„Żydzi w teatrze”.

Tegoroczne, trzynaste z kolei, Konfrontacje Teatralne w Lublinie, zorganizowane przez twórcę Teatru – Provisorium Janusza Opryńskiego, zatytułowane zostały Tegoroczne, trzynaste z kolei, Konfrontacje Teatralne w Lublinie, zorganizowane przez twórcę Teatru – Provisorium Janusza Opryńskiego, zatytułowane zostały „Żydzi w teatrze”. W programie znalazło się siedemnaście przedstawień, którym towarzyszyły filmy, koncerty i „Psalmy” Teatru Chorea, przedsięwzięcie wykorzystujące środki sztuki teatralnej, muzycznej i filmowej, słusznie zaprezentowane jako zwieńczenie imprezy. Gwoździem festiwalu miała być jednak sesja poświęcona „polsko-polskiej dyskusji o relacjach polsko-żydowskich”, po części naukowa, po części publicystyczna, oraz czytanie „Naszej klasy”, nowej sztuki Tadeusza Słobodzianka. Międzynarodowy przegląd, a jednocześnie dyskusja o polskim antysemityzmie – wśród ośmiu rodzimych przedstawień co najmniej cztery poruszały ten temat. 


Wybuchł on dziewięć lat temu za sprawą „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa, niewielkiej publikacji o mordzie dokonanym w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku. Autor obciążył Polaków odpowiedzialnością za śmierć ich sąsiadów – tysiąca pięciuset Żydów. Książka wywołała narodową dyskusję. Kontrowersja dotyczyła przede wszystkim charakteru zaangażowania w morderstwo oraz faktycznej liczby ofiar. Instytut Pamięci Narodowej wszczął w tej sprawie śledztwo, które m.in. przewidywało ekshumację zwłok ofiar – przerwaną na wniosek rabinów, tłumaczony względami religijnymi. W sprawę zaangażowali się prezydent,
premier i prymas, a pośrednio cały świat, relacjonujący wydarzenia w Polsce. Pierwszym oponentem Grossa był jeden z najważniejszych polskich historyków i faktycznych autorytetów moralnych, dziś już nieżyjący profesor Tomasz Strzembosz, który dowodził, że zbrodnia w Jedwabnem była dziełem Niemców wspomaganych przez niewielką grupę Polaków. Z kolei Anna Bikont, badając trzy lata sprawę Jedwabnego, stworzyła reportaż-rzekę (wydany w 2004 r.), którego główne tezy potwierdzały stanowisko Grossa i drukowane były na bieżąco w „Gazecie Wyborczej”. Równolegle powstawała publikacja będąca głosem historyków, firmowana przez ówczesny IPN. Temat obrósł więc w pokaźną literaturę, publikowaną także w innych językach.

Wydany w tym roku po polsku „Strach” Grossa poszerzył wydatnie pole dyskusji, prowokując następne spory. Tym razem autor oskarżył Polaków o antysemityzm, liczne morderstwa na żydowskiej ludności i niedopuszczanie problemu do publicznej dyskusji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że czasami naciągał fakty pod prezentowaną tezę i przecenił skalę opisywanego zjawiska. Formułowane przez Grossa zarzuty są jednak bardzo poważne i powinni się do nich odnieść przede wszystkim historycy, co też i robią, choć na razie są to pojedyncze polemiki, nieobejmujące całości problemu. Książka Marka Chodakiewicza „Po Zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944–1947”, po części rewidująca tezy Grossa, jest jak dotąd jedyną taką próbą. Konieczna byłaby jednak synteza odnosząca się do całej poruszonej w „Strachu” problematyki.

Przypominam o tym dlatego, że do spektakli prezentowanych w Lublinie, będących w znacznej mierze wynikiem warsztatów zorganizowanych rok wcześniej przez Laboratorium Dramatu w Nasutowie – choć nie wszyscy twórcy przyznają się do tej inspiracji – przeniknęły argumenty z publicystyki Grossa, a także innych moderatorów, podczas gdy nie mamy pewności co do wszystkich faktów, z których ona wyrasta, a przede wszystkim ich wzajemnej proporcji. Tymczasem w przedstawieniach pojawiły się obrazy Polaków cieszących się z egzekucji Żydów, żywo w niej uczestniczących u boku niemieckich oprawców albo z własnej inicjatywy, udeptujących świeżą ziemię, którą przykryto żywe jeszcze ofiary, czy Polek śmiejących się z cierpienia Żydówek i ich dzieci, skłonnych do najgorszych reakcji.

Żyd

Pierwszego dnia Konfrontacji zaprezentowano „Żyda” Artura Pałygi w reżyserii Roberta Talarczyka z Teatru w Bielsku-Białej. Dramat rozgrywa się współcześnie, a jego bohaterami są nauczyciele podupadającej finansowo szkoły w małym miasteczku, do której zgłasza się jej wychowanek, syn znanego żydowskiego pisarza, mieszkający w Izraelu. W głowie dyrektora rodzi się pomysł, by wykorzystać tę okazję, nadać szkole imię pisarza, zaprosić jego syna tęskniącego za rodzinnymi stronami i skłonić do sponsoringu. Wybucha dyskusja, w trakcie której bohaterowie ujawniają swoje uprzedzenia wobec tytułowego Żyda, bo niestety nie wobec interesownego pomysłu, a żywa wymiana poglądów z czasem przeradza się w rodzaj psychodramy. Pomysł dramaturgicznie znakomity, dobrze wyreżyserowany i zagrany przez bielskich aktorów. Gorzej z istotą problemu.

Pałyga stworzył udany portret jowialnego dyrektora, który objął posadę po zmianach w 1968 roku, do jakich zresztą sam się przyczynił, i który dla zachowania stanowiska jest w komitywie ze wszystkimi. To typowy budowniczy lokalnego układu, elastyczny, bo całkowicie pozbawiony poglądów. Jego opozycjonistką jest polonistka, którą niegdyś wyrzucił z pracy, by po ustrojowym przełomie zmienić decyzję. Inteligentka starszego pokolenia wydaje się najbardziej świadoma sytuacji, jest złośliwa tak wobec wuefisty, klasycznego antysemity i absolutnego ignoranta, jak i młodej anglistki marzącej o emigracji (to z kolei udany portret pokolenia, które wybrało przyszłość). Młody ksiądz pozostaje pod wpływem poglądów polskiego papieża, w przeciwieństwie do wspominanego tu starszego proboszcza, żywiącego uprzedzenia wobec „zabójców Chrystusa”.

Ignorancja jest zresztą głównym problemem wszystkich, z wyjątkiem polonistki, bohaterów spektaklu. Nic nie wiedzą o swoich dawnych sąsiadach, nie znają ich religii i kultury (tak zresztą jak swojej własnej), więc przybycie ewentualnego gościa jest najzwyczajniej kłopotliwe, bo co krok to problem i okazja do gaf. Nie ułatwia zbliżenia wojenna historia, nawet poczciwa „Lokomotywa” Tuwima okazuje się pełna kłopotliwych podtekstów. Stara epoka załatwiła problem czterdzieści lat temu, nowa nie bardzo wie, co z nim począć, a kwestia wojny jest traumą, choć inną dla Żydów, inną dla Polaków. Nagle jednak okazuje się, że wszystkiemu winien jest Kościół, który sprawował rząd dusz. Polonistka, w usta której autor wkłada retorykę Grossa, oskarża duchowieństwo o odpowiedzialność za pogrom kielecki i Jedwabne, a także wiele innych zdarzeń. Problem współodpowiedzialności Kościoła za antysemityzm z pewnością istnieje, ale czy to miało znaczenie w Kielcach, to rzecz wątpliwa, a przy Jedwabnem dyskusyjna. To Gross uważa, że pogrom kielecki był żywiołowym wybuchem ludowego antysemityzmu, historycy uznają go za zorganizowaną prowokację bezpieki, do której nie dopuszczano tłumu, a grupa robotników z Huty Ludwików, uczestnicząca w drugiej fazie mordu na Żydach, działała wedle instrukcji.

Do sztuki przedostał się też taki obrazek – opowiadający, jak sądzę, o mordzie w Rechcie: „pobożni katolicy z NSZ, z ryngrafami z Matką Bożą na piersiach, wspólnie z katolickimi mieszkańcami wioski tną siekierami żydowskie kobiety i dzieci, po czym rabują zwłoki i wyrywają złote zęby. A potem w niedzielę idą na mszę do kościoła, przyjmują komunię i wymieniają się zrabowanymi trupom żydowskimi rzeczami.” Mord pod Kraśnikiem z 1943 roku jest raczej ewenementem niż sytuacją typową, a jego przebieg wydaje się niejasny. Fakt, że śledztwo w tej sprawie podjęto w 1949 roku, może oznaczać, że odbyło się ono nie tyle na fali rozliczeń z wojennym bandytyzmem, ile z reakcyjnym podziemiem, po to, by je skompromitować. I choć obecny w Nasutowie Dariusz Libionka stawia tezę, że mordu rzeczywiście dokonał oddział NSZ w porozumieniu z mieszkańcami wioski, jest to świeże odkrycie, niepotwierdzone przez innych historyków. Warto by też sprawdzić, ile mordów na żydowskiej ludności, wyjąwszy funkcjonariuszy komunistycznej władzy, dzisiejsi historycy przypisują tej formacji (nowe publikacje oddalają te zarzuty), żeby pochopnie nie stawiać jej pod pręgierzem, jak to było w poprzedniej epoce. Bo to, co pada ze sceny, brzmi mocno i jest zawsze sugestią szerszego zjawiska.

Najbardziej zdumiewający w sztuce Pałygi jest jednak inny obraz z lat okupacji – żydowski chłopiec, wydostający się spod ruszającej się jeszcze ziemi, którą przykryto ofiary unicestwione przez Polaków, puszczony wolno przez przyglądającego się temu Niemca. „Ludzie chcieli go dobić, ale gestapowiec nie pozwolił.” – oznajmia polonistka. Na to już zgodzić się nie sposób. Skąd autor czerpie takie rewelacje? Czy to rzeczywiście jest obraz, który ma uświadomić wuefiście, „jak tu było”? I tak Pałyga, który próbował opowiedzieć o polskiej ignorancji i przyczynach antysemityzmu, ześlizgnął się w jakiś upiorny kabaret, gdzie najbardziej niebezpieczną osobą okazuje się nie betonowy antysemita, ale oszalała inteligentka.

Nic co ludzkie

Calosc TUTAJ

Kalina Zalewska – teatrolog, krytyk teatralny; publikuje w „Teatrze” i „Dialogu”.

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: