Polityka

Jeśli Trump wygra, ludzie zaakceptują jeszcze gorsze rzeczy

.

Anne Applebaum

Ann Applebaum (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Od czasów II wojny światowej historycy i politolodzy próbują wyjaśnić, dlaczego niektóry ludzie w skrajnych okolicznościach współpracują z niemoralną władzą

 

Anne Applebaum – jest stałą autorką „The Atlantic” oraz starszym wykładowcą w Agora Institute na Johns Hopkins University. Jej nowa książka „Zmierzch demokracji: uwodzicielski urok autorytaryzmu” została wydana w lipcu

Pewnego chłodnego popołudnia w marcu 1949 r. Wolfgang Leonhard wymknął się z sekretariatu Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, pospiesznie dotarł do domu, zapakował tych kilka ciepłych ubrań, które mogły się zmieścić w małej walizce, a potem poszedł do budki telefonicznej zadzwonić do matki. – Mój artykuł będzie gotowy dziś wieczorem – powiedział. To było uzgodnione zawczasu hasło. Oznaczało, że ucieka z kraju z narażeniem życia.

Wróg ludu

Choć Leonhard miał wtedy tylko 28 lat, należał do najwyższych kręgów nowej wschodnioniemieckiej elity. Jego rodzice byli niemieckimi komunistami, a on sam odebrał wykształcenie w Związku Radzieckim i przeszedł szkolenie w specjalnych placówkach w czasie wojny. Do Berlina odesłano go z Moskwy w maju 1945 r., tym samym samolotem, który na pokładzie gościł Waltera Ulbrichta – przywódcę przyszłej Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec. Leonharda przydzielono do zespołu, który miał się zająć odtworzeniem berlińskiego samorządu.

Miał jedno główne zadanie: zapewnić, że każdy lokalny przywódca, jaki wyłoni się z powojennego chaosu, dostanie zastępcę wiernego partii. To musi wyglądać demokratycznie – mówił mu Ulbricht. – Ale musimy mieć wszystko pod kontrolą.

W tym czasie Leonhard miał już za sobą ciężkie doświadczenia. Kiedy jeszcze był nastolatkiem i mieszkał w Moskwie, jego matka została aresztowana jako „wróg ludu” i zesłana do obozu pracy w Workucie, na samej północy kraju. Widział przerażającą biedę i nierówności w Związku Radzieckim, rozpaczał nad sowieckim sojuszem z hitlerowskimi Niemcami w latach 1939-1941 i wiedział o masowych gwałtach dokonywanych przez Armię Czerwoną po nastaniu okupacji. Mimo to on sam i jego ideologicznie zaangażowani koledzy „instynktownie odsuwali od siebie myśl”, że którekolwiek z tych zdarzeń było „w diametralnej sprzeczności z naszymi socjalistycznymi ideami”. Twardo trzymał się systemu przekonań, w którym dorastał.

Gdy przyszedł moment zwrotny, okazał się trywialny. Kiedy szedł korytarzem w budynku Komitetu Centralnego, zatrzymał go „sympatycznie wyglądający mężczyzna w średnim wieku”, towarzysz, który dopiero co przybył z Zachodu i zapytał, gdzie znajdzie stołówkę. Leonhard wyjaśnił, że odpowiedź zależy od tego, jakiego rodzaju przydział na posiłki przybysz otrzymał, ponieważ urzędnicy różnych poziomów mieli dostęp do innych stołówek. Towarzysz był zadziwiony – Ale… Czyż oni wszyscy nie są członkami Partii?

Leonhard poszedł dalej do swojej stołówki, tej najwyższej kategorii, gdzie stoły przykrywano białymi obrusami, a wysoko postawieni funkcjonariusze dostawali posiłki z trzech dań. Poczuł wstyd. „Ciekawe – pomyślałem – że nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi!”. To właśnie wtedy zaczął mieć wątpliwości, które nieuchronnie doprowadziły go do zaplanowania ucieczki.

Król szpiegów

W tej samej chwili, w tym samym mieście, inny wysoko postawiony Niemiec wschodni dochodził do dokładnie odwrotnych wniosków. Markus Wolf również był potomkiem znanej niemieckiej rodziny komunistów. On także spędził dzieciństwo w Związku Radzieckim, chodził do tych samych elitarnych szkół dla cudzoziemskich komunistów co Leonhard i przeszedł ten sam obóz szkoleniowy podczas wojny. Dzielili tam sypialnię i z całą powagą zwracali się do siebie, używając pseudonimów (takie były zasady głębokiej konspiracji), choć doskonale znali swoje prawdziwe imiona i nazwiska. Wolf również widział masowe aresztowania, czystki i biedę w Związku Radzieckim. I również pozostał wierny sprawie. Do Berlina przybył kilka dni po Leonhardzie, na pokładzie kolejnego samolotu wypełnionego zaufanymi towarzyszami. Od razu zaczął prowadzić program w nowej stacji radiowej wspieranej przez Sowietów. Przez wiele miesięcy był głosem popularnej audycji „Wy pytacie, my odpowiadamy”. Odpowiadał na antenie na listy słuchaczy, często kończąc wypowiedź frazą w rodzaju „Te trudności są przezwyciężane z pomocą Armii Czerwonej”.

W sierpniu 1947 r. obaj panowie spotkali się w „luksusowym, pięciopokojowym mieszkaniu” Wolfa, niedaleko od miejsca, gdzie wówczas mieściła się siedziba stacji radiowej. Pojechali do domu Wolfa, „pięknej willi w okolicy jeziora Glienicke”. Spacerowali wokół jeziora, gdy Wolf ostrzegł Leonharda, że nadchodzą zmiany. Powiedział mu, żeby porzucił nadzieję, że niemiecki komunizm będzie mógł się rozwijać inaczej niż jego sowiecka odmiana. Ta idea, która od dawna była celem wielu członków niemieckiej partii, miała upaść. Kiedy Leonhard zaprotestował, że to nie może być prawda, przecież on sam odpowiadał za ideologię i nikt mu nic nie powiedział o zmianie kierunku, Wolf go wyśmiał. – Są wyższe władze niż twój Komitet Centralny – powiedział. Wolf postawił sprawę jasno: miał lepsze kontakty i przyjaźnił się z ważniejszymi osobami. W wieku 24 lat należał do wewnętrznego kręgu. Zaś Leonhard wreszcie zrozumiał, że był funkcjonariuszem w okupowanym kraju, gdzie ostatnie słowo należało do Radzieckiej Partii Komunistycznej, a nie do Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec.

Sławna, lub może raczej niesławna, kariera Markusa Wolfa od tego czasu nabrała rozpędu. Nie tylko pozostał w Niemczech Wschodnich, ale wspinał się coraz wyżej w nomenklaturze partyjnej, aż został naczelnym szpiegiem kraju. Był drugą najważniejszą osobą w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, powszechnie znanym jako Stasi. Często wskazywano go jako pierwowzór postaci Karli z powieści szpiegowskich Johna le Carré. Prowadzony przez niego Główny Zarząd Wywiadu rekrutował agentów w biurze kanclerza Niemiec Zachodnich i niemal każdym innym departamencie rządu, a także w NATO.

Tymczasem Leonhard stał się znanym krytykiem reżimu. Pisał i wykładał w Berlinie Zachodnim, w Oksfordzie i na Uniwersytecie Columbia. Ostatecznie znalazł się na Uniwersytecie Yale, gdzie jego wykłady odcisnęły ślad na kilku pokoleniach studentów. Wśród nich był przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush, który opisał zajęcia z Leonhardem jako „wprowadzenie do walki między tyranią a wolnością”.

Kiedy ja studiowałam na Yale w latach 80. ubiegłego wieku, zajęcia Leonharda z historii radzieckiej były najpopularniejszymi na całej uczelni.

Do marca 1949 r. biografie Leonharda i Wolfa były uderzająco podobne. Obaj wyrośli w systemie sowieckim. Obaj odebrali wykształcenie w ideologii komunistycznej i obaj mieli te same wartości. Obaj wiedzieli, że partia podważa te wartości. Obaj zdawali sobie sprawę, że system, który z pozoru powstał, by szerzyć równość, był głęboko nierówny, dogłębnie niesprawiedliwy i bardzo okrutny. Jak inni w podobnej sytuacji w tak wielu okresach i miejscach, obaj wyraźnie widzieli przepaść między propagandą i rzeczywistością. A jednak jeden z nich pozostał entuzjastycznym współpracownikiem, a drugi nie mógł znieść zdrady swoich ideałów. Dlaczego?

Zniewolone umysły

W języku angielskim słowo „collaborator” ma podwójne znaczenie. Możemy nim opisać kolegę z pracy jako współpracownika w znaczeniu neutralnym lub pozytywnym. Ale druga definicja tego słowa, która jest tu istotna, brzmi inaczej: ktoś, kto pracuje z wrogiem, siłami okupacyjnymi lub reżimem dyktatury. Kolaborant. W tym negatywnym znaczeniu słowo „collaborator” jest blisko związane z innym zestawem słów: zmowa, współudział, ciche przyzwolenie. To negatywne znaczenie rozpowszechniło się podczas II wojny światowej, kiedy powszechnie używano go do opisania Europejczyków współpracujących z nazistowskimi okupantami. U swojej podstawy to nieprzyjemne znaczenie niesie implikację zdrady: zdradzenia narodu, ideologii, moralności i wartości.

Od czasów II wojny światowej historycy i politolodzy próbują wyjaśnić, dlaczego niektóry ludzie w skrajnych okolicznościach stają się kolaborantami, a inni nie. Nieżyjący już badacz z Harvardu Stanley Hoffmann znał ten temat z własnego doświadczenia, bo w dzieciństwie ukrywał się z matką przed hitlerowcami w Lamalou-les-Bains, wiosce na południu Francji. Ale do własnych wniosków podchodził z pokorą, zauważając, że „ostrożny historyk musiałby niemal napisać wielką serię historii przypadków, gdyż wydaje się, że było tyleż przypadków kolaboracjonizmu, co zwolenników i praktyków kolaboracji”. Mimo to Hoffmann podjął próbę klasyfikacji, zaczynając od podziału kolaborantów na „dobrowolnych” i „przymusowych”.

Wielu ludzi z tej drugiej grupy nie miało wyboru. Zmuszeni do „niechętnego uznania konieczności”, nie mogli uniknąć kontaktów z hitlerowskimi okupantami, którzy rządzili ich krajem.

Następnie Hoffmann podzielił bardziej entuzjastycznych, „dobrowolnych” kolaborantów na dwie dalsze kategorie. W pierwszej znaleźli się ci, którzy współpracowali z wrogiem w imię „interesu narodowego”, racjonalizując kolaborację jako coś koniecznego dla zachowania francuskiej gospodarki albo kultury, choć oczywiście wielu ludzi, którzy podnosili te argumenty, miało też inną motywację zawodową lub ekonomiczną. Druga grupa to faktycznie aktywni kolaboranci ideologiczni, czyli osoby, które wierzyły, że przedwojenna republikańska Francja była słaba i skorumpowana, i miały nadzieję, że hitlerowcy ją wzmocnią, a także ci, którzy podziwiali faszyzm, i ci, którzy podziwiali Hitlera.

Hoffmann zauważył, że wśród tych, który stali się ideologicznymi kolaborantami, byli posiadacze ziemscy i arystokraci, „śmietanka najwyższych kręgów służby cywilnej, sił zbrojnych i przedsiębiorców”, ludzie, którzy postrzegali siebie jako część naturalnie rządzącej klasy, niesprawiedliwie pozbawionej władzy za czasów lewicowych rządów we Francji w latach 30. XX w. Jednakową motywację do kolaboracji wykazywali ludzie z drugiego bieguna społecznego, „wyrzutki społeczne i dewianci polityczni”, którzy w zwykłym toku wydarzeń nigdy nie zrobiliby żadnej kariery. Obie te grupy połączył wspólny wniosek, że cokolwiek by myśleli o Niemczech przed czerwcem 1940 r., ich polityczna i osobista przyszłość zyska teraz na związaniu się z okupantami.

Podobnie jak Hoffmann, o kolaboracji z punktu widzenia doświadczeń osobistych pisał polski laureat Nobla Czesław Miłosz. Choć w czasie wojny był aktywnym członkiem antyhitlerowskiego ruchu oporu, po wojnie wylądował na placówce jako attaché kulturalny ambasady w Waszyngtonie, służąc komunistycznemu rządowi Polski. Dopiero w 1951 r. uciekł, odrzucił reżim i przeanalizował swoje doświadczenia. W znanym eseju „Zniewolony umysł” nakreślił kilka lekko zmienionych portretów faktycznie istniejących postaci, pisarzy i intelektualistów, z których każdy wymyślił inny sposób na usprawiedliwienie swojej współpracy z partią. Wielu było karierowiczami, lecz Miłosz rozumiał, że karierowiczostwo nie daje pełnego wyjaśnienia. Dla wielu przynależność do masowego ruchu stanowiła szansę zakończenia swojej alienacji, poczucie bliskości z „masami” i połączenie się w jedną społeczność z robotnikami i sklepikarzami. Udręczonym intelektualistom kolaboracja przynosiła swego rodzaju ulgę. Oznaczała bowiem, że nie musieli już ciągnąć nieustannej wojny z państwem i żyć w niepokoju. Miłosz pisał, że gdy intelektualista zaakceptuje już to, że nie ma innej drogi, „je ze smakiem, ruchy jego nabierają sprężystości, wraca rumieniec. Zasiada i pisze artykuł „pozytywny” i dziwi się sam sobie, że idzie mu tak łatwo”. Miłosz jest jednym z nielicznych pisarzy, którzy zauważają przyjemność płynącą z konformizmu, lekkość serca, jaką konformizm nadaje, oraz sposób, w jaki rozwiązuje tak wiele dylematów osobistych i zawodowych.

Wszyscy mamy potrzebę dostosowania się – to najnormalniejsze z ludzkich pragnień. Przypomniała mi o tym niedawno wizyta u Marianne Birthler w jej słonecznym mieszkaniu w Berlinie. W latach 80. ubiegłego wieku Birthler należała do grona nielicznych aktywnych dysydentów w Niemczech Wschodnich. Po zjednoczeniu Niemiec przez ponad 10 lat kierowała archiwum Stasi – zbiorem akt byłej tajnej policji wschodnioniemieckiej. Zapytałam ją, czy byłaby w stanie zidentyfikować zestaw okoliczności, który skłaniał niektórych do kolaborowania ze Stasi.

To pytanie jej się nie spodobało. – Kolaboracja nie była interesująca – powiedziała. – Niemal każdy był kolaborantem, kolaborowało 99 procent Niemców Wschodnich. Jeśli nie współpracowali ze Stasi, to współpracowali z partią czy – ogólniej – z systemem. Znacznie bardziej interesująca – i o wiele trudniejsza do wyjaśnienia – była autentycznie tajemnicza kwestia tego, „dlaczego ludzie sprzeciwiali się reżimowi”. Innymi słowy, zagadką nie jest to, dlaczego Markus Wolf pozostał w Niemczech Wschodnich, lecz to, dlaczego nie został w nich Wolfgang Leonhard.

Żołnierz i biznesmen…

Oto kolejna para opowieści, tym razem takich, które są bardziej znane amerykańskim czytelnikom. Zacznijmy ją w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to młody Lindsey Graham zaczął służbę w Judge Advocate General’s Corps, wojskowym pionie prawniczym w Siłach Powietrznych USA.  Przez część tego okresu Graham stacjonował na terenie ówczesnych Niemiec Zachodnich, na samej granicy zimnowojennych działań USA. Urodzony i wychowany w małym mieście w Karolinie Południowej Graham był oddany wojsku. Miał dwadzieścia parę lat, kiedy oboje rodzice zmarli, i to dzięki stypendium ROTC (Reserve Officers Training Corpse – program szkoleniowy dla oficerów rezerwy wojsk USA), a następnie pensji z Sił Powietrznych zapewnił wyższe wykształcenie sobie i młodszej siostrze. Pozostał w rezerwie przez dwie dekady, także kiedy był senatorem, i czasem wyjeżdżał do Iraku czy Afganistanu, służąc krótkoterminowo jako oficer rezerwy. Siły Powietrzne to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły – powiedział w 2015 r. – Dały mi cel znacznie większy niż ja sam. Sprawiły, że znalazłem się w towarzystwie patriotów. Przez większość czasu, kiedy zasiadał w Senacie, Graham wraz ze swoim bliskim przyjacielem Johnem McCainem był rzecznikiem silnego wojska i wizji Stanów Zjednoczonych jako demokratycznego lidera za granicą. Wspierał też żywą koncepcję demokracji na miejscu. W czasie kolejnej kampanii wyborczej w 2014 r. startował jako kandydat o poglądach niezależnych i centrowych. W rozmowie z „The Atlantic” stwierdził, że potyczki z Tea Party „przyniosły mu najwięcej rozrywki, odkąd zajmuje się polityką”.

Kiedy Graham służył w Niemczech Zachodnich, Mitt Romney został współzałożycielem, a następnie prezesem Bain Capital, firmy inwestującej kapitał prywatny. Urodzony w stanie Michigan, w latach spędzonych w Bain Romney pracował w stanie Massachusetts, lecz dzięki swojemu mormońskiemu wyznaniu zachował też bliskie więzi ze stanem Utah. Kiedy Graham pracował jako wojskowy prawnik, za wojskową pensję, Romney kupował spółki, restrukturyzował je i sprzedawał. Radził sobie z tym świetnie – w 1990 r. poproszono go o pokierowanie spółką matką Bain & Company – a w trakcie tej działalności stał się bardzo bogaty. Mimo to Romney marzył o karierze politycznej i w 1994 r. kandydował do Senatu w stanie Massachusetts, zmieniwszy swoją polityczną afiliację z kandydata niezależnego na Partię Republikańską. Przegrał, ale w 2002 r. wystartował w wyborach na gubernatora Massachusetts jako umiarkowany kandydat niezależny i wygrał. W 2007 r., po kadencji gubernatorskiej, w czasie której z sukcesem wprowadził system niemal powszechnej opieki zdrowotnej, który stał się wzorem dla ustawy o przystępnej opiece zdrowotnej wprowadzonej przez Baracka Obamę, po raz pierwszy kandydował na prezydenta kraju. Przegrał prawybory w Partii Republikańskiej w 2008 r., lecz w 2012 r. zdobył nominację partyjną, a następnie przepadł w wyborach powszechnych.

Zarówno Graham, jak i Romney mieli ambicję, by zostać prezydentem USA: Graham prowadził krótkotrwałą kampanię prezydencką w 2015 r. (uzasadniając ją tym, że „świat się rozpada”). Obaj byli lojalnymi członkami Partii Republikańskiej i sceptycznie odnosili się do radykalizmu i teorii spiskowych krążących gdzieś na obrzeżach partii. Obaj byli naprawdę wściekli na kandydaturę prezydencką Trumpa i nie ma w tym nic dziwnego: wartości Trumpa na różne sposoby podważały wartości, które oni wyznawali. Graham przez całą swoją karierę wspierał ideę przywództwa USA na świecie, zaś Trump proponował doktrynę „najpierw Ameryka”, która – jak się później okazało – oznaczała „najpierw ja i moi znajomi”. Romney był świetnym biznesmenem i miał duże osiągnięcia w służbie cywilnej, zaś Trump odziedziczył bogactwo, zbankrutował kilka razy, nie stworzył nic wartościowego i nie miał żadnego doświadczenia w rządzeniu.

Zarówno Graham, jak i Romney byli oddani amerykańskim tradycjom demokratycznym i ideałom uczciwości, odpowiedzialności i przejrzystości w życiu publicznym, z których Trump szydził.

Obaj bardzo głośno wyrażali swoją dezaprobatę dla Trumpa. Przed wyborami Graham nazwał go „osłem”, „wariatem” oraz „szydzącym z ras, ksenofobicznym bigotem religijnym”. Sprawiał wrażenie niezadowolonego, wręcz przybitego wynikiem wyborów. Tak się złożyło, że widziałam go na konferencji w Europie wiosną 2016 r. – nie odzywał się wcale albo tylko monosylabami.

Romney poszedł jeszcze dalej. – Powiem to bardzo prosto – stwierdził w przemówieniu krytykującym Trumpa w marcu 2016 r. – Jeśli my, republikanie, wybierzemy Donalda Trumpa jako naszego nominata, szanse na bezpieczną i dostatnią przyszłość znacząco zmaleją. Romney mówił o „znęcaniu się, chciwości, popisywaniu się, mizoginii, absurdalnej teatralności na poziomie trzeciej klasy”. Nazwał Trumpa „hochsztaplerem” i „oszustem”. Nawet gdy Trump zdobył nominację, Romney odmawiał mu poparcia. Mówił, że oddając głos w wyborach prezydenckich, wpisał swoją żonę. Graham oświadczył, że głosował na kandydata niezależnego Evana McMullina.

Ale Trump jednak został prezydentem i tak oto przekonania obu panów zostały wystawione na próbę.

…poddani testowi na przyzwoitość

Rzut oka na ich biografie niewielu pozwoliłby przewidzieć, co stało się później. Na papierze Graham wydawał się – w 2016 r. – człowiekiem o głębszych więziach z wojskiem, praworządnością i staromodną ideą amerykańskiego patriotyzmu i amerykańskiej odpowiedzialności na świecie. Romney natomiast, biorąc pod uwagę jego wędrówki między centrum a prawicą, liczne sukcesy w świecie biznesu i polityki, wydawał się mniej głęboko przywiązany do tych samych staromodnych ideałów patriotycznych. Dla większości z nas żołnierze to lojalni patrioci, a konsultanci ds. zarządzania są interesowni. Zakładamy, że mieszkańcy małych miast w Karolinie Południowej prędzej będą się opierać politycznym naciskom niż ktoś, kto mieszkał w wielu miejscach. Intuicyjnie uważamy, że lojalność wobec określonego miejsca oznacza lojalność wobec danego zestawu wartości.

Ale w tym przypadku sztampowe przekonania okazały się błędne. To Graham szukał wymówek dla nadużywania władzy przez Trumpa. To Graham, prawnik JAG Corps, umniejszał wagę dowodów na to, że prezydent próbował manipulować zagranicznymi sądami i szantażować zagranicznego przywódcę, by  rozpoczął sztuczne śledztwo w sprawie jego rywala politycznego. To Graham porzucił wyrażane wcześniej poparcie dla kompromisu politycznego między głównymi partiami i dążył do wysoce jednostronnego dochodzenia senackiej Komisji Sądowej w sprawie syna byłego wiceprezydenta Joego Bidena. To Graham grał z Trumpem w golfa, szukał dla niego wymówek w wystąpieniach telewizyjnych i wspierał prezydenta nawet wtedy, kiedy ten powoli niszczył amerykańskie sojusze z Europejczykami, z Kurdami, których Graham przez całe życie wcześniej bronił. Natomiast to Romney był w lutym jedynym republikańskim senatorem, który się wyłamał i głosował za impeachmentem prezydenta. – Zakłócenie wyborów, żeby utrzymać się u władzy – oświadczył – to być może największe nadużycie i najbardziej destrukcyjne pogwałcenie przysięgi prezydenckiej, jakie mogę sobie wyobrazić.

Jeden z nich okazał się gotów zdradzić idee i ideały, które niegdyś popierał. Drugi odmówił. Dlaczego?

Pierwsze kłamstwo

Amerykańscy czytelnicy mogą uznać odwołania do rządu Vichy, Niemiec Wschodnich, faszystów i komunistów za przesadzone, wręcz niedorzeczne. Ale sięgnijmy nieco głębiej i ta analogia nabierze sensu. Celem nie jest porównanie Trumpa do Hitlera czy Stalina. Celem jest porównanie doświadczeń wysoko postawionych członków Partii Republikańskiej, szczególnie tych, którzy najbliżej współpracują z Białym Domem, z doświadczeniami Francuzów z 1940 r., wschodnich Niemców z 1945 r. czy Czesława Miłosza z 1947 r. Są to doświadczenia ludzi zmuszonych do przyjęcia obcej ideologii lub zestawu wartości, które stoją w mocnej sprzeczności z ich własnymi wartościami.

Nawet zwolennicy Trumpa nie mogą podważyć tej analogii, bo właśnie do narzucenia obcej ideologii Trump wzywał od początku. Jego pierwsze wystąpienie jako prezydenta, mowa inauguracyjna, było niemającym precedensu atakiem na amerykańską demokrację i amerykańskie wartości. Pamiętamy, że nazwał stolicę USA, rząd USA, amerykańskich kongresmenów i senatorów, z których każdy został demokratycznie wybrany przez Amerykanów zgodnie z liczącą sobie 227 lat Konstytucją USA, „establishmentem”, który czerpał zyski kosztem „narodu”. – Ich zwycięstwa nie były waszymi zwycięstwami – oświadczył. –  Ich triumfy nie były waszymi triumfami. Trump wskazywał tak jasno, jak tylko mógł, że oto nowy zestaw wartości zastępuje stary, choć oczywiście charakter tych nowych wartości nie był jeszcze jasny.

Niemal natychmiast po zakończeniu mowy Trump przypuścił pierwszy atak na rzeczywistość opartą na faktach, która jest długo niedocenianym składnikiem amerykańskiego systemu politycznego. Nie jesteśmy teokracją czy monarchią, które przyjmują słowa władców czy kapłanów za prawo. Jesteśmy demokracją, w której debatuje się o faktach, dąży do zrozumienia problemów, a następnie uchwala rozwiązania, zawsze zgodnie z zasadami. Naleganie Trumpa, wbrew dowodom w postaci zdjęć, nagrań telewizyjnych i osobistego doświadczenia tysięcy ludzi, że na jego inaugurację przyszło więcej ludzi niż na pierwszą inaugurację Baracka Obamy, było twardym zerwaniem z tą amerykańską tradycją polityczną. Podobnie jak autorytarni przywódcy w innych czasach i innych miejscach, Trump praktycznie nakazał nie tylko swoim zwolennikom, ale także apolitycznym członkom aparatu rządowego, by trzymali się w oczywisty sposób fałszywej, zmanipulowanej rzeczywistości. Politycy w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak politycy w innych krajach, zawsze tuszowali swoje błędy, wstrzymywali informacje i składali obietnice, których nie mogli dotrzymać. Ale przed prezydenturą Trumpa żaden z nich nie nakazał Służbie Parków Narodowych tworzenia spreparowanych zdjęć, nie zmuszał sekretarza prasowego Białego Domu do kłamstwa o liczebności tłumu i nie zachęcał go, by to uczynił przed dziennikarzami, którzy wiedzieli, że on wie, że kłamie.

Do przekonania ludzi, by porzucili swoje dotychczasowe systemy wartości, potrzeba czasu. Proces ten zwykle zaczyna się powoli, od małych zmian.

To było drobne kłamstwo, wręcz absurdalne. I po części dlatego właśnie było tak niebezpieczne. W latach 50. XX w., kiedy na uprawach ziemniaków w Europie Wschodniej pojawiła się stonka, wspierane przez Sowietów rządy krajów w tym regionie z triumfem ogłaszały, że stonka zrzucana jest z amerykańskich samolotów jako celowy sabotaż biologiczny. Plakaty pokazujące wredne czerwono-biało-niebieskie owady pojawiły się w całej Polsce, Niemczech Wschodnich i Czechosłowacji. Nikt tak naprawdę w ten zarzut nie wierzył, nawet ci, którzy go stworzyli – jak później wykazały archiwa. Ale to nie miało znaczenia. Celem plakatów nie było przekonanie ludzi do wiary w kłamstwo. Ich celem było zademonstrowanie tego, że partia może ogłosić i propagować kłamstwo. Czasem nie chodzi o to, żeby sprawić, iż ludzie uwierzą w kłamstwo – chodzi o to, żeby ludzie zaczęli bać się kłamcy.

Do tego takie kłamstwa napędzają się wzajemnie. Socjolodzy, którzy badali erozję wartości i wzrost korupcji w spółkach, odkryli na przykład, że „zaakceptowanie nieetycznych zachowań innych osób jest bardziej prawdopodobne, jeśli takie zachowania rozwijają się stopniowo (po równi pochyłej), a nie następują gwałtownie”, jak wynika z opublikowanego w 2009 r. artykułu w „Journal of Experimental Social Psychology”. Dzieje się tak po części dlatego, że większość ludzi ma wbudowaną wizję samych siebie jako jednostek moralnych i uczciwych, i ten obraz własny jest odporny na zmiany. Kiedy dane zachowanie stanie się „normalne”, ludzie przestają je postrzegać jako niewłaściwe.

Drobne ustępstwa

Ten proces ma też miejsce w polityce. W 1947 r. sowiecka administracja wojskowa w Niemczech Wschodnich wydała rozporządzenie dotyczące działalności wydawnictw i drukarni. Dekret nie nacjonalizował pras drukarskich, a jedynie wymagał, by ich właściciele wystąpili o licencje oraz by ograniczyli pracę do książek i broszur zamawianych przez urzędy centralnego planowania. Wyobraźcie sobie, w jaki sposób takie prawo – które nie mówiło nic o aresztach, a już na pewno nie o torturach czy gułagu – wpływało na posiadacza prasy drukarskiej w Dreźnie, odpowiedzialnego ojca rodziny z dwójką nastoletnich dzieci i chorą żoną. Po wydaniu tych przepisów nasz ojciec rodziny musiał dokonać szeregu pozornie nieistotnych wyborów. Czy wystąpi o licencję? Oczywiście, przecież potrzebuje jej, by zarobić na utrzymanie rodziny. Czy zgodzi się na ograniczenie swojej działalności do materiałów zamówionych przez urzędy centralnego planowania? Na to też zgoda, bo co innego można było drukować?

Po tym następują inne kompromisy. Choć nasz ojciec rodziny nie lubi komunistów i chce się po prostu trzymać z daleka od polityki, zgadza się wydrukować dzieła zebrane Stalina, bo jak on się nie zgodzi, to znajdzie się ktoś inny. Kiedy kilku zniechęconych znajomych prosi go o wydrukowanie broszury krytycznej wobec reżimu, odmawia. Choć nie pójdzie do więzienia za jej wydrukowanie, jego dzieci mogą nie dostać się na uczelnię, a żona może nie dostać lekarstw – musi myśleć o nich. Tymczasem w całych Niemczech Wschodnich inni posiadacze pras drukarskich podejmują podobne decyzje. A po jakimś czasie – bez strzelania i aresztów, bez szczególnych wyrzutów sumienia u kogokolwiek – jednymi książkami, które są dostępne, stają się książki zatwierdzone przez reżim.

Ta wbudowana wizja samych siebie jako amerykańskich patriotów czy też kompetentnych administratorów albo lojalnych członków partii stworzyła również to zniekształcenie poznawcze, które zaślepiło wielu republikanów i urzędników administracji Trumpa co do charakteru prezydenckiego alternatywnego systemu wartości. W końcu początkowe incydenty były takie trywialne. Pominęli kłamstwo o inauguracji, bo było niepoważne. Zignorowali powołanie przez Trumpa najbogatszego gabinetu w historii i jego decyzję, by wypełnić administrację byłymi lobbystami, bo to przecież zwyczajowy scenariusz. Szukali wymówek dla Ivanki Trump, kiedy korzystała z prywatnego maila, i dla Jareda Kushnera, kiedy miał konflikt interesów, bo to przecież po prostu sprawy rodzinne.

Krok po kroku trumpizm oszukał wielu z jego najbardziej entuzjastycznych wyznawców. Przypomnijcie sobie, że intelektualiści, którzy na początku wspierali Trumpa, np. Steve Bannon, Michael Anton i adwokaci „narodowego konserwatyzmu” – ideologii wymyślonej post factum dla zracjonalizowania zachowania prezydenta – reklamowali swój ruch jako rozpoznawalną formę populizmu. Miała to być sprzeciwiająca się Wall Street, wojnom za granicą i imigracji alternatywa dla głoszonego przez establishmentową Partię Republikańską libertarianizmu z minimalnym zaangażowaniem państwa. Ich hasło „Osuszyć bagno” sugerowało, że Trump oczyści zgniły świat lobbystów i finansowania kampanii, który zniekształca amerykańską politykę oraz sprawi, że debata publiczna stanie się bardziej uczciwa, a prawodawstwo bardziej sprawiedliwe. Gdyby rzeczywiście taka była filozofia władzy Trumpa, mogłaby ona stanowić trudność dla przywódców Partii Republikańskiej w 2016 r., zważywszy że większość z nich wyznawała całkiem odmienne wartości. Ale niekoniecznie musiałaby łamać konstytucję i niekoniecznie musiałaby rzucać fundamentalne moralne wyzwania w życiu publicznym.

Najpierw Trump

W praktyce Trump rządzi wedle zasad bardzo odmiennych od tych, które wyrażali wspierający go na początku intelektualiści. Choć w niektórych przemówieniach nadal używa tego populistycznego języka, zbudował sobie gabinet i administrację, które nie służą ani dobru publicznemu, ani jego wyborcom, tylko jego własnym potrzebom psychicznym i interesom jego własnych przyjaciół na Wall Street i w biznesie oraz, oczywiście, jego własnej rodziny. Wprowadzone przez niego obniżenie podatków przyniosło nieproporcjonalną korzyść bogatym, a nie klasie pracującej. Płytka koniunktura gospodarcza, wyreżyserowana tak, by zapewnić mu ponowny wybór na prezydenta, była możliwa dzięki ogromnemu deficytowi budżetowemu w skali, której republikanie niegdyś się brzydzili, a która stanowi wielkie obciążenie dla przyszłych pokoleń. Starał się rozmontować istniejący system opieki zdrowotnej, nie oferując w zamian nic lepszego, mimo obietnic, więc liczba nieubezpieczonych wzrosła. A wszystko to przy równoczesnym podsycaniu ksenofobii i rasizmu i zachęcaniu do nich zarówno dlatego, że uznał je za politycznie użyteczne, jak i dlatego, że stanowią część jego własnego spojrzenia na świat.

Co ważniejsze, rządzi, lekceważąc konstytucję i nie znając jej, oświadczając – co znaczące – podczas trzeciego już roku swojej kadencji, że ma „totalną” władzę nad stanami. Jego administracja jest nie tylko skorumpowana, ale także wrogo nastawiona do systemu kontroli i równowagi oraz praworządności. Zbudował sobie protoautorytarny kult jednostki, zwalniając lub odsuwając na boczny tor tych urzędników, którzy sprzeciwiali mu się, przedstawiając fakty i dowody, co ma tragiczne konsekwencje dla zdrowia publicznego i gospodarki. Pod koniec lutego zagroził zwolnieniem jednej z najważniejszych osób w Ośrodkach Kontrolowania i Zapobiegania Chorobom, Nancy Messonnier, gdy zbyt dobitnie ostrzegała przed koronawirusem, zaś Rick Bright, jeden z najwyższych urzędników Departamentu Zdrowia, twierdzi, że został zdegradowany po odmowie skierowania środków na promocję hydroksychlorochiny – leku o niepotwierdzonej skuteczności. Trump atakował wojsko, nazywając swoich generałów „bandą głupków i małych dzieci”, a także wywiad amerykański i oficerów organów ścigania, których dyskredytował jako „deep state” i ignorował ich rady. Powołał słabych i niedoświadczonych „pełniących obowiązki” do prowadzenia najważniejszych instytucji bezpieczeństwa w Stanach. Systematycznie niszczy amerykańskie sojusze.

Jego polityka zagraniczna nigdy nie służyła żadnemu interesowi USA. Choć niektórzy ministrowie gabinetu Trumpa i sympatycy w mediach próbowali przedstawiać go jako antychińskiego nacjonalistę, a komentatorzy polityki zagranicznej ze wszystkich stron politycznego spektrum, co zadziwiające, zaakceptowali tę fikcję bez podważania, prawdziwym instynktem Trumpa zawsze było stawanie po stronie zagranicznych dyktatorów, w tym prezydenta Chin Xi Jinpinga. Pewien były urzędnik administracji, który widział Trumpa w kontakcie z Xi, a także z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, powiedział mi, że to było jak oglądanie pomniejszego celebryty, który spotkał sławniejszą gwiazdę.

Trump nie rozmawiał z nimi jako przedstawiciel Amerykanów, on po prostu chciał, by przeszło na niego trochę ich aury władzy absolutnej, okrucieństwa i sławy, i żeby poprawiło to jego własny wizerunek.

Także to miało fatalne konsekwencje. W styczniu Trump uwierzył Xi na słowo, kiedy ten powiedział, że COVID-19 jest „pod kontrolą”, podobnie jak uwierzył Kim Jong Unowi z Korei Północnej, kiedy podpisywał porozumienie w sprawie broni atomowej. Umizgi Trumpa wobec dyktatorów to jego ideologia w najczystszej postaci: najpierw zaspokaja swoje własne potrzeby psychiczne, o kraju myśli na samym końcu. Prawdziwym charakterem ideologii, którą Trump przyniósł do Waszyngtonu, nie było „najpierw Ameryka”, ale raczej „najpierw Trump”.

Może nie powinno nas zaskakiwać, że nie od razu zrozumiano implikacje idei „najpierw Trump”. W końcu wszystkie komunistyczne partie w Europie Wschodniej czy też, jeśli ktoś pragnie bardziej aktualnego przykładu, chaviści w Wenezueli, reklamowały się jako adwokaci równości i dobrobytu, choć w praktyce tworzyły nierówność i biedę. Ale tak jak do ludzi powoli dotarła prawda o boliwariańskiej rewolucji Hugo Cháveza, stało się ostatecznie jasne, że Trump nie kierował się interesem amerykańskiego społeczeństwa. Gdy tylko politycy republikańscy i wyżsi urzędnicy służby cywilnej zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że ich prezydent nie jest patriotą, zaczęli używać wykrętów, zupełnie jak ludzie żyjący pod obcym jarzmem.

Patrząc wstecz, ta pojawiająca się świadomość wyjaśnia, dlaczego pogrzeb Johna McCaina we wrześniu 2018 r. wyglądał tak dziwnie i tak też był odbierany. Mowy wygłosiło dwóch byłych prezydentów, jeden republikanin i jeden demokrata – przedstawiciele starej, patriotycznej klasy politycznej. Nazwisko obecnego prezydenta nigdy nie padło. Zauważyć można było też pieśni i symbole starego porządku: „The Battle Hymn of the Republic” (pieśń patriotyczna sięgająca czasów wojny secesyjnej), amerykańskie flagi, dwaj synowie McCaina w mundurach oficerskich – tak bardzo różni od synów Trumpa. Susan Glassner opisywała pogrzeb w „The New Yorker” jako „spotkanie ruchu oporu pod łukowymi sklepieniami i z witrażami w oknach”. W rzeczywistości ceremonia była niesamowicie podobna do mającego miejsce w 1956 r. pogrzebu Laszló Rajka, węgierskiego komunisty i szefa tajnej policji, który padł ofiarą czystek i został zamordowany przez towarzyszy w 1949 r. Żona Rajka stała się otwartym krytykiem reżimu, a pogrzeb zamienił się praktycznie w wiec polityczny, pomagając rozpocząć węgierską rewolucję antykomunistyczną kilka tygodni później.

Czyszczenie sumienia

Podczas pogrzebu McCaina nie zdarzyło się nic równie dramatycznego. Ale sytuacja stała się jasna. Półtora roku po objęciu przez Trumpa urzędu ceremonia wyznaczyła punkt zwrotny, moment, w którym wielu Amerykanów zaczęło przyjmować w życiu publicznym strategie, taktykę i samousprawiedliwienia, jakich w przeszłości używali mieszkańcy okupowanych krajów – mimo że osobiste ryzyko było, stosunkowo rzecz biorąc, niskie.

Polacy w latach 50. XX w. kończyli na wygnaniu, jak Miłosz. Dysydenci we wschodnich Niemczech tracili prawo do pracy i nauki. W surowszych reżimach, jak stalinowska Rosja, protest publiczny mógł skutkować wieloletnim pobytem w obozie koncentracyjnym. Nieposłuszni oficerowie Wehrmachtu byli skazywani na egzekucję przez powolne uduszenie.

W porównaniu z nimi przed jakim niebezpieczeństwem stoi republikański senator, który odważy się zapytać, czy Trump działa w interesie kraju? Może straci miejsce w Senacie i wyląduje jako lobbysta z siedmiocyfrowym przychodem albo wykładowca w Harvard Kennedy School? Może podzielić okrutny los Jeffa Flake’a, byłego senatora stanu Arizona, który został zatrudniony przez CBS News jako komentator. Może ucierpieć jak Romney, który tragicznie nie został zaproszony na konferencję Conservative Political Action, która w tym roku okazała się rozsadnikiem wirusa COVID-19.

A mimo to po dwudziestu miesiącach administracji Trumpa senatorzy i inni poważnie myślący republikanie obecni w życiu publicznym, którzy powinni wiedzieć lepiej, zaczynają opowiadać sobie historie, które brzmią bardzo podobnie do opisanych w „Zniewolonym umyśle” Miłosza. Niektóre z tych historii się pokrywają, niektóre są jedynie cienką przykrywką dla interesowności. Ale wszystkie są znanymi usprawiedliwieniami kolaboracji, które znamy z przeszłości. Oto najpopularniejsze z nich.

Wiosną 2019 r. mój znajomy, który jest zwolennikiem Trumpa, skontaktował mnie z pewnym urzędnikiem administracji, nazwijmy go Markiem. Ostatecznie spotkaliśmy się przy drinku. Nie zdradzę szczegółów, bo rozmawialiśmy nieoficjalnie, ale w żadnym wypadku Mark nie ujawnił mi ukrytych informacji ani nie krytykował Białego Domu. Wręcz przeciwnie, przedstawiał się jako patriota i prawdziwy wyznawca. Popierał język idei „najpierw Ameryka” i był przekonany, że da się ją wcielić w życie.

Kilka miesięcy później spotkałam Marka po raz drugi. Zaczęły się przesłuchania w ramach procedury impeachmentu, a w wiadomościach szedł temat zwolnienia ambasador USA na Ukrainie Marie Yovanovitch. Prawdziwa natura ideologii obecnej administracji – najpierw Trump, a nie najpierw Ameryka – stała się coraz bardziej oczywista. Nadużycie przez prezydenta pomocy wojskowej dla Ukrainy i jego ataki na służbę cywilną sugerowały nie patriotyczny Biały Dom, ale prezydenta skupionego na własnych interesach. A jednak Mark nie przeprosił za prezydenta. Zamiast tego zmienił temat. – Było warto – powiedział – ze względu na Ujgurów.

Myślałam, że się przesłyszałam. Ujgurów? Dlaczego Ujgurów? Nieznane mi były jakiekolwiek działania administracji podjęte, by pomóc uciskanej mniejszości muzułmańskiej w chińskiej prowincji Sinciang. Mark zapewnił mnie, że powstały pisma, wygłoszono oświadczenia, a sam prezydent dał się przekonać, żeby powiedzieć coś w ONZ. Bardzo mocno wątpiłam, żeby te puste słowa przyniosły Ujgurom jakąś korzyść – Chiny nie zmieniły postępowania, a obozy koncentracyjne wzniesione dla Ujgurów nadal stoją. Mimo to Mark miał czyste sumienie. Tak, Trump niszczy reputację Stanów Zjednoczonych na świecie i tak, Trump rujnuje amerykańskie sojusze, ale Mark był tak ważny dla sprawy ujgurskiej, że ludzie tacy jak on mogą z czystym sumieniem nadal pracować dla administracji.

Mark sprawił, że przypomniałam sobie historię Wandy Telakowskiej, polskiej działaczki kulturalnej, która w 1945 r. czuła się podobnie jak on. Telakowska przed wojną zbierała i promowała sztukę ludową. Po wojnie podjęła istotną decyzję, by dołączyć do Ministerstwa Kultury. Komunistyczne przywództwo aresztowało i mordowało swoich przeciwników – charakter reżimu stawał się jasny. Niemniej jednak Telakowska uważała, że może wykorzystać swoją pozycję w komunistycznym establishmencie, by pomagać polskim artystom i projektantom w promowaniu ich prac i przekonać polskie firmy do masowej produkcji ich wzorów. Ale świeżo znacjonalizowane fabryki nie były zainteresowane zamawianymi przez nią wzorami. Komunistyczni politycy, sceptycznie podchodzący do jej lojalności, kazali Telakowskiej pisać artykuły pełne marksistowskich bzdur. Ostatecznie zrezygnowała, nie osiągnąwszy nic z tego, co sobie zaplanowała. Późniejsze pokolenie artystów potępiło ją jako stalinistkę i zapomniało o niej.

Odważny, bo anonimowy

„Możemy ochronić kraj przed prezydentem”. To oczywiście jest argument użyty przez „Anonima” – autora niepodpisanego tekstu opublikowanego w „The New York Times” we wrześniu 2018 r. Dla tych, którzy już nie pamiętają – sporo się wydarzyło od tego czasu – artykuł opisywał „nieobliczalne zachowanie” prezydenta, jego niezdolność do koncentracji, ignorancję, a przed wszystkim jego brak „więzi z ideałami od dawna prezentowanymi przez konserwatystów: wolne umysły, wolne rynki i wolni ludzie”. „Źródłem problemu”, jak podsumował Anonim, była „amoralność prezydenta”. Zasadniczo artykuł opisywał prawdziwy charakter alternatywnego systemu wartości wprowadzonego w Białym Domu przez Trumpa w chwili, kiedy nawet nie wszyscy w Waszyngtonie go rozumieli. Ale nawet kiedy zaczęli rozumieć, że prezydenturą Trumpa rządzi jego narcyzm, Anonim nie zrezygnował z pracy, nie protestował, nie robił hałasu ani nie prowadził żadnej akcji przeciwko prezydentowi i jego partii.

Zamiast tego Anonim doszedł do wniosku, że właściwym tokiem działania dla takich pracowników służby cywilnej jak on jest pozostanie wewnątrz systemu, gdzie mogą sprytnie odciągać uwagę prezydenta i ograniczać jego działania. Anonim nie był odosobniony. Gary Cohn, podówczas doradca gospodarczy Białego Domu, powiedział Bobowi Woodwardowi (znanemu amerykańskiemu dziennikarzowi, który wraz z Carlem Bernsteinem ujawnił aferę Watergate), że usuwał papiery z biura prezydenta, żeby powstrzymać go od wycofania się z umowy handlowej z Koreą Południową. James Mattis, pierwotny sekretarz obrony w administracji Trumpa, pozostał na tym stanowisku, bo myślał, że będzie mógł edukować prezydenta o wartości amerykańskich sojuszy, a przynajmniej uchronić niektóre z nich przed zniszczeniem.

Tego rodzaju zachowania znajdują odbicie w innych krajach i innych czasach. Kilka miesięcy temu rozmawiałam w Wenezueli z Victorem Alvarezem, ministrem w jednym z rządów Hugo Cháveza, a wcześniej wysoko postawionym urzędnikiem. Alvarez wyjaśnił mi, jakich argumentów użył, by ochronić część prywatnego przemysłu, i jak sprzeciwiał się masowej nacjonalizacji. Alvarez był w rządzie od końca lat 90. aż do 2006 r. Był to okres, w którym Chávez coraz intensywniej używał policji przeciwko pokojowym demonstrantom i podważał instytucje demokratyczne. A mimo to Alvarez został, mając nadzieję, że ograniczy najgorsze instynkty gospodarcze Cháveza. Koniec końców zrezygnował, gdy doszedł do wniosku, że Chávez stworzył wokół siebie kult lojalistów – Alvarez nazwał to „subklimatem” posłuszeństwa – i przestał słuchać wszystkich, którzy się z nim nie zgadzali.

W reżimach autorytarnych wiele osób będących wewnątrz ostatecznie dochodzi do wniosku, że ich obecność po prostu się nie liczy. Cohn po publicznym darciu szat, kiedy prezydent stwierdził, że na śmiertelnym wiecu białych suprematystów w Charlottesville (stan Wirginia) byli „świetni ludzie po obu stronach”, ostatecznie zrezygnował, gdy Trump podjął zgubną decyzję o nałożeniu ceł na stal i aluminium, która to decyzja zaszkodziła amerykańskim firmom. Mattis doszedł do punktu krytycznego, kiedy prezydent porzucił Kurdów, wieloletnich sojuszników USA w walce przeciwko Państwu Islamskiemu.

Lecz choć obaj zrezygnowali, to ani Cohn, ani Mattis nie wypowiedzieli się publicznie w żaden zauważalny sposób. Ich obecność w Białym Domu pomogła zbudować wiarygodność Trumpa wśród tradycyjnych wyborców republikańskich. Ich obecne milczenie nadal służy celom prezydenta. Co do Anonima, nie wiemy, czy pozostaje on lub ona nadal w aparacie administracji. Dla porządku zwracam uwagę, że Alvarez mieszka w Wenezueli, faktycznym państwie policyjnym, a jednak jest gotów występować przeciwko systemowi, który pomógł stworzyć. Cohn, Mattis i Anonim, swobodnie mieszkający w Stanach Zjednoczonych, nie byli aż tak odważni.

Kompetencje nie dla swoich

„Ja osobiście na tym skorzystam”. To oczywiście są słowa, które niewielu ludzi wypowiada na głos. Być może niektórzy po cichu przyznali się przed sobą, że nie zrezygnowali albo nie protestowali, bo straciliby pieniądze albo status. Ale nikt nie chce mieć opinii karierowicza czy renegata. Po upadku muru berlińskiego nawet Markus Wolf próbował przedstawić siebie jako idealistę. W wywiadzie udzielonym w 1996 r. ten niesławny cynik stwierdził, że naprawdę wierzył w ideały marksizmu-leninizmu i nadal w nie wierzy.

Wielu ludzi w administracji Trumpa i wokół niej szuka korzyści osobistych. Liczni robią to tak jawnie, że to aż zaskakuje i jest nietypowe we współczesnej polityce amerykańskiej, przynajmniej na tym poziomie władzy.

Jako ideologia hasło „najpierw Trump” im odpowiada, bo daje przyzwolenie na to, żeby siebie postawić na pierwszym miejscu. By podać dowolny przykład: Sonny Perdue, sekretarz rolnictwa, to były gubernator stanu Georgia i biznesmen, który – podobnie jak Trump – znany jest z tego, że odmówił przeniesienia swoich spółek rolniczych w tzw. ślepe powiernictwo, kiedy obejmował urząd. Perdue nigdy nawet nie udawał, że rozdziela swoje interesy polityczne i prywatne. Od czasu gdy znalazł się w gabinecie, rozdzielił, niemal bez nadzoru, miliardy dolarów na „odszkodowania” dla gospodarstw, które ucierpiały na polityce handlowej Trumpa. Swój departament obsadził byłymi lobbystami, którzy teraz odpowiadają za regulowanie swoich branż: Zastępca sekretarza Stephen Censky przez 21 lat był prezesem American Soybean Association (Amerykańskiego Stowarzyszenia Producentów Soi), Broke Appleton, zanim został szefem sztabu Censky’ego, był lobbystą na rzecz National Corn Growers Association (Krajowego Stowarzyszenia Hodowców Kukurydzy) i wrócił już do tej organizacji, zaś Kailee Tkacz należąca do panelu doradców ds. żywienia, jest byłą lobbystką Snack Food Association (Stowarzyszenia Producentów Przekąsek). Listę można ciągnąć długo, podobnie jak listy niedających gwarancji niezależności pracowników w Departamencie Energii, Agencji Ochrony Środowiska i innych urzędach.

Departament Perdue zatrudnia także nieprzeciętny szereg ludzi, którzy nie mają żadnego doświadczenia w rolnictwie. Do owych współczesnych aparatczyków, zatrudnionych ze względu na lojalność, a nie kompetencje, należą kierowca dalekobieżnych samochodów ciężarowych, osoba obsługująca domki w country clubie, właściciel firmy produkującej świeczki zapachowe oraz stażysta Republikańskiego Komitetu Krajowego. Kierowcy ciężarówek płacono 80 tys. dolarów rocznie za rozszerzanie rynków na amerykańskie produkty rolne za granicą. Dlaczego uznano go za wykwalifikowanego? Miał doświadczenie w „przewozie i wysyłce towarów rolnych”.

Odroczona rezygncja

„Muszę być blisko władzy”. Jeszcze jeden rodzaj korzyści, trudniejszy do zmierzenia, powstrzymuje od mówienia wielu ludzi, którzy sprzeciwiają się polityce lub zachowaniu Trumpa: odurzające doświadczenie władzy i przekonanie, że bliskość osoby u władzy nadaje wyższy status. To także nie jest niczym nowym. W artykule dla „The Atlantic” z 1968 r. James Thomson, amerykański ekspert od spraw Azji Wschodniej, błyskotliwie wyjaśnił, jak funkcjonowała władza w amerykańskich instytucjach podczas wojny w Wietnamie. Kiedy wojna przybrała zły obrót, wielu ludzi nie zrezygnowało i nie wypowiadało się publicznie, ponieważ zachowanie „skuteczności” – tajemniczej kombinacji szkolenia, stylu i powiązań, wedle definicji Thomsona – było przedmiotem ich niepohamowanej troski. Nazwał to „pułapką skuteczności”, czyli obezwładniającą skłonnością do zachowania milczenia lub przyzwolenia w obecności wielkich ludzi, by podjąć walkę innego dnia, poddać się w tej sprawie, by być „skutecznym” w sprawach późniejszych. Nie jest to wyłącznie skłonność młodzieży – niektórzy z naszych najstarszych urzędników, ludzie bogaci i sławni, których miejsce w historii jest pewne, zachowali milczenie, by nie stracić powiązania z władzą.

Oczywiście w każdej instytucji, prywatnej czy publicznej, szef czasem podejmuje decyzje, które się jego podwładnym nie podobają. Ale kiedy naruszane są nieustannie zasady podstawowe, a ktoś ciągle odwleka rezygnację, argumentując, że „zawsze mogę rzucić się na stos następnym razem”, wówczas chybiona polityka pozostaje niepodważona, z fatalnym skutkiem.

W innych krajach pułapkę efektywności nazywa się inaczej. W swojej niedawno wydanej książce o putinizmie, „Between Two Fires”, Joshua Yaffa opisał rosyjską odmianę tego syndromu. Zwrócił uwagę, że w języku rosyjskim funkcjonuje słowo „prisposobleniec”, oznaczające „osobę obdarzoną umiejętnością kompromisu i adaptacji, która intuicyjnie rozumie, czego się od niej oczekuje, i odpowiednio do tego dostosowuje swoje przekonania i postępowanie”. W Rosji Putina każdy, kto chce pozostać w obiegu: być blisko władzy, zachować wpływy, wywoływać szacunek, zna konieczność dokonywania ciągłych niewielkich zmian w swoim języku i zachowaniu, zachowania ostrożności w tym, co się mówi i do kogo, orientowania się, kiedy krytyka jest dopuszczalna, a co stanowi naruszenie niepisanych zasad. Tym, którzy naruszą te zasady, przeważnie nie grozi więzienie – Rosja Putina nie jest Rosją stalinowską – ale doznają bolesnego wykluczenia ze ścisłych kręgów.

Mistyczna siła przyciągania tego związku z władzą, poczucia przynależności do wewnętrznego kręgu, jest trudna do wytłumaczenia komuś, kto sam tego nigdy nie doświadczył. Niemniej jednak istnieje i jest wystarczająco silna, by mieć wpływ nawet na osoby na najwyższych szczeblach w USA, dobrze znane i wpływowe. John Bolton, były doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, zatytułował swoją nieopublikowaną jeszcze książkę „Pokój, w którym to się zdarzyło” („The Room Where It Happened”), ponieważ, oczywiście, tam właśnie zawsze chciał być. Znajomy, który często wpada na Lindseya Grahama w Waszyngtonie, powiedział mi, że za każdym razem, kiedy się spotykają, ten „chwali się, że właśnie spotkał się z Trumpem”, wykazując przy tym poziom ekscytacji na poziomie szkoły średniej tak, jakby „popularny as sportowy właśnie raczył obdarzyć odrobiną uwagi jajogłowego przewodniczącego klubu dyskusyjnego – ten potężny, wielki dzieciak mnie lubi!”. Od tego rodzaju intensywnej przyjemności trudno odstąpić, a jeszcze trudniej bez niej żyć.

Świat bez wartości

„LOL nic nie jest istotne”. Cynizm, nihilizm, relatywizm, amoralność, ironia, sarkazm, nuda, rozbawienie – to wszystko są i zawsze były powody do kolaboracji. Marko Martin, autor powieści i relacji podróżniczych, który dorastał we wschodnich Niemczech, mówił mi, że w latach 80. ubiegłego wieku niektórzy członkowie wschodnioniemieckiej bohemy utrzymywali – pod wpływem będących wówczas w modzie intelektualistów francuskich – że nie ma czegoś takiego jak moralność czy niemoralność ani czegoś takiego jak dobro czy zło, czy też czegoś takiego jak właściwe i niewłaściwe, „więc równie dobrze można kolaborować”.

Ten instynkt ma swoją amerykańską odmianę. Tutejsi politycy, którzy przez całe życie stosowali się do zasad i zwracali uwagę na swoje słowa, pilnując języka i wygłaszając pobożne mowy o moralności i rządzeniu, mogą ukradkiem odczuwać admirację dla kogoś takiego jak Trump, kto łamie wszystkie zasady i uchodzi mu to płazem.

Kłamie, oszukuje, wyłudza, odmawia okazania współczucia, sympatii lub empatii, nie udaje, że w cokolwiek wierzy albo przestrzega jakiegoś kodeksu moralnego. Symuluje patriotyzm za pomocą flag i gestów, ale nie zachowuje się jak patriota. W jego kampanii w 2016 r. dążono do uzyskania pomocy od Rosji (Jeśli to jest to, co mówisz, to bardzo mi się podoba – stwierdził Donald Trump jr, kiedy zaoferowano mu rosyjskie „haki” na Hillary Clinton), a sam Trump wzywał Rosję do zhakowania jego przeciwniczki. I dla niektórych ludzi w najwyższych kręgach administracji i partii te cechy charakteru mogą mieć głęboki urok, do którego się nie przyznają. Bo jeśli nie ma nic takiego jak moralność i niemoralność, to każdy jest domyślnie zwolniony z potrzeby stosowania się do zasad. Jeżeli prezydent nie przestrzega konstytucji, to dlaczego ja miałbym to robić? Jeżeli prezydent może oszukiwać w wyborach, to dlaczego ja miałbym nie móc? Jeżeli prezydent może spać z gwiazdami porno, to dlaczego ja nie powinienem?

To było oczywiście spostrzeżenie ruchu „alt-right”, który rozumiał mroczną atrakcyjność amoralności, otwartego rasizmu, antysemityzmu i mizoginii na długo przed innymi osobami w Partii Republikańskiej. Michaił Bachtin, rosyjski filozof i krytyk literacki, widział pokusę tego, co zakazane, już sto lat temu, kiedy pisał o głębokim uroku karnawału, przestrzeni, w której wszystko, co zabronione, nagle staje się dozwolone, gdzie zezwala się na ekscentryczność, a bluźnierstwo zwycięża nad pobożnością. Taka właśnie jest administracja Trumpa: nic oznacza wszystko, zasady są nieistotne, a prezydent jest królem karnawału.

Ład i tradycja

„Może moja strona ma wady, ale opozycja jest o wiele gorsza”. Kiedy marszałek Philippe Pétain, przywódca kolaboracyjnej Francji, przejmował rząd Vichy, uczynił to w imię restauracji Francji, którą uważał za straconą. Pétain był zagorzałym krytykiem Republiki Francuskiej, a kiedy już przejął władzę, zastąpił jej słynne hasło „Liberté, égalité, fraternité” (wolność, równość, braterstwo) innym sloganem: „Travail, famille, patrie”, czyli praca, rodzina, ojczyzna. W miejsce „fałszywej idei naturalnej równości ludzi” proponował przywrócenie „hierarchii społecznej” – ładu, tradycji i religii. Zamiast zaakceptować nowoczesność, Pétain chciał cofnąć czas.

Wedle niego kolaboracja z Niemcami nie była jedynie wstydliwą koniecznością. Była niezbędna, bo dawała patriotom możliwość walki z prawdziwym wrogiem: francuskimi parlamentarzystami, socjalistami, anarchistami, Żydami i innymi lewakami i demokratami wszelkiego autoramentu, którzy – jak wierzył – osłabiali naród, ograbiali go z żywotności i niszczyli jego esencję. „Raczej Hitler niż Blum” – głosiło powiedzenie. Blum był socjalistycznym premierem Francji pod koniec lat 30. XX w. (i Żydem). Jeden z ministrów Vichy, Pierre Laval, znany jest z oświadczenia, że ma nadzieję, iż Niemcy podbiją całą Europę. W przeciwnym razie, dowodził, „jutro zainstaluje się nam wszędzie bolszewizm”.

Dla Amerykanów tego rodzaju usprawiedliwienie powinno brzmieć bardzo znajomo – słyszymy jego odmiany od 2016 r. Egzystencjalny charakter zagrożenia „z lewej strony” był wielokrotnie wykładany. „Obecna rzeczywistość i przyszły kierunek naszych liberałów-lewicowców są niekompatybilne z ludzką naturą” – pisał Michael Anton w „Wyborach lotu 93” (Lot 93 to jedyny z porwanych 11 września 2001 r. samolotów, który nie osiągnął celu porywaczy). Prowadząca program w Fox News Laura Ingraham ostrzegała, że zagrażają nam także „masowe zmiany demograficzne”. „Wydaje się, że w niektórych częściach kraju Ameryka, którą znamy i kochamy, już nie istnieje”.

To jest logika Vichy: naród jest martwy lub umierający, więc wszystko, co możesz zrobić, by go wskrzesić, jest uzasadnione.

Niezależnie od tego, jak bardzo krytykuje się Trumpa, jakie szkody wyrządził demokracji i praworządności, jakich korupcyjnych transakcji by nie zawierał, zasiadając w Białym Domu, wszystko to maleje w porównaniu z przerażającą alternatywą: liberalizmem, socjalizmem, dekadencją moralną, zmianą demograficzną i degradacją kulturową, które byłyby nieuniknionym wynikiem prezydentury Hillary Clinton.

Republikańscy senatorzy, którzy gotowi są nieoficjalnie wyrazić swoją odrazę do Trumpa, ale w lutym głosowali za tym, by pozostał na urzędzie, oddają się odmianie tego sentymentu. (Trump umożliwia im mianowanie takich sędziów, jak chcą, a ci sędziowie pomogą im stworzyć taką Amerykę, jakiej chcą). Podobnie czynią ewangeliczni kaznodzieje, którzy powinni czuć obrzydzenie do osobistych zachowań Trumpa, a zamiast tego argumentują, że obecna sytuacja ma precedens w Piśmie. Jak król Dawid z Biblii prezydent jest grzesznikiem, niedoskonałym naczyniem, lecz mimo to oferuje upadłemu narodowi drogę do zbawienia.

CZYTAJ TAKŻE: Anne Applebaum: Trump pójdzie dalej w manipulowaniu rasizmem do celów politycznych?

Biblijny moment

To apokaliptyczne myślenie rodem z Vichy dogłębnie uformowało trzech najważniejszych członków gabinetu Trumpa: wiceprezydenta Mike’a Pence’a, sekretarza stanu Mike’a Pompeo i prokuratora generalnego Williama Barra. Wszyscy trzej są wystarczająco bystrzy, by rozumieć, co tak naprawdę oznacza trumpizm, że nie ma on nic wspólnego z Bogiem czy wiarą, że jest egoistyczny, chciwy i niepatriotyczny. A jednak pewien były pracownik administracji (jeden z nielicznych, którzy zrezygnowali) powiedział mi, że zarówno Pence, jak i Pompeo „przekonali samych siebie, że to moment biblijny”. Wszystko to, czym się przejmują: zakazanie aborcji i małżeństw jednopłciowych oraz (choć to nigdy nie pada głośno) zachowanie białej większości w Stanach, jest zagrożone. Czasu jest coraz mniej. Wierzą, że „zbliża się czas Porwania Kościoła i że teraz jest czas o głębokim znaczeniu religijnym”. Barr w mowie wygłoszonej na uczelni Notre Dame również opisał swoje przekonanie, że „wojowniczy świeccy” niszczą Amerykę, że „ludziom wiary narzuca się niereligijność i wartości świeckie”. Jakiekolwiek zło Trump by czynił, cokolwiek by  uszkodził lub zniszczył, przynajmniej umożliwia Barrowi, Pence’owi i Pompeo uratowanie Ameryki od znacznie gorszego losu.

Jeśli ma się przekonanie, że żyjemy w czasach ostatecznych, to wszystko, co uczyni prezydent, może zostać wybaczone.

Cena strachu

„Boję się wystąpić”. Strach jest oczywiście najważniejszym powodem, dla którego członek społeczeństwa autorytarnego lub totalitarnego nie protestuje i nie rezygnuje z funkcji, nawet jeśli przywódca popełnia przestępstwa, narusza swoją oficjalną ideologię albo zmusza ludzi do czynów, o których wiedzą, że są niewłaściwe. W ekstremalnych dyktaturach, jak nazistowskie Niemcy i stalinowska Rosja, ludzie boją się o swoje życie. W bardziej miękkich dyktaturach, jak Niemcy Wschodnie po 1950 r. i dzisiejsza Rosja putinowska, ludzie obawiają się utraty pracy lub mieszkania. Strach działa jako motywacja nawet wtedy, kiedy przemoc jest wspomnieniem, a nie rzeczywistością. Kiedy studiowałam w Leningradzie w latach 80. ubiegłego wieku, niektórzy ludzie nadal odstępowali z przerażeniem, kiedy moim rosyjskim z wyraźnym akcentem pytałam na ulicy o drogę. W 1984 r. nikomu nie groziło aresztowanie za rozmowę z cudzoziemcem, ale 30 lat wcześniej mogło, a pamięć kulturowa pozostała.

Przywódcy republikanów wydają się nie wiedzieć, że podobne fale strachu pomogły przekształcić inne demokracje w dyktatury.

W Stanach Zjednoczonych trudno sobie wyobrazić, że strach może być czyjąkolwiek motywacją. Nie ma u nas i nigdy nie było masowych mordów wrogów politycznych reżimu. Opozycja polityczna jest legalna, a wolność prasy i swobodę wypowiedzi mamy zagwarantowaną w konstytucji. A jednak nawet w jednej z najstarszych i najbardziej stabilnych demokracji świata strach jest motywem. Ten sam były pracownik administracji, który zauważył wagę apokaliptycznego chrześcijaństwa w Waszyngtonie pod rządami Trumpa, powiedział mi także z ponurą odrazą, że „oni wszyscy są wystraszeni”.

Boją się nie więzienia – powiedział urzędnik – ale tego, że Trump ich zaatakuje na Twitterze. Boją się, że wymyśli dla nich jakieś przezwisko. Boją się, że będą wyśmiewani albo zawstydzani, jak Mitt Romney. Boją się, że stracą swoje miejsce w społeczności, że przestaną być zapraszani na przyjęcia. Boją się, że ich przyjaciele i zwolennicy, a w szczególności darczyńcy, ich opuszczą. John Bolton ma swój własny, mocny komitet polityczny i wiele planów jego wykorzystania, nic więc dziwnego, że opierał się przed zeznawaniem przeciw Trumpowi. Były przewodniczący Izby Reprezentantów Paul Ryan należy do dziesiątek republikanów z Izby, którzy odeszli z Kongresu od początku tej administracji, co jest jedną z najbardziej uderzających wymian personelu w historii Kongresu. Odeszli, bo nienawidzili tego, co Trump robi z ich partią i ich krajem. A jednak nawet po odejściu nie zabrali głosu.

Są wystraszeni i chyba nie wiedzą, że ten strach ma precedensy albo że może mieć konsekwencje. Nie wiedzą, że podobne fale strachu pomogły przekształcić inne demokracje w dyktatury. Nie zdają sobie chyba sprawy, że amerykański Senat naprawdę może się stać rosyjską Dumą albo węgierskim Parlamentem, grupą wywyższonych mężczyzn i kobiet, którzy siedzą w eleganckim budynku i nie mają na nic wpływu, żadnej władzy. W rzeczy samej już jest nam znacznie bliżej do tej rzeczywistości, niż wielu to sobie wyobraża.

Wygaszanie dowodów

W lutym wielu członków przywództwa Partii Republikańskiej, senatorów republikańskich i ludzi z administracji używało różnych wersji tego racjonalizowania, by usprawiedliwić swój sprzeciw wobec impeachmentu. Wszyscy widzieli dowody na to, że Trump posunął się za daleko w swoich kontaktach z prezydentem Ukrainy. Wszyscy wiedzieli, że próbował użyć narzędzi amerykańskiej polityki zagranicznej, w tym funduszy wojskowych, by zmusić zagranicznego przywódcę do poprowadzenia dochodzenia przeciwko krajowemu przeciwnikowi politycznemu. A jednak senatorzy republikańscy, z Mitchem McConnellem na czele, nigdy nie podeszli poważnie do tych zarzutów. Wyśmiewali się z demokratycznych przywódców w Izbie, którzy przedstawiali zarzuty. Postanowili, że nie dopuszczą dowodów. Z wyjątkiem Romneya wszyscy głosowali za zamknięciem dochodzenia. Nie skorzystali z możliwości, by kraj pozbył się prezydenta, którego operacyjny system wartości, oparty na korupcji, raczkującym autorytaryzmie, przekonaniu o własnej wartości oraz rodzinnych interesach biznesowych, stoi w sprzeczności ze wszystkim, w co większość z nich wierzy wedle ich własnych deklaracji.

Już miesiąc później, w marcu, skutki tej decyzji stały się nagle jasne. Gdy Stany Zjednoczone i cały świat znalazł się w kryzysie spowodowanym przez koronawirusa, na którego nie ma lekarstwa, szkody wyrządzone przez prezydencki narcyzm, skupiony na nim samym i tylko jemu służący – jego prawdziwa „ideologia” – stały się w końcu widoczne. Kierował federalną reakcją na wirusa, która była chaotyczna na historyczną skalę. Zniknięcie rządu federalnego nie było starannie zaplanowanym przekazaniem władzy stanom, jak niektórzy próbowali twierdzić, czy przemyślaną decyzją, by skorzystać z talentów spółek prywatnych.

Był to nieunikniony wynik trzyletniego zamachu na profesjonalizm, lojalność, kompetencje i patriotyzm. Zmarły dziesiątki tysięcy ludzi, a gospodarka jest w ruinie.

Tej kompletnej katastrofy można było uniknąć. Gdyby Senat usunął z urzędu prezydenta w drodze impeachmentu miesiąc wcześniej, gdyby gabinet powołał się na XXV poprawkę do konstytucji, gdy tylko niezdolność Trumpa do sprawowania urzędu stała się jasna, gdyby ci anonimowi i nieoficjalnie wypowiadający się urzędnicy razem ostrzegli społeczeństwo, gdyby nie byli zamiast tego tak przejęci zachowaniem swojej bliskości do władzy, gdyby senatorzy nie wystraszyli się swoich darczyńców, gdyby Pence, Pompeo i Barr nie wierzyli, że Bóg wybrał ich, by odegrali szczególną rolę w tych „biblijnych czasach” – gdyby choć jedna z tych spraw potoczyła się inaczej, być może udałoby się uniknąć tysięcy zgonów i historycznego załamania gospodarczego.

Cena kolaboracji w Stanach Zjednoczonych już okazała się wyjątkowo wysoka. A jednak ruch po równi pochyłej trwa, podobnie jak trwał w tak wielu okupowanych krajach w przeszłości. Najpierw ci, którzy umożliwili Trumpowi działanie, zaakceptowali kłamstwa o inauguracji, a teraz akceptują straszną tragedię i utratę przez Stany Zjednoczone przywództwa na świecie. A może być jeszcze gorzej. Gdy nadejdzie listopad, czy zniosą, albo wręcz pomogą w zamachu na system wyborczy – otwartych działaniach, by uniemożliwić głosowanie korespondencyjne, by zamknąć komisje wyborcze, by odstraszyć ludzi od głosowania? Czy zniosą przemoc, w miarę jak fani prezydenta w mediach społecznościowych będą podżegać protestujących do fizycznych ataków na urzędników krajowych i stanowych?

Każde pogwałcenie naszej konstytucji i naszego obywatelskiego pokoju jest absorbowane, racjonalizowane i akceptowane przez ludzi, którzy kiedyś widzieli lepiej. Jeżeli Trump wygra drugą kadencję po wyborach, które niemal z pewnością będą jednymi z najbardziej brutalnych wyborów w historii Stanów Zjednoczonych, ludzie ci zapewne zaakceptują także gorsze rzeczy. Oczywiście chyba że postanowią tego nie robić.

„Warto być przyzwoitym”

Kiedy odwiedziłam Marianne Birthler, nie sądziła, żeby rozmowa o kolaboracji w Niemczech Wschodnich była interesująca, bo wszyscy w Niemczech Wschodnich kolaborowali. Zapytałam ją zatem o dysydentów. Kiedy wszyscy przyjaciele, wszyscy nauczyciele, wszyscy pracodawcy twardo stoją za systemem, jak znaleźć odwagę, by mu się sprzeciwić? Odpowiadając, Birthler unikała słowa odwaga. – Tak jak ludzie mogą się dostosować do korupcji czy niemoralności – mówiła – tak samo mogą powoli nauczyć się sprzeciwu. Wybór, by stać się dysydentem, może być prostym wynikiem „szeregu małych decyzji, które się podejmuje”, na przykład, by nie iść na pochód pierwszomajowy albo nie śpiewać hymnu partii. Aż wreszcie pewnego dnia odkrywasz, że w sposób nieodwracalny znalazłeś się po drugiej stronie. W procesie tym często uczestniczą ludzie będący wzorami do naśladowania. Widzisz ludzi, których podziwiasz, i chcesz być taka jak oni. To może być nawet „samolubne”. – Chcesz zrobić coś dla siebie – mówiła Birthler – żeby szanować samą siebie.

Niektórym walkę ułatwia ich wychowanie. Rodzice Marko Martina nienawidzili wschodnioniemieckiego reżimu, i on także. Jego ojciec odmówił służby wojskowej ze względu na przekonania, i on także. Już w czasach Republiki Weimarskiej jego pradziadkowie należeli do „anarchosyndykalistycznej” lewicy antykomunistycznej, a on miał dostęp do ich książek. W latach 80. XX w. odmówił przyłączenia się do komunistycznej organizacji młodzieżowej Wolna Młodzież Niemiecka, przez co nie mógł pójść na studia. Zapisał się zamiast tego na szkolenie zawodowe, miał się uczyć na elektryka (odmówił zostania rzeźnikiem). Podczas zajęć na szkoleniu zawodowym jeden z uczniów odciągnął go na bok i nieco naokoło ostrzegł go, że Stasi zbiera o nim informacje. „Nie musisz mi mówić wszystkiego, co ci tkwi w głowie”. W końcu w maju 1989 r. pozwolono mu wyemigrować, zaledwie na kilka miesięcy przed upadkiem muru berlińskiego.

Co musiałoby się stać, żeby przywódcy republikanów przyznali sami przed sobą, że kult lojalnościowy Trumpa niszczy kraj, który ponoć kochają?

Mamy w Stanach nasze Marianne Birthler i naszych Marko Martinów: ludzi, których rodziny nauczyły ich szacunku dla konstytucji, którzy ufają praworządności, którzy wierzą w wagę neutralnej służby cywilnej, którzy mają wartości i wzorce do naśladowania spoza świata administracji Trumpa. W ciągu ostatniego roku wielu takich ludzi zdobyło się na odwagę, by bronić tego, w co wierzą. Kilkoro z nich znalazło się w świetle reflektorów. Fiona Hill – przykład imigranckiej historii sukcesu i osoba autentycznie wierząca w amerykańską konstytucję – nie bała się zeznawać na przesłuchaniach w sprawie impeachmentu w Izbie, nie bała się też wypowiadać przeciwko republikanom, którzy promowali nieprawdziwą historię o ukraińskiej interwencji w wyborach w 2016 r. – To jest fikcyjna narracja, która została przygotowana i rozpowszechniona przez rosyjskie służby bezpieczeństwa – oświadczyła zeznając przez Kongresem. – Prawda jest niestety taka, że to Rosja była zagranicznym mocarstwem, które od 2016 r. systematycznie atakowało nasze demokratyczne instytucje.

Podpułkownik Alexander Vindman – kolejny przykład imigranckiej historii sukcesu i kolejna osoba autentycznie wierząca w amerykańską konstytucję – także zdobył się na odwagę, najpierw raportując niestosowną rozmowę telefoniczną prezydenta z jego odpowiednikiem na Ukrainie, którą Vindman słyszał jako członek Narodowej Rady Bezpieczeństwa, a następnie mówiąc o tym publicznie. W swoich zeznaniach odwoływał się bezpośrednio do amerykańskiego systemu politycznego, tak różnego od systemów obowiązujących w miejscu, gdzie się urodził. – W Rosji – mówił – publiczne złożenie zeznań dotyczących prezydenta z pewnością kosztowałoby mnie życie. Ale jako obywatel Stanów Zjednoczonych i urzędnik publiczny… mogę żyć bez strachu o bezpieczeństwo własne i mojej rodziny.

Kilka dni po głosowaniu w sprawie impeachmentu w Senacie Vindman został fizycznie wyprowadzony z Białego Domu przez przedstawicieli mściwego prezydenta, który nie docenił peanów Vindmana na cześć amerykańskiego patriotyzmu, choć ponoć docenił je emerytowany generał Korpusu Marines John Kelly, były szef sztabu prezydenta. Zachowanie Vindmana – mówił Kelly w wystąpieniu kilka dni później – było dokładnie tym, czego ich uczymy od kołyski po grób. Poszedł i powiedział szefowi, co właśnie usłyszał.

Ale zarówno Hill, jak i Vindman mieli istotną przewagę w kilku punktach. Żadne z nich nie musi odpowiadać przed wyborcami albo przed darczyńcami. Żadne z nich nie ma prominentnego statusu w Partii Republikańskiej. Co musiałoby się stać, dla kontrastu, by Pence albo Pompeo doszli do wniosku, że prezydent ponosi odpowiedzialność za katastrofalny kryzys zdrowia i gospodarki? Co musiałoby się stać, żeby senatorzy republikańscy przyznali sami przed sobą, że kult lojalnościowy Trumpa niszczy kraj, który ponoć kochają? Co musiałoby się stać, żeby ich asystenci i podwładni doszli do tego samego wniosku, zrezygnowali i rozpoczęli kampanię przeciwko prezydentowi? Innymi słowy, co musiałoby się stać, żeby ktoś taki jak Lindsey Graham zachował się jak Wolfgang Leonhard?

Jeżeli, jak pisał Stanley Hoffmann, uczciwy historyk powinien mówić o „kolaboracjonizmach”, ponieważ zjawisko to występuje w tak wielu odmianach, to to samo ma zastosowanie do dysydencji, którą należałoby prawdopodobnie opisać jako „dysydencje”. Ludzie mogą nagle zmienić zdanie z powodu spontanicznego intelektualnego objawienia, jak to, którego doznał Wolfgang Leonhard, wchodząc do wyszukanej stołówki dla nomenklatury partyjnej, gdzie królowały białe obrusy i trzydaniowe posiłki. Ludzi mogą też przekonać wydarzenia zewnętrzne, np. nagłe zmiany polityczne. Świadomość, że reżim utracił swoją legitymację, było po części tym, co sprawiło, że Harald Jäger, nieznany i do tej chwili całkowicie lojalny strażnik graniczny z Niemiec Wschodnich, postanowił w nocy 9 listopada 1989 r. otworzyć bramę i pozwolić współobywatelom przejść przez mur berliński – ta decyzja doprowadziła w kolejnych dniach i miesiącach do upadku samych Niemiec Wschodnich. Jäger nie zaplanował swojej decyzji, była to spontaniczna reakcja na nieustraszoność tłumu. Ich wola była tak wielka – opowiadał kilka lat później o tych, którzy domagali się przejścia do Berlina Zachodniego – że nie było innej alternatywy jak otworzyć granicę.

Ale te sprawy są wszystkie ze sobą wzajemnie powiązane i niełatwo je rozplątać. Czynnik osobisty, polityczny, intelektualny i historyczny łączą się na różne sposoby w każdym ludzkim mózgu, a wyniki mogą być nieprzewidywalne. „Nagłe” objawienie Leonharda mogło się budować od wielu lat, być może od czasu aresztowania jego matki. Jägera poruszyła wielkość historycznej chwili tamtej listopadowej nocy, ale miał też znacznie drobniejsze zmartwienia: był zły na swojego szefa, który nie dał mu jasnych instrukcji, co ma robić.

Czy jakaś podobna kombinacja czynników drobnych i czynników politycznych kiedykolwiek przekona Lindseya Grahama, że pomógł zaprowadzić swój kraj w ciemny zaułek? Być może mogłoby go poruszyć doświadczenie osobiste, szturchnięcie od kogoś, kto reprezentuje jego poprzedni system wartości – powiedzmy dawny kolega z Sił Powietrznych, którego życie doznało szkody z powodu lekkomyślnego zachowania Trumpa, albo znajomy z rodzinnego miasta. A może wymaga to masowego wydarzenia politycznego: kiedy wyborcy zaczną się odwracać, być może Graham odwróci się wraz z nimi, argumentując jak Jäger, że „ich wola była tak wielka… że nie było innej alternatywy”. W końcu w którymś momencie rachunek konformizmu zacznie się zmieniać.

Krępujące i niewygodne stanie się dalsze popieranie idei „najpierw Trump”, szczególnie gdy Amerykanie doznają najgorszej recesji za ich życia i umierają na koronawirusa znacznie częściej niż ludzie w innych częściach świata.

A może jedynym antidotum jest czas. Z czasem historycy spiszą dzieje naszej ery i wyciągną z nich lekcje, tak jak my piszemy historię lat 30. czy 40. ubiegłego wieku. Miłosze i Hoffmannowie z przyszłości dokonają osądu z jasnością, jaką daje spojrzenie wstecz. Zobaczą wyraźniej niż my drogę, która zaprowadziła USA do historycznej utraty międzynarodowych wpływów, do katastrofy gospodarczej, do chaosu politycznego, jakiego nie doświadczyliśmy od lat prowadzących do wojny secesyjnej. Może wtedy Graham, wraz z Pence’em, Pompeo, McConnellem i całą masą pomniejszych postaci, zrozumie, co umożliwił.

A na razie zostawiam wszystkich, którzy mają to nieszczęście i są w tej chwili obecni w życiu publicznym, z ostatnią myślą Władysława Bartoszewskiego, który należał do polskiego podziemia w czasie wojny, był więźniem nazistów i stalinistów, a potem ministrem spraw zagranicznych w dwóch rządach demokratycznych. Pod koniec swojego życia, a dożył 93 lat, podsumował filozofię, którą kierował się przez wszystkie te burzliwe zmiany polityczne. Mówił, że to nie idealizm nim kierował i nie wielkie idee. To była ta myśl: warto być przyzwoitym. To właśnie zostanie zapamiętane, czy byłeś przyzwoitym.


https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26191045,anne-applebaum-jesli-trump-wygra-ludzie-zaakceptuja-jeszcze.html

 

Kategorie: Polityka

17 odpowiedzi »

  1. ml – napisz do mnie prywatnie (tpollin@gmail.com) bo nie moge sobie przypomniec aby Twoje inicjaly cos mi mowily.

  2. Jerzyfrajberg ja się wcale temu nie dziwie. Ta fryzjerka to jest tylko jeszcze jeden dowód na to ze prości ludzie maja o wiele więcej rozumu w głowie niż tzw. elity intelektualne którym rozne uniwersytety pomieszały w mózgownicach. Dziś strach posłać dziecko na studia… Niestety prosci i mądrzy ludzie rzadko kiedy maja możliwość się wypowiedzieć. Wypowiadają się za to w ich imieniu rozne Clintonowe i Bideny, ale tak naprawdę to ich głosem jest Prezydent Trump. I oni to czuja.

  3. W slowackiej telewizji ,nienawidzacej Trampa/tak jak wszystkie „porzadne” media/ redaktor sie pytal przechodniow na to,co mysla o Trampie.Oczywiscie,ze glupi,prrymitywny,niewyksztalcony ,rasista itd .itp. Az jedna fryzjerka powiedziala,ze osobiscie go nie zna,ale jej sie wydaje,ze prezident najpotezniejszego panstwa na musi byc na pewno madry,wyksztalcony i jako dziadek zydowskich wnukow nie moze byc rasista. Az mnie zatkalo..

  4. Teresa, dziekuje, ale to 50 kilka lat za pozno, mialas swoja szanse kiedy chodzilismy do tej samej szkoly w Warszawie.
    Wolalas wtedy mojego kolege, ktory byl nie tylko madry a tez czarujacy, co jak sie okazalo jest o wiele wazniejsze w zyciu, u mezczyzn tez. wiec dobrze wybralas.
    Kolega mieszka chyba teraz w Warszawie i z pewnoscia zna Anne Applebaum.nawet rzeczy nie bardzo nadajace sie do opublikowania, alas.

  5. „ml” nie wiem kto sie kryje za tymi literami, a szkoda. Zawsze bardzo madrze piszesz. Anne Appelbaum z okazji otwarcia muzeum Polin w Warszawie nazwala prezydenta Izraela, ktory mial bardzo przyzwoite przemowienie z tej okazji, „ten Likudnik”. Nie mogla sie zmusic aby powiedziec ze prezydent Izraela nazywa sie Rubi Riwlin.

  6. Victor, nie ma czegos takiego jak upodlenie dla idei. Ideologia to moze być głupota, naiwność, fanatyzm, zaślepienie, barbarzyństwo, manipulacja, ale nie upodlenie.
    Upodlenie to jest sprzedawanie się za pieniądze.
    Jak prostytucja.
    I tacy oni wlasnie sa, nie żadni tam ideolodzy…
    PS możesz dodać do tej listy Joe Bidena który nauczył się na pamiec łgarstw i oszczerstw wobec Trumpa a dziś mu życzył wyzdrowienia . Oślizgła żmija..

  7. O ile mi wiadomo (powtarzam slowa jej meza), p.Applebaum i w Ameryce i w pozostalym swiecie uwazana jest za Amerykanke. Ale nie w Polsce. I nie na aktualnym polskojezycznym blogu, tutaj tez kwitnie demonologia. No bo o co chodzi, do cholery? Jeden nazywa ja wprost sprytna Zydowka ktora swoje dzieci poslala do Szkoly Katolickiej”, druga dodaje, ze najbardziej podla się za pieniądze tak zwane „elity intelektualne” , niestety często żydowskiego pochodzenia … ta nieszczęsna Applebaum”. ”Kur wie lepiej? ”-pytano w 68.

  8. No ,to chyba przesada,ze Chomski podli sie dla pieniedzy, dla takich jak on pieniadze sa paskudnym kapitalistycznym wymyslem ,on sie podli dla marksistowskiej idei.

  9. Moj ojciec lubił mawiać : „ za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli”
    A najbardziej podla się za pieniądze tak zwane „ elity intelektualne” , niestety często żydowskiego pochodzenia jak Szlomo Sand, Noam Chomski czy ta nieszczęsna Applebaum.
    Pecula non olet.

  10. Ann Appelbaum za dlugo chyba mieszka w Polsce, choc i zanim zamieszkala tam, mieszkala w „The Washington Post” znanym jako „The Washington Compost”. Jesli chodzi o braci Vindman – obaj sluzyli w Armii amerykanskiej i jako tacy nie mieli byc zaangazowani w polityke – a jednak byli. Obaj byli i sa poplecznikami Obamy i spolki. Nie ma co ich bronic bo obaj maja brudne rece.

  11. „Nie ze mną te numery, Brunner”, to powiedzenie Hansa Klossa. Bez zadnego zwiazku z Eichmannem.

  12. To all my Trumpist friends: I strongly encourage you to reflect on Shakespeare’s phrase „all eyes, no sight”. That’s all.

  13. Nawet ironiczne, nazywanie tej oportunistki Aloisem Brunnerem,pomcnika Eichmnna ,jest glupota.Ale to bylo do przewidzenia, tacy jak ona porownuja krytykowanie LGBT Ruchu do Holocaustu.
    Do do wielostronicowego wypracowania ktore tylko „wiezla odpowiedz” wywolalo-to imponowalo w czasie studiow w Yale, gdzie dla wiekszosci studentow Europa jest Ciemna czescia Ksiezyca I wymieniniu 10u nazwisk Wsch. Europeiskich jest warte Nobla.O gatunku jej argumentow swiadczy oskrzanie Trumpa o uleganiu Chinom-mimo oczywistego falszu tego,
    W sprawie Pln.Korei, wgodnie zapomina ze Bozek Lewakow ,Carter, calowal Dziadka tego Kima w oba policzki, sa fotgrafie,a Clinton podpisal porozumienie-i Kim wykorzystal to do zbudowania Bomby.Co by ta Polka(inny jej blog tutaj) zrobila bez Trumpa ?!
    Chcilbym jej jeszcze podpowiedziec zamiast jej „name dropping” Marcus Wolf contra komus innemu, mogla po prostu, i bardziej prawdziwie, nazwac rodzine Gôriigow:
    Herman, ktorego tylko samobojstwo uratowalo przed szubienica w Norymberdze, I jego Brat, Albert ,ktory ratowal kogo sie dalo w czasie hitleryzmu.
    I ten jej bohater ktory wykladal na Yale, dzisiaj pod naciskiem BLM ,AOC,Partii Demokratycznej, wogole by swej pozycji uniwersyteckiej nie dostal- Bialy Przywilej , Partia Demokrtyczna uwielbiajca Socjaizm, Komunizm i terror. Marcus Wolf, tak, od razu, a ten nie.
    Wiec niech sobie Anna Appelbaum dalej swoje trywialki ktore imponuja prostakom i pokreslaja jej „wyjatkowosc” produkuje, ubawne to jest i dowodzi ze tupet, bezczelnosc, falsz zawsze znajda swoich odbiorcow, o Tmpora o Mores-i na Wieki Wiekow jak Anna Appelbaum ,sprytna Zydowka ktora swoje dzieci poslala do „Szkoly Katolickiej, zeby sie nauczyly Polskiej Kultury” (zeby szpiegowac czy wtopic sie, a nuz znowu..)by powiedziala.

  14. O tempora, o mores! Strzeżmy się czarownicy! Nie z nami te numery Brunner, wielostronicowy esej zasłużył na zdecydowany zwięzły odpór i dostał, niewydarzona propagandzistko.

  15. Zgodnie z zasadą Goebelsa – im większe kłamstwa i im częściej powtarzane tym szybciej staną się „prawdą”. W tym kontekście to wręcz niesamowite , że p. A. kończy artykół slowami „ warto być przyzwoitym. To właśnie zostanie zapamiętane, czy byłeś przyzwoitym.”!

  16. Bardzo ciekawy artykuł, wręcz niewiarygodny zlepek oszczerstw, przekłamań i grubej demagogii w służbie Partii Demokratycznej która bynajmniej nie przebiera w środkach aby tylko wygrać nadchodzące wybory !
    A najzabawniejsze jest ze pani Appelbaum dogłębnie i niby „ naukowo” opisuje nam zjawisko któremu sama ślepo uległa, czyli zjawisko pełnej kolaboracji z niebezpieczna i nieuczciwa ideologia tak zwanych „ Demokratów” ktorzy tyle maja wspólnego z prawdziwa demokracja co Stalin miał z prawdziwym socjalizmem !
    I pewnie robi to dla kariery bo nie uwierzę żeby inteligentna skądinąd osoba z tytułem naukowym sama wierzyła w te androny. Czyli ten najbardziej cyniczny wariant kolaboracji opisany przez nią sama. Piękny przykład autodetmaskacji.

  17. Co ona chrzani , Trump „podlizuje sie Chinom” ?! Nikt inny tylko Trump odwazyl sie zahamowac chinskie oszustwa w imporcie, eksporcie, kradziezy patentow.
    Wszystkie doslownie kraje cierpia przez to, ale to ten chamski Trump mial odwage sie tym zajac .
    To on odwazyl sie oponowac i przeszkadzac mullom iranskim rozzuchwalonym przez ta metna postac, Baraka Obame
    Byloby nieszczesciem gdyby BLMy, Queers for Palestine, Ilhan Omar wygraly.
    Nie takim duzym osobiscie dla niej, ucieklaby do Polski gdzie BLMy nie maja wstepu, ale dla kazdego niewygodnego-ona ma „Bialy Przywilej” czy „Kocha pieniadze”-jak ona jako Zydowka bylaby automatycznie zakwalifikowana w Ameryce przez terazniejsza zdziczala Partie Demokratyczna.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: