Dajana

Zenon Rogala


 

 

         Uczelnia położona była w przepięknym zakątku miasta. Zakątek, to oczywiście termin nietrafiony, bo chodzi o wielohektarowy podmiejski obszar rekreacyjny, z rozlicznymi klombami, trasami spacerowymi, asfaltowymi boiskami, piaskownicami, plątaniną alejek z rozsypanymi wzdłuż ławeczkami.

Sąsiedztwo takiego terenu z uczelnią kształcącą przyszłych sportowców, trenerów i mistrzów olimpijskich stanowiło pełną harmonię formy i treści.

         – Dalej tak być nie może. Wczorajsza kontrola Sanepidu ujawniła, że kości, które pozostają po sporządzaniu posiłków, znajdują się nie w kontenerze specjalnie do tego celu przeznaczonym, ale tuż za nim. Już dziś wezwałam kierowniczkę stołówki, ale Bugajska przysięga, że wszystkie odpadki, kucharki odnoszą do kontenera, tylko kości ktoś wyrzuca na zewnątrz. Na szczęście dobrze żyję z naczelnikiem  sanepidu, który wczoraj odstąpił od nałożenia mandatu, a wie pan dobrze, że mandat pójdzie na pana jako szefa tej administracji – była czerwona i co chwilę poprawiała kasztanowy, niesforny kosmyk, który wyraźnie nie chciał pozostawać dłużej za jej uchem.

         – Nie przyjmuję tego do wiadomości, ma pani zadanie premiowe, aby taka sytuacja nie miała więcej miejsca – wstałem i było po rozmowie.

         Gdyby nie te podniecone pieski i ich wzajemne harce, na pewno nie zwróciłbym uwagi, że tuż za kontenerem na śmieci, na niewielkim stołeczku, siedzi ta kobieta. Widziałem tylko jej schylony profil przesłonięty gęstwiną naturalnie kręconych włosów. Z jednej strony jej stanowiska,  stos dymiących jeszcze kości. Każda z nich przechodziła dokładne oględziny, kobieta ostrym, niewielkim nożem oskrobywała, wydłubywała z zakamarków stawów, panewek, żeber, kręgosłupów, łbów i całej tej zwierzęcej pozostałości z kuchennej produkcji, pozostałe na szkieletach, ścięgna i resztki miękkich elementów zwierzęcych tkanek. Pracowała systematycznie co nie znaczy, że powoli, pracowała dokładnie i starannie. Wiedziałem, że nie będzie już potrzeby wracać do tych kości, które przeszły przez jej ręce i wędrowały na drugą stronę jej stanowiska. Urobek trafiał do plastykowego wiadra, pilnie strzeżonego przed skaczącym wokół swej pani, stadkiem ruchliwych psiaków.

         – Wigor, ja ci mówię nie podskakuj, wiesz  jaka jest u nas zasada. Każdy dostanie tyle ile mu się należy. Nie będziesz podkradał swoim braciom jedzenia zanim ja nie zdecyduję ile kto ma dostać. Wiesz przecież, że Dajana ma młode i ona musi dostać więcej, żeby miała więcej pokarmu dla swojej gromadki. Nic nie wskórasz tym swoim przymilaniem i potrącaniem mnie swoim nosem i łapkami. – -Musisz dać dobry przykład innym. Sam kiedy chorowałeś, przeżyłeś dzięki temu, że inni złożyli się na twoją większą porcję – mówiła głośno i stanowczo, po chwili już wiedziałem który z tych trzech piesków to Wigor, a która to Dajana.

         – Jutro przyniosę młotek, żeby roztrzaskać te szpikowe kości, zobaczycie jakie przysmaki kryją się w środku tych największych. Jak je porąbię, zmiażdżę,

to posmakujecie najlepszych rarytasów. Dajana dostanie najwięcej, będzie miała pokarm dla swoich dzieciaków.

         – I zostawcie w spokoju pana dyrektora, bo to dzięki jego dobremu sercu możemy tu ucztować i utrzymać całą resztę zgłodniałego stada, które czeka na nas w domu. To ten pan pozwala pracownicom kuchni, żeby nie wyrzucały bezpośrednio do kontenera tyle wspaniałego jedzenia, żebym mogła dla was ocalić i przygotować  tyle psich delikatesów.

Nawet nie odwróciła swej kędzierzawej głowy, nawet nie wypuściła na moment tego małego ostrego nożyka. Pracowała dokładnie i starannie.

         – Nawet nie wiecie, że pan dyrektor ryzykuje swoją pensją, abym  mogła przygotować dla was te wspaniałości. Ten pan jest waszym przyjacielem, więc wy też bądźcie jego przyjaciółmi.

         To nie działo się naprawdę, ale przecież słuchałem i słyszałem, patrzyłem i widziałem, więc jednak to jest to czerwcowe  popołudnie, kiedy specjalnie wybrałem się, aby z wysokości swego dyrektorskiego biurka, zmierzyć się z życiem na poziomie kontenera na śmieci. Oparłem się o siatkę, ogradzającą kontener i dyskretnie zacząłem wycofywać się w wzdłuż oplatających siatkę pnączy dzikiego wina.

         – Jak skończę, wszystko z powrotem wrzucę do kontenera – usłyszałem pośród radosnego szczekania.

 

Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: