażowaniu Léviego w secesję Bangladeszu. Następnie stał się on piewcą walki bośniackich muzułmanów i hagiografem ich islamistycznego prezydenta Aliji Izetbegovicia. W Sarajewie nie zauważył dżihadu ani wizyt Bin Ladena, nie zwrócił uwagi na głowy obcinane Serbom, bo zbrodnie widział tylko serbskie. Mniej głośno było o jego wspieraniu Ukrainy, może dlatego, że rusofilska Francja wzruszeniem ramion skwitowała moskiewską agresję, a przypominając bardzo krótką ukraińskość Krymu, próbowała ją tłumaczyć, a nawet uprawomocniać. Za to w r.2011, czytając francuskie gazety i oglądając tamtejszą telewizję, miało się wrażenie, że to Bernard-Henri Lévy jest organizatorem i głównodowodzącym zachodniej inwazji na Libię. Trudno jest dziś dojść, dlaczego Obama (leadership from behind) i Sarkozy z Cameronem postanowili pozbyć się Kadafiego, którego władza nie była może najlepszym rozwiązaniem, ale na pewno – w tamtym miejscu i czasie – stanowiła najmniejsze zło. Wynik tej akcji, mającej oficjalnie na celu zapobiec katastrofie humanitarnej i zagrożeniu dla międzynarodowego pokoju, to co najmniej pięćdziesiąt tysięcy ofiar libijskich i krwawa destabilizacja wielkich połaci Afryki.  

Celowość swego postępowania tłumaczy Lévy…duchem judaizmu. Wpadł bowiem na sprawny literacko, ale pilpulowo słaby pomysł porównania się do biblijnego Jonasza, wysłanego na ratunek przed gniewem Bożym, na nawrócenie Niniwy. No tak, ale Niniwa, stolica Asyrii, to zagrożenie dla Izraela, zauważa BHL i zastanawia się dlaczego Pan chce ją ratować. Tym bardziej, że nawrócenie mieszkańców niepełne było, nie całkiem szczere i chwilowe.  Jonasz, który próbował przed swą misją umykać i do końca chyba – przynajmniej w interpretacji Léviego – nie jest przekonany o jej słuszności, ustąpić musi przed wolą Jego, wolą by istnieli mieszkańcy i miasto. A to dlatego – pisze Lévy – że „zła jakie w nich było nie chciał absolutyzować, uwieczniać, przeciwnie, chciał uważać, że to zło jest możliwe do odkupienia”. Nie wyklucza przecież nasz filozof, że to zło i jego pochłonąć może, jak później Niniwę.

A później definiuje żydostwo – „…Żyd nie jest Żydem, jeśli na sposób, który nigdy nie jest chrześcijański, nie poszukuje człowieczeństwa w jego klęsce, w jego największym poniżeniu, na szczycie jego upadku i nawet rozkładu, albowiem tu, w tym umniejszeniu jest to, co najcenniejsze w ludzkości”.

Taka humanitarna definicja esencji żydostwa powtarza się wiele razy na stronach książki. Poparta francuską błyskotliwością, charakteryzuje się umiłowaniem figur stylistycznych i pogardą dla faktów. (Człowieka z Polski przeraża nazwanie Jana Karskiego “ukraińskim Oscarem Schindlerem”).

Ten duch żydowski współgra z duchem Francji i go współtworzy. I tak Raszi, którego glosy stanowią jeden z najstarszych i najbardziej wartościowych pomników francuszczyzny, jest – według Léviego – nie tylko największym z talmudystów, ale przy okazji właściwie twórcą tego języka. „Żydowscy” są w tej książce nie tylko pisarze mniej lub bardziej bezpośredniego pochodzenia żydowskiego, ale wszyscy, którzy się liczą, od Kartezjusza i Rousseau, po Sartre’a i lewackiego Michela Foucault.

Trudno powiedzieć czy Lévy jest we Francji bardziej znany czy nielubiany. Nie lubią go nieżydowscy Francuzi za jego bezwarunkową obronę Izraela i bezkompromisowe piętnowanie antysemityzmu w „antysyjonizmie”. Nie lubią go francuscy żydzi za przemądrzałość, niedouczoność , bylejakość, i pewnie jednak również za to, że we współczesnym wydaniu, jest wcieleniem francuskiego izraelity z portretów Moyse’a. Ich własną karykaturą.  

 

Wystawa Édouard Moyse, peintre de la vie juive au XIXe siècle, Musée d’art et d’histoire du Judaïsme (71, rue du Temple

75003 Paris) do 15 sierpnia 2016r.

______________________________

L’Esprit du judaïsme, Bernard-Henri Lévy, wyd. Grasset, Paryż 2016

Ludwik Lewin

 

One Response to “DUCH (FRANCUSKIEGO) JUDAIZMU”

  1. Ludwiku, swietny artykul. Mnie BHL troche smieszy, jego nawrocenie z maoizmu jest dla nas troche naiwne ale mialo powazny wplyw na zmiane nastrojow we Francji, a jego ksiazka byla tlumaczona na ne wiele jezykow. Swietnie wpisuje sie w tradycje francuskiego, a moze nawet, zydowskiego zaangazowanego intelektualist, Edgar Morin uwaza Montanigna ze pierwszego z nich. Pretensjonalnie mozemy sie podpinac pod ta tradycje….Co by nie powiedziec o BHL, to kazdy zaangazowany czlowiek popelnia bledy a realny wplyw BHL na zdazenia tego padolu lez jest raczej ograniczony, ale nie znikomy.
    Ksiazke BHL moze przeczytam, dzieki za recenzje.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: