Co wolno Oksfordowi, to nie Facebookowi, czyli jak walczyć z antysemityzmem

Dawid Warszawski


Twórca i szef Facebooka Mark Zuckerberg

Twórca i szef Facebooka Mark Zuckerberg (Fot. Marcio Jose Sanchez / AP Photo)Podwójne standardy: inne wobec Facebooka i inne wobec Oksfordu? Tak – bo Oksford się jeszcze od Facebooka różni i różnicy tej należy bronić.

Facebook po latach sporów podjął wreszcie decyzję, że będzie usuwał posty zaprzeczające Zagładzie lub „drastycznie ją wypaczające”. Decyzja ta zostanie zapewne potępiona jako przejaw cenzury, czemu istotnie trudno zaprzeczyć. Mark Zuckerberg mógłby wprawdzie dowodzić, że jako prywatny właściciel nie musi publikować wszystkiego, ale byłoby to intelektualnie nieuczciwe. Niebywały sukces biznesowy, jaki odniósł, dał mu pozycję monopolisty i związane z nią obowiązki.

Tyle tylko, że – inaczej niż tradycyjne media czy książki i sprzecznie z oczekiwaniami – Facebook stał się nie agorą publicznej debaty, lecz knajpą, w której kibole skrzykują się na ustawkę. Zuckerberg jest w tej sytuacji właścicielem knajpy, który grozi, że wyrzuci z lokalu każdego, kto wrzeszczy, że przeciwnicy to potomkowie kobiet lekkich obyczajów. Posty, które Facebook obecnie będzie eliminował, podobnie nie wnoszą nic do debaty, a służą jedynie, jak sam wreszcie zauważył, podsycaniu antysemityzmu.

Zakaz Zuckerberga budzi jednak istotne zastrzeżenia. Użyte w nim określenie „drastycznie wypaczają” jest arbitralne i takie też będą związane z nim decyzje; niektórzy ocenzurowani zasadnie poczują się skrzywdzeni. Znajdą się też inne fora do wyrażania nienawiści, podobnie jak miłośnicy twardej pornografii mają wyspecjalizowane strony w internecie.

Żadna cenzura nie zwalczy treści niedopuszczalnych, należy tylko uniemożliwić im udawanie treści dopuszczalnych. Pornosów z przemocą wobec kobiet nie powinno się sprzedawać w kioskach obok prasy informacyjnej, a debat o „żydowskim kłamstwie Holokaustu” nie należy toczyć obok wymiany zdań na temat przepisów na suflety. Wówczas treści haniebne się bowiem banalizują. I na tym polega największe zagrożenie: ludzie przestają na nie reagować. Zaś dla triumfu zła wystarczy, by dobrzy ludzie nie robili niczego.

Decyzja Facebooka nie idzie dostatecznie daleko. Zuckerberg podjął ją, kiedy wyszła na jaw rola Facebooka w podsycaniu nienawiści dla Rohingya w Mjanmie czy muzułmanów na Sri Lance, co zaowocowało tysiącami mordów. Podburzające słowa mają zbrodnicze konsekwencje. Ale Facebook nie zapowiedział, że będzie usuwał także takie posty lub posty zaprzeczające innym ludobójstwom. Przyczyna jest prosta: gdyby wyeliminować twardą nienawiść, znaczna część użytkowników odpłynęłaby gdzie indziej. Zakaz twardego porno na Facebooku to błogosławieństwo dla portali erotycznych.

Pojawia się pytanie: jak wiele strat ma prywatne medium ponosić w imię publicznej moralności? Sensowna odpowiedź brzmi: tyle, ile trzeba. Ale wskazane jest chyba uchwalenie przez ONZ stosownej konwencji i przyjęcie jej, z sankcjami karnymi, przez wszystkie kraje członkowskie, a to zadanie na lata, może dziesięciolecia. Na razie jednak należy na Facebook naciskać, by poszerzał swój zakaz.

Należy też naciskać na brytyjskiego ministra oświaty, by swój nakaz wycofał. W obliczu antysemityzmu, szerzącego się na uniwersytetach w Wielkiej Brytanii bardziej niż np. w Polsce, Gavin Williamson zażądał, by uczelnie uznały opracowaną przez IHRA [International Holocaust Remembrance Alliance] definicję antysemityzmu, przyjętą przez Wielką Brytanię i 16 innych państw. Uczyniło tak jednak zaledwie 29 ze 133 brytyjskich wyższych uczelni, a odmówiło 80. Williamson zagroził im odcięciem państwowych funduszy.

Sprzeciw akademików budzi przede wszystkim użycie w definicji jako przykładu antysemityzmu stwierdzenia, że „istnienie Izraela jest rasistowskie”. Istotnie, jest to teza antysemicka, chyba że używa się jej, by np. udowodnić, że państwa narodowe w ogóle są rasistowskie. Słowem, wypowiadanie tej opinii może być dopuszczalne w akademickiej debacie. Swoboda tej debaty jest wartością tak ważną, że obawa przed jej nadużyciem nie jest wystarczającym powodem, by ją ograniczać. Tyle tylko, że akademicka debata nie toczy się na Facebooku.

Podwójne standardy: inne wobec Facebooka i inne wobec Oksfordu? Tak – bo Oksford się jeszcze od Facebooka różni i różnicy tej należy bronić. Szanse, że medium społecznościowe dorówna brytyjskiej uczelni, są niewielkie. Williamson się obawia, że może się stać odwrotnie. Gdyby jednak tak istotnie się miało stać, to jego zakaz i tak nie pomoże.


Co wolno Oksfordowi, to nie Facebookowi, czyli jak walczyć z antysemityzmem

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: