Spotkanie osobiste z arcymistrzem Wiktorem Seignowiczem

Wlodek Holsztynski


Jest z wykształcenia i wyników matematykiem. Wiersze pisze od przypadku do przypadku czyli (jak dotąd) często, czyli czasem po polsku, a czasem po angielsku, ostatnio po polsku. Odkąd wylądował w Ameryce, turla się od stanu do stanu (Michigan – Teksas – New Jersey – Illinois – Ontario – Michigan – Floryda – Kalifornia – Teksas – Kalifornia – Nowy Meksyk – Michigan – Floryda – Kalifornia – Michigan), nie mówiąc o drobniejszych jednostkach geograficznych i skokach na krótko (na dowolną odległość).

Mało wiadomo o życiu osobistym arcymistrza Wiktora Seignowicza, ale wspomnienie z osobistego z nim spotkania rzuca światło na jego ciepłą osobowość.

Z Polski pisze Włodzimierz Holsztyński:
Drogi SRC GM Topov,

pyta Pan o spotkania osobiste z arcymistrzem Wiktorem Seignowiczem. Ręcę mi drżą, gdy piszę na maszynie, i nie przez mój wiek, lecz z emocji.

Z pewnością pamięta Pan, że arcymistrz spóźnił się na jeden z turniejów na Zachodzie, że konieczne były dodatkowe akomodacje, żeby turniej mógł się potoczyć gładko. A stało się to tak – po raz pierwszy ta stara historia ujrzy światło:

Byłem młodym robotnikiem kolejowym na granicy Polski i Białorusi, która była także granicą dawnego imperium rosyjskiego. Byłem zwariowany na punkcie szachów. Nawet zdołałem kupić sobie turniejowy komplet szachów i … zegar szachowy!!! Kosztowało mnie to majątek. Nigdy nie używałem swoich szachów, gdyż moi przyjaciele byli słabymi szachistami. Dlatego używaliśmy tanich kompletów, i tych, które zrobiliśmy sami. Tym niemniej, w samotności, ćwiczyłem się w stosowaniu zegara, cieszył mnie.

Pewnego wieczoru pociąg przybył z Rosji i w środku ujrzałem młodzieńca, chyba dwudziestolatka, który studiował pozycję szachową. Nawet zaglądał do czasopisma, które przedstawiało diagramy szachowe. To był pierwszy raz, że coś takiego widziałem – publikację z diagramami. Mrugnąłem na przyjaciół i wyzwałem młodziaka na pojedynek szachowy. Nie odczuwał potrzeby grania ze mną, aż mu wytłumaczyłem, że jego pociąg będzie czekał przez szereg godzin. Standardowo przez 4 do 5 godzin, bo gdy pociąg opuszcza rosyjską sferę, to musi mieć odstęp kół zawężony do Zachodniego odstępu pomiędzy szynami.

Człowiek zgodził się na kilka blitzów. Przegrałem, ale było ciekawie. Więc kontynuowaliśmy. Ledwo wygrałem kilka. Po pięć minut na grę było dla mnie za szybko. Poprosiłem go o granie 15-minutówek. Zgodził się, „bierz 15 minut”, ale duma mi na to nie pozwalała, zwłaszcza, że byłem starszy. Miałem wtedy 25 lat (obchodziłem swoje 100′ urodziny niedawno). Młodzieniec zachował się miło, zgodził się, nastawialiśmy odtąd oba zegary na 15 minut. Był zadowolony, że też brał całe 15 minut, sam to powiedział! Bo odtąd wygrywałem 10-15% gier. Możesz czytelniku zdziwić się, że udało nam się wcisnąć tyle gier w czasie 4-5 godzin przerwy? – powiedziałem Ci, że byłem zwariowany na punkcie szachów, że mrugnąłem na przyjaciół.

Pociąg stał przy granicy kto wie jak długo! Tak właśnie potem arcymistrz Seignowicz spóźnił się na początek turnieju, do którego miał dojechać. Ale nie wydawał się być zmartwiony ociąganiem się podróży. Był rozbawiony. Na koniec to ja byłem zmęczony po długiej nocy szachów. Pociąg wreszcie około południa był gotów do odjazdu na Zachód.

Trzymałem zapisy tych gier przez lata, lecz w końcu nie przetrwały Drugiej Wojny Światowej. Więc jedyne co mi pozostało, to pamięć po wyjątkowym, miłym młodzieńcu, który kochał szachy i pić tak jak ja. Pamiętam więcej szczegółów z mojego jedynego spotkania z silnym szachistą, ale już dosyć czasu poświęcał mi Pan swoją uwagę.

Najlepsze pozdrowienia, Włodzimierz Holsztyński.

(Koniec części 1)

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: