Uncategorized

Sąsiadka powiedziała mi, że nie jestem dzieckiem Grzegorczyków, że jestem Żydówką i pójdę do piekła


Lili Fuchsberg, czyli Dzidka z Szulą i polskim tatą, Władkiem Grzegorczykiem, przed muzeum Yad Vashem, 1965 r.

Lili Fuchsberg, czyli Dzidka z Szulą i polskim tatą, Władkiem Grzegorczykiem, przed muzeum Yad Vashem, 1965 r. (Fot. Archiwum Rodzinne)Mój żydowski ojciec Abraham powiedział do mojego polskiego ojca: „Weźcie Lilę i opiekujcie się nią jak własną”. Myślę, że miałam wyjątkowe szczęście. Ale moja siostra nie mogła przeżyć, że ja mówię „mamo” i „tato” do obcych ludzi. Rozmowa z Lili Fuchsberg

Lila, Dzidka i Catherine. Masz trzy imiona, w trzech różnych językach. Dlaczego?

To historia mojego życia. Urodziłam się w żydowskiej rodzinie jako Lili Fuchsberg, zostałam zaadoptowana przez polskich rodziców, którzy ochrzcili mnie jako Zdzisławę Katarzynę Grzegorczyk, a we Francji, gdzie mieszkam od 1969 roku, stałam się Catherine Ravet. Moją książkę „Listy do mojej siostry” podpisałam jako Lili Fuchsberg, bo to nazwisko jest symbolem wszystkich wypadków wojennych i powojennych mojego życia i nie może zostać przekreślone na zawsze, bo taki był cel nazistowskich Niemców.

Twoją opowieść, zebraną w formie listów, przeczytałam jednym tchem. Kilka razy płakałam ze wzruszenia. We wstępie piszesz, że zaczęło się od tego, iż twoja siostra przekazała ci listy przechowywane w pudełku na buty.

Dała mi je kilka lat temu, kiedy byłam u niej w Izraelu na wakacjach. To były setki listów ode mnie do siostry, od moich rodziców i ciotek, pisane przez 30 lat. Kiedy je czytałam, bardzo płakałam i przyrzekłam sobie, że wreszcie opiszę historię naszej rodziny. Przedtem próbowałam, ale za każdy razem, gdy zabierałam się do pisania, coś stawało mi na przeszkodzie. Problem z ramieniem, z karkiem albo z ręką, przez co nie mogłam utrzymać pióra. To było oczywiście psychosomatyczne. Przeżywałam to samo, kiedy w latach 70. jeździłam do rodziców z Francji do Polski pociągiem. Jak tylko przekraczałam granicę niemiecką, dostawałam alergii oczu i nie mogłam ich otworzyć aż do momentu, gdy pociąg wjeżdżał do Polski.

Dzięki listom mogłam opowiedzieć w sposób mniej bolesny o naszej rozbitej rodzinie Fuchsbergów i oddać jednocześnie hołd naszym wybawicielom Helenie i Władysławowi Grzegorczykom, moim polskim rodzicom.

Książka rozpoczyna się serią listów na temat procesu, który rozegrał się zaraz po wojnie. Ten proces był walką o ciebie.

Moja siostra wyjechała w 1946 roku z Borysławia do kibucu w Palestynie, a ja zostałam z polskimi rodzicami. Jeszcze przed wyjazdem Minci zjawiła się nasza ciotka Helena, siostra mojego żydowskiego ojca, która chciała mnie odzyskać. „To jest dziecko mojego brata i ono mi się należy” – powtarzała. „Myśmy się umówili z Abrahamem, że jeśli oni nie przeżyją, to dziecko zostanie z nami” – tłumaczyła jej moja polska mama. Miałam już wtedy nową metrykę, z Lili Fuchsberg stałam się Zdzisławą Grzegorczyk. Wszyscy mówili na mnie Dzidzia. Zostałam ochrzczona, głównie dla bezpieczeństwa, bo moi rodzice nie byli specjalnie wierzący. Ale to najbardziej bolało moją ciotkę. „To jest dziecko z krwi i kości żydowskie, a oni z niej zrobili katoliczkę” – pisała w listach do mojej siostry.

Lili Fuchsberg

LILI FUCHSBERG FOT. JACQUES BALLARD

Twoja siostra została poproszona przez sąd o przesłanie listu z decyzją, u której rodziny masz pozostać: żydowskiej czy polskiej.

Do Minci – później Szuli, bo zmieniła imię na hebrajskie – pisały przed procesem Fryda i Hela, dwie siostry mojego ojca, które przeżyły obozy. Pospieszały ją, by napisała do adwokata w Polsce, iż życzy sobie, by dziecko znalazło się w swojej prawdziwej rodzinie. Chciały mnie jak najszybciej z Polski zabrać, bo uważały, że to niebezpieczny kraj dla Żydów. To było zaraz po pogromie w Kielcach. Moja siostra nie odpisywała. W końcu i moja mama wysłała do niej list, były sobie bliskie. „Ciotka Hela robi dużo kłopotów, Dzidzia jest schowana na wszelki wypadek, a Władek siedzi w więzieniu, bo nie chce zeznać, gdzie ukrył córkę” – napisała. Moi polscy rodzice bali się, że ciotka mnie porwie, i w trakcie pierwszego procesu oddali mnie na przechowanie siostrze mojej mamy. Nie widzieliśmy się prawie rok. Miałam wtedy siedem lat i nic z tego zamieszania nie rozumiałam.

Drugi proces twoi polscy rodzice przegrali.

Sąd uznał, że żydowska rodzina ma prawo się o mnie ubiegać, więc dalej siedziałam u ciotki, aż rodzice złożyli odwołanie i z pomocą przyjaciół Żydów, których ukrywali, żydowskiego adwokata i listu mojej siostry sąd oddał im pełne prawa rodzicielskie.

Co twoja siostra napisała w liście do sądu?

Że życzy sobie, bym trafiła z powrotem do Grzegorczyków.

Dlaczego podjęła taką decyzję?

Wydaje mi się, że nie chciała brać na siebie odpowiedzialności wychowywania małego dziecka. W Izraelu była wojna, jej sytuacja nie była łatwa. Zresztą nie wiem, czy trafiłabym do niej czy do ciotki Heli. Po procesie ciotka parę lat milczała, ale z czasem nawiązałyśmy kontakt, moja mama zresztą bardzo na to naciskała. Napisała nawet do niej, że nie ma do niej żalu, bo rozumie, co to znaczy stracić dziecko. Kiedy dostawałam od niej paczki, musiałam zawsze jej odpisać i podziękować. Mama była pod tym względem wyjątkowa, bardzo sprawiedliwa i mądra.

Jak to się stało, że trafiłaś do Grzegorczyków?

Mój żydowski ojciec Abraham pracował w tartaku z Władkiem, ale znali się tylko z widzenia. Wszyscy wiedzieli, że pomaga Żydom, więc Abraham podszedł do niego pewnego dnia w 1942 roku i zapytał, czy ukryłby i mnie. Miałam wtedy sześć tygodni. „Musimy uciekać, ale na razie nie możemy zabrać ze sobą Lili” – wytłumaczył. „Porozmawiam z żoną i dam panu znać jutro” – odpowiedział Władek. Ale już w ten sam wieczór Abraham i Estera zapukali do ich drzwi. „Jutro będzie za późno, Polacy wydali nas Niemcom. Weźcie Lilę i opiekujcie się nią jak własną córką”. Mój polski tato miał wtedy 40 lat, z Heleną byli małżeństwem od dziesięciu lat, ale nie mieli dzieci. „Zawsze marzyłem o dziecku. Jak przeżyjecie, to je wam zwrócę, a jeśli nie, to dziecko zostanie z nami”. Taką zawarli ustną umowę.

Nie domyślali się nawet, ile ta umowa zrodzi kłopotów w przyszłości…

Kolejnego dnia przyszedł do Grzegorczyków mój brat, 13-letni Aleksander, z siostrą młodszą o dwa lata. „Rodziców już nie ma. Przyjdą i po nas, więc musicie ukryć Mincię”. Mój tato próbował go zatrzymać, ale on chciał do partyzantów. Mincia została z nami. Moi rodzice ukrywali już wtedy rodzinę Zylberbergów. „Mamy cztery talerze zupy, to i piąty się znajdzie, nic się nie martw” – powiedział tato do mojej siostry. On już taki był, że jak spotykał na ulicy kogoś głodnego, w złym stanie, to mówił: „Dzisiaj jeszcze nie czas umierać”, i ściągał go do domu. Im wojna dłużej trwała, ludzi do ratowania przybywało, więc potrzebna była większa skrytka. Tato razem ze swoim przyjacielem Ignacym Zylberbergiem zaadaptował strych w domu siostry jego żony, a naszej sąsiadki. Pod dachem zamieszkały też kury, żeby nie było słychać ludzi. W sumie w czasie wojny rodzice ukryli tam 18 osób. Moja siostra była łączniczką między strychem a domem. Raz o mało co nie doszło do tragedii. Mincia pomagała robić mojej mamie obiad, a nagle do kuchni wszedł nazista.

Jak to?

Przez kilka miesięcy był u nas zakwaterowany niemiecki żołnierz. Nad jego głową chowali się Żydzi, ale nigdy się tego nie domyślił. Kiedy jednak zobaczył Mincię, chudą i bladą, zaczął być podejrzliwy. Moja mama akurat prała i tak się zdenerwowała, że starła skórę na rękach do krwi. „Co to za dziecko?” – zapytał. „Dziecko mojej siostry, siostra zachorowała, wzięłam ją na kilka dni” – mama bała się, że zemdleje ze strachu. I wtedy ja, a miałam nie więcej niż rok, wdrapałam mu się na kolana. On lubił się bardzo ze mną bawić i zaraz zapomniał o Minci.

Sąsiedzi nigdy nie wydali twoich rodziców, że chowają żydowskie dziecko?

Raz sąsiadka poszła zgłosić nas na policję. Wszyscy w okolicy przecież wiedzieli, że mama nie była w ciąży. Na szczęście tatę ostrzegł znajomy policjant. „Masz troje dzieci? – tato poszedł od razu załatwić sprawę z sąsiadką. – To uważaj, bo jeśli jeden włos spadnie z głowy mojej córki, to trzy głowy spadną u ciebie”.

Dopiero po procesie dowiedziałaś się, że jesteś Żydówką?

Tak, miałam wtedy sześć lat. Moi rodzice nic mi wcześniej nie mówili, żeby mnie chronić. Troszkę się domyślałam, że nie byłam ich dzieckiem, może dlatego, że coś kiedyś usłyszałam na ulicy, Nowa Ruda to było małe miasto. Pewnego dnia, kiedy mama była w pracy, pilnowała mnie sąsiadka i powiedziała mi, że nie jestem dzieckiem Grzegorczyków, że jestem Żydówką i pójdę do piekła. Tego wieczoru rodzice opowiedzieli mi całą historię. Ale dla mnie to nie miało wtedy znaczenia. To oni byli moimi prawdziwymi rodzicami. Dostałam od nich bezwarunkową miłość i ochronę. Mój tato ciągle mnie bronił, jak tylko ktoś mi dokuczył, rzucił kamieniem i wyzwał od „parszywej Żydówki”, to wygrażał, że go spierze, i naprawdę to robił.

Trafiłaś do rodziców, których pokochałaś i którzy byli dla ciebie dobrzy. Czy można powiedzieć, że to było zrządzenie losu, mimo tragedii, której doświadczyła twoja żydowska rodzina? Że byliście sobie w pewnym sensie przeznaczeni?

Myślę, że miałam wyjątkowe szczęście. Może u ciotki Heli zostałabym dobrze wychowana, może przygarnęłaby mnie siostra w kibucu i byłoby mi u niej dobrze. Ale nie miałabym rodziców. Rodziców, którzy mnie uwielbiali. A to jest podstawa na całe życie. Bez względu na to, jak ciężko przeżywałam śmierć swoich żydowskich rodziców, to czułam, że ci polscy dali mi tak silne poczucie bezpieczeństwa, iż mogę wszystko przetrwać.

Dali ci miłość.

Tak, i to była wyjątkowa szansa. Dla mnie, ale dla nich chyba też. Uświadomiła mi to wiele lat temu pewna urzędniczka we francuskim konsulacie, która dopytywała o historię mojej adopcji. „Pani polscy rodzice byli wyjątkowi, ale proszę nigdy nie zapomnieć, że pani także dała im bardzo dużo” – powiedziała mi wtedy. Nigdy wcześniej nie myślałam, że mogłabym być dla nich jakimś darem. Nie mieli dzieci, więc spadłam im jakby z nieba. Byłam grzeczna, dobrze się uczyłam i nigdy nie rozumiałam koleżanek w liceum, które opowiadały o problemach w domu, bo sama ich nie doświadczyłam. Moi rodzice byli po prostu szczęśliwi, że mnie mieli, a ja – że miałam ich. Czasem jednak w snach pojawiali się moi żydowscy rodzice i to zaburzało mi codzienne szczęście. Odsuwałam te wizje od siebie, bo nie chciałam cierpieć. Poza tym nie chciałam myśleć o swoich żydowskich rodzicach, dopóki moi polscy rodzice żyli.

Dlaczego?

Czułam, że to byłoby niesprawiedliwe, jakbym zdradzała polskich rodziców, chociaż oni nigdy nie wymagali ode mnie takiej lojalności. Przeciwnie, mój tato na Wszystkich Świętych powtarzał, że mamy jednego Boga, kazał mi zapalać świeczki za żydowskich rodziców i o to samo prosił moją siostrę w listach.

Czemu twoja siostra uciekła do Izraela po wojnie? No właśnie – uciekła czy wyjechała?

Właściwie można powiedzieć, że uciekła. Z całej rodziny przetrwały jedynie trzy ciotki, ale Helena była skoncentrowana tylko na tym, by mnie odebrać. Nikt się o Mincię nie troszczył. Poza tym ona nie mogła przeżyć, że ja mówię „mamo” i „tato” do obcych ludzi. Dla niej mama i tata to byli żydowscy rodzice. Ciężko to przeżywała, szamotała się i wtedy mój tato zasugerował jej, by wyjechała do Palestyny. Miała 14 lat i organizacja Haszomer Hacair wzięła ją pod swoje skrzydła. Szukali wtedy w całej Europie żydowskich sierot i zabierali je do kibuców. Mincia – teraz Szulamit – wciąż mieszka w kibucu Gan Szmuel, do którego trafiła ponad pół wieku temu. Ma 90 lat, ale świetnie się trzyma. Lepiej ode mnie! Kibuc zapewnił jej świetną edukację. Ma cztery córki i wielu wnuków i prawnuków. Jest najdzielniejszą osobą, jaką znam.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz spotkałaś siostrę po wojnie?

Szula wiele lat robiła wszystko, by przyjechać do Polski. W końcu w 1955 roku udało jej się wybrać na festiwal do Warszawy, śpiewała wtedy w chórze. Ja miałam 13 lat, a ona 24. Jak ją ujrzałam, pierwsze, co pomyślałam, to że wcale nie jest większa ode mnie! Byłyśmy tego samego wzrostu i to było dla mnie zaskakujące. Szula była wobec mnie bardzo delikatna, nie mówiła ani słowa o naszych żydowskich rodzicach ani o wojnie. Po prostu cieszyłyśmy się, że się wreszcie widzimy.

Waszego brata Aleksandra siostra widziała w 1942 roku…

Całe życie byłam pewna, że Alek przeżył i wróci, chociaż moja siostra zrobiła wszystko, by go odnaleźć. Przecież byli Żydzi, którzy przetrwali w Rosji, potem byli w łagrach, a następnie zmieniali tożsamość. Nie mogłam pogodzić się z jego stratą.

Masza chciała walczyć, bo jej matka ostrzegała, że transporty jadą na śmierć do Treblinek i by żywcem nie dawać się brać

Wciąż wierzysz, że żyje?

Teraz byłby chyba za stary. Miał o dwa lata więcej od mojej siostry. W wieku 93 lat można już umrzeć. Nie było dla mnie do przyjęcia, że zmarł jako 14-latek. Cały czas miałam sny, że on wraca i mnie poznaje. Od kilku lat one ustały, ale wciąż dużo śnię o mojej żydowskiej rodzinie. Na przykład nigdy nie wyobrażałam sobie tego momentu, kiedy żydowscy rodzice mnie oddają, aż do narodzin mojej córki Natalii. W szpitalu po porodzie śniło mi się, że podchodzi do mnie Niemiec i zabiera mi dziecko. To był sen na jawie, słyszałam zbliżające się buciory nazistowskie i ze strachu schowałam się z Natalią pod łóżko. Rano znalazła mnie tam pielęgniarka, zupełnie jakbym była chora psychicznie. Tego samego dnia straciłam pokarm i wydaje mi się, że jest to związane z historią, którą opowiedziała mi Szula. Moja mama, gdy mnie oddała, cierpiała na straszne bóle piersi, bo miała mleko, ale nie miała kogo karmić. Wpadłam wtedy w depresję.

O czym jeszcze śniłaś?

Całe życie śniłam o żydowskich rodzicach, kiedy miałam dużo problemów w pracy albo jak dostawałam listy od siostry. To były koszmary. Nie zawsze pamiętałam ich treść, ale byłam pewna, że ktoś mówił po niemiecku. I nie mogłam się wtedy dobudzić, jakbym nie mogła się z nich wyplątać. Często śniło mi się też, jak strzelają do moich rodziców w lesie. Ale najczęściej w snach odwiedzała mnie moja mama, Ester. Jak ona mogła oddać dziecko? Było mi z tym ciężko i chyba miałam do niej żal.

Czy twoja siostra opowiadała ci o waszej rodzinie?

Niewiele. Mieszali w Borysławiu w bardzo ładnym mieszkaniu, mama grała na fortepianie, Alek na skrzypcach, a tata pięknie śpiewał. Jedli kuchnię koszerną, ale nie obchodzili wszystkich żydowskich świąt, tylko te najważniejsze. Mówili tylko po polsku i moje rodzeństwo chodziło do szkół publicznych. Od strony taty rodzina była religijna, mój pradziadek był podobno wielkim rabinem. Oprócz tego nie wiem o nich nic. Mój tata też trochę mi opowiedział, na przykład że Estera była najładniejszą kobietą w Borysławiu. Ale znał ją tylko z widzenia. Nie należeli nawet do tej samej klasy społecznej, bo mój żydowski ojciec był dyrektorem banku. Ale rodzice polscy wiedzieli, że cała rodzina była muzykalna, i dlatego tak mnie gonili do fortepianu.

Władek Grzegorczyk z dziećmi Szuli w kibucu Gan Szmuel w Izraelu, 1980 r

WŁADEK GRZEGORCZYK Z DZIEĆMI SZULI W KIBUCU GAN SZMUEL W IZRAELU, 1980 R FOT. ARCHIWUM RODZINNE

Na pewno wymagało to od nich wielu poświęceń…

Tak, bo żyli bardzo skromnie. Pomagali im nieco Żydzi, których uratowali w czasie wojny, ale sami byli biedni. Ci, którzy zrobili fortunę w Ameryce, zapomnieli o nich, chociaż w czasie wojny powtarzali mojemu ojcu, że jak się uratują, to będzie żył jak król. Nic z tego. Raz tylko zostawili nam 20 dolarów, to im je odesłałam. Przed wojną tato pracował w tartaku, a jak przenieśli nas do Nowej Rudy, to zatrudnił się w kopalni. Mama pracowała w żłobku, w browarze, a potem w biurze, także zajmując się domem. Jak ona gotowała! Najbardziej tęsknię za jej sokiem z malin, za kapuśniakiem i pierogami. Przez lata przyjeżdżała do mnie do Paryża i jak zaczęły „piszczeć” nogi od stołu, na którym robiła ciasto, to moje dzieci od razu leciały do kuchni. „Babcia robi pierogi!” – krzyczały z radością. Niestety, nic się od niej nie nauczyłam, bo tata z mamą ciągle mi powtarzali, że mam się uczyć i grać na fortepianie, a nie kręcić się przy garach. Moja siostra uważała, że rodzice za bardzo mnie rozpieścili, że ja nie wiem, co to jest prawdziwe życie. I miała rację.

Co spowodowało, że twoi polscy rodzice mieli taką otwartość na innych? Chęć pomocy? Czy wynieśli to z domu? Wielu Polaków w podobnej sytuacji tego nie robiło.

Mój tato zawsze bronił najsłabszych. Był wysoki, mocny. Miał opinię zabijaki i wszyscy się go bali. Czuł, że jako ten mocny musi wziąć odpowiedzialność za słabszych. Miał dobre serce, no i sam był skrzywdzonym dzieckiem. Jego matka była przed wojną kucharką w jakiejś rodzinie arystokratycznej i zaszła w ciążę z panem domu. Straciła pracę, a mój tato wychował się bez ojca. Mama zmarła, kiedy był młody. Miał charakter ratownika, ciągle chciał coś naprawiać. I ja byłam tym dzieckiem, którym można było się zająć. Rodzice mojej mamy też zmarli młodo, więc oboje byli sierotami, wrażliwymi na cierpienie.

Po wojnie rodzice podzielili się z rolami w sposób naturalny: tacie mogłam wejść na głowę, mamy musiałam się słuchać. Mama była bardzo kochająca, a jednocześnie wymagająca. Była moją podporą i pierwszą przewodniczką. Nauczyła mnie, co jest złe, a co jest dobre. Jak był proces Eichmanna, była tak poruszona, że w ogóle nie spała. Nie mogła zrozumieć tego zła, które się przydarzyło.

Z tatą trzymałaś sztamę.

Całe życie! Kiedy zmarł w 1981 roku, znów wpadłam w depresję. W młodości, kiedy tato nie wracał na noc do domu, bo popił z kolegami i wracał o poranku, to kazałam mu się kłaść do łóżka, a mamie mówiłam, że był strasznie zmęczony i położył się wcześnie spać w moim pokoju. Potem on pomagał mi przy dzieciach. Uwielbiał je. Kazał mi spać, a on dawał im w nocy butelkę na zmianę z moim mężem.

Masz obecnie 79 lat. Jesteś Lilą, Dzidzią, Catherine. Kim czujesz się w głębi duszy?

Jak ktoś źle mówi o Żydach, to czuję się Żydówką, jak o Polakach – to Polką, a jak o Francuzach – to Francuzką. We Francji często słyszałam oskarżenia Polaków o antysemityzm, takie generalizowanie. Na przykład kiedy na początku pobytu w Paryżu pracowałam jako niania, zostałam najęta przez amerykańskich Żydów, którzy – jak mi oznajmili pierwszego dnia – odkryli z ulgą, iż nie jestem „zwykłą Polką”. To im powiedziałam, że nie jestem zwykłą Polką, bo moi polscy rodzice uratowali osiemnaścioro Żydów w czasie wojny. Więcej słowa nie powiedzieli. Nie można przecież wrzucać wszystkich do tego samego worka! Ale z drugiej strony donosicielstwo w Polsce było okropne. I ludzi to najbardziej bolało, że zostali zdradzeni przez sąsiadów. Niemcy to byli tylko obcy, a Polacy byli swoi, bliscy.

I po wojnie ten antysemityzm nie ustał. Ty też wyjechałaś z Polski w 1969 roku.

Zawsze bardzo mnie bolało to, co niektórzy Polacy mówili o Żydach. Jak się domyślasz, to nie były komplementy. Na przykład za każdym razem, kiedy jeździłam w liceum pociągiem z Nowej Rudy do Wrocławia, ktoś w przedziale mówił coś obrzydliwego: że jesteśmy złodziejami, że wywieźliśmy z Polski różne złota. Niestety, dziesięć lat później słyszałam wciąż to samo, tak jakby część Polaków naprawdę wyssała antysemityzm z mlekiem matki. Nie mogłam tego zrozumieć. Kiedy wróciłam z Izraela w 1962 roku, cofnięto mi stypendium na muzykologii, bo rektor uznał, że mam na pewno bogatą rodzinę, która może mi pomóc. Myślałam, że dam mu w twarz! A innym razem zostałam zaproszona przez studenta politechniki na kolację z jego ojcem, wykładowcą prawa, i całą śmietanką warszawską. Jedliśmy kolację, gdy w pewnym momencie jeden z tych panów powiedział, że całe szczęście, że nie ma Żydów przy stole, bo zupełnie straciłby apetyt. Wtedy wstałam i powiedziałam, że bardzo mi przykro, iż panowie nie będą mogli zjeść deseru ze smakiem, ale ja jestem Żydówką. I odeszłam od stołu. Mój kolega poleciał za mną i próbował namówić, żebym wróciła. „To jest tylko takie powiedzenie, on tak naprawdę nie jest antysemitą” – przekonywał mnie. „Ja się na takie rzeczy nie zgadzam – odpowiedziałam – i nie będę z nimi jadła, bo potem zwymiotuję”. I to niby była ta kulturalna Polska.

Z tego powodu wyjechałaś?

Ja nie chciałam opuszczać Polski, ze względu na rodziców, ale namówił mnie do tego mój tato: „Nie możesz zostać w tym kraju, bo ja nie będę żył wiecznie i cię bronił. Będę do ciebie ciągle przyjeżdżał, nie martw się, Dzidziu”. W końcu mnie przekonał i zamieszkałam we Francji na stałe w 1969 roku. Po kilku latach zaczęłam pracę na Sorbonie. Niczego w życiu nie żałuję, jestem szczęśliwą mamą i babcią. Nie ma jednak dnia, bym nie myślała o swoich rodzicach, zarówno żydowskich, jak i polskich.

LILI FUCHSBERG – ur. w 1942 r. w żydowskiej rodzinie w Borysławiu, uratowana przed Holocaustem przez polskie małżeństwo Grzegorczyków. Studiowała muzykologię w Warszawie, a w 1969 r. zamieszkała w Paryżu. Jako Catherine Ravet wykładała muzykologię na Sorbonie. Jest autorką książki „Listy do mojej siostry” (Austeria, 20

Anna Pamuła

Sąsiadka powiedziała mi, że nie jestem dzieckiem Grzegorczyków, że jestem Żydówką i pójdę do piekła

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. chcialbym kupic ebook tej ksiazki, jesli istnieje.
    moze mi ktos pomoc?

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.