Aleksander Edelman: dla mnie ojciec nie był bohaterem

Aleksander Edelman

Ojciec nie był w moich oczach bohaterem – on jest bohaterem dla Was. On był po prostu moim ojcem. Zawsze w domu opowiadał, że w getcie zginęli najlepsi. I dodawał: dwa tygodnie biegania po dachach, a potem taki krzyk. Faktem jest że był człowiekiem mądrym, odważnym i szlachetnym, choć w pewnym sensie można powiedzieć, że moja matka zrobiła więcej dobrego – mówi portalowi polskiFR Aleksander Edelman, syn ostatniego przywódcy powstania w getcie warszawskim, kardiologa, bohatera „Zdążyć przed Panem Bogiem” – Marka Edelmana.

Aleksander Edelman – kieruje laboratorium we Francuskim Instytucie Zdrowia i Medycyny (Inserm), jest współautorem przełomowych badań w leczeniu mukowiscydozy, reżyserem i scenarzystą filmowym.

Alicja Rekść: Jak to jest być synem Marka Edelmana i Aliny Margolis-Edelman?

Aleksander Edelman: To wszystko zależy, w jakim momencie życia. Jak jest się dzieckiem, sprawy te nie mają najmniejszego znaczenia. To byli rodzice, w zwyczajnym tego słowa znaczeniu – czasem byli bardziej zadowoleni ze swoich dzieci, czasem mniej. Jak miałem 18 lat, uważałem, że rodzice zniszczyli mi życie, zmuszając mnie do wyjazdu, zmienili moje plany, zostałem wykorzeniony z miejsca, poza którym nie wyobrażałem sobie życia. Z czasem musiałem udowodnić sobie, że i w obcym kraju muszę dać sobie radę. Osiągnąć coś poza wpływem moich rodziców.

Zająłem się nauką. Prowadziłem badania nad mukowiscydozą, nieuleczalną śmiertelną chorobą genetyczną płuc. Dzieci umierały w wieku 5-10 lat. Kiedy zaczynaliśmy badania nikomu z nas nie śniło się, że będzie nadzieja, za naszego życia, na lek, który mógłby zmienić los tych małych pacjentów. Byliśmy w grupie naukowców z Europy i Ameryki Północnej, których badania przyczyniły się do tego, że dziś jest pierwsze, jeszcze niedoskonałe, ale jest lekarstwo mające wpływ na stan zdrowia niektórych chorych, a ich średnia przeżycia – w wyniku postępu w leczeniu – wydłuża się do 40 lat. Co więcej, jest nadzieja że następne lekarstwa będą coraz lepsze. Natomiast większość ludzi patrzy na mnie, jako na syna Marka Edelmana, mniej na osobę, którą faktycznie jestem.

Rodzice bywali surowi?

Nie, raczej nie. Byli nade wszystko bardzo zajęci. Mieli mnóstwo obowiązków – oboje byli lekarzami i dla nich najważniejsi byli ich chorzy pacjenci, a nie ich własne zdrowe dzieci, które miały co jeść. To też były takie czasy.

Marek Edelman/fot. Wikipedia

Czy nagonka antysemicka w 1968 roku była wówczas jakimś zaskoczeniem?

Z początku osobiście nie odczuwałem tego bezpośrednio. Trochę wcześniej, chyba w 1967 roku, jeździliśmy z kolegą rowerami po parku 3 maja w Łodzi. Dostałem wtedy nowy rower, „kolarski” nazywał się Sport. Robiliśmy rundki i mierzyliśmy czas, raz on, raz ja. Za którymś razem, z boku, tam jest taki lasek, wyszła z tego lasku grupa około dziesięciu mężczyzn i stanęli na mojej drodze. Nie mogłem przejechać. Zatrzymali mnie, pobili i połamali rower. Bałem się że dostanę awanturę za zniszczony nowy rower. Gdy dotarłem do domu, rodzice uświadomili mi, że nie byli to zwyczajni chuligani, a ubecy. Ojciec wybiegł wówczas z domu, by ich ścigać, chciał ich odnaleźć. To było pierwsze wydarzenie w moim życiu, w którym dotarło do mnie, że ojciec zwraca na mnie uwagę. Chciał mnie bronić.

Jak to się stało, że wyemigrował Pan do Francji? 

To było parę lat po 1968 r. Przed wyjazdem, w Polsce zdarzały się mniejsze i większe przykrości, te największe dotyczyły mojej mamy. No… ojca też. Jego wyrzucili dwa czy trzy razy z pracy, jej nie pozwalali normalnie pracować. Wyjechaliśmy z mamą, gdyż uważała, że w Polsce nie będę miał równego startu, zawsze w którymś momencie ktoś powie: to Żyd… i nie dostanę pracy, albo to Żyd… i wyrzucą mnie z pracy. Raz moja młodsza siostra wróciła do domu i powiedziała, że wolałaby mieć nazwisko kończące się na-ski”, aniżeli „Edelman”.

Co za kraj w którym 7 letnie dziecko wraca do domu i tak mówi. Sama tolerancja. Bo przecież dzieci powtarzały to co mówią rodzice. A Ci rodzice wszyscy wierzyli w Boga. Dużo później poznałem księdza, który był świadkiem strasznych zabójstw, ludobójstwa w Rwandzie. I on mi ciągle powtarza: Bóg jest dobry. Tylko człowiek nie umie wybrać dobra. Tak mi mówi. Ja nie odpowiadam.
Osobiście byłem przeciwny wyjazdowi, nie ze względu na walkę o zmiany w Polsce – takie pomysły nie przychodziły mi do głowy, ale z uwagi na to, że czułem się niezależny, nie chciałem, żeby ktoś mi mówił, co mam robić. Tu miałem przyjaciół. Tu było moje życie.

W 1968 r., wśród wielu rodzin przetaczały się prawdziwe boje o to czy zostać, czy wyjechać. U nas odbyło się to trochę później. W końcu mama zdecydowała wyjechać ze mną i siostrą, mój ojciec zaś został w Polsce. Wyjechałem w 1972 r. Oczywiście, że antysemityzm, który się rozpętał wówczas w Polsce miał wpływ na mamę, i w końcu na decyzję wyjazdu. 1968 r. był prawdziwym świństwem, mimo, że wówczas nikogo nie zabijano. Zresztą, nie byliśmy wychowani z siostrą w traumie wojennej, czy w nieustannym lęku. Wszystko odbywało się normalnie.

Alina Margolis-Edelman/YouTube

Był Pan młodym człowiekiem, musiało być Panu szalenie trudno…

Kiedy tu przyjechałem, nie znałem języka. Zapisałem się na uniwersytet na wydział fizyki. Mój francuski był kiepski. Nie powiem, że było łatwo i przyjemnie. Niczego nie wiedziałem, niewiele rozumiałem. Nie znałem kodów we Francji. Trochę jak ta dziewczyna z „Cold War” Pawlikowskiego. Przyjeżdża do Paryża, jest zdolna, ale nie rozumie kodów potrzebnych, żeby zrobić karierę. Nie wiem jak skończyłem studia. Może Bóg mi pomógł? Tylko że ja nie wierzę w Boga. Ale może? To był cud.

Kiedy dotarło do Pana, kim są Pana rodzice?

Kiedy byłem mały, nikt w Polsce, za wyjątkiem paru przyjaciół, nie wiedział, kim są. Pierwszy raz przeczytałem „Getto walczy”, kiedy miałem 13 lat, wtedy uświadomiłem sobie że ojciec walczył w getcie. Przedtem jeździłem z nim od czasu do czasu do Warszawy na rocznice powstania w getcie, ale jakoś nie docierało to do mnie. Pod koniec lat 70tych pojawił się w mediach. W 1978 r. Jean-Marie Cavada, znany francuski dziennikarz, dziś eurodeputowany, zaprosił ojca do programu w telewizji z okazji 45. rocznicy powstania w getcie warszawskim. Byliśmy wówczas z mamą od sześciu lat we Francji i to był pierwszy raz kiedy mogliśmy zobaczyć się z ojcem.

Audycja w telewizji była dla mnie pewnym zaskoczeniem, choć miało to miejsce chwilę po ukazaniu się fragmentów „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall na łamach miesięcznika „Odra”. Trzeba zaznaczyć, że ojciec nie był w moich oczach bohaterem – on jest bohaterem dla Was. On był po prostu moim ojcem. Nie był on nigdy w partii i był ostatnim komendantem powstania w getcie, dlatego zwrócił się do niego KOR [Komitet Obrony Robotników – przyp. red.], a potem się znaleźli dziennikarze, którzy nagłośnili jego postać, jako bohatera. A on zawsze w domu opowiadał, że w getcie zginęli najlepsi. I dodawał: dwa tygodnie biegania po dachach, a potem taki krzyk. Faktem jest że był człowiekiem mądrym, odważnym i szlachetnym, choć w pewnym sensie można powiedzieć, że moja matka zrobiła więcej dobrego.

Getto warszawskie/fot. IPN

Pana matka była bardzo zasłużoną lekarką dla Lekarzy Bez Granic i Lekarzy Świata…

Była pediatrą, zajmowała się początkowo cukrzycą u dzieci. Choć wyjechała z Polski, pozostała do końca życia bardzo z Polską związana. Mama miała duszę społecznika, była takim „doktorem Judymem”. Chyba w latach 80tych, sytuacja w Polsce była bardzo trudna, dla chorych brakowało leków. Moja mama organizowała pomoc dla Polski, zorganizowała fundacje „SOS”. Polegało to na tym, żeby ciężko chorzy, głownie dzieci mogli przyjeżdżać do Francji na leczenie. Ojciec powiedział kiedyś o ich związku, że gdziekolwiek by nie byli, zawsze patrzyli w tę samą stronę.

Czasem zdarzały się dramatyczne historie w Polsce – jakiś pacjent był umierający, polscy lekarze bywali bezradni, ojciec kontaktował się z matką. Proszę pamiętać, że wówczas nie było telefonów komórkowych. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak wiele było przypadków, gdy nad losem jednego pacjenta w Łodzi debatowali paryscy specjaliści. Czasami, gdy operacja nie mogła być wykonana w Polsce, SOS zbierała pieniądze i udawało się takiego pacjenta przywieźć do Paryża.

Historia Pana ojca jest dość dobrze znana, natomiast postać Pana matki wydaje się fascynująca, choć niezbyt dostatecznie nagłośniona.

Zapewne to też dlatego, że była kobietą, tą obok Marka Edelmana. A jej działania są wręcz imponujące. Wraz z Lekarzami Świata jeździła ratować tych, którzy uciekali z komunistycznego Wietnamu, ukrywała dzieci bo żadne kraje nie chciały ich przyjmować. Jeździła do Czadu, gdy była tam wojna. Pojechała do Salwadoru w najgorszym momencie eskalacji konfliktu. To było przedziwne. My z siostrą nie mogliśmy uwierzyć, że ona tam faktycznie była.

Była aż tak niepozorna?

Mama była skromna. Dowiedziałem się kiedyś, że w Salwadorze, po jej wyjeździe, bardzo wielu dziewczynkom nadano imię Alina. Opowiadała kiedyś, że raz w Salwadorze żołnierze ostrzeliwali partyzantów, a tam byli też zwykli biedni ludzie, strzelano wszędzie, na środku drogi stała mała dziewczynka, której matkę zabili. Nikt nie chciał ryzykować i zabrać jej w bezpieczne miejsce, trzeba było wybiec na środek drogi, pod ostrzałem, złapać dziewczynkę i pobiec z nią z powrotem, uczyniła to matka. Była też w Afganistanie, w Bośni. Mama była w różnych miejscach na świecie. Była też w Rwandzie w czasie ludobójstwa. Opowiadała mi, że jak tylko przyjechała z Lekarzami Świata, rozpoczęła się Opération Turquoise. Żołnierze kazali im natychmiast opuścić kraj. Przed wyjazdem zdążyła z innymi ludźmi ukryć około dwustu Tutsi w jednym z kościołów. Jak tylko odjechali, kościół został otwarty i wszystkich zamordowano.

Skąd się u niej wzięła ta determinacja?

Jej ojciec i matka byli też lekarzami, ojciec pełnił funkcję ławnika w Łodzi. Został wybrany z ramienia Bundu do Rady Miejskiej. Kiedy Niemcy wkroczyli do Polski, natychmiast go wywieźli i rozstrzelali. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Babcia nigdy nie uwierzyła w jego śmierć, do końca swojego życia, wierzyła, że kiedyś wróci, więc pewnie mama wyniosła tę potrzebę pomagania dzieciom z domu. To była świecka rodzina, otwarta. Rodzice mamy pochodzili ze zasymilowanych rodzin, które od pokoleń nie były wierzące. Wiem, że dziadek nie znał jidysz, nauczył się go dopiero, gdy był dorosłym człowiekiem i miał przemawiać do ludzi w ramach działań Bundu.

Pana ojciec został pochowany w Warszawie, a matka w Paryżu. Ojciec nigdy nie chciał przeprowadzić się do Paryża?

Groby rodziców zaprojektowała moja żona – Zofia Lipecka. Zostały stworzone tak, by wzajemnie się dopełniały. Ich historia była skomplikowana, naznaczona wieloma dramatami. Ojciec nie wyobrażał sobie wyjazdu. Miał wówczas około pięćdziesięciu lat, nie znał, w przeciwieństwie do matki, języka francuskiego. W tamtych czasach polskie dyplomy nie były uznawane. Matka musiała zdawać egzaminy jeszcze raz. Nostryfikować dyplom! Czy pani może to sobie wyobrazić? W wieku pięćdziesięciu paru lat, po wielu latach praktyki lekarskiej, z pokorą nauczyła się wszystkiego po francusku i zdała egzaminy, jak inni studenci. Ja bym tak nie potrafił. Ojciec pewnie też nie.

Jak wyglądały jej kontakty z Polonią?

Mama działała mocno w opozycji. To lepiej pamiętają Ci, którzy z nią pracowali. Np. przyjechała tutaj wówczas Barbara Toruńczyk, która nosiła się z zamiarem założenia „Zeszytów Literackich”. Nikt nie chciał być skarbnikiem, a do tego trzeba było mieć francuskie konto bankowe. Mama zgodziła się na tę funkcję bez wahania. Przyjaźniła się z księdzem Eugeniuszem Platerem-Sybergiem, razem organizowali pomoc dla Polski. Z dr Ewą Rudnicką pracowali w SOS. Dom, dwa małe pokoje w Paryżu, zawsze był pełny ludzi z Polski. Ja uciekałem z tego domu.

Kim się Pan czuł w tym wszystkim?

Skupiałem się, by tu jakoś przetrwać. Rodzice działali w opozycji, ojciec w Polsce, matka we Francji. Siłą rzeczy, byłem gdzieś na obrzeżach tych działań, ale osobiście chciałem robić coś innego. Zająłem się nauką.

A skąd się wzięło u Pana zainteresowanie filmem?

Od zawsze. Gdy miałem kilkanaście lat, chciałem zdawać do szkoły filmowej z Łodzi. Rodzice jednak byli temu przeciwni. Powiedzieli mi twardo, że nie wiadomo, jak się życie może potoczyć, że muszę mieć zawód, który pozwoli mi przeżyć. Rodzice byli lekarzami i uważali, że jest to szalenie nudny i niewdzięczny zawód, mocno nalegali, żebym został inżynierem. Tu jednak udało mi się przeciwstawić, więc zacząłem studiować fizykę, a w końcu biofizykę.

Co wyniósł Pan z domu?

Wyniosłem tyle, żeby” nie dać się wepchnąć nikomu na beczkę” [nawiązanie do słynnych słów Marka Edelmana o niemieckich żołnierzach, którzy postawili na beczce Żyda i publicznie, szydząc z niego, obcinali mu brodę – przyp. red.], a także żeby nie bać się mówić tego, co się myśli.  Wyniosłem też to, żeby przypominać ludziom, że trzeba walczyć o system społeczny który będzie dbał o słabego. O humanizm, którego narzędziem może być socjalizm. Ale ten otwarty, nie ten który znamy z Polski po 45 roku. To nie był zresztą socjalizm. To była dyktatura która używała słowa socjalizm. Nic dziwnego, nawet faszyści dodali do słowa narodowy słowo socjalizm. Bo jest to piękna idea: dbać o słabego. Jeśli połączy się wolność jednostki z instynktem społecznym wtedy powstaje system społeczny który broni słabego, który jest sprawiedliwy. Taki system, czy nazwie się go socjalizmem czy humanizmem politycznym, czy innym słowem chyba nigdy w historii nie został wprowadzony w życie.

Znakomitym przykładem, który był próbą wprowadzenia humanizmu w życie był Bund . Bund opiekował się żydowskimi masami robotniczymi, organizował szkolnictwo, darmowe obiady dla biedoty (tzw. „krople mleka”), bronił ludzi przed pogromami. Włodek Goldkorn, dziennikarz włoski pisząc tekst o Bundzie zatytułował go „Mama Bund”. Chyba też wyniosłem z domu, że trzeba ciągle pamiętać, że „najbardziej charakterystyczną cechą demokracji jest obrona mniejszości poprzez wolności demokratyczne” . Zresztą dziś trochę właśnie wartości humanizmu politycznego niesie unia Europejska. Mówi o tym Donald Tusk w rozmowie z Kurskim i Michnikiem w Gazecie Wyborczej. Ale nikt już nie pamięta, że to była utopia Bundu, i może w pewnym stopniu socjalistów francuskich z połowy XIXego wieku. A więc idee Bundu wchodzą w życie, choć teraz żyjemy w czasach w których znowu idee nacjonalizmu, populizmu i nie tolerancji stają się silne. Zło przypomina że istnieje.

Ostatnią rzeczą, jaką wyniosłem z domu jest to, by przypominać o tym jaki człowiek może być zły. Obecnie pracuję nad projektem filmu o ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku. Tam sąsiad zabijał sąsiada, matka zabijała dziecko. Należy o tym ciągle mówić. Być czujnym, gdy zło rodzi się między nami. Może wówczas człowiek się opamięta i stanie się wreszcie trochę lepszy. I wtedy człowiek się zastanawia co to jest dobro. Zresztą nie wiem jak je zdefiniować. Chyba łatwiej powiedzieć co to jest zło. Dla mnie dobro to np. pomóc drugiemu, kiedy jest w potrzebie. Uratować mu życie czy podać szklankę herbaty, kiedy sam już nie ma na to siły. Ale człowiek z natury nie jest dobry.

W naszej naturze leży chęć dominacji: okraść, oszukać, a jeżeli trzeba zgwałcić i zabić. To jest człowiekowi potrzebne żeby mieć władzę, kontrolę nad drugim. Najlepiej zabić sąsiadów. Od tego się zaczyna. Tak jak było w 1994 roku w Rwandzie kiedy Hutu mordowali Tutsi, albo w czasie drugiej wojny światowej w Jedwabnem (i nie tylko), kiedy Polacy mordowali Żydów. Albo, albo, albo – przykłady można by mnożyć. Zresztą być biernym w takich sytuacjach też nie jest chwałą. W czasie nocy kryształowej ludzie, zwyczajni ludzie, stali na ulicach i spokojnie patrzyli, jak zatrzymywano ich znajomych, nauczyciela ich dzieci, ich sąsiada… Po paru miesiącach Ci sami ludzie już nie byli bierni. Sami wyszukiwali Żydów i donosili. Niestety tak robili później Polacy pod okupacją niemiecką. Na szczęście byli też porządni ludzie.

W Rwandzie ci, którzy pomagali często płacili za to życiem, czy to byli Hutu, którzy ukrywali Tutsi, czy Europejczycy . W Polsce też. Przykłady zła można by mnożyć. Dziś, już prawie nikt nie pamięta, jak Turcy mordowali Ormian w 1915r. Na początku mojej kariery naukowej, pracowałem z Ormianką. Była małą dziewczynką, kiedy było ludobójstwo. To co opowiadała w głowie się nie mieści. Sąsiedzi sąsiadom zgotowali ten los . A więc nagonka antysemicka w 1968r była „pipi de chat” w porównaniu z tym o czym mówię. Ale kiedy tak się zaczyna nie wiadomo czym się kończy.

Przyslal Matias Czarek

https://polskifr.fr/polska-we-francji/aleksander-edelman-moj-ojciec-nie-byl-bohaterem/

12 komentarzy to “Aleksander Edelman: dla mnie ojciec nie był bohaterem”

  1. Bedadz w Warszawie z wnokiem bylismy przy grobie Edelmana, tym bardziej ze wnok nosi nazwisko Edelman,.Mial on bardzo wielka zone przy sobie ,aline ,cale zycie…. cieszkie zycie i my to nie mozemy nawet nie umiemy ocenic,Syn to juz cos innego z niego wymawja i milosc do rodzicow i przezycia, a Polska jak zawsze,, dzis widzimy ich rzad, to jak mozemy prosic o pamietaniu naszych bochaterow. Kwiaty na ich grobie kladamy ci ktorzy tam jeszcze kiedys jedziemy….

  2. Marek Edelman jest pochowany w kwaterze ŻOBu na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie przy ulicy Okopowej. Alina Margolis-Edelman została pochowana pod Paryżem, ale przy grobie Marka Edelmana znajduje się upamiętniająca ją tablica.

  3. Rysiu; Zrozumiałem że prosisz o radę dla innych, nie dla siebie. Dla mnie nie było jasne, przepraszam.
    A tym innym w rozterce nie trzeba rad. Oni wiedzą co trzeba zrobić ale boją się albo wstydzą.

  4. odpowiedz na list Rysia: Amerykanscy Zydzi powinni bac sie antysemityzmu, ktory zalewa USA a nie nacjonalizmu, ktorego wogole nie ma. I dzieki Bogu i IDF istnieje Izrael. Obawiam sie, ze wiekszosc Zydow amerykanskich woli przechrzcic sie anizeli odwiedzic Izrael a co dopiero osiedlic sie tam.

  5. Drogi panie/pani MEF, osobiscie nie szukam rady, dobrze mi gdzie jestem a kiedy będzie źle, mam nadzieje ze bede wiedzial co robic. Ale wiem że tysiące innych jak my poszukują odpowiedzi, dlatego powiem tak: oczywiscie drogi MEF, podziel się z nami z dobra rada, tylko prosze, madra, bez demagogii i bez pustych haseł.

  6. Rysiu, pytasz o radę? Bo mam.

  7. Wyjechać i być zdrajca czy zostać i wierzyć że ludzie się zmienia. Nasi rodzice rozważali ten dylemat, nasi dziadkowie i pradziadkowie rozważali go, rozważamy go my i nasze własne dzieci. Zawsze ten sam dylemat; wiara czy realność? Dzisiaj 8000 Żydów w Argentynie zapisali się do wyjazdu do Izraela aby uniknąć populistycznego reżym pani Krystyny Kirshner, antysemityzmu i głodu. Te same strachy, te same leki, te same trwogi. Żydzi w Europie mają swój własny dylemat, co robić kiedy Muzułmańska religia staje się dominujaca. Co robic? gdzie isc? , dokad uciekac. Żydzi w Ameryce zatrwożeni wzrostem Nacjonalizmu są również w strachu. Dla wielu z nas Izrael z jego szowinizmem i upadem w Żydowski fundamentalism nie jest zachęcająca odpowiedzią również . Wiec co, kto wie , kto ma racje? kto ma dobrą odpowiedź?, kogo sluchac?

  8. Jan Przęczek 27/09/2019 at 14:46

    Przyjaciółka mojej żony była leczona przez doktora Edelmana. Zastanawiam się co ważniejsze? Czy tępy głupi fanatyzm, czy postawa społeczna i społecznictwo? Antysemityzm i fanatyzm religijno – nacjonalistyczny tkwi w nas nadal. Czy musi?

  9. aleksander 27/09/2019 at 10:28

    Gdzie znajdują się groby Marka Edelmana i jego żony-chodzi mi o konkretne cmentarze?
    Czy istnieje mozliwość zamieszczenia zdjęć tych grobów?

  10. Zenon Rogala 27/09/2019 at 00:39

    Moja literacka fantazja na temat losów Pańskich Wspaniałych Rodziców w 1968 roku

    Drzazga

    Już dobrą chwilę temu towarzysz Wiesław skończył tak długo oczekiwane marcowe przemówienie. Gromkie oklaski, wręcz okrzyki zachwytu, jak rozkołysane fale oceanu przetaczały się po Sali Kongresowej. „Syjoniści do Syjonu”, „Żydzi do Izraela” transparenty umizgały się do oka kamery. Aktyw partyjny zgromadzony na sali po raz kolejny świecił swój robotniczo chłopski tryumf.
    W pokoju zapadła chorobliwa cisza. Marek Edelman siedział za stołem, głowę zwieszoną nad blatem podparł oburącz jakby dźwigał w niej pudowy kamień.
    – Masz tu całą swoją ojczyznę. Tak ci się odwdzięcza za twoje poświęcenie, za krew przelaną w powstaniu żydowskim, a potem w warszawskim i za powojenną tułaczkę, za twoją codzienną pracę lekarza, za twoją aktywność w organizacjach społecznych, dziś usłyszałeś – precz Żydzie do Izraela. Dzisiaj usłyszałeś podziękowanie za twoje życie w tym kraju. Ale także dzisiaj przelała się czara goryczy. Mojej goryczy. Oto pojęłam decyzję i nic nie jest w stanie jej zmienić. Nawet ty. Jaka ja byłam naiwna, jak mogłam ciągle wierzyć, że coś się w tym kraju zmieni. Widzę, że nastawienie do Żydów nigdy nie będzie inne jak było przed wiekami,
    Alina potrzebowała ruchu, przemierzała energicznie przestrzeń między stołem, a telewizorem.
    – W y j e ż d z a m. – wycedziła pochylona nad jego kamiennym ciężarem.
    – Aluniu, nie mów tak. Te rządy miną, ten rząd niebawem upadnie. Jestem pewien, że postęp jest wpisany w ten kraj, że do władzy dojdą ludzie o szerokich umysłach, że nacjonalizm i ksenofobia nie będą górą, – Marek nie podnosił głowy, ciągle ważyła zbyt wiele, więc musiał ją podtrzymywać.
    – To na nic. Zmiana tego, czy następnego rządu niczego nie zmieni. Jest coś w tym kraju, czego nigdy nie zaakceptuję. Jest coś, co noszę w sobie od dziecka, jak drzazgę w sercu. Pamiętam w czasie wojny w klasie, ubrana na czarno zakonnica, wyprosiła mnie z lekcji religii.
    – Ty jesteś mała Żydóweczka. I nie możesz chodzić na lekcje naszej religii. Przecież to wy, Żydzi zabiliście naszego pana Jezuska.
    – Powiem ci, że dopiero dzisiaj poczułam ogromną ulgę. Oto musiało minąć tyle lat, żeby te pełne pogardy słowa zakonnicy powtórzył I Sekretarz Komitetu Centralnego. Nie mam już ani czasu, ani siły żeby żyć dalej z tą drzazgą w sercu.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: