Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz. 9

 

powrot…siedziałam na wąskim, żelaznym łóżku i przygnębio¬nym spojrzeniem ogarniałam wnętrze namiotu. Łóżka Feli, Goldy i Chany znajdowały się obok mojego. One również skuliły się na swych łóżkach, przysuniętych do brezentowych „ścian”. Wysoki, drewniany słup wspierał pośrodku namiot. Na dworze deszcz lał jak z cebra. Spadł po zadziwiająco pogodnych i gorących dniach. A już myśleliśmy, że nigdy nie przyda się tutaj sweter czy zimowa odzież…
Deszcz walił mocno i hałaśliwie o brezent. Wsiąkał w niego i usztywniał go. Obrzydliwy zapach wilgoci i pleśni. Zimno rozchodzące się po kościach. Huragano¬wy wiatr towarzyszy! ulewie, wdzierał się do środka bez przeszkód. Drewniany słup „skakał” i wyginał się na wszystkie strony. Woda deszczowa napływała do wnęt¬rza, zalewała wszystko, przynosząc z sobą rozmaite śmiecie i odpadki oraz wypłukując na zewnątrz rzeczy, które wisiały na słupie. Plecaki i buty zdążyłyśmy postawić na łóżkach, jak kiedyś w obozach koncentra¬cyjnych…
Zima palestyńska. Nasza pierwsza zima z 1947 na 1948 rok. Kilku chłopców wsunęło się do namiotu. Przerwali pracę z powodu ulewy. Oczywiście, nie żało¬wali przerwy, mimo że nie było gdzie się zagrzać. Stanęli pośrodku namiotu, ręce w kieszeniach, głowy opusz¬czone, gumowymi butami rozpryskują wodę zebraną w kałużach. Błoto tryskało na wszystkie strony. Mil¬czeliśmy, jakby już nie było o czym mówić. Nagle chłopcy zaczęli przygadywać jeden drugiemu, drwić z dawnej wiary w teorie i obietnice. Wspominali opo¬wiadania wysłanników z Palestyny i przewodników, porównywali je z otaczającą nas rzeczywistością. Dla¬czego nie mówiono nam prawdy, nie przygotowano do takich warunków?! „Zachciało się nam Palesr… Oto ona, nasza Palestyna” — powiedział jeden z chłopców. Dziewczęta zaśmiały się gorzko. Zjednoczyła nas bez¬radność i przykre wytrzeźwienie z marzeń. Nie trzeba było słów.
Nie byliśmy rozpieszczeni, potrafiliśmy żyć w najci꿬szych warunkach, nie wstydziliśmy się żadnej pracy, ale stosunek kibucników do nas wytwarzał atmosferę nie do zniesienia. Ta obcość i negacja wszystkiego, co było w nas, co sobą przedstawialiśmy. Co oni w ogóle wiedzą o nas oprócz swych z góry ustalonych opinii? Czy ktoś z nich zaprosił nas kiedyś do swego domu? Mieli do nas tylko same zastrzeżenia: „Dlaczego nie przyjechaliście tu wcześniej, wtedy gdy my przyjechaliśmy? Gdy osusza¬liśmy błota, walczyliśmy przeciw bandom arabskim, broniliśmy się, głodowali, konali na malarię — i budo¬wali ten kraj?! Kto kazał wam i waszym rodzicom siedzieć w galucie zamiast przyjechać tutaj, aby ożywić i zazielenić pustynie, tak jak my?! Kto jest winny temu, że cierpieliście i mordowali was? Nawet nie próbowali¬ście bronić się! Wykonywaliście posłusznie rozkazy nazistów, daliście się prowadzić na śmierć, jak stado na rzeź!… My wszystko o was wiemy, słyszeliśmy o wszyst¬kim. Wstyd słuchać. Lepiej nie wspominajcie tego, to może mieć zły wpływ na naszą młodzież. Musicie zmienić się. Stać się, tak jak my, Izraelczykami. Nam by się to nie zdarzyło. Nie poszlibyśmy na śmierć bez walki…! Nasza młodzież jest odważna, zdrowa, jest inna niż ta galutowa”…
Dlatego nie chcieli słuchać naszych opowieści. A prze¬cież w tych opowieściach byli nasi zmarli, utracone rodziny, ich męka i krew. Było ich całe życie i tysiączne śmierci. Nie chcąc przyjąć nas z’ tym wszystkim, kibuc- nicy zrywali most, który winien nas był połączyć i zjednoczyć. W ten sposób zamykali nam usta, serce, dusze, Wpajali nam pogardę do nas samych i do tego, co było dla nas święte. Uczyli nas wstydzić się naszej przeszłości, kultury, obyczajów. Wielu z nas podlegało tym wpływom i starało się dopasować do uznanego, przyjętego wzoru. Udawali nawet, że rozmawiają po hebrajsku, i wciąż posługiwali się pojedynczymi, popu¬larnymi słowami. Podobało się to izraelskim towarzy¬szom. Mówili: „O, ty mówisz już po hebrajsku, świetnie, cudownie, zaczynasz stawać się człowiekiem!”…
Należało zagrzebać głęboko w duszy pamięć o domu, rozpaczliwej walce, miłości, oddaniu, poświęceniach w ostatnich chwilach, o krok od śmierci. Nabyte doświadczenia z lat wojny i okupacji tutaj nie liczyły się. Nie walczyliśmy — to tylko wiedzieli i wypominali nam na każdym kroku. A oni walczyli i budowali. Dla nas także. Zaciągnęliśmy u nich dług nie wiedząc o tym wcale. Dług, którego chyba nigdy nie spłacimy.
Żydzi z galutu nie posiadali poczucia godności… A co oni wiedzieli tutaj o walkach, jakie musieliśmy toczyć w każdej minucie, resztkami sił, aby żyć, aby pozostać człowiekiem i być zdolnym wierzyć w coś jeszcze? Stali naprzeciw nas jak głucha ściana i gardzili nami. Żądali, abyśmy zmienili się całkowicie, nawet własne imię. „Co to za imię Halina?! — wciąż mi powtarzali — Halina! Dlaczego nie liana (po hebrajsku ilan to młode drzewo), na przykład? Znajdujesz się teraz w Izraelu, a nie w galucie!”
Nie, nie będę nazywać się liana, tylko Halina. Bo tak nazwali mnie moi rodzice, spaleni w Treblince i na Majdanku… Bo moje imię to jakiś ślad po nich. Dowód, że kiedyś byli, że mnie kochali, bronili i nauczyli wartości ludzkich. Wszystko, co dobre i drogie dla mnie, wiąże się z tym imieniem! Ale nie próbowałam im nawet tego tłumaczyć. Po prostu powiedziałam „nie” takim tonem, który wykluczał jakąkolwiek dyskusję. Wiedzia¬łam, co myślą o mnie i o moich najdroższych z galutu.

Nie miało sensu im tego wyjaśniać. Tym bardziej że byłam stale z nimi skłócona. Nie poddawałam się, obstawałam przy swoim zdaniu, czego nie znosili. Nie starałam się mówić po hebrajsku i grać przed nimi komedii, że już umiem… Że już zaczynam stawać się człowiekiem… W jadalni wołali do mnie, że choć tutaj powinnam mówić po hebrajsku, że na pewno potrafię już — moja polszczyzna razi ich uszy. Przynajmniej w jadalni muszę przestać. Odpowiadałam hardo, że polski to mój język, innego nie znam — a jadalnia nie jest świątynią, w której mówi się wyłącznie po hebrajs¬ku. Opowiadałam też wszędzie i zawsze, w odróżnieniu od moich kolegów i koleżanek (i niemal wszystkich, którzy przeżyli zagładę), o tej, niesławnej tu tak bardzo, przeszłości. Przynajmniej wzbudzałam dyskusję, uwa¬gę — dawałam im powody do prawienia mi ulubionych morałów — o ożywianiu pustyni, osuszaniu błot, walce z bandami arabskimi i malarii…
Krótko po naszym przybyciu kibucnicy urządzili nam w pewien wieczór piątkowy oficjalne przyjęcie, na którym wygłoszono przejmujące przemówienia w języku żydowskim. Był to wyjątkowy przejaw gościnności, tutaj bowiem już dawno przestano posługiwać się tym „galu- towym” językiem. Chwalono naszą wytrzymałość na trudy nielegalnej podróży i wierność ideałom kibuco- wym. Słuchaliśmy tego z prawdziwym wzruszeniem. Może teraz roztopią się lody obcości, nastąpi zbliżenie i zrozumienie? Może teraz zjednoczymy się, poczujemy wreszcie, że jesteśmy wśród swoich, w domu? Czekaliś¬my w skupieniu na zakończenie oficjalnej części wieczo¬ru, tak pełnej górnolotnych słów, dalekich od tego, co dano nam tu dotychczas odczuć. Pragnęliśmy poroz¬mawiać z nimi, jak z przyjaciółmi i braćmi, a nie zwierzchnikami!
Przyszła kolej tańców. Utworzyły się olbrzymie koła tańczących w takt skocznych dźwięków muzyki. Koła zamykały się i rozszerzały, ręce splatały się w radosnym uścisku. Pieśń wznosiła się, przepełniała każdy kąt wiel¬kiej sali. A my na uboczu. Poza tańczącymi. Przypat¬rujemy się im, jak nędzni statyści. Galut jeszcze nie wywietrzał z nas. Można nas zupełnie ignorować. Nie jesteśmy stąd. Jakbyśmy wcale nie istnieli. Każde spoj¬rzenie tańczących, zwrócone w naszą stronę, wyrażało to.
Czułam się zagubiona w tej sali pełnej świateł, gwaru i ludzi mi obcych. Było mi tak strasznie! Starałam się odpędzić od siebie to uczucie. Daremnie. Nikogo to nie obchodziło, nikt na mnie nie patrzył i nie interesował się tym, co myślę i czuję.
Wybiegłam na dwór, w ciemność, w mroczną ciszę pustego namiotu. Rzuciłam się na łóżko i rozpłakałam się na cały głos. Byłam tak samotna ze swym bólem, sieroctwem i tęsknotą. O, jak tęskniłam za bratem, za Warszawą! Nie mam nikogo na świecie, żadne miejsce nie jest moje! Wszędzie jestem obca, „inna” i zbędna po tej przeklętej wojnie! Nawet tu, wśród swoich.
Ale nie przyznałabym się do tego przed bratem. Byłam teraz tak daleko od niego. I wstyd mi było przyznać się, że wszystko okazało się iluzją. Nie ma
powrotu. Zresztą nie chciałam go. Pragnęłam uratować mój piękny sen…
Z ogromnym trudem przyzwyczajaliśmy się do no¬wych warunków, uczyliśmy się tego, co w danym momencie było konieczne. Twarda rzeczywistość oraz własne, bieżące problemy nie pozostawiały czasu na oglądanie się wstecz i bezpłodne medytacje. Wrastaliśmy w tutejsze życie nie spostrzegając nawet, kiedy prze¬staliśmy czuć się obco.
Niepokoje w kraju wzmagały się. Co dzień padały nowe ofiary od ataków arabskich. Arabowie napadali na kibuce leżące w pobliżu ich wiosek, strzelali do przechodniów w miastach. Pogłębiało się ogólne napię¬cie. W tej sytuacji należało zignorować prywatne zmart¬wienia, pogodzić się z losem.
Zbliżała się wiosna 1948 roku, a wraz z nią data opuszczenia Palestyny przez Anglików, zgodnie z po¬stanowieniem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Miało to nastąpić w połowie maja i wszystko wskazywa¬ło na to, że wybuchnie wtedy wojna z Arabami. Zmobilizowano wiele młodzieży, wielu zgłosiło się dob-rowolnie do Palmachu (ochotnicze wojsko, złożone przeważnie z kibucników). Sytuacja w kraju pogarszała się. Brak było broni, żywności, ludzi do pracy i obrony kibuców. Wciąż napływali nowi imigranci — przeważ¬nie Żydzi europejscy uratowani z zagłady — wzmagały się trudności z ich adaptacją. Z zazdrością myślałam o krajach, z których wyjechaliśmy. Tam już wojna się skończyła, można było żyć spokojnie. Ileż to razy my, Żydzi z diaspory, modliliśmy się o koniec wojennego koszmaru! A tu znowu grozi nam wojna, jest podobno nieunikniona. Tym razem w obronie żydowskiego pań¬stwa, ale nie mniej straszna. Śmierć jest przecież wszę¬dzie jednaka.
W tym czasie znajdowaliśmy się w kibucu Ejn-Szemer w okolicy Chadery. Tutaj mieliśmy przejść tak zwany rok przygotowawczy. Namioty nasze ustawiono na nizinie, nad którą mieściły się obory. W czasie deszczów woda wlewająca się do środka namiotów nanosiła stamtąd gnój, łóżka grzęzły w obrzydliwym błocie. Trudno było również dojść zarówno do centrum kibu¬cu — do jadalni — jak i do pracy. Przedtem jednak wysłano nas do miejscowości w pobliżu Netanii, do tak zwanego kolektywu próbnego. Miejscowi, którzy nie mieli jeszcze własnej ziemi i zbierali środki na usamo¬dzielnienie się, przyjęli nas życzliwie. Mieli już wy¬znaczone miejsce stałego osiedlenia się. Na razie miesz¬kali w nędznych barakach i pracowali w pardesach u prywatnych właścicieli jako najemni robotnicy. Nas także ulokowano w barakach. Razem też pracowaliśmy, chociaż… nie na siebie. Nasz zarobek odbierali bowiem ci, którzy dawali nam kolejną, tymczasową gościnę… Przykro było patrzeć na to. Pieniądze, które zarabiałam ciężkim trudem, szły do kasy cudzego kolektywu. Było w tym coś bardzo odpychającego. Mimo tego pracowa¬liśmy z oddaniem, nie szczędząc wysiłków, aby wykonać jak najlepiej wszystko to, co nam polecono. A kiedy rozgoryczeni skarżyliśmy się, odpowiadano nam przez wysłannika z centrali kibuców w Merchawii, że w kraju panuje ciężka sytuacja, ludzie są zmobilizowani do obrony, co powoduje brak rąk do pracy w gospodar¬stwach kibucowych. My jesteśmy młodzi i zdrowi — musimy pomóc. I powtarzała się „śpiewka” o suszeniu błot, malarii, odwadze i poświęceniu dla odbudowywa¬nia kraju przodków…
Wśród pracujących w pardesach koło Netanii znaj¬dowali się nowo przybyli z rozmaitych krajów, mówiący różnymi językami, oraz tacy, którzy osiedlili się tu dawno i mówili biegle po hebrajsku. Byli wśród nich nabożni Jemeńczycy, ciemni, o długich, skręconych jak loki pejsach. Żydzi z Jemenu przypominali swym wy¬glądem i obyczajami Arabów. Nosili długie chałaty, pod nimi dziwaczne, wąskie spodnie, opięte na nogach. Głowy okrywali czapkami, owiązanymi kolorowymi chustkami. Wszyscy przeważnie szczupli i niewysokiego wzrostu. Mieszkali w nędznych warunkach. Byli fanaty¬cznie nabożni. Nie modlili się razem z Żydami europej¬skimi, mieli bowiem własne bóżnice, własnych rabinów. (W Izraelu niemal każda grupa etniczna Żydów modli się osobno, inaczej akcentuje modlitwy i ma własne, osobne bóżnice).
Mimo wojennej atmosfery i napięcia w kibucu Ejn- -Szemer nie odczuwało się żadnej paniki, życie toczyło się normalnie. Ludzie wykonywali swą pracę dokład¬nie, gorliwie, z największym oddaniem. Przygotowywali obronę kibucu, kopali rowy. Staraliśmy się pomagać im w tych wysiłkach, nie pozostawać za nimi w tyle. Wzmagała się przez to nasza odpowiedzialność za wspólny nasz los i przyszłość powstającego państwa żydowskiego. Doświadczenia niektórych z nas z par¬tyzantki, z walk w szeregach Armii Czerwonej okazały się teraz cenne. Miejscowi przestali nas lekceważyć, nie znaczy to jednak, że stali się naszymi przyjaciółmi.
Grupa z Palmachu, która znajdowała się w kibucu, składała się przeważnie z młodzieży urodzonej w Pale¬stynie. Odnoszono się do nich z wielkim szacunkiem, wręcz z uwielbieniem. Podlegali częściowo wojsku, a częściowo kibucowi.
W miarę jak zwiększało się niebezpieczeństwo i rosła liczba tragicznych ofiar potyczek z Arabami, pracowaliś¬my z coraz większym oddaniem i poświęceniem. Doty¬czyło to zarówno tych, którzy osiedlili się w tym kraju dawno, jak i nowych, którzy tylko co schodzili z okrętów i nie posiadali tu jeszcze niczego. Setki mężczyzn szło prosto z okrętów do walki. Wielu poległo, zanim poznało ten kraj. Nie rozumieli rozkazów wydawanych w języku hebrajskim. Musieli jednak je wypełniać, bo walczyli o życie, o to państwo. Przegrać — znaczyło zginąć. Stąd nie było powrotu. Wokoło jedynie państwa arabskie i… morze. Każdy kibuc był frontem, każde miasto granicą, których musieli bronić niemal gołymi rękami.
Pracowałam z wielką gorliwością i odpowiedzialnoś¬cią. Nawet kibucnicy przyznawali to. Umiałam praco¬wać należycie, starałam się. Ale nie mogłam pogodzić się ze złym stosunkiem zwierzchników i współpracowni¬ków, nieważne, kim byli, do nas — przyjezdnych. Reagowałam ostro na krzywdzące, obraźliwe zachowa¬nie się kibucników. Moi koledzy woleli raczej milczeć. Nie chcieli jeszcze bardziej komplikować sytuacji, której nie można było zmienić — nie oczekiwali zresztą tutaj niczego. Marzyli o życiu w mieście, z dala od kibuców…
Dzień pracy w kuchni, w której pracowałam, wyda¬wał mi się trwać bez końca. Może dlatego, że trudno było zadowolić izraelskie towarzyszki. Każda z nich miała mi coś do powiedzenia, każda wydawała mi polecenia, nierzadko sprzeczne ze sobą. Gdy zwracałam się do nich z jakąś uwagą, pieniły się ze złości. Często nie wiedziałam, co ze sobą począć. Zawsze dawały mi odczuć, że to ja jestem winna, że to ja jestem niedoraj¬da… Być może, że w atmosferze, jaką stwarzały, na¬prawdę taka byłam. Ich stosunek do mnie odbierał mi chęć do czegokolwiek, powodował napięcie i przy¬gnębienie. Nawet po pracy nie przestawałam myśleć o tym. Uciekłabym stąd, dokąd oczy poniosą, byle nie widzieć już więcej moich towarzyszek pracy. Błagałam o inną pracę, ale odpowiadano mi, że w kuchni brakuje personelu. Nic więc nie pomagały moje prośby ani żale.
O swoich bolączkach i problemach opowiadaliśmy Hanochowi — przewodnikowi, którego naznaczono nam w Ejn-Szemer na okres przeszkolenia. Słuchał z pobłażliwym uśmiechem, ale na ogół przyznawał rację swoim towarzyszom. Starał się łagodzić nasze żale i pretensje. Tamci wszakże cierpieli, budowali ten kraj od samego początku…
Hanoch był kierownikiem ślusarni, człowiekiem uczciwym i inteligentnym. Pochodził z Niemiec, skąd uciekł do Palestyny po dojściu Hitlera do władzy. Załatwiał dla nas rozmaite sprawy, starał się rozwiązy¬wać istniejące problemy i przekazywał nam zlecenia kibucu. Był także naszym przyjacielem, prowadził bo-wiem dla nas tzw. dnie nauki (Jom-Limud).
Na lekcjach, które odbywały się raz na miesiąc, uczył nas gramatyki języka hebrajskiego, historii Palestyny i geografii oraz zapoznawał nas z bieżącymi wydarzenia¬mi politycznymi. W namiocie, w którym odbywały się zajęcia, prażyło od rozgrzanego słońcem brezentu, od naszych ciał ścieśnionych na wąskich ławach przy dłu¬gich, prostych stołach. Kibucnicy patrzyli złyiji okiem na naszą naukę. Często wcale nie dawali nam wolnego dnia pracy, jak nakazano z centrali w Merchawii. Odkładali to z tygodnia na tydzień, znajdując coraz to inny pretekst. Wciąż mieli jakieś palące, nie cierpiące zwłoki sprawy, których nie mogli bez nas wykonać… Dla nich dnie nauki były wymownym świadectwem naszego próżniactwa.
W pierwszych dniach po przybyciu do Ejn-Szemer zapowiedziano nam, że odbędzie się specjalne zebranie z jedną z wybitnych towarzyszek kibucu, Rywką, znają¬cą literaturę i kulturę polską, żydowską i — oczywiś¬cie — hebrajską. Zebranie ma być prowadzone w języku żydowskim, co było nie lada niespodzianką. Jidysz był bowiem w całkowitej pogardzie. Szykowaliśmy się
z wielkim przejęciem do tego spotkania. Wierzyliśmy, że nareszcie ktoś nas wysłucha i nie będzie prawił nam morałów. Opowiemy coś o sobie, o naszej przeszłości, pragnieniach i dotychczasowych rozczarowaniach. Mo¬że w końcu ktoś nas zrozumie…
„Przyszłam, aby was poznać” — powiedziała Rywka. Jakże czekaliśmy na te słowa! Siedzieliśmy naprzeciw niej skupieni, napięci. Chwilę milczała, po czym oświad¬czyła: „My tu wiemy już o was wszystko, wiemy, że cierpieliście podczas wojny oraz w czasie ciężkiej prze¬prawy do Palestyny. Ale teraz ja opowiem wam o naszej pionierskiej tutaj przeszłości, o naszych legendarnych bohaterach, takich jak Chawiwa Reich, Chana Senesz, Encjo Syreni, o żołnierzach, którzy zgłosili się dob-rowolnie do walki z hitlerowcami”.
Jej opowiadanie o palestyńskich bojownikach wal¬czących w Europie przeciwko niemieckim okupantom brzmiało wprost fantastycznie. Rywka umiała dobrze opowiadać, była inteligentną kobietą, pisarką. Opowieść o tych niezwykłych młodych ochotnikach fascynowała ją samą. Zrozumieliśmy, iż musimy zapomnieć o tym, z czym tutaj przyszliśmy — zapoznania Rywki z naszą przeszłością, z naszymi doświadczeniami. Ona, podob¬nie jak inni kibucnicy, miała własny świat i tak jak oni nie chciała nawet wejrzeć w nasz. Wszyscy tutaj wszel¬kimi sposobami stwarzali atmosferę, w której my i nasze przeżycia malały, traciły jakiekolwiek znaczenie. Nasze wspomnienia były takie przyziemne, bez polotu i chwa¬ły — rozpaczliwie szare i upokarzające. Nie walczyli¬śmy wszak przeciw hitlerowcom u boku Brytyjczyków, w jednostce dumnych Żydów z Palestyny… Byliśmy tylko „Olim-Chadaszim”, nowymi, mizernymi imigran¬tami, rozbitkami z zagłady, pozbawionymi wszelkiego heroizmu.
Cóż mogliśmy powiedzieć tej poważanej w kibucu kobiecie, która wiedziała doskonale, co jest i nie jest naprawdę bohaterstwem?… Przez chwilę, pod wpływem jej słów, wydawało nam się, iż słusznie osądziła naszą przeszłość. Ale nagle otrząsnęliśmy się — spojrzeliśmy wstecz, tam gdzie Rywka nie mogłaby nigdy zajrzeć — i zrobiliśmy swój wewnętrzny rachunek. Zrozumieliśmy, że zignorowała to, co zostało wyryte w naszych ciałach i duszach.
W kibucu najwięcej dyskutowano o pracy. Bez końca odbywały się zebrania i posiedzenia na ten temat. Nie mówiło się natomiast o sprawach komuny, wspólnoty mienia, które absorbowały nas tak bardzo za granicą. Członkowie kibucu śmieli się z tego — mówili, że dawno wyrośli z tych problemów.
W Ejn-Szemer zatroszczono się o przyjęcie nas do „Histadrutu” (związku zawodowego) i Kasy Chorych, czyli „Kupat-Cholim”. Musieliśmy przejść wszystkie badania lekarskie. Dano nam wolny dzień i zawieziono do Chadery, do przychodni „Kupat-Cholim”. Okazało się niebawem, że u jednego z naszych towarzyszy, Szmuela, stwierdzono początki gruźlicy. Sekretariat ki¬bucu zażądał wydalenia go z kibucu. Nie wezmą na siebie takiego ciężaru! Szmuel przystąpił do kolektywu Haszomer Hacair w Lublinie jako jeden z pierwszych jego członków. Był człowiekiem solidnym, inteligent¬nym, cichym — z zawodu buchalterem. Rozważny, cierpliwy, godził zawsze pokłóconych towarzyszy, łago¬dził konflikty. Wszyscy liczyli się z jego zdaniem. Nie był wymagający, zadowalał się byle czym i do nikogo nie miał pretensji.
Oświadczenie sekretariatu oburzyło nas do głębi. Postawiliśmy tę sprawę bardzo ostro. Tego już było za wiele! Człowiek, który przeszedł z nami razem taki szmat drogi? Wydalić go tylko dlatego, że jest chory?! Tym razem sekretariat był zmuszony ustąpić. Wysłali Szmuela do sanatorium, gdzie został wyleczony.
Inną, przykrą niespodzianką w kibucu — sprzeczną z jego ideałami — był fakt, że pracujący w kuchni jadali przy osobnym stole, a nie razem ze wszystkimi w jada¬lni. Mogli oni brać sobie dowolną ilość produktów, które innym wydzielano w skromnych porcjach, na przykład jajka, cukier, śmietanę. W kibucu w War-szawie lub Eschweige było to nie do pomyślenia i rów¬nało się z wydaleniem z komuny. Ileż to czasu i energii poświęcaliśmy tym zasadom! Ilu dobrych towarzyszy wydalono za to z kibucu! Teraz okazało się, że było to jedynie marnowaniem czasu. Rzeczywistość, mająca służyć nam za przykład, była zupełnie inna. W War¬szawie przewodnicy i teoretycy syjonistyczni uczyli nas wzniosłych zasad — obecnie przyszedł czas praktyki!
Zauważyłam, że towarzyszki w kuchni zbierają okrąg¬łe, kartonowe pudełka po trójkątnych serkach. Nie pojmowałam, do czego to jest im potrzebne. Niebawem zagadka wyjaśniła się. Pozostałe po rozdzieleniu cukie¬rki dzieliły między sobą. Rzucały się na nie z pasją, napychając nimi te kartonowe pudełka. Jak w obozie przy kotle z zupą… Zabierały cukierki dla swych dzieci, gdy te przyjdą odwiedzić je wieczorem. Dzieci, a nawet noworodki i niemowlęta nie spały w domu rodziców, miały osobne sypialnie i jadalnie w odrębnych budyn¬kach. Rodzice brali je do siebie co dzień na kilka godzin po pracy. Widocznie pragnęli sprawić im „słodką” niespodziankę. Myślałam wtedy o towarzyszach, którzy nie pracowali w kuchni, Skąd wezmą cukierki dla swoich dzieci? Gdzie jest ta szlachetna, sławiona przez nich w teorii równość?
