Filmy i ksiazki

Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz. 13

Nareszcie razem

Adam przyjął spokojnie moje odejście. Sądził, że wrócę, gdy złość mi przejdzie. Nie wiedział, dokąd poszłam, nie próbował mnie szukać. Czekał cierpli¬wie.
Igor sypiał teraz u Heńka, wracał do rodziny w piątki. Zarówno on, jak i jego żona odnosili się do mnie jak do służącej. Nie było na to rady. Nie miałam na razie dokąd pójść. Chciałam być z dala od Tel-Awiwu i Jaffy, żeby nie spotkać się przypadkiem z Adamem.
Igor z Nataszą i dwiema córeczkami mieszkali w ma¬leńkim pokoju. Było w nim niesamowicie duszno i cia¬sno. Inni w Bet-Olim mieszkali w jeszcze gorszych warunkach, bo nierzadko jeden pokój zajmowało kilka obcych sobie osób, oddzielonych od siebie parawanem czy firanką…
Heniek odwiedził mnie tylko jeden raz. Natasza myślała, że zajmie się głównie nią. Ale Heniek nie interesował się nią wcale… Po jego wyjeździe była wściekła na mnie, zaczęła mi skąpić nawet jedzenia…
Natasza często zostawiała dzieci pod moją opieką i wychodziła, aby zabawić się. Szukała powodzenia u mężczyzn w Bet-Olim w czasie nieobecności męża. Igor wiedział o tym, ale nie przejmował się postępowa¬niem Nataszy. Wiedział, że go nie zostawi, a zazdrości widocznie nie odczuwał. Zresztą rozumieli się dobrze. Oboje lubili wypić, zabawić się.
Oddałam im wszystkie pieniądze, które przywiozłam ze sobą. Nie były to pieniądze ze skrytki w szafie. Tego nie ruszyłam. Powiedzieli, że warto dać im także na przechowanie moją obrączkę ślubną.
Nędzne życie, jakie tu wiodłam, przygnębiało mnie niesamowicie. Wegetowałam. Byłam odcięta od świata. Prałam śmierdzące skarpety Igora (w każdy piątek zdejmował je i natychmiast kazał wyprać…), zasiusianą odzież dzieciaków, zmywałam, gotowałam. Nie rusza¬łam się stąd na krok, nie miałam pieniędzy.
W Dzień Niepodległości Igor z Nataszą pojechali do Tel-Awiwu. Musiałam zostać z ich dziećmi. Prosiłam, aby powiedzieli Heńkowi, żeby przyjechał do mnie. Natasza skrzyczała mnie, co zrobi w mieście, gdy Heniek będzie w Benjaminie?!… Heniek nie wierzył, gdy mu o tym opowiadałam. Dla niego Natasza była znajomą z czasów wojny, z Syberii… Relikt przeszłości, do której miał przecież sentyment. Ale przyjechał do mnie, naturalnie z własnej inicjatywy, gdyż oni nie zaproponowali mu tego.
Czas mijał. Adam nie chciał uświadomić sobie, że nie wrócę do niego. Postanowiłam zrobić coś drastycznego. Wezmę resztę swych rzeczy z Jaffy i pieniądze. Połowa pieniędzy z jego pensji, które uzbieraliśmy, utrzymując się za moją — należała wszak do mnie… Nie byłam w stanie jednak pojechać do Jaffy… Heniek zrobił to za mnie. Potem powiedział Adamowi, że sama przyjecha¬łam do mieszkania i zabrałam wszystko. Zresztą nie chodziło tu o pieniądze ani o rzeczy, tylko o to, żeby Adam zrozumiał, że musi mi dać rozwód!
Adam wpadł we wściekłość, gdy zajrzał do skrytki i zobaczył brak pieniędzy. Zaczął wymyślać mi od złodziei. Chciał, aby Heniek towarzyszył mu na policję… Nigdy nie rozpaczał tak po mnie jak po tych pieniądzach!
Była już wiosna. Dusiłam się u Nataszy i nie widzia¬łam końca tej męki. Pewnego dnia pojechałam do Tel-Awiwu, do Jony. Ucieszyła się na mój widok. Inaczej oddychało się w Tel-Awiwie, w pięknej dzielnicy północnej.
Jona urodziła drugie dziecko. Miała już 40 lat. Było jej ciężko bez pomocy w domu. Opowiedziałam o swej sytuacji w Benjaminie. Nie od razu odezwała się, chociaż rozumiała, o co mi chodzi. W owych czasach w Izraelu panowało angielskie prawo, według którego nie można było usunąć lokatora z mieszkania. A lokato¬rem był każdy, komu pozwolono wstawić choćby waliz¬kę lub jakąś paczkę do swego mieszkania… Ona ma pełne zaufanie do mnie, wie, że nie wtargnę w jej własność, gdy pozwoli mi tu zamieszkać, aż rozstrzygną się sprawy. Moja pomoc obecnie byłaby nieoceniona dla niej. Jednakże nie może pozwolić sobie na opłatę codziennej pracownicy…
Byłam szczęśliwa. Zgadza się przyjąć mnie do swego domu! Nie chciałam żadnej zapłaty — będę tu robić wszystko, jakbym robiła w domu moich rodziców. Czyż żądałabym zapłaty od rodziców za pomoc w utrzymaniu domu?! Wystarczy, gdy da mi jakieś kieszonkowe, na autobus, zimny napój w czasie upału… Jona zgodziła się. Mogłam nareszcie podziękować Nataszy i Igorowi za ich gościnność.
Adam nie szukał mnie u ludzi, u których pracowałam. Nigdy zresztą nie interesował się, gdzie, u kogo pracu¬ję… Ale zaczął odwiedzać Prajsową i dopytywać się
0 mnie. Zwierzył się jej, że uciekłam i zabrałam pienią¬dze. Prajsowa wiedziała o wszystkim. Dawno namawia¬ła mnie, żebym z nim zerwała. Jednakże, kiedy wyłoniła się sprawa z Heńkiem, musiałam przestać odwiedzać ją. Mieszkała z Różką i jej mężem, który nie życzył sobie moich odwiedzin. Potępiał moje postępowanie. Praj¬sowa i Różka — chcąc nie chcąc — musiały być posłuszne jego woli. Rządził domem i nimi despotycz¬nie. Jedynie przed ślubem starał się być miły, szczególnie wobec Prajsowej, gdyż była bardzo zaradną kobietą,
1 wiedział, że wiele od niej zależy.
Prajsowa wychwalała Adama, aby go uspokoić. „Na co ci ona — mówiła mu — ty jesteś młody i przystojny, a ona jest wariatką, znam ją jeszcze z obozów… Weź od niej z powrotem pieniądze i rozejdźcie się!”… Na tym właśnie najbardziej mu zależało. Prajsowa dała mi o tym znać. Postanowiła zaaranżować moje spotkanie z Adamem.
Jona popierała projekt spotkania, ale uważała, że nie powinnam zwracać pieniędzy, bo i bez nich Adam będzie musiał dać mi rozwód (w Izraelu tylko mąż może dać rozwód żonie, nawet wbrew jej woli). Jona miała rację — ale ja nie posiadałam takiej siły i pewności siebie, jak ona, aby walczyć o coś, co mi się należało, zwłaszcza gdy chodziło o sprawy materialne.
Jona starała się podtrzymać mnie na duchu, pocie¬szyć. Pracowałam ciężko. Codziennie sprzątałam, pra¬łam. Czułam się tu doskonale, gdy pracowałam i byłam pożyteczna. Gorzej mi było w wolnych godzinach. Nie miałam swego kąta, wciąż zdawało mi się, że moja tu obecność jest nie na miejscu. Jona z mężem mieli swoje życie, znajomych, krewnych — wspólne tematy, które mnie nie dotyczyły. Po pracy nie należałam do ich grona. Byli kimś innym — pochodzili z palestyńskiego świata — ja pozostawałam obca, z dalekiego galutu. Oczywiście, traktowali mnie dobrze. Zapraszali do wspólnych posiłków. Jaków, mąż Jony, inspektor szkol¬ny i pisarz, pochodził z Białegostoku, przyjechał do Palestyny na długo przed wojną. Jona była jego drugą żoną, znacznie od niego młodszą.
W tym czasie Heniek zwolnił się z wojska. Dzięki pomocy kolegi z Palmachu, który posiadał protekcję u kogoś w rządzącej partii Mapaj — dostał dobrą posadę jako tokarz. Odwiedzał mnie teraz co wieczór w Tel-Awiwie. Wychodziliśmy razem, spacerowaliśmy po ulicach do późna w nocy i marzyliśmy o możliwości połączenia się na zawsze. Czekaliśmy niecierpliwie na wynik spotkania z Adamem u Prajsowej. Adam wy¬prowadził się od Heńka, zabrał lodówkę i wszystkie kupione przeze mnie sprzęty i naczynia, a nawet nie¬które rzeczy Heńka. Heniek drwił z tej zachłanności. Nie chciałam wracać do Jaffy. Nawet po rozwodzie. Zamierzaliśmy wynająć sobie jakieś mieszkanie w innym miejscu. Zacząć wszystko od nowa.
Dowiedziałam się od Prajsowej, że jej wspólniczka od mieszkania przeprowadza się ze swą rodziną do tzw. wsi kooperatywnej (moszawu) w Ejn-Wered. Nie każdy mógł zostać członkiem moszawu. Trzeba było mieć poparcie kogoś wpływowego… Namawiano mnie, abym poszła z Heńkiem w ich ślady. Założymy własne gospodarstwo, staniemy się niezależni. Życie na wsi jest przyjemniejsze niż w mieście, gdzie pogoń za luksusem zaćmiewa wszelkie ludzkie wartości… Łatwiej jest także o żywność.
Myśl ta porwała nas, plan wydawał się niezwykle piękny i nęcący. Mąż Jony był weteranem w Mapaju — załatwił nam protekcję… Zostaliśmy przyjęci do Hej- rutu, położonego o kilka kilometrów od Ejn-Wered. Heniek wymówił posadę w mieście, a mieszkanie w Jaf- fie zwrócił Sochnutowi, tj. organizacji zajmującej się pomocą dla imigrantów.
W Hejrucie (około godziny jazdy autobusem do Tel-Awiwu) otrzymaliśmy karbowane blachy i trochę cementu na tymczasowy barak, który trzeba było same¬mu postawić. Heniek miał znaleźć pracę i urządzić wszystko przed moim przybyciem. Wierzyłam, że wkrót¬ce będę mogła przyjechać do niego. Nie wiedziałam nawet, jak radzi sobie z tym wszystkim, gdyż nie mógł przyjeżdżać często do miasta. Musiałam zostać na razie w Tel-Awiwie, aż do spotkania z Adamem i ostatecz¬nego rozstrzygnięcia sprawy rozwodu. Na szczęście,
miałam te pieniądze — były najważniejszą kartą w mo¬ich rękach… Bałam się jednak spotkania z Adamem, szykowałam się na nie zdenerwowana i napięta. Heniek, jak zwykle, nie tracił optymizmu. Wierzył, że załatwię wszystko pomyślnie. Byliśmy zdecydowani żyć ze sobą, nawet jeżeli nie uda mi się dostać rozwodu.
Nadeszła umówiona sobota. Pełna napięcia i lęku poszłam do Jaffy, do Prajsowej. Adam nie dał długo na siebie czekać. Wszedł zaraz po mnie, uprzejmy i potul¬ny, jak wtedy, gdy przeprosiliśmy się w pociągu, wyjeż¬dżając z Polski.
To była dla mnie pułapka. Zatracałam się zupełnie, gdy był dla mnie dobry. Nie mogłam powiedzieć słowa. Może znal właśnie tę moją słabość i igrał z nią? Przyglądał mi się uważnie. Zauważył, że jestem blada, że moje ubranie jest zaniedbane… Jakby go to napełniało prawdziwym żalem i troską o mnie. Coś ty narobiła? Na co ci to wszystko? Wróć, skończ z tymi głupstwami… Nikt nie będzie lepszy dla ciebie niż ja… Załamywałam się coraz bardziej. Przechodząca Prajsowa rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie. Bała się, że wycofam się, że wrócę do Adama. Nie obchodziło mnie to w tej chwili. Nie mogłam przezwyciężyć się. Chciało mi się płakać.
Czyżbym naprawdę tutaj przyszła, aby wszystko teraz zburzyć? Nagle zobaczyłam przed sobą te nieliczne, dobre chwile z nim. Nasze pierwsze, ukradkowe zbliże¬nie, pierwszy pocałunek… Tyle dni i nocy spędziłam u jego boku, znałam go tak dobrze. Tak bardzo kiedyś pragnęłam pozyskać go całkowicie dla siebie… Tyle się o to starałam, walczyłam…
Adam widocznie wziął to za swoje zwycięstwo. Przy¬sunął się do mnie bliżej i już bez śladów zmartwienia i pokory powiedział łobuzersko: „No, pocałujże swego Adasia”… Poczułam wstręt, upokorzenie. „Nie” — po¬wiedziałam zdecydowanie. Byłam znowu sobą — wie¬działam jasno, kim jest, jakim był dla mnie w ciągu tych wszystkich lat i co czekałoby mnie przy nim teraz.
Wstał i powiedział z groźbą w głosie, żebym za¬stanowiła się dobrze. On pójdzie do restauracji zjeść obiad, a ja tymczasem rozważę i postanowię. „Już postanowiłam” — odpowiedziałam, ale nie wziął moich słów pod uwagę. Po jego wyjściu Prajsowa zaatakowała mnie: „Jak można tak się zatracić?!” Sama też nie rozumiałam tego.
Adam wrócił godzinę później „No, co postanowi¬łaś?” — zapytał. „Wiesz już. Ile razy mam ci po¬wtarzać?” — odpowiedziałam. Wpadł w złość. Uderzył z wściekłością pięścią w stół i krzyknął: „Pieniądze! Oddaj pieniądze!” Prajsowa natychmiast odpowiedziała za mnie: „Ona złoży u mnie pieniądze, a ja po rozwodzie natychmiast zwrócę ci je!” Uspokoił się. Zobowiązał się też pokryć z tej sumy koszta procedury. Drżałam na samą myśl ponownego z nim spotkania!
Jona i jej mąż wypytywali mnie o wszystkie szczegóły naszej rozmowy. Krytykowali, że zgodziłam się zwrócić pieniądze, na które tak ciężko pracowałam. Ale ja walczyłam nie o pieniądze, tylko o wolność. Heńkowi również nie zależało na niczym więcej.
W urzędzie rabinatu stały długie kolejki do każdego urzędnika. Wszystkie sprawy urodzin, ślubów, rozwo¬
dów i… śmierci znajdują się całkowicie w ich rękach. Wszystko tu zależy od ich decyzji i wyroków.
Upal i duchota. Od wczesnego ranka tłok i napięcie, ludzkie sprawy, zawikłane, czekające rozstrzygnięć. Nie¬pokój, zdenerwowanie i ogólne zniecierpliwienie.
Adam podchodził niechętnie do urzędników po roz¬maite formularze. Ożywił się tylko wtedy, gdy podawa¬łam Prajsowej pieniądze. Jednak szybko zniecierpliwił się. Zagroził mi, że jeżeli nie załatwimy dziś wszystkiego, to więcej tutaj nie przyjdzie… I wciąż burczał: „Widzisz, co narobiłaś? I na co to komu potrzebne?” Znów namawiał mnie, abym zostawiła Heńka i wróciła do niego. Wiedział teraz o wszystkim.
Kręciło mi się w głowie jak w młynie. Mdliło od tłoku, gorąca i niepokoju. Bałam się, że świadkowie nie zjawią się na czas, że Adam w końcu stąd ucieknie i nie załatwimy ani dziś, ani później rozwodu. Jednakże Menachem i Władek, nasi świadkowie, nie zawiedli. Kobieta nie może być świadkiem w rabinacie, jest czymś nieczystym… Na ogół wszyscy koledzy stanęli po stronie Adama. Władek ostrzegał mnie u wrót rabinatu, żebym zastanowiła się dobrze, zanim zwiążę się z Heńkiem. Obym nie musiała przyjść tu powtórnie… Musiałam wysłuchiwać bez końca takich i innych uwag. Mena¬chem nie odzywał się do mnie. Przyszedł tutaj na prośbę Adama. Rozglądał się. Będzie miał nowy temat do rozmów w nudne wieczory z Edytą… Modliłam się w duszy, aby sprawa skończyła się już raz na zawsze.
Rabin głosem pełnym wyższości krzyknął, abyśmy podali swoje dane. Powtarzał za nami kilkakrotnie, przekręcając je i zarzucając nam, że nie podajemy ich dokładnie, jakbyśmy chcieli go specjalnie oszukać. Pisał, mylił się, poprawiał i krzyczał znowu na nas. Nie wolno było reagować, gdyż wyrzuciłby nas. Za nami stała długa kolejka czekających. Menachem i Władek byli oburzeni. Zwracano się do każdgo z nas w sposób ubliżający, jakbyśmy byli oszustami.
Stałam jak na rozżarzonych węglach. Bałam się decyzji rabina i tego, że świadkowie zbuntują się i uciek¬ną, a innych łatwo nie znajdę… Że Adam zrezygnuje nagle i wycofa swą zgodę na rozwód… Język mi się plątał, gdy podawałam swoje nazwisko i datę urodzenia. Rabin krzyczał na mnie. Mógł naprawdę myśleć, że kłamię. Zwykłe formalności zamieniały się w piekło, a co będzie, gdy zacznie się rozprawa?!
Rabin zwrócił się wreszcie do Adama z pytaniem, czy jest szansa na porozumienie i pokój w domu? Adam zaprzeczył i podał przyczynę. Rabin wykrzyknął tylko: „Hańba! Wstyd! Hańba!” Spisywał długo, a potem krzyknął na mnie, czy to prawda, co przed chwilą zeznał o mnie Adam? Czyż mogłam mu opowiedzieć o za¬chowaniu się Adama wobec mnie — o ordynarnych wyzwiskach, chwytaniu za nóż?! O Bati wreszcie?! Nie byłam w stanie. Rabin przeszedłby do porządku nad tym wszystkim i nie dałby rozwodu. Mężczyzna ma tu zawsze rację — a miłość nie wchodzi w ogóle w ra¬chubę…
Kiwnęłam głową potwierdzająco. „Hańba!” — wy¬krzyknął raz jeszcze ze wzgardą rabin. Reszta urzęd¬ników — sędziów — zawtórowała mu głośno. Kazali nam wyjść z pokoju i czekać na korytarzu na wyrok. Po kilku godzinach zawołali Adama do innego pokoju. Wyszedł stamtąd zadowolony, triumfujący…
Podano mi jakieś długie, brązowe płótno. Musiałam owinąć się w nie cała. Był to rodzaj jakiejś pokutniczej szaty. Czułam się okropnie, gdy owijałam się w tę cuchnącą pleśnią szmatę.
W pokoju panował mrok. Urzędnik rabinacki roz¬mawiał życzliwie i poufale z Adamem. Do mnie odnosił się jak do przestępcy. Aby tylko skończyło się to dziś ostatecznie! Niczego więcej już nie pragnęłam. Kazali mi stanąć naprzeciw Adama w dość dużej odległości (byłam wszak „nieczysta”…). Podali mu jeszcze jakiś papier do podpisania. Ja nie musiałam niczego podpisywać. Daw¬no nie czułam się tak upokorzona jak w tym urzędzie!
Wreszcie Adam rzucił mi upragniony papier. Przycis¬nęłam go drżącymi rękami do piersi. Byłam teraz wolna i świat stanął przede mną otworem! Nikt nie rozłączy mnie nigdy z Heńkiem!!! Znajdziemy drogę do siebie.
Wyszliśmy na zewnątrz. Adam odebrał od Prajsowej pieniądze. Jeszcze raz próbował mnie namówić, abym wróciła do niego, jakby nie zdawał sobie sprawy z nicze¬go… Pojechałam do Jony. Ona i jej mąż słuchali wzburzeni o procedurze w rabinacie. Nie mieli pojęcia o tym wszystkim…
Pracowałam do końca tygodnia. W piątek po obie¬dzie zapakowałam walizkę. Jona podarowała mi kilka sukienek i… kołderkę dla dziecka. Droga do moszawu wlokła się niemiłosiernie. Autobus zatrzymywał się często, stawał na każdej stacji. Nie mogłam doczekać się, aż dowiezie mnie na miejsce. Zauważyłam Heńka z daleka.
Nie mogliśmy wymówić słowa ze wzruszenia. Heniek nie znał terminu rozprawy w rabinacie, wiedział tylko, że Adam zgodził się dać mi rozwód. Załatwione? Spojrzał mi w oczy uważnie. Uśmiechnęłam się tylko. Jedną ręką objął mnie, do drugiej wziął walizkę. Po¬prowadził do baraku, w którym zdążył właśnie wylać część cementu na podłogę… Byliśmy u siebie… Wreszcie razem i na przekór wszystkiemu! Rozprażony od słońca barak wydawał się rajem. Wysmarowane cementem ubranie robocze Heńka — najpiękniejszym strojem!
Nie mieliśmy niczego, tylko kredens, łóżko i prymus. Żadnych naczyń. Tego pierwszego wieczoru naszą ucztę stanowił słoik zsiadłego mleka i chleb.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.