Pewnego dnia posłali mnie w pole. Miałam sadzić kartofle. Pracą kierowała towarzyszka z kibucu — szczupła, pomarszczona, spalona od słońca. Jej twarz podobna była do bruzd ziemi, którą obrabiała z bez¬przykładną gorliwością. W ciągu całego dnia chodziłyś¬my po rozoranych grzędach z dużą skrzynią kartofli pod ręką, a drugą ręką sadziłyśmy kartofle. Pole było ogromne. Grzędy długie, bezkresne i upał szalony. Nie przywykłam do tak ciężkiej pracy fizycznej w podob¬nych warunkach. Pociłam się niesamowicie, skóra piekła mnie od słońca, nie mogłam już się doczekać końca pracy. Kiedy wybiła jego godzina, odetchnęłam z ulgą. Wreszcie mogę odstawić ciężką skrzynię i pójść do swego namiotu, do umywalni, ochłodzić się. Ale nie. Zwierzchniczka zatrzymała mnie gniewnie. Kazała mi natychmiast zanieść z powrotem skrzynkę z kartoflami do początku grządki i sadzić je po drodze. Nazajutrz nie poszłam do pracy — miałam ogromne, bolesne pęcherze na ramionach i twarzy. Tłumaczyłam zwierzchniczce, że pierwszy raz byłam na słońcu tak długo… Nie ob¬chodziło jej to w ogóle. Liczyła się tylko praca. To tylko ma znaczenie. Ani jedna chwila nie może być nie wykorzystana!
Potem wyznaczyli mnie do robót sanitarnych, czyli do sprzątania takich miejsc, jak dom kultury, wspólne umywalnie i ubikacje znajdujące się w różnych punktach kibucu. Pracowałam tu sama i mogłam wybrać dogodne mi godziny, zorganizować sobie według własnego planu pracę. Mimo surowej kontroli mojej zwierzchniczki miałam tu jednak więcej wolności. Zaczynałam pracę bardzo wcześnie i w południe byłam już wolna. Mogłam wrócić do swego namiotu, sprzątać, czytać. Szorowałam betonową podłogę namiotu, słomiane stołki i stół aż do białości. Szczególnie lubiłam szydełkować. Wyobraża¬łam sobie wzory i fasony swetrów, które wykonam. Było to w pewnym sensie jakąś twórczością, która dawała mi satysfakcję, absorbowała wyobraźnię i cieszyła oko. Jeszcze w getcie warszawskim nauczyła mnie szydeł¬kować moja dziesięcioletnia koleżanka, Erna Zajdman, która wraz z rodziną została zatopiona w bunkrze podziemnym przy Nalewkach podczas powstania i lik¬widacji getta.
Nieraz po pracy wkładałam ubranie kupione w Pary¬żu przy pomocy Doroty. Mimo że pasowało na mnie, nie czułam się w nim dobrze w kibucu. Wszyscy spoglądali na mnie jak na coś nieprzyzwoitego. Kibuc- nice drwiły ze mnie: „O, ty, to cała jesteś z jedwa¬biu…” Trudno było uniknąć ich spojrzeń i uwag, zwłaszcza w umywalni. Tu krytykowano i wyśmiewano się z nas, że ubieramy się według galutowego, prze¬starzałego smaku. Tu można było także wysłuchać plotek i najświeższych nowin z każdej dziedziny. Co dzień po pracy spotykałyśmy się tu wszystkie. Tym bardziej że umywalnia była jedynym miejscem, w któ¬rym znajdowało się lustro…
Bardzo lubiłam przystrajać swój namiot. Zwijałam kołdry w wałek i przykrywałam je kocami, aby łóżko wyglądało jak tapczan. Z worków i specjalnych ścierek do mycia podłóg robiłam „dywaniki”. Przynosiłam z kuchni rozmaite słoiki, aby ustawiać w nich kwiatki. Zrywałam je niepostrzeżenie obok Domu Kultury i umywalni. Nie mogłam osiągnąć tych „skarbów” innym sposobem. Nie miałam pieniędzy na kupno wazonika ani kwiatów. Nikt też nie sprzedawał tu takich rzeczy, a do miasta nieczęsto mogłam się wybrać. Chciałam, aby mój namiot chociaż trochę przypominał mi dom rodzinny. Wciąż oczekiwałam zmiany na lepsze, podobnie jak większość moich towarzyszy. Na razie nie zamierzałam opuszczać kibucu. Wierzyłam, że w końcu urządzimy się na stałe i będziemy żyć według zasad, które uznaliśmy za słuszne. Poświęciliśmy już tak wiele, aby to osiągnąć. Czyżby wszystko miało być daremne? Dotąd większość z nas nie chciała się do tego przyznać. Raczej krytykowaliśmy kolegów, którzy tak szybko zrezygnowali i opuścili nas.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: